Twierdzenie ze:
>>że w ludzkich motywacjach dominują w sposób naturalny namiętności i żądze
zostalo bardzo dobrze udowodnione przez obecny kryzys gdzie wiekszosc rzucila sie na nieruchomosci bo "Kowalski zarobil na mieszkaniu wiec ja tez chce". Nic tylko rzadza pieniadza i zupelny brak refleksji - czyli chciwosc i strach okazaly sie znowu silne.
Oczywiscie ludzkie zachowanie jest bardziej skomplikowane niz zaklada model "homo economicus".
Problem wspolnego pastwiska jest jak najbardziej rozwiazywalny. Jezeli ktos wpusci wiecej krow niz powinien to albo mu jakas krowa padnie albo dostanie w twarz od wspolobywateli, dlatego wybierajac dobrosasiedzkie stosunki (wielkie dobro, bo oprocz zdrowia krowy gwarantuja one ze mu sie chalupa nie spali) poswieci dodatkowy zysk z wpuszczenia na to pastwisko dodatkowej krowy (male dobro) a wiec dazyc bedzie do maksymalizacji swoich korzysci.
Jako ze wiekszosc modeli nie bierze pod uwage powtarzalnosci zjawiska to nie zauwazaja one ze czasami jest lepiej poswiecic czesc zysku ktory mozna uzyskac natychmiast aby moc czerpac korzysci w dlugim okresie.
Podobnie jest z Linuxem - jezeli program jest napisany i udostepniony wszystkim to uzytkownik moze zmienic dostawce uslug a firma dostarczajaca uslugi moze latwiej znalezc pracownikow znajacych dany system, pracownicy z kolei maja wiekszy wybor mozliwych pracodawcow i zyskuja wszyscy oprocz bylego monopolisty ktory zarabial na udostepnianiu swojego jedynie slusznego standardu.
Polecam "Samolubny gen" i "Dlugi ogon", ktore to ksiazki pokazuja ze wiele zachowan uwazanych za altruistyczne przynosza jednostce korzysci i jak zmieniajace sie otoczenie technologiczne umozliwilo rozwoj i czerpanie zyskow z roznych dzialalnosci ktore nie sa w glownej mierze motywowane pogonia za zyskiem.
Wyszukaj na forum
Forum
Śmierć człowieka ekonomicznego
(7)
Homo economicus odchodzi na zawsze do historii. Najwyższy czas pożegnać się z tym produktem wielosetletniej hodowli europejskich i amerykańskich laboratoriów intelektualnych.
-
-
Re:Śmierć człowieka ekonomicznego
A cóż to za argumentacja! Idąc jej tropem dojdziemy do wniosku, że posiadanie żony to czysty zysk, bo nie wydajemy na dziwki, ojciec to dobry interes, bo zostawi spadek, a dzieci są po to, aby nas utrzymywać na starość. Takie rozumowanie też może być prawdziwe, ale nie o to chodzi w dyskursie. " Śmierć H.E." to świadome wyzbycie się przelicznika efektów naszych działań na otrzymywane przez nas dobra. Oczywiste, że jest to łatwe tylko wtedy, gdy mamy zaspokojone swoje potrzeby, co najmniej podstawowe. Cywilizacja Zachodu w zasadzie to osiągnęła. Ideologia neoliberalna zakłada nieograniczony wzrost konsumpcji, pomijając szereg aspektów jej ograniczeń i sprzeczności. Już mamy nadmiar produkowanej żywności (cały czas mam na myśli nasz krąg cywilizacji), mamy nadmiar produktów przemysłowych, kosztem wyczerpywania zasobów podstawowych. I co, dojdziemy do sytuacji, że będziemy mieli każdy po 100 par butów i brak czystej wody do picia?
A zasada: obniżać koszty, w tym pracy. To za co pracownicy kupią produkowane przez siebie produkty? Lada chwila znajdziemy się w sytuacji Indiontów (odsyłam do Lema sprzed 50 lat) - z jednej strony ci, którzy mogą jeszcze osiągać dochody, korzystając z uruchomionych inwestycii, z drugiej ci niepotrzebni, bo zbedni w produkcji czegokolwek.
Teoria liberalna nie daje rozwiązań dla takiej sytuacji - stąd jej "śmierć" stanie sie prędzej czy później faktem.
-
Re:Śmierć człowieka ekonomicznego
>>Takie rozumowanie też może być prawdziwe, ale nie o to chodzi w dyskursie
Takie rozumowanie jest prawdziwe - oczywiscie podane przez Ciebie przyklady sa nieco infantylne ale nie zmnienia to faktu ze rodzina sie oplaca. Gdyby instytucja rodziny sie nie oplacala to by nie byla praktykowana od poczatku historii naszego gatunku.
>>I co, dojdziemy do sytuacji, że będziemy mieli każdy po 100 par butów i brak czystej wody do picia?
Jezeli dazymy do maksymalizacji uzytecznosci to w miare wyczerpywania sie zasobow wody jej cena wzrosnie ponad wartosc butow i produkcja kolejnej pary butow juz nie bedzie oplacalna. Oczywiscie zakladam ze nikt wody nie sponsoruje - prosze zauwazyc ze najwieksze problemy z woda wystepuja na terenach gdzie jest ona rozdawana za darmo. Irlandia - polowa wody nie dociera do odbiorcy i nikt nie remontuje sieci wodociagowej, bo woda jest za darmo, Jordania, Indie - to samo tylko klimat nie ten i powoduje to wieksze problemy ekologiczne i spoleczne.
