Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Passent codziennie

(5)
  • 2006-05-11 13:20 | gosia

    koniecznie!

    Do przeczytania wielokrotnego. Jak narazie my best. ;)
  • 2006-05-26 20:46 | Daniel Passent

    Codziennik

    %u015Awietna książka. Imponujący dystans do siebie, najbliższych i skrzeczącej reczywistości.Dziękuję...
  • 2006-06-18 18:37 | Zofia

    Czytelniczka- nawet wielbicielka

    Panie Passent jest pan świetny, chyba dlatego że ma pan serce po lewej stronie. Pańskie felietony to sama mądrośc. Od zawsze pana czytam i dziękuję.
  • 2007-01-06 15:24 | Rafał Rybacki

    po co ja to właściwie czytam?

     Szanowny Panie Redaktorze,

    Z wielkim... no właśnie, nie wiem za bardzo jakiego słowa użyć. Z wielkim, choć trudnym do opisania wrażeniem czytam Pana Codziennik. Jego lektura wprowadza mnie w zakłopotanie z dwóch powodów. Po pierwsze, jak już wspomniałem, nie mam pojęcia dlaczego go czytam, bowiem nie ma w nim niczego szczególnie interesującego (co prawda jestem dopiero na 57 stronie – może później akcja się rozkręci). Po drugie, choć świat jest pełen ludzi z których poglądami zupełnie się nie zgadzam, nigdy wcześniej nie czytałem książki napisanej przez jednego z tych ludzi. Wychodziłem ze słusznego przecież założenia, iż życie jest zbyt krótkie, aby tracić czas na studiowanie błędnych poglądów. Z tego samego powodu nigdy nie czytam Polityki, koncentrując swą uwagę wyłącznie na Wprost. Nie będę więc ukrywał, iż póki co nie zgadzam się z ani jedną z 57 stron Pańskiego Codziennika. Nie zgadzam się nawet z okładką, w której - w imię naiwnego nieco pluralizmu światopoglądowego - prezentuje Pan opinie Pani Moniki Olejnik oraz Pana Stefana Niesiołowskiego. „Warto podkreślić, że Passent nie udaje kogoś kim nie jest” – nie wierzę. „Codziennik wyróżnia się bezstronnością i szczerością” – absolutnie nie (przynajmniej nie na pierwszych 57 stronach).
    57 stron Codziennika skłoniło mnie już do wielu wewnętrznych przemyśleń i wywołało szereg niepokojących rozterek. Gdzieś tak w okolicy strony 10 przyszło mi do głowy, iż czytanie Codziennika jest zbrodnią przeciwko ludzkości. Skąd właściwie wzięła się ta książka w moim domu? Na szczęście jej nie kupiłem, zostawił mi ją jeden z gości, którzy odwiedzili mnie w Święta. Ciekawe, czy omyłkowo, czy też w celu zarażenia mnie lewicową retoryką. Niedoczekanie. Nikt mnie nie przekona, iż takie pseudo-intelektualne rozbełchtanie i wymieszanie służy lepszemu poznaniu świata. Wręcz przeciwnie, ono zaciera granice prawdy, kreuje pozytywne emocje, tam gdzie jest miejsce wyłącznie na złość i jednoznaczny sprzeciw. Przez takie książki ludzie błądzą, wspominają z sentymentem to, co było złe i podłe.
    Czytałem dalej. Chyba jedyna rzecz, która mi się podoba w Codzienniku to refleksje nad przemijaniem. Pogrzeby dawnych znajomych, wspominanie przyjaciół, którzy odeszli. Też wkraczam w ten wiek, choć jestem o jedno pokolenie młodszy. Może jednak nie ma nic złego w kontynuacji tej lektury.
    Pański Codziennik opiera się (przynajmniej do strony 57) na dwóch, z gruntu błędnych założeniach. Po pierwsze, że tamte czasy wcale nie były takie złe. Oczywiście, że nie były złe dla człowieka, który w głębokim komunizmie mógł sobie pozwolić na studia w USA oraz dostawał darmowe drinki w Kasprowym. A reszta społeczeństwa jęczała w kajdanach. A nawet jeśli nie jęczała, to w najlepszym wypadku karłowaciała. I teraz wygląda, jak wygląda.
    Po drugie nie znoszę lewicowego liberalizmu. Nie znoszę nawet pisać o tym dlaczego go nie lubię, tak bardzo go nie lubię. Nie będę więc pisał. Napiszę tylko, że obwinianie Kościoła o przemoc w rodzinie jest - jakby tu Panu dowalić – PŁYTKIE INTELEKTUALNIE. Sam padłem ofiarą przemocy w rodzinie dawno temu, gdy moja pierwsza żona zostawiła mnie odchodząc ze swoim kolegą z pracy i zabierając ze sobą naszą córkę i 10 tys. USD. Bardzo bolało, ale nie przyszło mi do głowy, aby obwiniać Kościół.
    Nie wiem więc dlaczego czytam Pański Codziennik. Może dlatego, że niezgadzanie się z niektórymi ludźmi jest znacznie przyjemniejsze niż zgadzanie się z innymi. Dokończę więc ten Codziennik, ale nigdy więcej nie tknę już żadnej Pana książki.
  • 2007-01-09 20:30 | Rafał

