Po wyborach 4 czerwca: w jakim miejscu jestesmy?

Odpukać w okrągły stół
Rozstrzygająca tura wyborów za nami, opadają emocje, biedną hasta, rozmywają się w strugach deszczu plakaty. Czwarta Rzeczpospolita staje się faktem.
Polityka

Tekst ukazał się 17 czerwca 1989 r. (numer 24/1676).


 

Rozstrzygająca tura wyborów za nami, opadają emocje, biedną hasta, roz­mywają się w strugach deszczu plakaty. I choć w warszawskiej „Niespodzian­ce”, gdzie znajduje się ośrodek informacyjny „Solidarności”, wciąż rozlegają się piosenki Kaczmarskiego i dumy wpatrują się w wyniki, to jednak nastrój festynu się kończy, a zaczyna czas polityki. Zwycięzcy i zwyciężeni dokonują przeglądu swych zastępów, a kraj czeka na początek zupełnie nowej gry par­lamentarnej. W naszej rewolucji przeszliśmy przez kolejny etap. Czwarta Rzecz­pospolita powoli staje się faktem.

Koalicja rządowa wybory przegrała, ale jeszcze musi rzą­dzić, musi przygotować zmianę warty, a w każdym razie oswoić się z myślą, że za cztery lata może się znaleźć w opozycji, że przez te cztery lata muszą sformować się siły, które byłyby zdolne nie tylko administro­wać krajem, ale i dalej forsować re­formy, rozwiązywać konflikty społecz­ne i gwarantować stabilne miejsce Polski w Europie. Przegrana ma cha­rakter katarktycznego zwrotu, choć prognozy przed wyborami były różne.

Oto prof. Stanisław Gebethner przed­stawił w „Życiu Warszawy” „Pięć scenariuszy następstw czerwcowych wyborów”, wśród nich za „układ groźny” uznał taki wariant, w któ­rym „»Solidarność« zdobywa wszy­stkie 161 mandatów bezpartyjnych w Sejmie i ponad 85 proc. miejsc w Senacie oraz ponad 65 proc. głosów w wyborach do Sejmu. PZPR zaś nie zdoła ani jednego posła przeprowadzić w 1 turze... Przepada też lista krajo­wa. W konsekwencji mamy sytuację konfrontacyjną – pełną destabilizację. Zaktywizują się po obu stronach wszystkie siły i elementy ekstremal­ne... Nie będzie nawet szansy na stwo­rzenie koalicyjnego rządu koalicji ocalenia narodowego... Utracimy zaufanie i szacunek w świecie. Gospodarka po­grążać będzie się w chaosie i hiperinflacji. Zrodzi się »gniew ludu« obró­cony przeciwko eksperymentom demokratyzacji...” itd. Według prognoz pro­fesora wybory zakończyły się warian­tem jeszcze gorszym niż ten „groźny”, wręcz katastrofalnym.

Cud nad Wisłą?

A tymczasem nad Polską bynaj­mniej nie unosi się widmo politycz­nej katastrofy. Koalicja rządowa spo­kojnie, choć nie bez goryczy, przyzna­ła się do porażki, „Solidarność” swój triumf przyjęła powściągliwie, obie strony potwierdziły natychmiast, że układ Okrągłego Stołu będzie respek­towany i wspólnie zaczęły zastanawiać się, jak rozwiązać kłopot wynikający z przepadnięcia listy krajowej. Cud nad Wisłą?

W przedwyborczych spekulacjach po­mylili się wszyscy, najjaskrawiej nasze instytuty badania opinii publicznej, które rozminęły się z rze­czywistością o kilkanaście procent, ale również strony polityczne w kraju. Ani koalicja nie spodziewała się takiej po­rażki, ani „Solidarność” takiego sukce­su, a obie strony, po równo, zostały za­skoczone stosunkowo niską frekwencją. Trudno być prorokiem w takim kra­ju jak Polska.

Chociaż po 4 czerwca wiemy znacz­nie więcej o postawach i zachowaniach politycznych Polaków, niż wiedzieliś­my przedtem, to jednak wszelkie prog­nozy dotyczące dalszego rozwoju sy­tuacji przypominają pisanie patykiem na mokrym piasku, zalewanym co ja­kiś czas przez wzburzone fale. A jed­nak spróbujmy zastanowić się, jakie mogą być dalekoplanowe konsekwen­cje tego plebiscytu, jaki właśnie od­był się w Polsce.

Przede wszystkim, mimo że koalicja przegrała psychologicznie i prestiżo­wo, wybory nie zmieniły ustalonego wcześniej podziału mandatów w Sej­mie. Kłopotliwą sprawą pozostaje „li­sta krajowa”, na której czołowym re­formatorom zabrakło niewiele do prze­skoczenia „klauzuli pięćdziesięciopro­centowej”, jednakże z deklaracji opo­zycji wynika, że nie zamierza ona wy­korzystywać tego potknięcia władzy do zmiany układu wynegocjowanego przy Okrągłym Stole i od razu zaczęto szu­kać prawnych możliwości rozwiązania dylematu. Spotkanie Komisji Porozu­miewawczej wskazywało na wolę fak­tycznej współpracy obu stron w tym naszym okresie przejściowym, podob­nie jak i wywiad Wojciecha Jaruzel­skiego dla angielskiej gazety „Inde­pendent”, w której generał przyznał, że PZPR w 1993 r. może znaleźć się w opozycji, jeśli ponownie przegra wy­bory.