>>A zasada: obniżać koszty, w tym pracy. To za co pracownicy kupią produkowane przez siebie produkty?
Obnizanie kosztow pracy w ostatnich latach odbywalo sie przez przenoszenie zakladow produkcji do krajow o nizszych kosztach pracy (i tez nizszej wydajnosci) co w skali calego swiata doprowadza do zwiekszenia ilosci ludzi ktorzy maja zaspokojone podstawowe potrzeby (bo zamiast 2 wydajnych Niemcow pracuje 4 mniej wydajnych Chinczykow). W ten sposob ostatnich 20 latach w Chinach setki milionow ludzi wyszly z biedy. Gdyby ten system nie dzialal to w Polsce nadal produkowalibysmy Polonezy a nie Volkswageny i Ople - ale zato pracownicy w Bochum mieli by prace (ta fabryka przynosi straty od co najmniej 10 lat).
Zwolnieni pracownicy na zachodzie maja z reguly kwalifikacje pozwalajace im na znalezienie innej pracy.
A jak moralnie obronic sytuacje gdzie Europejczyk dostaje za ta sama prace wieksze pieniadze niz Chinczyk?
Problem obecnie polega na tym ze na zachodzie jest duzo ludzi slabo wyksztalconych, ktorzy przez wiele lat przyzwyczaili sie do zycia na bardzo wysokim poziomie i teraz sa zdziwieni ze biedni ludzie w krajach uwazanych do niedawna za 3 swiat (Sri Lanka, Laos, Madagaskar) sa w stanie wyprodukowac podobny produkt ktory jest 10-20 razy tanszy.
Rozwiazaniem jest tylko poprawa systemu edukacji zeby minimalizowac ilosc osob wykluczonych z uczestnictwa w rynku pracy. Niestety dla politykow jest latwiej wspierac zaklady pracy niz pracownikow - w Danii gdzie zwalniac pracownika mozna praktycznie bez ograniczen ale moze on liczyc na przekwalifikowanie - stopa bezrobocia wynosi ok 4%. Bogate kraje zachodu jezeli chca pozostac bogate to musza miec do zaoferowania produkt zaslugujacy na wysoka cene a dzis produkt jest calkowicie zalezny od wyksztalcenia pracownika. -
Re:Śmierć człowieka ekonomicznego
Uporządkujmy: jeżeli mówimy, że coś się opłaca, to znaczy dla mnie, że jest zamienialne na pieniądze. Kwestie rodzinne tu nie wchodzą więc (chyba) w grę. "Homo economicus" wszystko przelicza na pieniadze i płaci - z definicji. Jednak są pewne rzeczy, których nie kupuje sie za pieniadze. Chcemy, żeby tak zostało.
"Jezeli dazymy do maksymalizacji uzytecznosci to w miare wyczerpywania sie zasobow wody jej cena wzrosnie ponad wartosc butow i produkcja kolejnej pary butow juz nie bedzie oplacalna."
Jednym słowem całe dochody przekażemy na zakupy wody i będziemy boso chodzić. Jeżeli to ma być podsumowanie kapitalizmu, to pora wykopać broń i walczyć o komunizm. Na szczęście tak nie jest. Dostaw wody nie komercjalizuje się (są takie próby - ostatni Bond nie jest takim "fiction"), ale jest to nasza decyzja polityczna. Nie wiem, dlaczego Irlandczycy dostają wodę za darmo, to raczej jest głupie, bo powoduje marnotrawstwo. Chodzi o to, żeby racjonalne zużycie wody (można to przecież obliczyć: tyle i tyle wypijamy, tyle i tyle potrzebujemy do higieny osobistej) nie wymagało wyrzeczeń od nikogo, bez względu na jego status majątkowy. Jest zakres zasobów, które nie są komercjalizowane, ale jego zasięgu decyduje system ideologiczny lub kulturowy - to od niego zależy, czy mamy dostęp do wody, pożywienia, czystego powietrza, edukacji, opieki zdrowotnej, zasobów mieszkalnych. Są pewne dziedziny podstawowe, które nie mogą być skomercjalizowane, bo z założenia nie przyniosą dochodu. Czy można zarobić na kolonii trędowatych? Można, ale pod warunkiem, że ktoś za to zapłaci i to z nawiązką. Kto - my, z naszych podatków. A przecież podatków nie powinno być, bo to zabieranie naszych ciężko zarobionych pieniędzy. To co z trędowatymi? Racjonalnie z punktu widzenia opłacalnosci powinno się ich zutylizować...
Cały dalszy wywód doskonale współbrzmi z obawami zawartymi w moim tekście. Ludzie Zachodu tracą pracę, bo wykonuje ją tańszy 3 swiat. Dlaczego tańszy? Bo tak im na razie narzuciliśmy. Bo jak nie my kupimy, to kto?. Ale jak nie będziemy produkować, bo im wychodzi to taniej, to czym im zapłacimy? Na razie zielonym papierem, ale to się może skończyć. W pewnym momencie od nas zażądają ekwiwalentu swej pracy.
