Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Wymiotłam śmieci spod dywanu

(2)
Niezmiernie się cieszę, że mój tekst wywołał burzliwą dyskusję na forum internetowym (a także wewnątrzredakcyjnym) i że sprowokował do odpowiedzi kilka utytułowanych osób. Można go oczywiście nazwać gołosłownym paszkwilem, ale osiągnęłam cel – wymiotłam śmieci spod dywanu.
  • 2010-02-19 15:36 | Luzak

    Wymiotłam śmieci spod dywanu??

    No tak - dla autorki polskie szkolnictwo to śmietnik. Z samego założenia racjonalna dyskusja z nią jest niemożliwa. Przeczytałem emocjonalne artykuły p. Papuzińskiej i pierwsze co zrobiłem to sprawdziłem jej kompetencje. W portalu Nauka Polska w ogóle nie występuje osoba o takim nazwisku i imieniu. Określam zatem kompetencje autorki na poziomie byłego uczestnika, czyli mniej więcej takie jak czytelnika "Polityki" na temat redagowania tego poczytnego tygodnika. Zasadniczym błędem w tych artykułach jest założenie, że każda zmiana musi być rewolucyjna, a drugie założenie to, że nie istnieje w Polsce nawet namiastka rynku edukacyjnego. Żeby autorka miała wyobrażenie o tym, co pisze musi sobie wyobrazić sytuację natychmiastowego przejścia polskiego szkolnictwa wyższego do "wolnego rynku usług edukacyjnych". Co się stanie jeśli nagle zaczną obowiązywać reguły obowiązujące w tak krytykowanych uczelniach państwowych? Ile uczelni prywatnych jest w stanie wypełnić najbardziej elementarne wymagania obowiązujące w uczelniach państwowych? Załóżmy drugie rozwiązanie, że nagle zaczną obowiązywać wszystkie wymagania z uczelni niepublicznych. I co się stanie, gdy uczelnie państwowe będą mogły otworzyć dowolny kierunek mając zaledwie jednego profesora, albo przestaną obowiązywać limity przyjęć? Ile niepublicznych przetrwa? Jak z tego widać słabość polskiego szkolnictwa akademickiego nie jest wynikiem konserwy ze szkół publicznych, tylko wynikiem nierównoprawnego traktowania obu sektorów tego szkolnictwa - nie ma między nimi żadnej rywalizacji, a jest zawarty cichy sojusz utrzymania istniejące stanu rzeczy. Zmian nikt nie chce, ani jedni ani drudzy. Teraz co do kwestii powołania kolegiów w niewielkich miejscowościach. Zdumiewający entuzjazm autorki - przecież nawet dopłacając pół pensji albo ją podwajając nie można ściągnąć np. lekarzy z dużych miast na prowincję, a autorka sądzi, że pracownicy naukowi jeden przez drugiego rzucą się do pracy w Tykocinie. Chciałbym mniemać, że pierwszą chętną do pracy (i to tylko na jednym etacie) będzie sama autorka.
    Błędność zawartych w artykułach autorki założeń wynika z bezzasadnego przekonania, że w Polsce nie istnieje nawet namiastka rynku edukacyjnego. Otóż on istnieje, a wszystkie podmioty uczestniczące na tym rynku natychmiast się do wszelkich zmian na nim dostosowują. Utopijne eksperckie reformy doprowadziły by nas na poziom Bangladeszu albo jeszcze gorzej, bo jeśli projekt ten nie zakłada istnienia formalnych ograniczeń dla uzyskania tytułu profesora, to będą zostawali nimi wyłącznie znajomi "Kubusia Puchatka". Pieniądz gorszy zawsze wypiera pieniądz lepszy. Zniesienie wykładu habilitacyjnego na kolokwium powoduje, że nawet niemowa może zostać habilitowanym? Komu jest potrzebny taki pracownik dydaktyczno-naukowy, który nie jest w stanie przekazać swojej wiedzy innym? O innych argumentach już nie wspomnę, bo szkoda czasu na takie bezsensowne dyskusje z laikami.
  • 2010-02-19 17:19 | Marek D.

    Re:Wymiotłam śmieci spod dywanu

    Po pierwsze to, co Pan Luzak nazywa "sprawdzaniem kompetencji" to jest praktyka wywiadu a nie debaty z argumentami. Pytanie typu: kto to jest i skąd pochodzi zdradza nawiązania do środowisk i czasów, kiedy wyłącznie takie pytania sobie zadawano. Być może autor nadal żyje w takich warunkach, wobec czego trzeba mu współczuć.

    Jak łatwo było przewidzieć po wstępie, kontrargumentów jest niewiele. Jest kilka natury ogólnej i te wypada uwzględnić. Więcej jest natomiast docinków i kiepskich żartów. Oczywiście, że do pracy w Tykocinie kolejek nie będzie, ale może jeden lub dwóch się zgłosi?

    Najważniejszy jednak błąd komentarza Luzaka polega na zupełnym braku krytyki w stosunku do własnych opinii. Istnieje wówczas niebezpieczeństwo, że powtarza się banały, wierząc w to, że są to prawdy objawione. Oto cytat: "bo jeśli projekt ten nie zakłada istnienia formalnych ograniczeń dla uzyskania tytułu profesora, to będą zostawali nimi wyłącznie znajomi "Kubusia Puchatka". Pieniądz gorszy zawsze wypiera pieniądz lepszy."
    Jest to banał, ponieważ to właśnie w obecnym systemie habilitacja jest formą nagrody od kolegów i dostają ją często znajomi "Kubusia Puchatka". Nie jest bowiem racjonalnym system, który odbywa się w sposób tajny (najczęściej na macierzystej uczelni), z pominięciem debaty naukowej. A po co komu ów wykład habilitacyjny, jeżeli nawet nie można bronić tez i dyskutować (jest natomiast głosowanie tajne i wyrok komisji)?! Obecny system habilitacji jest jedynie przykrywką dla roztrzygnięć towarzyskich. Pan Luzak pewnie to wie ale nie powie.

    No i na koniec: "Zniesienie wykładu habilitacyjnego na kolokwium powoduje, że nawet niemowa może zostać habilitowanym? Komu jest potrzebny taki pracownik dydaktyczno-naukowy, który nie jest w stanie przekazać swojej wiedzy innym?"
    Niejeden niemowa miałby więcej do powiedzenia niż Pan Luzak. Mógłbym podać kilka przykładów, jak to jest obecnie technicznie możliwe, ale "szkoda czasu na takie bezsensowne dyskusje z laikiem.