Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Na rozpoczęcie roku akademickiego

(5)
Ze szkolnictwa wyższego nikt w Polsce nie jest dziś zadowolony. Jednak nawet tym, którzy dostrzegali, że edukacyjny triumf Polaków (co drugi w wieku studenckim studiuje) może okazać się edukacyjnym oszustwem, towarzyszyły kolejno trzy złudzenia.
  • 2010-10-01 13:50 | bryka

    uczelnie

    Mam wrażenie,że najważniejszym jest wykreowanie i konsekwentne wspieranie Ośrodków Wiodących .Wraz z przyznaniem im wyłącznego prawa doktoryzowania.Wydaje mi się ,ze dośc powszechnie w świecie występuje b.wiele uczelni prowincjonalnych o niewysokim poziomie nastawionych na zaspokajanie ambicji przeciętnych ale na szczycie tej piramidy świecą prawdziwym blaskiem uczelnie rozwijające naukę i kadrę naukową.
  • 2010-10-01 15:20 | Jaf

    Re:Na rozpoczęcie roku akademickiego

    Tych złudzeń jest nieco więcej, a materia nie jest łatwa. Proces Boloński - sam w sobie, nie jest niczym złym, tylko należy go wprowadzań rozsądnie (znam uczelnie, np. w Danii, które nie zrezygnowały z ciągłych studiów magisterskich). Ileż to było problemów z prawdziwym wprowadzaniem systemu ECTS oraz Suplementu do dyplomu (na niektórych uczelniach). Idea komercjalizacji nauki wchodziła do Polski wraz z przystąpieniem do 5. Programu Ramowego UE (1998), ...i niewiele to daje.
    Idea wykreowania kilkunastu Ośrodków Wiodących jest chyba najbardziej słuszna, i nadszedł również czas na dostosowanie się do światowych kryteriów rankingowych.
  • 2010-10-02 13:08 | jar-ry

    Re:Na rozpoczęcie roku akademickiego

    "Zaś licencjat staje się zmorą uczelni państwowych, bo muszą teraz dokształcać na magistrów tysiące licencjuszy z sektora prywatnego, o których nie mają najlepszego zdania"
    Tego nie rozumiem.
    Na uczelni państwoeej zdobyty licencjat to jes zmora tychże uczelni?
    Z sektora prywatnego licencjat to jest za darmo?
    A jak to sie ma odwrotnie, czyli licencjat na państwowej uczelni a magisterka na prywatnej?
    Chcę wiedzieć bo już mam dosyć płacenia za studia darmowe dla moich dwojga dzieci i z licencjatem państwowym, magisterką i prywatną i państwową
    Ja sie robol pytam kto mnie robi w konia?
    Czy państwo czy moje wykształcone bachory?
  • 2010-10-04 14:16 | kagan

    Re:Na rozpoczęcie roku akademickiego

    Jeszcze raz wiec napisze, iz becne status quo na polskich wyzszych uczelniach oznacza zwykle kumoterstwo, tzw. prorodzinna polityke zatrudniania na wyzszych uczelniach (czytaj: polityke zatrudniania potomstwa profesorow), wsobny wychow pracownikow naukowych (od magistra do rektora na tej samej uczelni) oraz zamkniecie sie na swiat, w tym nieuznawanie w Polsce dyplomow z najlepszych swiatowych wyzszych uczelni.

    Stad wiec jedyna rada jest pozbycie sie tego balastu w postaci PRLowskich profesorow poprzez nastepujace reformy:
    1. Zlikwidować wreszcie te dożywotnie, belwederskie profesury (przeżytek feudalno-PRLowski, który powoduje, iż nie można się pozbyć profesora, którego wiedza dawno temu się zdeaktualizowała).
    2. Zlikwidować habilitacje, jako kolejny feudalno-PRLowski przeżytek, uniemożliwiający awans prawdziwym naukowcom, a jednocześnie zweryfikować doktoraty i podwyższyć wymogi ich uzyskiwania.
    3. Nie uznawać dyplomów z podejrzanych uczelni (np. ze Słowacji), choćby były one unijne, a natomiast uznawać dyplomy czołowych uczelni świata, niezależnie od kraju, w którym zostały one uzyskane.
    4. Wprowadzić uczciwe, otwarte konkursy na stanowiska od asystenta do profesora, w których jury składało by się z cudzoziemców, wylosowanych przez komputer z puli ekspertów (na to musza się znaleźć fundusze).
    5. Wprowadzić w Polsce, jako obowiazujace prawo, Europejska Kartę Naukowca oraz Kodeks Postępowania przy Rekrutacji Pracowników Naukowych:
    http://64.233.183.132/search?q=cache:lXz9qRRQ4OUJ:europa.eu/eracareers/pdf/kina21620b8c_pl.pdf+karta+naukowca&hl=pl&ct=clnk&cd=1&gl=pl
    6. Zlikwidować autonomie uczelni państwowych - są one finansowane przez podatników, i przed podatnikami muszą wiec one odpowiadać.
    7. Wprowadzić wreszcie ograniczenia w wieloetatowości pracownikow naukowych.
    8. Zlikwidować PAN (dyrekcję, nie instytuty, które powinny być połączone z uczelniami wyższymi).
    9. Zamiast rozpraszać fundusze na finansowanie małych laboratoriów, nalezy przeznaczyć je na udział Polski w takich instytucjach międzynarodowych jak CERN czy ESA.
    10. Przestać gadać o reformie, a zacząć ją wreszcie wdrażać! W przeciwnym wypadku, takie uczelnie jak PWr, UWr, UPWr nadal pętać sie będą na koncu tabeli, gdzies w piątym tysiącu rankingu światowych uczelni.

    lech.keller@gmail.com
  • 2010-10-11 07:40 | emsek_emsek

    głos studenta?


    Od ok. dwóch lat toczy się debata dotycząca szkolnictwa wyższego. I bardzo słusznie – od pewnego momentu dalszy rozwój społeczny i ekonomiczny nie jest możliwy bez rozwoju nauki (przy czym rozwój nauki jest jedynie częścią rozwoju kapitału intelektualnego – tak przynajmniej jest ten problem ujęty w Raporcie o Kapitale Intelektualnym Polski autorstwa Zespołu Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów koordynowanego przez dr Michała Boniego). Innymi słowy, Polska nadal ma się rozwijać, to musimy dokonać zmiany jakościowej polskiej gospodarki – a co się z tym wiąże, zmiany sposobu postrzegania roli nauki, a także kultury w rozwoju. Ta zmiana jest jednoznaczna ze zmianą mentalności społeczeństwa, dlatego też może się okazać znacznie trudniejsza niż poprzednie wyzwania. Jednak tylko w ten sposób Polska może wyjść z roli montażowni Europy.
    Piszę te słowa jako student, jako jeden z członków prawie dwumilionowego (jak już skrupulatnie policzono w różnych analizach) środowiska. Bardzo podzielonego i niejednorodnego, dlatego też nie uzurpuję sobie prawa do twierdzenia, że mój głos jest w jakikolwiek sposób reprezentatywny. Piszę, ponieważ głos studentów, których ta zmiana ma dotyczyć jest właściwie niesłyszalny. I raczej taki pozostanie – pomimo że zmiany proponowane przez MNiSW dotyczyły m.in. odpłatności za studia – czyli studentów i ich rodziny właśnie.
    Studenci są częścią środowiska akademickiego, które ma być środowiskiem naukowym zarazem (a symbolicznym przyjęciem do tego środowiska jest immatrykulacja). Środowisko naukowe ma dwa główne obszary aktywności – badania oraz dydaktykę. W Polsce ta dychotomia znajduje swoje odzwierciedlenie nawet w wymiarze instytucjonalnym: badania naukowe prowadzą placówki PAN, zaś dydaktykę szkoły wyższe. Jest to oczywiście uogólnienie (bowiem PAN prowadzi studia doktoranckie, ponadto naukowcy z Akademii często prowadzą dydaktykę na uczelniach, zaś pracownicy szkół wyższych prowadzą też badania), natomiast zasadniczy podział jest wyraźny. Nie można nie dostrzegać, że jakość badań wynika z jakości dydaktyki – im lepszych studentów się kształci, tym większa szansa, że będą kontynuować naukę, a następnie sami prowadzić pracę badawczą i dydaktykę (aby jednak tak było, studenci powinni być wciągani w projekty badawcze, co jest na uczelniach raczej wyjątkiem od reguły). W Polsce pęd do wiedzy jest bardzo duży – więc przynajmniej teoretycznie poziom nauki powinien być w miarę wysoki (eżeli studenci stanowią podstawę piramidy naukowej, a profesorowie jej czubek, to ta podstawa w Polsce jest bardzo szeroka – przy odpowiednich mechanizmach „wyławiania” talentów jakość i liczebność kolejnych stopni powinna być odpowiednio wyższa). Problem polega na tym, że setki tysięcy studiujących, w znaczącej większości nie reprezentują w ten sposób trendu pędu do wiedzy, a jedynie „pęd po papier”, w nadziei, że dyplom zapewni im zatrudnienie. Teza o silnej zależności jakości nauki od dydaktyki jest powtarzana przez wiele autorytetów naukowych (zob. Rozmowa z prof. Krzysztofem Dołowym, Polityka 11.2009, http://www.polityka.pl/kraj/kraj/analizy/1500229,1,rozmowa-z-prof-krzysztofem-dolowym-wykladowca-i-bylym-poslem.read, biografia Richarda Feynmana (fizyk teoretyczny, noblista, uczestnik projektu Manhattan) R. P. Feynman, Pan raczy żartować Panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007), natomiast poziom dydaktyki wobec boomu edukacyjnego radykalnie spadł – co nie powinno dziwić, zważywszy na to, że liczba studentów wzrosła kilkukrotnie, a liczba pracowników naukowych jedynie o kilkanaście procent. Skutkuje to taką sytuacją, że świeżo upieczeni maturzyści idą na studia dlatego, że „wszyscy idą”, że „tak wypada” itp. Nie jest to nic dziwnego – mało kto po szkole średniej ma jakiś pomysł na swoje życie i dalszą ścieżkę rozwoju. Wobec tego w znaczącej większości traktują edukację na uczelni jako przedłużenie liceum i odłożenie w czasie decyzji o samodzielnym życiu. Takiemu podejściu sprzyja też obecny system przechodzenia przez kolejne etapy kształcenia – wybór szkoły średniej po egzaminie gimnazjalnym sprowadzał się za mojej pamięci (a jestem pierwszym rocznikiem reformy edukacji) do złożenia papierów do kilku, a nawet kilkunastu liceów (rekordzistka z równoległej klasy aplikowała do czternastu), a następnie wyboru na podstawie pozycji w rankingu lub czasu dojazdu. Ten sposób wyłaniania przyszłych studentów jest powtarzany podczas rekrutacji na studia – jedynym ograniczeniem jest opłata 80 zł za każdy kierunek na jaki się aplikuje (przynajmniej na UW). Zwłaszcza kandydaci (moi rówieśnicy) na kierunki humanistyczne składają papiery w pierwszej kolejności na psychologię, a następnie na kilka pozostałych – „byle się gdzieś dostać” (dobrym przykładem jest właśnie geografia – ok. 1/3 wszystkich studentów z mojego roku, to były osoby, które się nie dostały na ekonomię lub na SGH). Rekrutacja, która nie zmuszają do refleksji owocuje bezmyślnym studiowaniem z zasadami przeniesionymi wprost ze szkoły średniej (ze słynną maksymą „zakuj, zdaj, zapomnij” na czele). Dodatkowo szkoła średnia w większości kształci postawy biernego przyswajania wiedzy – nauczyciel produkuje się przy tablicy, uczeń notuje, następnie zostaje sprawdzona jego wiedza. Ten sam schemat jest następnie odtwarzany na uczelniach – studenci nie wymagają od wykładowcy, co więcej czują dystans do prowadzącego zajęcia, nie pytani rzadko zabierają głos w dyskusji, przyzwyczajenie są do roli biernego słuchacza – co często też wykładowcom odpowiada. Choć trzeba też przyznać, że często bezsensowny i niedopasowany do realiów (co nawet student często widzi gołym okiem) program nauczania takie postawy jedynie umacnia. Jest jednak druga strona medalu – wyboru studiów dokonuje się zwykle w wieku 18-19 lat – w tym wieku zwykle nie ma się pomysłu na siebie – jest trochę tak, że na studia się idzie także po to, by szukać swojej „działki”, swojej drogi życiowej – obecny kierunek zmian, jaki obrało Ministerstwo to uniemożliwia.
    W debacie dotyczącej szkolnictwa wyższego formułuje się często słuszny zarzut dramatycznego niedofinansowania (Wydatki na badania i rozwój stanowią 0,56% polskiego PKB, podczas gdy Szwedzi przeznaczają na ten cel 3,73% swojego PKB, Finowie 3,45%, Czesi 1,51% (Zespół Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów, Polska 2030. Wyzwania rozwojowe, Warszawa 2009)) polskiej nauki. Jednym ze sposobów zaradzenia tego jest wprowadzenie przez MNiSW współodpłatności za studia – gdzie student miałby do dyspozycji jeden semestr (wyrażony w punktach ECTS) do wykorzystania na „pomyłkę” i zmianę kierunku studiów (co jest bezsensowne – ponieważ po takim „omyłkowym” semestrze zakończonym sesją zimową trzeba rozpocząć proces rekrutacji od początku i ponownie podjąć studia w październiku – po ponad półrocznej przerwie wrócić do cyklu uczenia się). Każdy kolejny „nadprogramowy” semestr ma być finansowany z kieszeni studenta. Takie rozwiązanie ma w efekcie ukrócić zjawisko „wiecznego studenta” studiującego na kilku kierunkach, przez wiele lat, nie ukończywszy żadnego lub tylko jeden, blokującego tym samym miejsce lub kilka miejsc innym potencjalnym studentom: Musimy być też solidarni z tymi, którzy odchodzą ze łzami w oczach po przeczytaniu wyników rekrutacji tylko dlatego, że kilka lub kilkanaście procent miejsc zajmują ich starsi koledzy, którzy podjęli studia na drugim lub trzecim kierunku, a następnie - w 30 proc. przypadków - nawet nie kończą tych studiów. (B. Kudrycka, Nauce trzeba nowej energii, http://wyborcza.pl/1,75515,6783164,Nauce_trzeba_nowej_energii.html [ostatni dostęp: 05.02.2010]). Jest to wizja faktycznie daleka od szeroko pojętej sprawiedliwości społecznej – natomiast należy odpowiedzieć sobie na kilka problemów związanych z takim postawieniem sprawy:
    1.Jaka jest gwarancja, że osoby, które nie dostały się na dane studia, po zwolnieniu miejsc przez „starszych kolegów” się na nich utrzymają (zakładając, że rekrutacja na studia przebiega w rzetelny sposób)?