Sen się kończy. Jeśli 3 świat rozwinie swój wewnętrzny rynek, to nie sprzeda nam pary butów za 2 kilo ryżu. Będziemy musieli robić je sami, konkurencyjnie. "Tymi ręcami" albo tymi automatami, robotami, które skonstruujemy. No, ale jeśli wszystko za nas będą robić automaty należące do korporacji, to czym korporacjom zapłacimy za te produkcje?
Musimy przyzwyczajać się do sytuacji, że nasz indywidualny sukces ekonomiczny nie będzie zależał od naszego wykształcenia czy zasobów inwestycyjnych. Nasze wykształcenie nie będzie miało nic do rzeczy. Możemy sobie porobić wszyscy doktoraty z informatyki lub marketingu i nic z tego nie wyniknie. Bo na cały nasz kraj potrzebujemy raptem kilkanaście tysięcy informatyków, a im większa będzie konsolidacja kapitału, tym mniej trzeba bedzie marketingowców, czyż nie?
Rynek jest obszarem, w którym powinni uczestniczyć wszyscy, wymieniając między sobą efekty swe pracy. Jeśli tak nie będzie, to nie ma rynku. Na wytworzenie żywności wystarczy 1% ludności, zautomatyzowane fabryki potrzebują nastepny 1%, obsługę wymiany towarowej 1% itd., lista tych 1% szybko sie skończy. A co z resztą chętnych do pracy? Będzie się zajmować wymianą ulotek reklamowych? Za czyje pieniądze?
Nie chcę formułować jakichkolwiek rozwiązań. Ludzkość (myśląc globalnie, ale i lokalnie) musi je znaleźć, aby harmonijnie przetrwać. "Homo economicus odejdzie na zawsze do historii..." -
A co w zamian?
Też mi nowina, wyczerpanie się tego modelu zaczyna już nawet docierać do ekonomistów. Może by raczej Szanowny Pan Redaktor wspomniał coś o alternatywach? To mogłoby być naprawdę nowe i - daj Boże - pokrzepiające.
To jasne, że wszelkie jednowymiarowe antropologie mogą być co najwyżej pomocami dydaktycznymi, użytecznymi modelami dla badań porównawczych, a nie satysfakcjonującym opisem świata. I obojętne, czy absolutyzowałyby chciwość, czy szczodrość, czy hedonizm, czy ascezę - pozostają fundamentalne fałszywe, a nawet szkodliwe, kiedy się stają nie tylko przesądem naukowym, ale także dogmatem życia społecznego.
Jak słusznie Pan zauważa, antropologia powinna być pierwotna w stosunku do ekonomii, a rzeczywistość antropologiczna w stosunku do rzeczywistości gospodarczej - po prostu taka jest. Trudno jednak oczekiwać, że wyczerpanie się jakiegoś modelu ekonomii spowoduje od razu przemiany intelektualne lub moralne. Bardziej spodziewać się można, przynajmniej najpierw, rozwiązań siłowych i przejściowego urządzenia życia społecznego w oparciu raczej o przymus niż o finanse.
Boję się, że jeszcze przez wiele lat dominować będzie pogląd "kapitalizm tak, wypaczenia nie", gospodarka pozostanie w dotychczasowych koleinach, a finanse wynajdą kolejne kamuflaże dzielenia przez zero dla jednych i dzielenia zera między innych. Obecny system może trwać co najmniej tak długo, aż ktoś skutecznie powie "sprawdzam", co jednak tylko go sfalsyfikuje i samo w sobie nie stworzy alternatywy. Ażeby jednak w tej grze móc sprawdzać, trzeba mieć chociaż parę ton uranu... i tak wracamy do punktu wyjścia.
Co stwierdzając, pesymistycznie pozdrawiam.
-
Jacek Żakowski kontra neoliberalizm, czyli fikcja przełomu.
Jacek Żakowski kontra neoliberalizm, czyli fikcja przełomu.
Teoria „intelektualnego przełomu” Jacka Żakowskiego wywodzi się wprost z wydanej w roku 1962 „Struktury rewolucji naukowych” Thomasa Kuhna. Jako, że książki tej jeszcze nie nabyłem i nie przeczytałem, oprę się na opracowaniach (W.Sady „Spór o racjonalność naukową”) i krytykach, których argumenty powtórzę (Popper, Feyerabend, Lakatos). Teoria Kuhna ma 47 lat, więc jeśli jest to „przełom”, to nie nowy (nawiasem mówiąc Redaktor Żakowski w ogóle kojarzy mi się z kulturą hipisowską – psychodeliczna broda, błysk w oczach, poczucie misji). Sam autor tej teorii się z niej wycofał, gdy zauważył jej jednostronność. Teoria Paradygmatu T. Kuhna mówi, że nauka rozwija się „normalnie” w obrębie paradygmatu, kiedy to wszyscy naukowcy mają takie same poglądy, potem docierają do problemów, których nie potrafią rozwiązać, następuje „kryzys” intelektualny. W sytuacji „kryzysu” naukowcy nie mają określonych poglądów, jest to intelektualne bezkrólewie. Następnie wspólnie wymyślony zostaje nowy „paradygmat”, na który naukowcy zbiorowo się „nawracają” i następuje kolejny okres „nauki normalnej”. Teoria ta łączy irracjonalizm, socjologizm i kolektywizm. Irracjonalizm polega na tym, że nie liczą się „racjonalne” (ani żadne inne) argumenty, ale przekonania, wierzenia, poglądy. Irracjonalizm łączy się z socjologizmem. Teoria paradygmatu wyjaśnia rozwój nauki poprzez rozwój naukowej wspólnoty, a nie wiedzy istniejącej poza umysłami (np. w książkach). Z kolei kolektywizm kładzie nacisk na jednomyślność naukowej wspólnoty – zarówno w „kryzysie” jak i w „nauce normalnej” panuje jednomyślność. Wszystkie trzy założenia teorii Kuhna okazały się co najmniej przesadą, jeśli nie jawnym fałszem (nawiasem mówiąc teoria ta bardziej pasuje do analizy wierzeń niż wiedzy). Krytykę teorii Kuhna będę przeprowadzał „od końca”, gdyż tak się zwykle dzieje, że najbardziej wątpliwe założenia pojawiają się po cichu na końcu.
