Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Nie ma czego badać?

(16)
Wiceminister edukacji dyskalkulię nazwał humbugiem naukowym. Sęk w tym, że nie można jej w ten sposób nazwać.
  • 2009-08-12 18:21 | anty-dysX

    Re: Nie ma czego badać?

    Matura to sprawdzenie dojrzałości młodych ludzi w wielu płaszczyznach, np. sprawdzenie, czy potrafią się prawidłowo wysłowić, napisać bezbłędnie jakiś tekst, ale także, czy potrafią liczyć. Nie wszyscy muszą zdać. Brak matury oznacza dla ewentualnego pracodawcy, że dana osoba może mieć braki w wykształceniu i że może się nie nadawać np. na redaktora "Polityki" (dyslektyk) bądź na księgowego (dyskalkulik). Jaką wartość ma świadectwo maturalne dyslektyka lub dyskalkulika? Może zacznijmy stawiać na świadectwach duże pieczątki "D", żeby odróżnić prawdziwe świadectwa od tych lipnych, po zaświadczeniach. Wtedy sytuacja będzie jasna, a te parę procent ,,prawdziwych" dys (obecnie w szkołach społecznych zdarza się, że pół klasy ma zaświadczenia) będzie miało do wyboru: albo nastawiać się na gorsze świadectwo, które ograniczy znacznie możliwości kariery, albo ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć aż do skutku.
  • 2009-08-12 22:36 | Cezary

    Popieram, matura to świadectwo pewnych umiejętności oraz predyspozycji. Nie każdy musi je posiadać, podobnie jak nie każdy zostanie pilotem naddźwiękowego samolotu. Może się zdarzyć tak, że takiemu ulgowemu abiturientowi zabraknie w awaryjnej sytuacji komputera z korektorem ortograficznym i wtedy blamaż na całej linii. Zauważyłem pewną prawidłowość, otóż liczba dyslektyków, jest wprost proporcjonalna do ilości nowych gier komputerowych wypuszczanych na rynek, a odwrotnie proporcjonalna do wzrostu czytelnictwa w naszym kraju. Jeżeli taki baran książkę zna tylko z wystawy i jeszcze się tym chwali, to nic dziwnego, że sms zaczyna od słowa czejść ( chodzi o pozdrowienie ) i żąda bezczelnie ulg na maturze. Ręce i nogi się uginają, jakby powiedział znany klasyk gatunku
  • 2009-08-13 06:41 | kama

    Pewnie, ze nie ma czego badać!

    Czytelniku, zastanow sie: jakbys sie czul, gdyby Ci powiedziano, ze bedzie Ci operowal mozg niewidomy chirurg (ogromnie przepraszam wszystkich niewidomych, to tylko przyklad)? Mysle, ze wielu z nas czym predzej zwialoby ze szpitala. Czy to znaczy, iz niewidomy jest dyskryminowany, nawet jesli bardzo chce byc chirurgiem?
    Zgodzmy sie, ze do dobrego wykonywania kazdego zawodu potrzebne sa pewne zdolnosci i umiejetnosci. I zadne zaswiadczenie o dys-cos-tam nie skompensuje niekompetencji.
    No to o czym tu dalej dyskutowac?
    Nie bede sie tu wyglupial z porownaniami "humanistow" i "przyrodnikow" ani przytaczal telewizorow czy komputerow - nie kazdy musi je konstruowac. Chcialbym tylko przypomniec, ze tzw. liczenie jest jedynie skromnym narzedziem w matematyce. I w zyciu. Duzo wazniejsze sa takie koncepty jak:
    - jesli A wieksze od B a B wieksze od C, to A wieksze od C
    - przez jeden punkt mozna poprowadzic tylko jedna rownolegla (Euklides)
    - prawdopodobienstwo wyciagniecia waleta z talii (52 kartowej + 3 jokery) jest wieksze niz jokera
    - jesli ma sie mniej rownan niz niewiadomych to nie ma szans na rozwiazanie
    - pomiedzy kazde dwa punkty mozna zmiescic trzeci
    itp. itd.
    Matematyka poprostu wymaga uporzadkowanego i zdyscyplinowanego myslenia. Jasne, ze nie kazdy potrzebuje znajomosci rownan rozniczkowych ale jak poprosic o karte kredytowa bez znajomosci procentu skladanego? Lub jak sobie nie zdawac sprawy z istnienia liczb dodatnich i ujemnych. Na taki luksus moga sobie pozwolic jedynie obecni finansisci...
    P.S. Moze nalezaloby przebadac dys-religijnosc?
  • 2009-08-13 09:12 | ronnie

    Re: Nie ma czego badać?