    2.Za PRL-u w procesie rekrutacji przyznawano „punkty za pochodzenie”. Uzależnianie decyzji o przyjęciu na bezpłatne studia od kryteriów pozamerytorycznych jest de facto przyznawaniem karnych punktów za studiowanie więcej niż jednego kierunku. Dlaczego student o  przeciętnej średniej z dwóch kierunków ma za jeden płacić, podczas gdy jego kolega o takiej samej średniej uzyskanej na jednym kierunku ma studiować za darmo? Pomimo tego, że jasne jest, że ten pierwszy podjął znacznie trudniejsze wyzwanie i większy wysiłek?
    3.O czym świadczy fakt, że ok. 30% studentów wielokierunkowych nie kończy wszystkich podjętych kierunków? O tym, że źle mierzą siły na zamiary czy o tym, że duszą się w gorsecie oferty naukowej i szukają swoich zainteresowań w wielu dziedzinach (zaś pełna realizacja programu kilku kierunków jest faktycznie bardzo trudna)? Moim zdaniem jest to dowód na to, że stawianie na „interdyscyplinarność” jest tylko gołosłownym zapewnieniem – często jedynym sposobem na dokształcenie się w jakimś (często wąskim) zagadnieniu jest rozpoczęcie drugiego kierunku. Skutek jest często taki, że po odbyciu interesujących lub potrzebnych kursów (które powinny być dostępne bez rozpoczynania kolejnych studiów – tak powinna działać zasada interdyscyplinarności w studiowaniu) student z dodatkowego kierunku rezygnuje – ponieważ pozostała oferta przedmiotów leży poza jego zainteresowaniami.
    4.Czy fakt nieukończenia drugiego kierunku świadczy o wyrzuceniu pieniędzy na kształcenie w błoto? Niekoniecznie – taki student poszerzył swoje horyzonty, wyszedł poza swoją dotychczasową dziedzinę. Chociażby: student 2 roku medycyny „zawala” zimową sesję, więc zdaje na anglistykę – na drugim roku tejże wyjeżdża na ERASMUSA do Francji. Po powrocie ze stypendium rezygnuje z anglistyki i wraca na medycynę i kończy ją z przeciętnym wynikiem – za to z kontaktami z ludźmi z całej Europy, z perfekcyjnym angielskim i niezłym francuskim. Ma szansę zostać lepszym lekarzem niż jego rówieśnik, który na dyplomie uzyskał podobne noty i studiował 3 lata krócej. Licencjusz z ekonomii idzie na prawo, które kończy (ze średnimi notami na dyplomie). z ekonomii robi absolutorium magisterskie, ale nie pisze pracy – jako prawnik z wiedzą ekonomiczną ma szansę być bardziej kompetentny w sprawach gospodarczych niż jego kolega absolwent z prawa, który „na papierze” był bardziej wartościowym studentem. Przykłady można mnożyć.
    Faktem jest, że instytucja „wiecznego studenta” jest niemoralna i szkodliwa. Pytanie tylko, czy proponowane rozwiązania, to nie jest wylewanie dziecka z kąpielą. Wyeliminowanie takich, patologicznych niekiedy, sytuacji jest znacznie prostsze – wystarczy stworzyć system (Taki postulat jest też zawarty w analizie eksperckiej Ernst&Young zamówionej przez MNiSW w postaci ogólnopolskiego rejestru studentów (żeby zapobiec multistudiowaniu i pobieraniu stypendiów w wielu miejscach) z centralnym systemem rekrutacji (A. Pezda, Studia w Polsce 2020, http://wyborcza.pl/1,75478,7526390,Studia_2020.html [ostatni dostęp: 06.02.2010])), który by dawał informacje o studentach, ich wynikach i (często pokrętnej) drodze studiowania. Co więcej – taki system już istnieje – wystarczy USOS rozszerzyć na większą skalę. Dałoby to możliwość oddzielenia dwóch kategorii „multikierunkowców” – studentów poszukujących oraz wiecznych studentów. W połączeniu z REALNĄ dostępnością interdyscyplinarności w procesie studiów dałoby to możliwość efektywnego wykorzystania pędu do studiowania kilku kierunków.
    Zaproponowane przez MNiSW zmiany dotyczące płatności za studia pokazują wyraźną tendencję do traktowania wykształcenia jako zysku studenta, a nie inwestycji państwa w gospodarkę (poprzez podwyższenie kapitału intelektualnego społeczeństwa) – stąd przeciętni (wszyscy prócz najlepszych – 10% o najwyższej średniej) „wielokierunkowcy” są traktowani jako obciążenie dla państwa (Bezpłatny drugi kierunek studiów dla najzdolniejszych studentów.