Jednomyślność. To założenie jest najbardziej wątpliwe i niebezpieczne. Kuhn uważa, że większość naukowców zgadza się ze sobą, a pozostałych można wykluczyć, bo to dziwacy nie rozumiejący ducha czasu. Teoria paradygmatu jest więc paradygmatem oportunizmu i dyktatury – rację ma większość i ci, którzy się nie wychylają. Większość ma rację, a pozostałych trzeba wykluczyć, żeby nie przeszkadzali. Argumenty się nie liczą, liczy się siła większości i autorytet nazwisk. W ten szybki sposób poza nauką zostają umieszczeni wszyscy samotni naukowcy – np. Kopernik, Galileusz albo Einstein. Żaden z nich nie miał za sobą większości specjalistów, a wręcz przeciwnie. Nie istniał też wówczas żaden socjologiczny „kryzys intelektualny”, zarówno przed Kopernikiem, jak i Einsteinem nauka zmierzała w kierunku wyjaśnienia wszystkich znanych problemów. Rewolucje naukowe odbywały się przeciw większości naukowców. Imre Lakatos nazywa pogląd Kuhna „elitaryzmem”.
„Według elitarystów do osądzania wytworów wspólnoty naukowej upoważnieni są jedynie jej członkowie. Ale co by było, gdyby członkowie się nie zgadzali? Nie otrzymalibyśmy wówczas niedwuznacznej odpowiedzi na problem demarkacji. Tymczasem, na co wskazywałem, elitaryści są przekonani, że pewne teorie stanowią dobrą naukę, a inne złą lub pseudonaukę.
Elitaryści zwykli tę trudność obchodzić stwierdzając po prostu, że taki brak jednomyślności w rzeczywistości nie zdarza się. Twierdzą oni, że wspólnoty naukowe szybko i łatwo osiągają jednomyślność w kwestii wiedzy naukowej. Jeśli nawet jest to trafna odpowiedź, to wynika z niej, iż naukowcy tworzą autorytarne społeczeństwo bez alternatyw. Najwybitniejszym rzecznikiem takiej jednomyślności jest Kuhn. Z jego Tezy O Monopolu Paradygmatu wynika, że jednomyślność może zmieniać się w trakcie dramatycznych rewolucji, ale że szybko osiąga się jednomyślność na temat naukowej zmiany. Wiatr zmiany wieje rzadko, ale gdy wieje, to nikt nie może mu się oprzeć. Jest to Kuhnowska teza Braku Bezkrólewia.
Jeśli elitarysta uznaje przeciwny pogląd empiryczny, iż jednomyślność nie zawsze (a nawet nie kiedykolwiek) panuje w obrębie wspólnoty naukowej, to staje on wobec dwóch opcji. Może twierdzić, że wewnątrz naukowej elity istnieje autorytarna struktura. Wybierani są (lub „wyłaniają się”) najwyżsi sędziowie, którzy obradują przy drzwiach zamkniętych i wydają sądy zgodnie z prawem precedensowym. Żadne prawo regulaminowe (czy „kryterium demarkacji”) nie ogranicza ich władzy. Ale co będzie, gdy powstanie niezgoda wśród Sędziów Najwyższych? Ponieważ problem ten wygląda na nierozwiązywalny, większość elitarystów woli rozwiązanie drugie: każdy konflikt w obrębie elity zostanie rozwiązany przez przetrwanie najlepiej przystosowanych. Gdy spór nie został rozwiązany, outsider patrzeć musi z pokorą na walki gigantów i uznać zwycięzcę za reprezentanta postępu. W ramach elity siła musi zatem być prawem. Oto jak darwinowska walka idei i heglowski Spryt Rozumu wiążą się ściśle z elitaryzmem. Jeśli zdarzają się konflikty, to zbawienny Spryt Rozumu zjawić się musi jako deus ex machna, by dostarczyć – choćby po bardzo długim czasie lub u Kresu Czasów – właściwego rozwiązania konfliktów w Świętym Oficjum Zgromadzenia Naukowców. Elitaryści muszą zatem wybierać pomiędzy autorytetem Nieomylnych Arcybiskupów a autorytetem Sprytu Rozumu. Autorytaryzmu uniknąć nie sposób.