    Wierzę że są naprawdę ludzie mający problemy nie do przeskoczenia z pisaniem, liczeniem itd. Problemy te nie zależą od nich i często znają oni wszelkie reguły i definicje ale w praktyce nie są w stanie się do nich stosować. Tacy ludzie potrzebują zaświadczeń lekarskich, choć, zgadzam się z przedmówcami, nie oznacza to że zaświadczenia niwelują ich braki. Mam jednak wrażenie że w wielu przypadkach zaświadczenia o takim czy innym "dys-" są naciągane i służą bardziej wymiganiu się od nauki. Jak to możliwe żeby w niektórych klasach 30% uczniów było dyslektykami? W ostatnich latach coraz to nowe pozycje dopisywane są do listy zwalniającej z posiadania pewnych umiejętności. Dawniej była to jedynie dysleksja, potem doszła dysgrafia, obecnie dyskalkulia. Co nowego jeszcze nas czeka? Może dysiusja czyli nieumiejętność przyswojenia sobie zasad prawnych (papier zwalnia z odpowiedzialności za przestępstwa) czy dysmoralia (z tym zaświadczeniem możemy gwizdać sobie na wszelkie niepisane normy społeczne). Pomyślmy, ile ludzi siedzących w zakładach karnych i ściganych przez prokuraturę to w rzeczywistości osoby z różnymi dys-ami.
  • 2009-08-13 15:13 | graga05

    Przypadek z najblizszej rodziny. Wybitnie uzdolniona humanistycznie dziewczyna w trzeciej klasie dawnego liceum dostala poprawke z matematyki i fizyki. Cale wakacje brala korepetycje z obydwoch przedmiotow, poprawki nie zdala. Nie wnikam, czy zadzialalo uprzedzenie do niej, brak wiedzy, czy blokada psychiczna tak ponizonej dziewczyny. To bylo straszne dla niej i rodziny, zostala przeniesiona do innej szkoly, zalamanie psychiczne, bezradni rodziece.
    Na szczescie mature zdawala w okresie, kiedy matematyka nie byla obowiazkowa. Zreszta jesli bylaby obowiazkowa zapewne zdalaby opierajac sie jak zawsze w Polsce na dobrze zorganizowanym oszustwie (sciagi, dostarczanie rozwiazan, a nawet znajomosc pytan przed egzaminem...).
    Zdala na studia dzienne, skonczyla dwa fakultety, zrobila grubo przed trzydziestka doktorat, pracuje na renomowanej uczelni jako pracownik naukowy, jest animatorem zycia spolecznego, edytorem i autorem..., tez wielce dokladnym, solidnym, wartosciowym czlowiekiem. A oprocz tego jej umiejetnosc korzystania z internetu, rowniez tworcza, jest najwyzszej klasy.
    Jednak tej traumy na jaka skazala ja szkola srednia nikt jej nie odbierze.
    Na pilota samolotu naddzwiekowego trzeba miec inne predyspozycje, niz te, jakie posiada mlody czlowiek biegly w matematyce. Prosze przestudiowac zyciorysy amerykanskich wojskowych pilotow. Oczywiscie zrozumienie matematyki, fizyki na pewnym poziomie jest konieczne. Niestety polska szkola tego absolutnie nie zapewnia. Klepanie regulek i umiejetnosc rozwiazywania zadan - to bardzo malo.
  • 2009-08-13 15:28 | xymox

    Re: Nie ma czego badać?

    Jest się czego bać. Kiedyś takie osoby jako niezdolne nie osiągały pewnego poziomu edukacji i znajdowały sobie miejsce w społeczeństwie. Dzisiaj dominuje poprawność polityczna i źle pojmowane prawa (ucznia, dziecka, człowieka, studenta etc.). Prawda jest taka, że szkoła uczy pewnych umiejętności i ocenia jakość nabycia tych umiejętności przez ucznia. Jeżeli ich nie nabył to nie ma znaczenia czy stało się to w wyniku zwykłego deficytu intelektualnego czy dysfunkcji takich jak dysleksja, dysortografia czy dyskalkulia. Nie każdy musi mieć maturę czy wyższe wykształcenie. Tym bardziej że w moich szkolnych czasach dysfunkcje te istniały i jedyną metodą pokonania ich była zdwojona praca. Dzisiaj przeważa pogląd, że wystarczy zaświadczenie i można nic nie robić w kierunku niwelowania swojej dysfunkcji. Niedługo w imię poszanowania praw będziemy dawali zaświadczenia ociężałym umysłowo że nie mogą się uczyć, ale ponieważ mają duży głód wiedzy i ambicje to powinni skończyć normalną szkołę. Wymóg - kilkanaście lat odbijania karty zegarowej przy wejściu do szkoły i frekwencja 90%.
  • 2009-08-13 18:25 | orient

    Droga koleżanko, graga. Humanistami to są matematycy, fizycy czy chemicy. Reszta to pseudohumaniści. Doktorat przed trzydziestką to nie wyjątek. To norma. Zgadzam się z przedmówcami, że takie osobniki jak Joanna Cieśla czy Marta Bogdanowicz doprowadzą do tego, że za parę lat ludzie zaczną się podpisywać trzema krzyżykami a zaświadczenia o dysleksji będą w formie obrazkowej, ponieważ niepiśmienny psycholog nie będzie w stanie ich wypełnić. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, to na 1500 osób była 1 (słownie: jedna) osoba z dysleksją (pełną, włącznie z zaburzeniami równowagi) a teraz w klasie mojej córki jest 70% osób z takim zaświadczeniem. Mam tu pytanie do prof. Marty Bogdanowicz. Wszystkie te osoby mają dysleksję czy to się nazywa lenistwo i cwaniactwo. I następne: kto im do ku.rwy nędzy te zaświadczenia wystawia? Pani, czy pani byli studenci?
  • 2009-08-13 19:29 | Cezary

    Wniosek z tego taki, że stopnie naukowe powinni uzyskiwać ludzie, którzy nie mają pojęcia o badaniu przebiegu zmienności funkcji ( kiedyś sztandarowe zadanie maturalne ) a z rachunkiem prawdopodobieństwa mają do czynienia jedynie w kasynach gier. Czyli wąskie, specjalistyczne wykształcenie bierze prymat nad solidnym wykształceniem ogólnym. Do umysłów humanistycznych też można dotrzeć z wiedzą ścisłą, trzeba tylko zastosować odpowiednie środki dydaktyczne. Ja jestem tego przykładem - jako humanista wybrałem jako przedmiot dodatkowy na maturze chemię. Co do pilotów, to była tylko analogia :) nie każdy z nich musi być biegły w matematyce, podobnie jak nie każdy matematyk posiada predyspozycje pilota. Chodziło mi o to, że ludzie różnią się predyspozycjami, więc nie każdy musi posiadać maturę, jeżeli nie radzi sobie z jakąś dziedziną, a już na pewno nie powinna tego usprawiedliwiać jakaś tam dysfunkcja.
  • 2009-08-13 20:43 | PanBorsuk

    Pomyśl o tym tak: była słaba z matematyki ale poradziła sobie, pomimo własnej niedoskonałości. To właśnie był egzamin jej dojrzałości. Życie to wogóle nie jest bajka, wśród różnych paskudnych zdarzeń jakie mogą spotkać człowieka szkoła to dopiero początek i to całkiem łagodny. Traumę to by miała gdyby ktoś wystrzelał jej rodzinę a ją samą zgwałcił oddział wojska. Pomyśl że nie wszędzie dzieci chodzą do szkoły, sporo musi np. pracować. Mało tego, jako dziewczynka mogłaby mieć w niektórych krajach przechlapane dwukrotnie. Niech dziękuje losowi, że urodziła się w całkiem cywilizowanym kraju w którym jej "trauma" (jak jak kocham to słowo!) to problemy z matematyką. Zresztą sporo przedn nią: może poronić, mieć rozwód, być zdradzoną, może stracić pracę, może mieć raka albo udar mózgu, jej dzieci również może to wszystko spotkać. "Trauma" czeka każdego. Im bardziej będziemy chronić ludzi przed "traumą" tym mniej będą potrafili sobie z nią radzić.
  • 2009-08-14 05:18 | anty-dysX

