Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Związani bluszczem

(6)
Oczkiem w głowie amerykańskich wyższych uczelni są absolwenci. Bez nich trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie systemu edukacyjnego na poziomie akademickim.
  • 2009-10-21 09:06 | sebek

    Re: Związani bluszczem

    Niestety, samotność polskiego absolwenta jest faktem. To nie jest tak, jak mówią niektórzy iż w USA każdy ma sam o siebie zadbać, w przeciwieństwie do takiej Polski, gdzie wszystko ma być podane na talerzu. W wielu dziedzinach jest odwrotnie. W Polsce ludzie często pozostawiani są sami sobie, jest to smutne ale nie jest to włąściwe tylko dla wyższych uczelni. Podobnie działają urzędy pracy i służby socjalne, tak więc ta patologia jest znacznie głębsza.
    Co do uczelni, to rzeczywiście panuje tan coś, co można nazwać odfajkowywaniem kolejnych roczników. Absolwent z dyplomem nagle staje się kimś z zewnątrz, wszystko się urywa, jeszcze wczoraj był członkiem uczelnianej społeczności a dziś jest już ciałem obcym o którym się zapomina. W polsce coś takiego jak list polecający od dziekana jest nie do pomyślenia. Na dobrą sprawę uczelnie nie bardzo wiedzą, co dzieje się później z ich absolwentami. Owszem, przypominają sobie o nich, ale tylko wtedy, gdy taki delikwent o włąsnych siłach czy poprzez znajomości, zajmie jakieś eksponowane stanowisko. Wtedy pokazuje się go i mówi: tak, to jest nasz absolwent!
    Podobnie jest z absolwentami studiów doktoranckich, których najpierw się za grube pieniądze kształci a potem mówi się "do widzenia". Co robią potem absolwenci studiów doktoranckich, tego na dobrą sprawę też nikt nie wie.
    Jeśli absolwent chce utrzymywać jakieś kontakty z uczelnią, to niejednokrotnie musi robić to sam i na siłę, bazując bardziej na prywatnych znajomościach niż na instytucjach tworzonych przez uczelnie. To prawda że informcje które posiadają biura karier nie są bardziej przydatne niż te które znaleźć można na pierwszym lepszym portalu "praca".
    Tak więc w Polsce absolwent przeważnie nie otrzymuje ze strony uczelni żadnego wsparcia w późniejszym życiu zawodowym. Smutne lecz przwdziwe.
  • 2009-10-21 16:29 | Avram

    Uczelnie polskie to jak PKP, dowioza, przewaznie nie na czas, moze nawet nie tam gdzie sie jechalo. A na dowidzenia nawet nie przeprosza, i dowidzenia.

    Jak ma uczelnia utrzymywac kontakty z absolwentami, na takim UW nie sa w stanie utrzymac kontaktow ani z kadra, ani z tymi ktorzy obecnie studiuja?

    Administracja na UW przypomina bardziej spoldzielnie mieszkaniowa z lat 70 niz cos co mogloby funkcjonowac w XXI wieku.

    Te opisy dobrych uczelni w USA to tak jak ogladac Dr House w naszym szpitalu. Czysta fikcja.
  • 2009-10-23 13:58 | Basia

    Bo to pewnie z braku pieniędzy, jak zwykle. Wygodne wytłumaczenie na wszystkie bolączki i całą tą uczelnianą mizerię.
  • 2009-10-24 23:44 | LB

    Nie, to nie brak pieniędzy, tylko brak wyobraźni i chęci do wprowadzania zmian w skostniałych strukturach polskich uczelni mających początek w latach nakazowo-rozdzielczych. Więzi z absolwentami na uczelniach amerykańskich są w rzeczywistości znacznie większe i bardziej rozbudowane niż to (dość zgrabnie) opisali autorzy artykułu.

    Jedyną bzdurą (powielaną od lat w polskich mediach) to ta, że nazwa Ivy League, Liga bluszczowa, cyt.: "pochodzi od bluszczu porastajacego budynki uczelni" .

    Nazwa Ivy League nie pochodzi od bluszczu porastajacego mury uczelni (bluszcz porasta prawie wszystkie uczelnie), a od liści laurowych, ktόre otrzymywali zwycięzcy olimpiad i ktόre mają swoją wymowę – bycia najlepszym. Ivy League, czyli legia laurowa obejmuje grupę uczelni z pόłnocno-wschodniej części USA, podkreślając ich prestiż akademicki, Są to uniwersytety: Harvard (założony w 1636 roku), Yale (1701), Pennsylvania (1740), Princeton (1746), Columbia (1754), Brown (1764), Dartmouth College (1769), i Cornell (1865). Uczelnie te od 1870 roku spotykały się na zawodach sportowych zwanych Ivy League. Szczegόlną rolę pełnił tam futbol amerykański. Jako, że Ivy Lieg przez lata były uczelniami wyłącznie męskimi, to dla przeciwwagi powstały uczelnie żeńskie, z ktόrych najlepsze zgrupowane są w Seven Sitsers (siedem sióstr), ktόrym przewodzi Mount Holyoke College, zalożony w 1837, kolejna prestiżowa uczelnia utrzymująca rozległe kontakty ze swoimi absolwentami.
    Dr. Leszek Błędzki, Mount Holyoke College
  • 2009-10-27 13:57 | Marcin Rotkiewicz

    Szanowny Panie,
    bardzo dziękuję za maila i z pokorą przyjmuję Pańskie uwagi. Jednak sprawa nie wydaje się tak prosta, jak opisał Pan to w mailu. Po pierwsze, używa Pan określenia "Ivy Lieg" a powinno być "Ivy League" - ale być może to tylko przejęzyczenie.
    Z tego, co wyczytałem w internecie, nie mamy racji ani my (Szymbroski i ja) ani Pan. Proszę zajrzeć na stronę: http://en.wikipedia.org/wiki/Ivy_League#Origin_of_the_name
    Pochodzenie nazwy od "liści laurowych" wydaje mi się o tyle dziwne, że po angielsku liść lub gałązka lauru to "bay leaf" lub "sprig of laurel".
    Serdecznie pozdrawiam
    Marcin Rotkiewicz, tygodnik "Polityka"
  • 2009-10-27 15:16 | LB

    Szanowny Panie Marcinie,
    oczywiście że w pośpiechu się przejęzyczyłem, powinno być "Ivy League", i po zapoznaniu się ze stroną internetową, ktorą Pan podaje, wynika ze etymologia pochodzi nie tyle od lisci laurowych co raczej od legii (takiej jak w dróżynach piłkarskich), ale efekt końcowy jest taki sam, uczelnie te spotykały się na zawodach - by wyłonić najlepszego (sic!), i tylko tych kilka uczelni (ścisła czołowka najlepszych uczelni) należy do tej legi. Pamietam że od lat w Polsce było to przypisywane bluszczowi... Jak widać uczymy się wciaż i wiecznie. I stary aforyzm Renana jest wciąż aktualny: "Nikt nie ma racji na tyle aby dla jego przeciwnika, tejże racji nie pozostawałoby chociażby troszeczkę". Dziekuje za uwagi. Serdecznie pozdrawiam, Dr. Leszek A. Błędzki