Feyerabend, jako epistemologiczny anarchista, przeczy, by istniały „Racje” (tzn. przeczy konieczności oceny), nie potrzebuje zatem odwoływać się do autorytetów. Elitarysta jednak wierzy w racjonalność nauki, choć nie wierzy w możliwość ogólnej oceny nauki: a zatem musi się odwoływać albo do autorytetu Naukowej Jednomyślności albo, w przypadku konfliktu, do autorytetu Wielkich Arcybiskupów Nauki lub Łaski Bożej. Jedynie ta licha autorytarystyczna / historycystyczna doktryna ad hoc oddziela elitarystów tego rodzaju od sceptyków” (I.Lakatos „Problem oceniania teorii naukowych: trzy podejścia” w „Pisma z filozofii nauk empirycznych” str. 344-346)
„gdy koncepcja obiektywnej prawdy zostaje odrzucona, jest rzeczą jasną, że problemat: „W co mamy wierzyć?” musi być rozstrzygany przez odwołanie się do siły” (Lakatos str. 349, cytat z Russella)
Socjologizm i irracjonalizm. Kuhn i Żakowski uważają, że zmiana naukowa jest zmianą przekonań, a o tym, które przekonania są właściwe decydują autorytety (co prowadzi do autorytaryzmu). Zmiana naukowa jest dla nich sukcesem propagandowym. Chodzi o to, żeby przekonać większość naukowców (Kopernik był chyba słabym naukowcem, skoro mu się to nie udało?). Spór nie jest próbą rozwiązania problemów (lub wymyślenia nowych), ale zderzeniem dogmatów. Mówienie o obiektywnie istniejących problemach jest zdaniem Kuhna-Żakowskego przejawem dogmatycznego racjonalizmu. W tym miejscu warto przypomnieć pewne „wydarzenie filozoficzne” opisane w książce David Edmonds, John Eidnow „Pogrzebacz Wittgensteina. Opowieść o dziesięciominutowym sporze między dwoma wielkimi filozofami”. 5 października 1946 roku w Cambridge pierwszy i ostatni raz spotkało się dwóch być może najbardziej charakterystycznych filozofów XX wieku: kapłan racjonalizmu Karl Popper i kapłan irracjonalizmu Ludwig Wittgenstein (nawiasem mówiąc autor słowa „paradygmat”). Obaj byli żywym wcieleniem swoich doktryn.
„Popper przechadzał się z wolna po pokoju i podrzucał w ręku kawałek kredy, nigdy przy tym nie myląc kroku i przemawiając długimi, idealnie zbudowanym zdaniami. A teraz oto spotykał Wittgensteina, który jawnie zmaga się ze swoimi myślami, ujmuje głowę w dłonie, by od czasu do czasu wyrzucać z siebie uwagi w rytmie staccato, jak gdyby każde słowo było dlań bolesne niczym cierń, mamrocząc jednocześnie pod nosem: „Boże, jak ja dzisiaj jestem głupi” albo krzycząc: „Niech szlag trafi moją cholerną duszę!”, „Niechże mi ktoś pomoże!”.” (Edmonds, Eidnow str. 22)
Przybyły z odległego filozoficznie Londynu Popper miał wygłosić wykład na wymyślony przez siebie temat „Czy istnieją problemy filozoficzne?” Popper przytoczył kilka „problemów filozoficznych”, po czym stwierdził, że „gdyby problemy nie istniały, to byłby przynajmniej jeden problem: czy istnieją problemy?” Wittgenstein nie zgodził się z nim, po czym wyszedł z sali. Jest to logiczne rozwiązanie. Skoro rozmowa jest zderzeniem dogmatów, a nie rozwiązywaniem problemów, to po co rozmawiać? Rozmowa jest wówczas jedynie kłótnią i stratą czasu. Podobnie myśli Żakowski. Zapewnia o potrzebie dyskusji, a gdy do niej dochodzi „wychodzi z sali”, twierdząc, że „argumenty” strony (lub stron) przeciwnej są „dogmatami” i należy oponentów wykluczyć z dyskusji, bo robią niepotrzebne zamieszanie zamiast uwierzyć w słuszność nowej naukowej wiary. Krucjata przeciw „neoliberałom” jest jedynie wersją ataku na racjonalizm. Liberałowie dostali rykoszetem na zupełnie innej wojnie. Żakowski w gruncie rzeczy zwalcza racjonalizm, który czasem występuje u liberałów, a czasem zupełnie gdzie indziej, a czasem u liberałów nie występuje. I co wtedy? Czy Żakowski nie musiałby zostać liberałem, gdyby się okazało, że liberalizm jest irracjonalnym przekonaniem dobrze służącym ludziom? Albo gdyby się okazało – o zgrozo – że ludziom dobrze służy irracjonalnie przyjmowany racjonalizm?
Wszystkie pozostałe argumenty Żakowskiego są (słabo) zakamuflowanym atakiem na racjonalizm. Stąd mamy atak na „racjonalne nauki ścisłe”, „racjonalny materializm”, „racjonalne dążenie do zysku”, „racjonalną ekonomię”. Racjonalizm jest następne skojarzony z brakiem wyboru i wolnej woli. Niestety z racjonalizmu nic takiego nie wynika, a z jego braku nie wynika przeciwieństwo owych „złych poglądów”. Mamy tutaj do czynienia nie z „przełomem intelektualnym”, ale powtarzaniem starych obiegowych mądrości ludowych.