    Wlasnie. Ciekawe, ilu by sie ostalo dyslektykow/dyskalkulikow, jesliby
    wystawienie zaswiadczenia wiazaloby sie z koniecznoscia codziennego
    zostawania po lekcjach na 1-2 godziny w celu cwiczenia ortografii badz
    rachunkow. Mozna by jeszcze dodac obowiazkowe powtorki co sobota (dajmy
    na to: 5 godzin) i obozy dyslektykow w ferie i wakacje:-)

    Prowadze zajecia na uczelni i do bialego szalu doprowadza mnie poziom
    (nie)znajomosci jezyka ojczystego wsrod studentow. Czesta odpowiedz na
    moje uwagi, ze tu i tu jest blad ortograficzny, jest taka, ze "no wie Pani,
    mam zaswiadczenie". Raz zrobilam zatroskana mine i powiedzialam delikwentowi,
    zeby czym predzej zmienil wydzial, zanim nie sfajczy czegos na pracowni,
    jak mu sie np. miliampery z amperami pomyla (objasnienie dla wspolczesnych
    humanistow: 1 miliamper jest tysiac razy mniejszy od 1 ampera,
    objasnienie drugie dla osob, ktorym nadal sie wydaje, ze nie ma o co kruszyc
    kopii: wyobrazcie sobie, ze szef przelewa Wam na konto 2 zl zamiast dwoch
    tysiecy zlotych i macie za to sie utrzymac przez miesiac).
    Koncowka opowiesci: w nastepnej pracy tego studenta
    nie bylo bledow ortograficznych.
  • 2009-08-14 22:04 | graga05

    Nie watpie, ze jest nieskonczenie duza ilosc wiekszych nieszczesc niz niezdanie dwoch poprawek przez dobra, ambitna i zdolna dziewczyne. I co z tego? Nie ma powodow hartowac kogos w ten sposob. Moze przez to hartowanie charakterow, nawet polscy specjalisci, postrzegaja nas jako zawistnych, pogardliwych, niezyczliwych, znerwicowanych - bo nie oszczedza sie nam stresow, tam gdzie by mozna. Nie uczy zyczliwosci, dajac samemu taki przyklad. Piszac o dziewczynie z mojej rodziny nie napisalam, ze jest genialna, tylko opisalam jej rozwoj zawodowy. Wiec nie wiem skad taka pogarda do niej, bo tak zawsze musimy sobie ulzyc? Ale jest tez wystarczajaco zdolna, zeby funkcjonowac wsrod wyksztalconej czesci spoleczenstwa, a nie byc ponizana.
    Pozwole sobie nie komentowac wypowiedzi forumowicza, ktory pisze, ze humanistami sa fizycy, matematycy, itd.... , a reszta to....Moze to wlasnie wskutek nadmiernych stresow w mlodosci taka pogarda do innych? Na odcisk nastapil jakis belfer w szkole i teraz sie odgryzamy anonimowo na forum?
    Btw, a gdzie rezultaty w osiagnieciach naukowych, technologii, ekonomii, zyciu spolecznym.... po takich wymaganiac w szkole sredniej z zakresu matematyki?
    Jak na razie sztuka dla sztuki. Jak pisalam, Polak potrafi, po prostu lepiej zostanie zorganizowane w dobie srodkow komunikacji elektronicznej przeslanie rozwiazan na egzamin.

    .
  • 2009-08-15 02:19 | DANKA

    [cytat]
    Btw, a gdzie rezultaty w osiagnieciach naukowych, technologii, ekonomii, zyciu
    spolecznym.... po takich wymaganiac w szkole sredniej z zakresu matematyki?
    [/cytat]
    Gdzie te osiagniecia? Przegladnij liste wykladowcow na uniwersytetach amerykanskich, na kazdym znajdziesz pare polskich nazwisk. Z mojego rocznika wiekszosc osob o ambicjach naukowych wyemigrowala, bo w Polsce nie mogli (w naukach technicznych) rozwinac skrzydel. Problem w tym, ze czasy genialnych samotnikow, zywiacych sie powietrzem i kupujacych skladniki do kolejnych eksperymentow za marna uniwersytecka pensje w pobliskiej aptece, skonczyly sie 100 lat temu. Aby osiagnac postep w nauce i technice, potrzebne sa pieniadze, pieniadze i jeszcze raz pieniadze, w ilosci 10-krotnie wiekszej, niz ktorykolwiek rzad mial/ma zamiar przeznaczyc na nauke. (Uprzedzajac komentarze: pieniadze to warunek konieczny, ale w zadnym razie dostateczny).
  • 2009-08-15 16:19 | pani od matematyki

    Nie ma czego badać!