Na dziś zatem arytmetyczny układ sił w Zgromadzeniu Narodowym jest mniej ważny od układu realnego, jaki został określony przy stole i będzie obowiązywać przez cały czas trwania nowej kadencji Sejmu. Oczywiście, z punktu widzenia reguł parlamentar­nych jest to sytuacja dziwaczna, ale wcześniej ustalono, że tak właśnie – w sposób kontrolowany – przebiegać będzie polska droga do demokracji. Władza, nawet jeśli upokorzona i od­trącona, nadal pozostaje władzą, a opo­zycja – choć zdobyła większość gło­sów – wciąż będzie odgrywać rolę mniejszości. I wydaje się, że przez najbliższe cztery lata w niczyim in­teresie nie leży naruszenie tego ukła­du. Opozycja potrzebuje czasu, by wciągnąć się do pracy parlamentarnej i zbudować aparat zdolny w przyszło­ści uczestniczyć w sprawowaniu wła­dzy, a nawet do jej przejęcia, koali­cja rządowa potrzebuje czasu, by się przegrupować, odnaleźć nową tożsa­mość, która pozwoli otrząsnąć się z „szoku 4 czerwca”, przyspieszyć refor­my polityczne i gospodarcze tak, by móc je jeszcze zdyskontować w na­stępnych wyborach. Faktem jednak jest, że w najbliższych latach będzie­my mieli dość dziwną konstrukcję po­lityczną w kraju, w którym większość będzie mniejszością, a mniejszość więk­szością.

Od Magdalenki po Zgromadzenie Narodowe

Pytanie, jak ta kunsztowna kon­strukcja polityczna będzie się spraw­dzać w praktyce? Już w najbliższym czasie zostanie poddana pierwszym próbom wytrzymałości. Poza kwestią listy krajowej, dla której już chyba udało się znaleźć jakieś rozwiązanie, do­stosowujące nieszczęsną ordynację do wymagań Konstytucji, jeśli chodzi o przepisową liczbę 460 posłów, a więc poza tą sprawą, kluczowy będzie wy­bór prezydenta. Z arytmetyki powy­borczej wynika, że już teraz opozycja mogłaby prawdopodobnie pokusić się o przeforsowanie własnego kandydata. Umowa Okrągłego Stołu formalnie nie precyzowała, że prezydent musi być wyłoniony przez stronę koalicyjną. Tak to jednak zostało powszechnie odczy­tane (opozycyjny senat – koalicyjny prezydent). Prezydent wybierany na 6 lat miał zapewnić ciągłość ustrojową i być gwarantem ewolucyjnych przeo­brażeń politycznych w kierunku de­mokracji parlamentarnej. Podważanie tego punktu milczącego porozumienia oznaczałaby realizację „groźnego wa­riantu”, według typologii prof. Ge­bethnera. I nie należy spodziewać się tu jakiejś niespodzianki, bo do fron­talnej próby sił już dziś opozycja nie jest przygotowana ani organizacyjnie, ani koncepcyjnie. Prof. Jerzy Holzer napisał w „Gazecie Wyborczej”: „Dziś największym niebezpieczeństwem dla nas byłby zawrót głowy od suk­cesu... rachunek sił nie opiera się tyl­ko na kartce wyborczej... »Solidarność« z rozsądku wstrzymuje się od próby przejmowania władzy”.

Można zatem założyć, że prezydent będzie wybrany głosami rządzącej koa­licji i on też powoła nowego premie­ra. Tu jednak pojawia się następne pytanie: czy w tych warunkach po­litycznych rząd koalicyjny będzie mógł skutecznie sprawować władzę wykonawczą? Oto bowiem w Zgromadze­niu Narodowym powstaje sytuacja umożliwiająca długotrwały kryzys le­gislacyjny. Nawet w przypadku, gdyby opozycja miała jedynie „swoje” 35 proc. miejsc w Sejmie, istnieje prawdopodobieństwo, że posłowie koa­licji nie stworzą zwartego bloku, zaś opozycja, przy Okrągłym Stole pozba­wiona siły stanowiącej prawo, zyskała w wyniku wyborów siłę blokującą. Jeśli więc system legislacyjny ma dzia­łać, opozycja w wielu wypadkach bę­dzie musiała się „samoograniczać”, co zakłada jakieś szersze porozumienie między rządem a opozycją, co do kierunku i tempa reform. To porozumie­nie może przyjąć formę nie tylko „wielkiej koalicji parlamentarnej” (bo nie rządowej), ale i nieformalnych konsultacji. Słowem, obok Sejmu i Se­natu będzie zapewne w naszej poli­tyce wewnętrznej funkcjonować rów­nież „Magdalenka” – klasyczna dy­plomacja gabinetowa. W ten sposób będziemy mieli wszystkie elementy gry politycznej.

Pytanie, czy nie powstaje oto zbyt subtelny mechanizm polityczno-parla- mentarny? Gzy bierna współpraca opo­zycji z koalicją nie spowoduje utraty przez „Solidarność” tożsamości i po­parcia bazy, czy istniejąca już grupa zawodowych polityków opozycji potra­fi przekonać masy, że gra parlamen­tarna nie jest nowym sojuszem apa­ratów ponad głowami wyborców, a zarazem czy nie ulegnie populistycznym hasłom? Z kolei przyjęcie zasady nieprzepuszczenia żadnej ustawy, która nie jest zgodna z poglądami opozycji prowadziłoby do szybkiego kryzysu ustrojowego.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj