Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Nieznane oblicze Alberta Camus

(5)
Na książkach Alberta Camusa wychowało się w Polsce kilka pokoleń. W 50 rocznicę śmierci pisarza warto odkryć jego nieznane oblicze.
  • 2010-01-29 20:02 | tłumaczka

    biografia Camusa

    Rozumiem, że to artykuł napisany z okazji publikacji przez wydawnictwo W.A.B. biografii Camusa pióra Oliviera Todda. Szkoda tylko, że autorka do tej publikacji nie zajrzała – musiałby wtedy zadziwić ją brak nazwiska tłumacza, co jest niespotykaną praktyką w poważnych wydawnictwach. Gdyby książkę choćby pobieżnie przejrzała, już na pierwszej stronie tekstu (s.11) trafiłaby na przedziwną polszczyznę: „stronić przed” czy „Odnosiłem wrażenie, że droga wydaje się nie mieć końca”. Dalej są równie dziwne „bardziej woleć” (wielokrotnie, np.s.81), „paragrafy” zamiast „akapitów” (s.539), „anglicysta” (s.602), „dziennikarstwo poszukiwawcze” (zamiast „śledcze”, s.611), nie wspominając już o „chołocie” (s.265). Zdumiona byłaby też zapewne takimi sformułowaniami, jak „umeblowany budynek” (s.339), czy zagadkowymi zdaniami, takimi jak: „Camus jest wielbicielem tego pisarza, a także bardzo ceni jego twórczość” (s.477). W osłupienie chyba wprowadziłyby ją takie twierdzenia, jak to, że w r.1953 „W całym bloku komunistycznym wystawiana jest sztuka Zero et l’Infini [czyli Ciemność w południe Koestlera – s.584]” , lub „Charlus uważa, że Proust dyskretnie wzorował się na Robercie de Montesquiou” (s.606)!! [A przecież każdy czytelnik takiej książki wie, że Charlus, postać z powieści Prousta, jest „dyskretnie wzorowany” na Robercie de Montesquiou.] W tym kontekście tytuły Od strony Swanna czy Biada temu, kto ma rozum [Gribojedowa] przestają dziwić, podobnie jak tajemnicze inicjały w nawiasach („J.K.” – s.73), niewątpliwie zaznaczające czyjś udział w tym „przekładzie” czy „redakcji”. Jeśli tłumacz(e) równie dobrze rozumieją tekst francuski, jak angielski (The God that failed to według nich „upadły Bóg”- przy czym zaznaczają w nawiasie, że chodzi o komunizm - a nie „Bóg, który zawiódł”) i jak wskazują zdania o Koestlerze i Prouście, to można mieć poważne wątpliwości, czy w ogóle czytelnik może sobie wyrobić zdanie o oferowanej mu biografii.
  • 2010-01-30 12:09 | też tłumaczka

    Re:Nieznane oblicze Alberta Camus

    Aż z ciekawości sprawdziłam. Na stronie WAB figuruje nazwisko tłumacza. Nie jest to ktoś o szczególnie imponującym dorobku w przekładach tak trudnych dzieł, jak biografia Camusa. Niektóre wydawnictwa, nawet ambitne WAB (wiem coś o tym), obniżają i tak już nędzne stawki i szukają z łapanki tłumaczy jak najtańszych i jak najszybszych. Wymienione przez Ciebie błędy świadczą o braku elementarnej erudycji wymaganej przy tłumaczeniu tego rodzaju książki. Ale gdzie był redaktor?
  • 2010-01-31 00:29 | tłumaczka

    Re:Nieznane oblicze Alberta Camus

    Czytelnik powinien poznać nazwisko tłumacza otwierając książkę, nie szukając go na stronie wydawnictwa. Wszystko o tłumaczach „z łapanki” to oczywiście prawda, pytanie zasadnicze natomiast brzmi nie „gdzie był redaktor?” , lecz na czym polegają te skandaliczne „ugody” między redakcją (wydawnictwem) a „tłumaczem”, pozwalające na przemilczanie nazwiska tego ostatniego (a czasem podawanie „pseudonimu”, czyli nazwiska fikcyjnego – tak też się zdarza!). Z własnego doświadczenia, także jako redaktora i recenzenta przekładów dla pewnych wydawnictw, wiem, że niejednokrotnie ludzie z tytułami naukowymi, i to nierzadko cieszący się dobrą reputacją w środowisku, popełniają przekłady świadczące nie tylko o całkowitej nieznajomości języka, z którego „tłumaczą”, ale także o kompletnym analfabetyzmie w dziedzinie historii, kultury, historii idei itp. Może zlecają takie prace np. swoim studentom? Może p. Jan Kortas, podany na stronie W.A.B. jako tłumacz książki, zechciałby wyjaśnić, kto tu się czego wstydzi.
  • 2010-01-31 20:21 | też tłumaczka

    Re:Nieznane oblicze Alberta Camus

    Oczywiście, że czytelnik powinien poznać nazwisko tłumacza otwierając książkę, a także czytając informacje o książce w katalogach wydawnictw i na stronach księgarni internetowych. Niestety, wiele wydawnictw i księgarni jest zdania, że wymiary książki w milimetrach są informacją istotniejszą niż nazwisko tłumacza.
    Co do "ugody" - jeśli nazwisko tego pana figuruje na stronie wydawnictwa i w katalogu Biblioteki Narodowej, to nie sądzę, że chciał je zataić. A skoro zostało pominięte na książce, to powinien był zrobić raban i domagać się oficjalnych przeprosin w prasie wysokonakładowej. Chyba że nie szanuje swojego dorobku w tej dziedzinie, jak niektóre osoby "dorabiające tłumaczeniami". No ale to tylko "gdybanie".
  • 2010-01-31 23:21 | tłumaczka

    Re:Nieznane oblicze Alberta Camus

    Obawiam się, że jest przeciwnie – tłumaczowi zależy na umieszczaniu w swoim „dorobku” przekładów ambitnych książek, niezależnie od jakości tych przekładów, ale np. okazuje się, iż to, co w końcu trafia do czytelnika, jest wynikiem pracy kilku redaktorów, próbujących „wytwór” tłumacza zmienić w coś w miarę czytelnego, nie mających jednak ani wystarczających kwalifikacji, ani dość czasu, a w dodatku nie konsultujących między sobą tych wysiłków. Potem wydawnictwo informuje tłumacza, że to właściwie nie jego przekład, no ale skoro podpisaliśmy umowę... W każdym razie szkoda, że poza bardzo wąskim środowiskiem nikt się właściwie nie interesuje poziomem tłumaczeń, zarówno książek adresowanych do stosunkowo nielicznych odbiorców, jak i bardziej popularnej „literatury pięknej”, i nie sposób publicznie (np. w prasie „opiniotwórczej”) „rozliczyć” tłumaczy z ich pracy.