    Każdy student uczelni państwowej otrzyma pulę punktów, która zapewni mu darmowe studia na jednym kierunku. Po wyczerpaniu punktów, jego kolejne studia będą płatne. Na dwóch darmowych kierunkach jednocześnie będą mogli studiować jedynie najlepsi studenci. Będzie to ok. 10 proc. studentów z danego kierunku, czyli tylu co obecnie. Studiowanie na dwóch kierunkach, przez osoby nie zawsze do tego przygotowane, blokuje miejsce dla innych, którzy są zmuszeni uczyć się na studiach płatnych. Limit punktów nie obejmie studentów studiów międzywydziałowych - http://www.nauka.gov.pl/szkolnictwo-wyzsze/reforma-szkolnictwa-wyzszego/).
    Uniwersytet Przedsiębiorczy, Student Konkurencyjny
    Prof. Grzegorz Gorzelak napisał tekst, który podsumował w następujący sposób: Jak widać, propozycje zmian "minimalnych" odnoszą się głównie do zwiększenia roli konkurencji wewnątrz naszych uczelni wyższych. Jest bowiem oczywiste, iż brak owej konkurencji jest jednym z najważniejszych powodów relatywnie słabej pozycji polskich placówek akademickich w skali międzynarodowej. jest także wysoce wątpliwe, czy słuszne jest zwiększanie finansowana placówek funkcjonujących według dotychczasowych zasad. Jestem przekonany, że prowadziłoby to do marnotrawienia publicznych pieniędzy (G. Gorzelak, Uniwersytet Przedsiębiorczy, http://wyborcza.pl/1,82949,6840795,Uniwersytet_przedsiebiorczy.html?as=2&ias=2 [ostatni dostęp: 06.02.2010])
    Jest to teza, z którą trudno się nie zgodzić – MNiSW także ją podziela, co zostało potwierdzone planem wprowadzenia KNOW (Większe pieniądze dla najlepszych uczelni
    Finansowanie uczelni ma być oparte na efektach pracy naukowej. Najwięcej pieniędzy otrzymają najlepsi, a coraz większa część środków będzie rozdzielana w drodze konkursów.
    Powstanie specjalny fundusz projakościowy, z którego będą finansowane m.in. wydziały uczelni, instytuty i jednostki badawcze, które uzyskają status Krajowego Naukowego Ośrodka Wiodącego (KNOW) lub wyróżniającą ocenę Polskiej Komisji Akredytacyjnej. W 2011 r. w drodze konkursów zostaną wyłonione 4 KNOW-y, które przez 5 lat będą otrzymywać dodatkowo ponad 10 mln zł. Status KNOW będzie dawał pierwszeństwo w ubieganiu się o środki budżetowe i unijne na finansowanie inwestycji i aparatury badawczej. KNOW będzie mógł być przyznany zarówno wydziałom szkół publicznych, jak i niepublicznych - http://www.nauka.gov.pl/szkolnictwo-wyzsze/reforma-szkolnictwa-wyzszego/). Dlaczego więc nie przenieść tego toku rozumowania na poziom niżej, w stosunku do studentów? Bowiem bez zmiany systemu motywacji dla studentów (zmiany jakościowej), wprowadzenie odpłatności za studia (zmiana ilościowa) jest bezsensowne – bez zmiany (mniej lub bardziej patologicznego) systemu, źródła jego finansowania są nieistotne. Wszystko jedno, czy płaci państwo (czyli my wszyscy), czy student, jeśli pieniądze są marnowane.
    Wprowadzenie odgórnej odpłatności za studia zwiększa tylko ilość pieniędzy w systemie kształcenia – nie jest to zmiana jakościowa samego systemu. A jaki on obecnie jest? W Konstytucji RP znajduje się zapis, według którego państwo ma zapewniać dostęp do bezpłatnych (czyli finansowanych przez państwo) studiów. Realia jednak przeczą zupełnie temu postulatowi – w Polsce z ok. dwóch milionów (dokładniej 1 941 445) studentów tylko około 40% (804 136 (stan na 31 grudnia 2006 r.; informator Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego: Szkolnictwo wyższe. 2006 (opublikowany w styczniu 2008 r.), za: Gazeta Wyborcza, Polska nauka w liczbach, http://wyborcza.pl/1,88225,4930072.html [ostatni dostęp: 07.02.2010])) studiuje bezpłatnie – w dodatku znacząca większość płacących za studia jest uboższa niż studiujących bezpłatnie. Powyższa sytuacja wymaga jednak dodatkowego komentarza – po pierwsze uogólnienie i podział na „bogatych” i „biednych” studentów jest nieuprawniony – studenci sami z siebie nie są ani biedni, ani bogaci – a jedynie ich rodziny. Stąd też postulat, aby „bogaci” studenci płacili za studia (a taki pojawiał się w debacie dotyczącej wprowadzenia odpłatności za studia) jest chybiony – bowiem nawet studenci z zamożnych domów zostaliby w znaczącej większości zmuszeni do pozostania na garnuszku rodziców aż do ukończenia studiów, bez możliwości podjęcia próby usamodzielnienia się w trakcie studiów. Nie mówiąc już o tym, że automatyczne przerzucanie kosztów studiowania ze studentów pochodzących z gorzej sytuowanych rodzin na tych, których rodzice lepiej zarabiają, (ponownie) bez żadnych kryteriów merytorycznych (np. ocen uzyskanych w toku studiów) moim zdaniem nie jest wyrazem sprawiedliwości społecznej, a jedynie realizacją zasady (znanej z lasów Sherwood i PRL): zabierzmy bogatszym, dajmy biedniejszym.