Matematyka wszystkim ludziom kojarzy się z „racjonalnym myśleniem”. Uczymy się w szkole tak mówić. Matematycy tak widzą swoją misję. „Przełomem intelektualnym” mogłyby być pomysły Imre Lakatosa, który twierdził, że odkrycia matematyczne często powstają na „sprzecznych podstawach” (i udowadnia to na historycznych przykładach). Lakatos się nie przebił (a nawet nie można go nigdzie kupić). Poglądy Żakowskiego na matematykę dobrze oddaje Alan Greenspan w „Erze zawirowań” (wyd.2007):
„Podręcznikowa strategia wskazywałaby na konieczność podniesienia stóp, co spowolniłoby wzrost gospodarczy i zdusiło inflację w zarodku.” (str.196) „Był to klasyczny przykład, który pokazał, dlaczego nie można decydować o polityce pieniężnej, bazując na modelach ekonometrycznych. Modele też padają ofiarą twórczej destrukcji, jak mógłby powiedzieć Joseph Schumpeter.” (str.199)
„Taki sposób systematycznego ważenia kosztów i korzyści stopniowo zaczął dominować w naszym podejściu do kreowania polityki pieniężnej. Lubiłem to, ponieważ pozwalało generalizować na podstawie mnóstwa decyzji, które podjęliśmy ad hoc w poprzednich latach. Pozwalało też wyjść poza ekonometryczne modele i sięgnąć po czynniki będące elementem szerszej, choć matematycznie mniej precyzyjnej hipotezy dotyczącej sposobu funkcjonowania świata. Co ważniejsze, stworzyło również możliwość uwzględnienia doświadczeń z historii.” (str.223-224)
„Niektórzy ekonomiści nadal uważają, że takiemu podejściu do polityki pieniężnej brakuje dyscypliny – jest zbyt złożone, pozorne nieokreślone, trudne do wytłumaczenia. Chcą, by Fed ustalał stopy procentowe na podstawie formalnych wskaźników i zasad. Powinniśmy kierować gospodarką, mówią, aby osiągnąć optymalny poziom zatrudnienia lub „celować” w ustalony poziom inflacji. Zgadzam się, że rozsądne decyzje mogą być podejmowane tylko przy wykorzystaniu rygorystycznych struktur analitycznych. Zbyt często jednak musimy radzić sobie z niekompletnymi lub błędnymi danymi, nieuzasadnionym ludzkim strachem i niewystarczającą wykładnią prawną. Współczesna ekonometria stała się bardzo elegancka, ale nie jest w stanie dostarczać gotowych przepisów na prowadzenie polityki pieniężnej. Światowa gospodarka jest bowiem zbyt złożona i wzajemnie powiązana. Proces podejmowania przez nas decyzji musi więc ewoluować w odpowiedzi na tę złożoność.”
Jak widać poglądy Żakowskiego niczym się nie różną od poglądów czołowego „neoliberała” i pojawiły się dokładnie w tym miejscu i czasie, gdzie wg Żakowskiego istnieć nie powinny, tzn. przed kryzysem i w umyśle „neoliberała”, który kryzys wywołał. Skoro „słuszne poglądy” doprowadziły do błędnych decyzji, to być może nie były słuszne? Może źródłem kryzysu jest właśnie odrzucenie „modeli matematycznych”, czyli „przełom intelektualny”?
Do czego nas prowadzi odrzucenie matematyki? Do niczego. Nadal nie wiemy, co my mamy robić, a nie tylko „co (inni) ludzie robią”. „Szkoła austriacka w ekonomii” tak samo jak Greenspan i Żakowski atakuje „modele matematyczne” i broni „wartości”. Z takiego przeciwstawienia nic niestety nie wynika. Ludzie o identycznych poglądach na matematykę mają całkowicie rozbieżne poglądy na wszystko inne. (Jak już widzieliśmy podobnie jest z atakiem na racjonalizm. Irracjonaliści w niczym więcej poza irracjonalizmem się nie zgadzają.)