    Matematyke musza znac wszyscy. Ludzie biora kredyty, ktore sie im kompletnie nie oplacaja, bo nie umieja liczyc. Mozna grac na gieldzie i cos sobie dorobic do pensji, ale trzeba umiec policzyc. I zeby sie nie dac naciagnac na roznego rodzaju promecje, tez sobie trzeba przeliczyc. Nie trzeba znac calek, ale nie mozna tez przestac uczyc sie matematyki na poziomie ukladu rownan z dwiema niewiadomymi! Ja musze wiecej czasu poswiecic na nauke jezyka obcego, a ktos inny na rozwiazanie zadan z matematyki. I nie kazdy musie miec 5 z matematyki na maturze jezeli i tak chce byc historykiem albo filologiem. Ja mialam 3 z jezyka obcego a jestem fizkiem i jezyka tez sie w koncu nauczylam.
    Problem zaczyna sie kiedy poziom nauczania matematyki jest zanizany, bo wszyscy musza sie nauczyc. Chcecie, zeby mosty budowali niedouczeni inzynierowie? Zbyt dlugo spoleczenstwo zylo w przekonaniu, ze matematyka nie wszystkim jest potrzebna, ale religia owszem.
  • 2009-08-16 19:52 | Graga05

    Tak sie sklada, ze mieszkam w Ameryce kilkanascie lat. Tak sie sklada, ze sledze tutaj rozwoj przynajmniej kilkunastu mlodych ludzi: od szkoly podstawowej, czy sredniej do ukonczenia studiow. Sa to mlodzi z mojej rodziny, ich koledzy i kolezanki, dzieci znajomych. Tu sie nie zdaje matury i niech bedzie blogoslawiony ten system, po drodze jednak jest tyle bramek, ze uczen ze znajomoscia matematyki na poziomie szkoly podstawowej nie dostanie sie do MIT. Po prostu poszczegolne przedmioty mozna konczyc, poza okreslonym minimum, na roznym poziomie.
    Nieprawda jest, ze ilosc polskich nazwisk jest znaczna wsrod naukowcow na uczelniach. Znaczaca jest ilosc nazwisk chinskich, koreanskich ( naogol nie odrozniam, ), takze nazwisk hinduskich, pakistanskich i innych dalekowschodnich. Na ta ogromna mase starej i nowej Polonii ilosc polskich nazwisk jest zenujaco mala, a stypendysci z Polski, ktorzy z laskawosci amerykanskich uczelni i i roznych funadacji studiuja, doktoryzuja sie tutaj - sa przeciez z calego swiata. Przy blizszym poznaniu okazuje sie, ze jakis pracownik naukowy to Zyd, ktorego rodzice, a najczesciej dziadkowie wyemigrowali z Polski, czy okolic.
    Nie ma nas tez w zyciu publicznym, ale tego nie oczekujmy, przeciez zgodnie z rozwinieta tu teza humanistow nie potrzeba - wystarcza polscy fizycy, chemicy, matematycy. Przynajmniej w moim miescie jest nas nieproporcjonalnie malo w renomowanych szkolach publicznych, gdzie sposob nauczania moze byc powodem najwyzszej zazdrosci dyskutantow o potrzebie zdawania matematyki na maturze. Zdolne , przypilnowane polskie dzieci czesto chodza do szkol katolickich, gdzie system nauczania nie pozwala sie wybic zdolniejszym ( naogol jeden poziom dla wszystkich, bo szkolki malutkie), no i potem niejako automatycznie ida do katolickiej szkoly sredniej, ktora nie daje takich mozliwosci kreatywnego rozwoju jaka daja najlepsze szkoly publiczne. Naprawde mam duzy material obserwcyjny - co tak naprawde mozna wyniesc ze szkoly. Przez kilka lat obserwowalam np.w czasie wakacji dwoch rowiesnikow - jeden z Polski, jeden z Ameryki. Mysle, ze jednakowo zdolni. Amerykanski uczen z bardzo dobrej publicznej szkoly sredniej mial znacznie lepsza umiejetnosc wytlumaczenia zjawisk w przyrodzie, korzystania z najnowszych osiagniec hi-tech, nie wspominajac juz o bardzo istotnej sprawie - jego zaangazownanie spoleczne daleko w tyle zostawialo polskiego ucznia. Wcale nie bylo mi to mile, bo tamten chlopiec bliski mojemu sercu.
    PS Czytalam ksiazke wspomnieniowa noblisty - Richard P. Feyman "Pan raczy zartowac, panie Feyman". Przez cale swoje zycie, kiedy byl wykladowca nie mogl zrozumiec dlaczego europejscy, ale tez azjatyccy studenci po szkola srednich w swoim kraju, umieja wyrecytowac teorie, formulki, zadania, a kiedy trzeba samemu ruszyc mozgiem - to kazdorazowo jest kleska. Dlatego jeszcze raz smiem twierdzic, ze dyskusja nad matematyka, biorac pod uwage calosc wielce nienowoczesnego stylu nauczania w Polsce nic nie daje.
  • 2009-08-16 20:12 | graga05