    Dodatkowo, panuje powszechny mit, że „bogaci” studiują za darmo, a biedni płacą – a jest to nadmierne uproszczenie rzeczywistości. Pomimo braku przekrojowych badań dotyczących pochodzenia studentów, prawdziwa wydaje się być teza, że większość studentów na kierunkach bezpłatnych pochodzą nie tyle z „bogatych domów” ile raczej z inteligenckich rodzin (a nie są to pojęcia tożsame – przykładowo dwójka nauczycieli wychowująca trójkę dzieci – to nie jest model zamożnej rodziny w polskich warunkach) – innymi słowy, ich kapitał kulturowy jest wyższy (A. Leszczyński, Studia to nie towar, Gazeta Wyborcza, http://wyborcza.pl/1,76842,4922520.html, [ostatni dostęp 07.02.2010]).
    Z kolei wprowadzenie powszechnej odpłatności za studia nie dość, że jest postulatem nierealnym (zmiana Konstytucji jest sprawą wymagają szerokiego kompromisu społecznego i przede wszystkim politycznego, co jest w polskich realiach poza sytuacjami historycznie wyjątkowymi bardzo trudne do osiągnięcia), to w dodatku zbyt kosztownym – nie stać nas na to. Powoływanie się na przykład USA, gdzie studiowanie jest płatne jest nieuprawnione; to tak, jakby u weterynarza aplikować takie same lekarstwo dla słonia i kota. Stany Zjednoczone mają kilkukrotnie większy potencjał demograficzny – stać ich na to, aby przykładowy Janko Muzykant (młody, zdolny i ubogi) przepadł w ich systemie edukacji – na jego miejsce znajdzie się kilku kolejnych, równie zdolnych, a pochodzących z bogatszych rodzin (nie mówiąc już o tym, że Janko Muzykanci są w USA selekcjonowani spośród innych uczniów już w szkole podstawowej i średniej i mają zapewnioną pomoc finansową, co w Polsce jest raczej rzadkością). W Polsce każdy zdolny student, niezależnie od statusu finansowego powinien być zasługiwać na specjalne traktowanie – wszak demografia nam nie sprzyja.
    Należy zatem poszukiwać przykładów rozwiązań w krajach podobnych do Polski – o podobnym potencjale demograficznym, podobnej wielkości i położeniu, a jednocześnie o wyższym zaawansowaniu technologicznym, innowacyjnym. Narzucają się państwa skandynawskie, które poza kilkukrotnie (najludniejsza spośród nich Szwecja liczy ok. 10 mln) mniejszą liczbą ludności (co sprawia, że te kraje są zmuszone jeszcze mocniej wykorzystywać każdy możliwy potencjał), nie dość, że są do Polski stosunkowo podobne (zbliżona wielkość, położenie w obszarze peryferyjnym Europy), to jeszcze „stawiają” na rozwój poprzez podnoszenie poziomu wykształcenia obywateli. Szczególnie ciekawym przykładem jest Finlandia – kraj, który będąc w kryzysie gospodarczym w latach dziewięćdziesiątych, przekształcił swoją gospodarkę przesuwając zasoby ze starych, mało wydajnych i innowacyjnych przemysłów do nowych, opartych na wysokich technologiach (Zob. Rozmowa E. Bendyka z Esko Aho (byłym premierem Finlandii), Polityka 09.09.2006, http://archiwum.polityka.pl/art/innowacje-glupcze,368450.html [ostatni dostęp: 07.02.2010]) (co wymagało zwiększenia nakładów na edukację z 1% PKB, do 2% w czasie kryzysu, aż po ok. 6% dzisiaj) i od wprowadzenia reform należy do ścisłej czołówki pod względem innowacyjności i konkurencyjności – podobnie jak pozostałe państwa skandynawskie. Otóż cechą wspólną dla wszystkich tych krajów jest bezpłatna edukacja na uczelniach. Inna rzecz, że finansowanie studiów ze środków publicznych doskonale wpisuje się w model państwa opiekuńczego, jaki dominuje w krajach skandynawskich. Jednak bezpośrednie przeszczepienie takiego systemu do Polski też nie jest możliwe – Polski nie stać na tak radykalne zwiększenie finansowania nauki – a przesunięcie środków z nieefektywnych gałęzi gospodarczych jest niemożliwe politycznie – każda taka rządowa próba może prowadzić do zwiększenia roli populistycznych ugrupowań na scenie politycznej i, w konsekwencji kroczek w przód może się zakończyć wielkim susem w tył.