Matematyka kojarzy się z fizyką, fizyka z materią, a materia z materializmem i determinizmem. I to jest kolejny przedmiot ataku: „materialistyczny determinizm”, który Żakowski przypisuje marksizmowi i „neoliberalizmowi”. Obie te doktryny mają się opierać na sprowadzeniu człowieka do materialnej maszyny działającej mechanicznie, a zrównanie „neoliberalizmu” z marksizmem ma świadczyć o jego zdyskredytowaniu, bo marksizm się zdyskredytował. Czy to jest właściwe pojmowane marksizmu? Marksizm mówił, że zachowanie i myśli człowieka są całkowicie zdeterminowane przez kulturę „burżuazyjną” albo „proletariacką”, która to kultura dopiero miała być zdeterminowana przez „materialne warunki historyczne” (co w praktyce dla ludzi nie ma już znaczenia). Marksizm rzeczywiście był determinizmem, ale nie materialistycznym, tylko kulturowym. Człowiek marksistowski był w niewoli nie materii ale ducha, a konkretnie ducha czasu lub historii. Opowieści o „marksistowskim materializmie dialektycznym” są uleganiem marksistowskiej propagandzie, która usiłowała ukryć właściwy, duchowy wymiar marksizmu. W podobny sposób duchowe więzienie usiłuje skonstruować Jacek Żakowski, który zamiast „kultury burżuazyjnej” podstawia „neoliberalizm”, reszta pozostaje bez zmian. Co jest groźniejsze determinizm kulturowy czy materialistyczny, więzienie ducha czy ciała? Na to pytanie nie muszę odpowiadać. Dążenie do zysku jest bardziej wieloznacznym motywem od zderzenia kultur. Czy jest przypadkiem, że komunizm obalił lud, a humanistyczna filozofia zachodu była wielce rozczarowana zwycięstwem „materialistycznego zachodu”? Czy jest przypadkiem, że przy narodzinach zarówno komunizmu jak i faszyzmu entuzjazm wyrażali filozofowie humanistyczni, a opór stawiała filozofia nauki? Wolna wola nie jest tym samym co psychologicznie rozumiana dusza (Kant). Jest zupełnie czym innym – zawieszeniem empirycznych praw psychologii. Humaniści koncentrujący się na opisaniu empirycznie istniejącej psychiki sprowadzają człowieka do kulturowej maszyny, która wypluwa z siebie bodźce, które ktoś w nią włożył. Psychologizm jest zdecydowanie bardziej niebezpieczny od mechanicyzmu. W przypadku upadku komunizmu rozbicie tego duchowego więzienia nastąpiło dzięki działaniu bodźców biologicznych i materialnych, jak obawa przed głodem, brakiem seksu i kolorowych ubrań (Orwell „1984”, Machulski „Seksmisja”, Lem „Powrót z gwiazd”). Żeby duch był wolny musi się wyzwolić z dyktatu empirycznej duszy.
Ostatecznym celem ataku na racjonalizm staje się „neoliberalizm”. „Ludzie nie zachowują się racjonalnie”, więc trzeba nimi pokierować, a liberałowie nie chcą społeczeństwem sterować za pomocą państwa. Ale po co państwo ma kierować ludźmi? Żeby zachowywali się „racjonalnie”? Jeśli racjonalizm jest taki zły, to powinniśmy się chyba cieszyć z tego, że „ludzie nie zachowują się racjonalnie”. Jeżeli ubolewamy nad irracjonalnym zachowaniem ludzi, to znaczy, że racjonalizm zmienia się z wroga we wzorzec do naśladowania. Niespodziewanie dla samego siebie Redaktor Żakowski staje się skrajnym racjonalistą. Skoro jednak ludzie powinni – zdaniem Żakowskiego – zachowywać się racjonalnie, jak tego dokonać? Zarówno państwem, jak i rynkiem kierują ludzie, którzy są „irracjonalni”. W ten sposób z irracjonalisty Jacek Żakowski przekształca się w racjonalistę-katastrofistę. Skoro ludzie okazali się „irracjonalni”, a materia jest „racjonalna”, to może ludźmi powinny sterować maszyny? Nic mądrego z tych rozważań teoretycznych nie wynika i podobnie jak Redaktor Żakowski, musimy je po cichu opuścić. „Przełom intelektualny” spalił na tzw. panewce. Skoro nic się nie dowiedzieliśmy, pozostaje zdać się na intuicję albo autorytety (zgodnie z zasadą naukowego autorytaryzmu). Tu sprawa jest prosta. Autorytetem jest każdy kto popiera Partię Demokratyczną lub zwalcza Partię Republikańską.
„Przełom intelektualny” w postaci odrzucenia „neoliberalizmu” nie miał być sztuką dla sztuki. Miał służyć rozwiązaniu praktycznych problemów. Propozycje praktyczne wyglądają jednak podejrzanie wąsko w porównaniu z wysiłkiem włożonym w obalenie „neoliberalizmu” i Partii Republikańskiej. Rezultatem „przełomu” ma być coś co nazwałbym „naiwnym keynesizmem” (jest to nazwa niewątpliwe tendencyjna z mojej strony). Państwo powinno zająć się „zwalczaniem deflacji i recesji” (te dwa słowa muszą występować razem), „stymulować popyt”, „spłacać długi” przy pomocy inflacji. Poza tym należy nadzorować i ograniczyć działalność instytucji finansowych, wprowadzić powszechne ubezpieczenie zdrowotne w USA i chronić środowisko. Czy powyższe zalecenia można uznać za „przełom intelektualny” albo chociaż nowość? Wszystkie były znane przed kryzysem. Inflację nazywa Żakowski „sprawdzonym sposobem na spłatę długów”. Sprawdzony sposób nie może być nowy. Jak ten sprawdzony sposób się sprawdził? Inflacja po I wojnie doprowadziła USA do