    a jednak czytam dalej

    Zgodnie z poprzednim komentarzem, kontynuuję lekturę Codziennika. Jestem pod wrażeniem Pana wpisu z 9 Marca 2005. Refleksje nad przemijaniem życia w narciarskiej scenografii Alp szwajcarskich są wzruszające. Każdy ma podobne wspomnienia, także ja.
    Pierwszy był Paweł, jeszcze w liceum. Skoczył do wody na Mazurach i już nie wypłynął. Był bardzo wesoły, nawet niedojrzały. Niski, ale silny jak tur – od wielu lat trenował zapasy. Wydawać by się mogło ostatni na liście kandydatów do przedwczesnej śmierci.
    Potem mój kuzyn - rówieśnik Mirek, gdy mieliśmy 26 lat. Mama zawsze mi go podawała, jako przykład zdrowia i siły. Tata podziwiał jego wiedze o II wojnie światowej (ja nigdy nie lubiłem czytać). Niedawno się ożenił. Pojechał oglądać mieszkanie na wynajem w Piasecznie. Miał w nim rozpocząć samodzielne życie ze swą młodą żoną. Chyba mu się spodobało, bo w drodze powrotnej z tego entuzjazmu nie zauważył nadjeżdżającego autobusu.
    Darka znalem słabo, był synem dobrych znajomych moich rodziców. Ci znajomi mieszkają w Kanadzie. Darek miał świetna prace w Warszawie, pieniądze i załatwiony kontrakt w londyńskim banku. Szczęściarz. Przed wyjazdem chciał wpaść do dziewczyny. Widać miał za szybki samochód, bo wypadł z zakrętu w Białobrzegach.
    Piotr był źródłem moich młodzieńczych kompleksów. Świetnie zbudowany, nad wiek rozwinięty. Miał wszystkie dziewczyny, o których ja tylko marzyłem. Uprawiał zapasy, nurkował, jeździł motorami, skakał na spadochronie. Ale w życiu mu się nie wiodło. Ciągłe rozczarowania w domu i pracy. Próbował tak wielu rzeczy i nic nie wychodziło. Coraz większy ciężar doświadczeń i odpowiedzialności (urodziny małego Leonka) i coraz mniej nadziei na jakiś przełom. Pewnego razu jego spadochron się nie otworzył. Podobno skoczkowie maja drogi – zapasowy. Prawdopodobieństwo, ze żaden z nich nie zadziała jest znikome.
    Tak sobie powspominałem, na ich cześć.