    Jak zatem podejść do kwestii finansowania studiów? Jak zracjonalizować (zmniejszyć?) koszty, jakie studenci ponoszą w trakcie edukacji? Jak wprowadzić większą konkurencję wśród studentów? Jak „pęd na papier” zmienić na pęd do wiedzy podczas procesu studiów?
    Jak już wspomniałem wcześniej, wprowadzenie powszechnej odpłatności za studia jest obecnie niemożliwe. Jednak pewne posunięcia są konieczne:
    1.Oddzielenie sfery stypendiów socjalnych i naukowych i (w odróżnieniu od odwrotnej rekomendacji Ernst&Young (A. Pezda, Studia w Polsce 2020, http://wyborcza.pl/1,75478,7526390,Studia_2020.html [ostatni dostęp: 07.02.2010])) zwiększenie roli stypendiów naukowych (które jednak powinny być przyznawane nie tylko za osiąganą średnią w trakcie studiów, ale także za inne aktywności, takie jak działalność w kołach naukowych, w samorządzie studenckim, zdobywanie kontaktów ważnych dla wydziału itp.). Wprowadzenie powszechnych studiów bezpłatnych na większości uczelni, ale jedynie przez pewien czas (pierwszy semestr? Dwa semestry?). Na pozostały czas nauki wprowadzenie dwóch głównych progów – pierwszego, poniżej którego studenci musieliby za studia płacić (finansując tym samym stypendia naukowe zdolniejszych/bardziej pracowitych studentów oraz ewentualnie stypendia socjalne) i drugiego, powyżej którego studiujący otrzymywaliby stypendium naukowe (nie tylko w wymiarze pieniężnym, ale także przez rekomendacje od wykładowców dla firm, współuczestnictwo w projektach badawczych itp.). Pomiędzy tymi progami znajdowałyby się osoby, które za studia nie płacą, ale też nie dostają za wyniki żadnej bonifikaty. Taki system z jednej strony motywowałby studentów do rzetelnej nauki, a z drugiej strony likwidowałby casus Janka Muzykanta – każdy, niezależnie od pochodzenia i statusu majątkowego rodziny, przy odpowiednio dużym nakładzie pracy, mógłby studiować za darmo lub wręcz otrzymywać za wyniki wymierne korzyści. Dodatkowo, nastąpiłoby znaczne ograniczenie „instytucji wiecznego studenta” – po prostu nie byłoby go stać na studiowanie na wielu kierunkach na niskim poziomie. Jednak taki system stypendialny byłby możliwy tylko przy spełnieniu kilku warunków:
    progi musiałyby być ustalane dla każdego kierunku i roku studiów oddzielnie lub w odniesieniu dla średniej z całych studiów – tak by byli porównywani między sobą studenci studiujący te same przedmioty o tym samym stopniu trudności
    stypendia naukowe powyżej drugiego progu powinny rosnąć w zależności od uzyskanej oceny w trakcie studiów – podobnie jak opłaty za studia po też powinny rosnąć w miarę spadku oceny studenta
    stypendia socjalne powinny być przyznawane tylko studiującym za darmo lub posiadającym stypendia naukowe – tak by opłaty za studia nie były pokrywane ze stypendium socjalnego – sytuacja, gdy student opłaca studia ze stypendium socjalnego jest kuriozalna, najpierw bowiem uczelnia wypłaca pieniądze studentowi, by następnie je ponownie pobrać. Zwiększanie ilości pieniądza w obiegu może jedynie generować koszty i papiery – przecież wszystko wymaga zaksięgowania, zapisania...
    i, co najważniejsze – wysokość stypendiów naukowych powinna być wystarczająco wysoka – aby stanowić poważny bodziec motywacyjny dla studentów
    Taki system prowokowałby konkurencję wśród studentów i motywowałby ich do rzetelnego studiowania jednocześnie dając szansę studentom z mniej zamożnych rodzin.
    Propozycje MNiSW zmierzają we właściwym kierunku (Większa pomoc dla studentów
    Zmienią się zasady przyznawania pomocy materialnej studentom i doktorantom. Na pomoc materialną trafi 75 proc. wszystkich środków. Podniesione mają być także progi dochodowe związane ze stypendium socjalnym. Zaproponowano ponadto katalog bezpłatnych usług dla wszystkich studentów (uczelni państwowych i niepublicznych). Darmowe byłyby np.: egzaminy (także poprawkowe i komisyjne), egzamin dyplomowy, a także złożenie i ocena pracy dyplomowej oraz wydanie suplementu do dyplomu – http://www.nauka.gov.pl/szkolnictwo-wyzsze/reforma-szkolnictwa-wyzszego/). Jednak podwyższanie progów stypendium socjalnego, bez stworzenia motywującego systemu stypendialnego nie jest wystarczającym rozwiązaniem.