    Wcielo mi poprzedni post, chyba byl za dlugi, albo bedzie dwa razy.
    Tak sie sklada, ze mieszkam w Ameryce kilkanascie lat i wiem, ze na uczelniach polskich nazwisk jest bardzo malo. Pracuja oczywiscie w roznych wyzszych szkolach, ale nieporownanie czesciej spotyka sie nazwiska dalekowschodnie jak chinskie, koreanskie, hinduskie, pakistanskie..., z krajow socjalistycznych obok Polakow wcale nie w mniejszych ilosciach pracuja z innych krajow bylego obozu. Np. ciagle zadziwia mnie w moim miescie ilosc sredniego i wyzszego personelu medycznego z... Rumunii, a takze kilku zdolnych wykladowcow w collegu mojego syna z Bulgarii.
    Jako komentarz do polskiego wyksztalcenia przytocze refleksje z autobiograficznej ksiazki amerykanskiego noblisty: R.P. Feyman "Pan raczy zartowac, panie Feyman". Ilekroc pracowal jako wykladowca nie mogl wyjsc z podziwu nad nastepujacym zjawiskiem: Kiedy chodzi o teorie , regulki, zadania, europejski, czy azjatycki student recytuje spiewajaco. Kiedy zada mu pytanie wymagajace ruszenia mozgiem - zawsze nastepowala totalna kleska. Rzeczywiscie mozna podziwiac kolegow, ktorzy wyemigrowali i umieli sie przestawic po polskiej edukacji na umiejetnosc kreatywnego myslenia. To troche zlosliwe, wiem, ze jestesmy zdolni, ale naprawde polski system nauczania jest skostnialy.
    Amerykanski system nauczania w ogolnosci po szkole sredniej wypuszcza tragicznie niedouczonych, ale te pozostale 10%, ktore ma mozliwosc rozwoju w zaleznosci od swoich zdolnosci (rozne poziomy dla roznych przedmiotow) umie wystarczajaco i jednoczesnie ma odwage byc kreatywnym. I to jest najwazniejsze.
  • 2009-08-16 22:24 | Michał Różyczka

    Re: Nie ma czego badać?

    Mam swoje lata, ale jeszcze dobrze pamiętam szkołę. Nie mówiło się nam wtedy, że mamy dys-cośtam, tylko na wywiadówkacch rodzice dowiadywali się, że dziecko ma trudności i musi więcej pracować. Zgoda, nie we wszystkich przypadkach zwiększony wysiłek da pożadane wyniki. Ale jakieś zawsze da. Jak sądzę, lepsze niż obniżanie wymagań. W sporcie stawianie poprzeczki dla różnych osób na różnych wysokościach to niewątpliwy nonsens. A czy nie tak samo jest w matematyce i innych przedmiotach?
    Wyobraźmy sobie, że Kwiatkowski niedyskalkulik i Kowalski dyskalkulik dostają taką samą ocenę, ale za RÓŻNE zestawy zadań (czywiście dla Kowalskiego łatwiejsze w stopniu proporcjonalnym do stopnia dyskalkulii). Czy ta ocena będzie cośkolwiek znaczyć??