Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Strach na Lachy.

(2)
2009-04-23 10:25 | Artur
Gratuluję Panu Jackowi Żakowskiemu bardzo ciekawego artykułu. Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem i dalej o nim myślę. Znaczy, dobre było. Jak każdy z nas, Pan Jacek Żakowski przeżywa swoje wzloty i czas błądzenia. Teraz jest w szczytowej formie. Przeczytajcie!
  • 2009-04-27 12:33 | KatarzynaTS

    Re: Strach na Lachy.

    Mam nadzieję, że ten artykuł wielu z nas otworzy oczy na problem, którego nie możemy dłużej tolerować. Pisząc "my", mam na myśli... no właśnie, kogo? Przecież większość z "nas" godzi się na obecność małych tyranii "od powicia". Najpierw, opornie, bo opornie, ale z czasem godzimy się z tym, że tyranizują nas rodzice, bo są starsi, lepiej wszystko wiedzą, no i są naszymi rodzicami, więc musimy się im podporządkować i basta. Później idziemy do szkoły, a tam znowu jesteśmy na dole drabiny, więc po paru nieudanych próbach powiedzenia tego, co się myśli, podporządkowujemy się starszym, których słowo jest prawem. Nie zapominajmy, że nad naszym upupieniem czuwa cały czas kolejna instytucja, czyli Kościół, która uczy nas, aby Bogu oddać, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie. Niektórych porządku nauczy armia, w myśl zasady, że "rozkaz, to rozkaz". I tak wspaniale wyposażeni wkraczamy w dorosłe życie, w którym najważniejszy jest urzędnik i papierek. A gdzie miejsce na naukę cnót obywatelskich? Skąd obywatele mają się dowiedzieć, że coś od nich zależy, i że ich głos się liczy? Przecież nawet ich głos w wyborach nie daje im tej władzy - nie głosuje się na człowieka, tylko na partię, która wie lepiej, ale z pewnością nie uczy cnót obywatelskich ani swoich członków, ani wyborców. No i, "last but not least", korporacja z jej tzw. "kulturą", w której większość managerów działa wedle zasady "bede se dziedzicem", wyznaczając ekonomów pilnujących, czy wszyscy na gwizdek usiedli przed komputerami. Może ktoś ma pomysł, jak wyrwać się z tego błędnego koła?