    Język ma znaczenie
    Jest jeszcze jeden aspekt dotyczący debaty dotyczącej finansowania studiów. Zmiany proponowana przez MNiSW dotyczy prawie 2 mln studentów – ludzi spośród których będzie się w przyszłości rekrutowała elita intelektualna kraju. Głos studentów jest w tej debacie marginalny i pomijany – na każdym etapie. Co więcej, gdy studenci zaczęli protestować przeciwko planom wprowadzenia płatnych studiów, odzew społeczny (m.in. listy do redakcji gazet, np. Gazety Wyborczej), okazał się skrajnie negatywny – w listach studenci są opisywani (często przez swoich kolegów i swoje koleżanki) jako darmozjady, głąby, nieuki, lenie, generalnie jako osoby, które na koszt podatników pędzą wygodne, beztroskie życie. Jest to redukcja osób studiujących do bezmyślnych ludzi, których horyzont czasowy nie wykracza poza najbliższe 5 lub 6 lat studiów. Takie traktowanie przyszłej elity (jakakolwiek ona nie będzie, to jednak absolwenci uczelni wyższych będą ją tworzyli) przez część społeczeństwa jest jaskrawym przykładem naszej hipokryzji – Ci bowiem, którzy uprawiają krytykę w poniżającym stylu sami najczęściej studiowali wcześniej i w dodatku nie wyobrażają sobie w większości tego, że ich dzieci studiować nie będą. Usłyszałem kiedyś o więźniach słowa, które mocno mi się wryły w pamięć – jeśli będziemy ich [więźniów, skazanych] traktować jak bydło, to oni jak bydło się zachowywać będą. Może zatem warto się zastanowić, jakich słów się używa? Bo poziom dyskursu publiczny może kształtować późniejsze postawy. Stąd też często znakomita większość studentów dziennych nie ma świadomości, że fakt, że studiują na koszt państwa nie do końca jest ich niezbywalnym prawem – a taką butę i arogancję często da się w ich postawach wyczuć.
    Do dziś pamiętam, jak na początku października na pierwszym roku studiów jeden z profesorów wygłaszał wykład inauguracyjny podczas immatrykulacji studentów geografii (w tym mnie). Mówił w sposób barwny, ciekawy, pasjonujący o determinizmie, posybilizmie i nihilizmie geograficznym. O Ratzelu, o Ritterze, o Blachu, o Humboldtcie. Pamiętam, że nie tylko ja jeden byłem zafascynowany, że wszyscy mieli przekonanie, że zaczynają nowy rozdział swojego życia. Że będziemy od dziś jesteśmy studentami.
    Ani na tym wykładzie, ani nigdy później podczas studiów, nie padły słowa, które moim zdaniem dużo by zmieniły w (także moim) podejściu do studiów. Że będziemy z nas wyłoni się elita kraju. Że to my będziemy budować społeczeństwo i państwo. Że studiując zdobywamy wykształcenie, które jest szansą na rozwój i osiągnięcie odpowiadającego nam statusu społecznego. Że dostajemy szansę i jednocześnie zaciągamy dług u społeczeństwa, które za to wykształcenie płaci – i dlatego nie powinniśmy tej szansy nadużywać. Szkoda też, że od takich słów min. prof. Barbara Kudrycka nie zaczęła przeprowadzania reform, które najmocniej będą biły po kieszeniach studentów i ich rodziny – czyli nas wszystkich.
    Szkoda, że studenci i studentki – najliczniejsza grupa w społeczności akademickiej nie zostali potraktowani wystarczająco poważnie w propozycjach MNiSW. Wydawałoby się bowiem, że w przypadku reform o  długofalowych skutkach środowisko studenckie powinno być traktowane ze szczególną atencją – jeżeli ten gmach wiedzy, edukacji i nauki ma być trwały, powinien opierać się na solidnych fundamentach. Tymczasem sposób wprowadzania tych zmian przypomina budowę gmachu od dachu – dyskutujemy o profesorach, habilitacjach o nauce z wielkim zadęciem i pompą, szafując takimi sformułowaniami jak Tradycja, Autonomia, Wiedza, Postęp, Przyszłość, Zapaść itp. W dyskusji tej nie słychać zupełnie głosu tych, którzy za ok. dwadzieścia lat będą sami doktorami i profesorami. Habilitowanymi, zwyczajnymi, nadzwyczajnymi – czy to ma znaczenie? Może powinni być po prostu dobrymi fachowcami – niezależnie od tytułu?
    Sporo w tej dyskusji pojawia się tez głosów, że system szkolnictwa wyższego jest jedną z ostatnich ostoi PRL. Patrząc na ten problem z takiej perspektywy, trudno się dziwić takiemu podejściu – dyndamy na samym dole łańcucha pokarmowego. Jak obywatel (petent) w PRL.

    pozdrawiam,
    Michał Sęk