Wielkiego Kryzysu, po II wojnie rozbiła system Bretton Woods. Oczywiście „winnym” za zniszczenie Bretton Woods jest Nixon i neoliberałowie. Gdyby Nixon nie wycofał się z systemu Bretton Woods byłby równe „winny” recesji. Jak długo ma trwać inflacja? W nieskończoność? Tak długo jak Krugman i Stiglitz będą ją zalecać? A jeśli Panowie pokłócą się między sobą? Czy spadek cen zawsze skutkuje recesją? Ostatni długotrwały spadek cen miał miejsce w latach 1865-1896. W tym czasie gospodarka powoli, systematycznie rosła. Czy antydeflacyjny zapał nie doprowadzi do Wielkiego Kryzysu jak się stało w latach 1908-30 i poniekąd w epoce Greenspana (na mniejszą skalę)? W 1907/1908 też mieliśmy kryzys bankowy o bardzo podobnym przebiegu. Nie twierdzę, że należy natychmiast hamować gospodarkę, ale być może gospodarki rozwinięte powinny rosnąć wolniej niż dotychczas. W czasach „dzikiego kapitalizmu” XIX wieku gospodarka USA nigdy nie rosła szybciej niż 1,5 % rocznie. Podobne wątpliwości pojawiają się przy „stymulowaniu popytu”. Jak długo? Bush z Greenspanem bez przerwy stymulowali popyt i wiadomo do czego to doprowadziło. Teraz otrzymujemy to samo na większą skalę i z inną retoryką od Obamy i Bernanke. Poza tym „stymulowanie popytu” kłóci się z nadzorowaniem banków i ochroną środowiska. Jeśli banki mają udzielać więcej kredytów, to i więcej będzie złych kredytów. Czyż nie tak doszło do kryzysu na rynku kredytów sub prime? Jeśli mamy więcej konsumować, to i musi wzrosnąć zużycie środowiska. Przestawienie się na produkcję usług wymagałoby długotrwałego dostosowania i tym samym recesji, którą przecież mamy zwalczać. Pakiety „stymulujące popyt” w USA i Europie polegały na dotowaniu zakupu samochodów. Jak to się ma do ochrony środowiska? Oczywiście można powiedzieć – jak zwykle – że zużycie paliwa przez te samochody jest „winą neoliberałów”. Jak „stymulowanie popytu” ma się do wizji społeczeństwa, które rozwija się nie gospodarczo, ale polepsza warunki życia niemierzalne finansowo? Może w takim razie „wzrost gospodarczy” nie jest taki ważny? Nie mam nic przeciwko powszechnym ubezpieczeniom zdrowotnym, aczkolwiek nie widzę bezpośredniego ani pośredniego związku tego tematu z kryzysem finansowym. Kolejną wątpliwością jest koncentracja tych pomysłów na problemach USA. Czy nie jest to po prostu nagonka na Busha? Ciekawe, że nie łączy się ona z nagonką na Kennedy’ego i Johnsona, którzy prowadzili podobną politykę (tylko z inną retoryką keynesistowską) – prowadzili wojnę i obniżali podatki – jedno i drugie kosztowało więcej niż za Busha (co prawda mogła to być wojna ważniejsza). Czy są jakieś pomysły na politykę międzynarodową? Może należałoby coś zrobić dla krajów biednych, które są producentami głównie żywności, a kraje bogate nałożyły cła na żywność chroniąc swoich rolników (ale w tym miejscu może się pojawić podejrzenie o liberalizm)? Czy nie należałoby zaostrzyć kursu wobec Chin, które są niedemokratyczne, a poza tym dotują eksport i ograniczają import poprzez zaniżony sztywny kurs waluty. To jednak kłóciłoby się ze „stymulowaniem popytu”. W książce Żakowskiego pojawia się jedna propozycja – wspólna waluta. To wymagałoby wspólnego banku centralnego, nadzoru bankowego i uzgodnienia polityki walutowej. Jak połączyć europejski konserwatyzm walutowy z amerykańskim rozpasaniem finansowym? Co by napisał Żakowski, gdyby się okazało, że europejski nadzór bankowy pod przewodnictwem – popuśćmy wyobraźnię – Balcerowicza zablokował „stymulowanie popytu” przez FED, a Partia Demokratyczna przegrałaby wybory (na skutek chwilowej recesji)? „Balcerowicz musi odejść”? (Taki mały żarcik na zakończenie.)
Po tym dowcipie zadajmy nieco poważniejsze pytanie.
W jakiej sytuacji intelektualnej znalazł się Jacek Żakowski po swoim „przełomie intelektualnym”? Czy nie jest to przypadkiem podobna sytuacja do sytuacji Busha, który ogłosił „wykonanie zadania”, a 4 lata później zadanie było niewykonane, albo Kaczyńskiego, który nie może się zdecydować w której żyje RP – w dniu katastrofy budowlanej jest w III RP, a dzień wcześniej po kolejnym „sukcesie lustracyjnym” jest w IV RP. Liberałowie czasami będą wygrywać (np. niedawno w Niemczech), czasami przegrywać i co wtedy napisze Żakowski? Rewolucja się wykonała, a następnie cofnęła i dalej trwa? Jednomyślność świata jest chyba nierealistycznym i niepożądanym programem. Czy jakiś nowy i zmieniający się konsensus nie będzie kompromisem powstałym na skutek ścierania się poglądów, a nie skutkiem jednorazowego „przełomu”?
22.11.2009
-
Re:Śmierć człowieka ekonomicznego
Ekonomia to oszczędne gospodarowanie.Zatem jak można mówić o śmierci ekonomicznego człowieka,skoro rozwój jest ograniczany naturalnymi zasobami w funkcji do demografii.Tej funkcji wynikającej z prawa stworzenia i natury niestety nie znamy.Do nowych zasobów dołączył kwantowy przekaz informacji,może on będzie w tym pomocny?
