Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Picuś-glancuś i jego drogi

(2)
2010-12-31 14:53 | tkw
Postanowiłem zamieścić artykuł Ziemkiewicza. Namawiam, by wczytać się w tekst a nie analizować, "kto go pisał i czy go lubię".



Jeszcze stoją w całym kraju bilbordy z wypicowanym fotoszopem, gładziuśkim Tuskiem i zapowiedzią (która sama w sobie obraża inteligencję wyborcy), że nie będzie on robić polityki, tylko budować. Zaledwie nieco ponad miesiąc minął od stanowczej zapowiedzi tegoż Tuska, że choć co prawda trzeba znacząco ograniczyć budżet przeznaczony na drogi, to budowa nowych dróg i autostrad w żaden sposób na tym nie ucierpi.

No i, jak od razu spodziewał się każdy, kto ma mózg nieco większy od leminga - teraz okazuje się, że jednak ucierpi. Konkretnie ucierpi tak, że rząd skasował wszystkie 45 przetargów na nowe odcinki dróg i autostrad, które były jeszcze w takim stadium, że można je było zgodnie z skasować łatwo i bez narażania się na odszkodowania.

Jest to kwintesencja panowania polityka, który z każdym kolejnym miesiącem utrzymywania się u władzy okazuje się coraz bardziej beznadziejnym picerem i bałaganiarzem, i przysparza Polsce coraz większych szkód.

Rzecz nie w tym, że pieniędzy zabrakło, i że trzeba budowy odłożyć "na świętej Nigdy". To się, przyznajmy tu nawet rację zajadłym obrońcom Tuska, mogło jeszcze przydarzyć każdemu rządowi - choć w zestawieniu z faktami tromtadracka propaganda sukcesu, jaką ta ekipa uprawia, jest po prostu żałosna. Rzecz w tym, że wskutek pętackiej taktyki udawania do ostatniej chwili, że wszystko jest świetnie albo jeszcze lepiej, w istocie także te środki, które są, zostaną zmarnowane. Bez względu na to, ile nowych kilometrów uda się Tuskowi i jego nienaruszalnemu ministrowi infrastruktury zbudować - nie zbudują żadnej drogi. Ani jednej. To już pewne.

Czy tak trudno to zrozumieć? Droga prowadzi odkądś dokądś. Droga istnieje wtedy, jeśli skądś dokądś można nią dojechać. Dla gospodarki istotne jest, żeby była to jazda z jednego węzła komunikacyjnego, czyli dużego miasta, do drugiego - to, że na kawałku między Grzybkowem a Pipkowem zrobiono drugi pas, znaczenia nie ma.

Otóż, jeśli droga między miastem A a miastem B wynosi 200 kilometrów, z czego jest nowoczesnej drogi 50 kilometrów, a reszta się rozsypuje - to możemy w przybliżeniu powiedzieć, że między tymi miastami drogi nie ma. Jeśli wielkim wysiłkiem rząd zmodernizuje kolejnych 50, a nawet 100 kilometrów - to między tymi miastami nadal nie ma drogi. Nawet jeśli nieprzejezdnych jest tylko 10 kilometrów, to nadal nie ma drogi między miastami A i B!

Rząd Tuska uparcie podkreśla, że i tak, pomimo anulowanych przetargów, wybuduje 1500 kilometrów. Udajmy, że wierzymy (choć tak naprawdę jak będzie ich 500, to góra). Ale spójrzmy na mapę, którą rząd, słusznie skądinąd, nie za bardzo się chlubi. Co widzimy? Jakby porozrzucane przypadkiem robaczki - tu kilkanaście kilometrów, tu kilkadziesiąt. Nic się z tego nie układa. Bo tych 45 fragmentów, które wypadło, to w większości akurat fragmenty niezbędne do połączenia wszystkiego w całość.

Każde dziecko by wiedziało - jeśli się nagle okazuje, że nie mamy pieniędzy na 2000 kilometrów, a tylko na 1000, to wybieramy te drogi, które są najpilniejsze i najważniejsze. Łączymy na przykład Kraków z Warszawą. Albo szyjemy polski odcinek Via Baltica.

Co robi ekipa Tuska? Robi wręcz przeciwnie. Rozprasza posiadane środki bez żadnego sensu, tak, że w efekcie nie powstaje nic, żadne z istotnych połączeń. Tu kawałek, tam kawałek. Oczywiście, usłużni propagandyści będą się zachłystywać, ile to kilometrów, i o ile więcej niż wybudował PiS, ale de facto - infrastruktury komunikacyjnej nadal nie ma.

Dlaczego? I tu jest istota sprawy. Można by odnieść wrażenie, że wiadomość o braku funduszy na budowę autostrad spadła na rząd jak grom z jasnego nieba, w ostatnich dniach. Otóż nie. O tym, że tych pieniędzy zabraknie, wiadomo co najmniej od roku. Było mnóstwo czasu, żeby dostosować zamiary do posiadanych zasobów, zastanowić się, którym inwestycjom nadać w tej sytuacji priorytet. Ale żeby to zrobić, trzeba by minimum odpowiedzialności.

Trzeba by się było przyznać, że z kasą nie jest tak różowo, że ta "zielona wyspa" to, delikatnie mówiąc, efekt bardzo wybiórczego potraktowania danych. Więc picuś-glancuś do ostatniej chwili łgał w żywe oczy, że nie zabraknie, że będzie na pewno, że wszystko zbuduje... Przyznaje się dopiero po wyborach. I zaraz po wyborach, licząc - ma ku temu podstawy - że przez parę miesięcy wszystko frajerzy zapomną.

No, a skoro do ostatniej chwili udawano, to teraz trzeba kasować te przetargi, które są jeszcze do skasowania - te dotąd nierozstrzygnięte, a więc te, które były najbardziej skomplikowane. Czyli właśnie, tak się składa, te kluczowe. Wszystko dla picu i pijaru, nic poza picem i pijarem się dla picusia i jego dworu nie liczy.

Robi się już niedobrze od tych kłamstw. Przecież przez cały ten czas rząd tłumaczył wysokość zadłużenia publicznego właśnie tym, że musiał wziąć długi na budowę dróg, bo z tym się trzeba śpieszyć, dopóki Unia dopłaca drugą połowę. Teraz oznajmia beztrosko, że budowę dróg odkłada na "po 2015", czyli na czas, kiedy prawie na pewno Unia już dopłacać nie będzie, bo tnie fundusze spójnościowe do kości. Ale długi, rzekomo wzięte na drogi, zostają.

I znowu oszołomy miały rację, powtarzając, że nie na żadne drogi te długi idą, tylko na zwykłe przeżarcie, na wyboczą kiełbasę. Robi się już niedobrze od tych kłamstw - o euro, o kolejach, o OFE, o Smoleńsku... Gdzie nie tknąć - kłamstwo, pic, propaganda, a nad tym wszystkim gładki picuś-glancuś opowiadający frajerom bajeczki, że jest świetnie i coraz świetniej.

Nie chcę się zbyt długo rozwodzić o tym, co oczywiste. Przez kilka ostatnich lat przyjęło się uważać, że Tusk może wszystko, bo i tak go ludzie wolą od Kaczyńskiego. Jaki Kaczyński jest, wiadomo, faktycznie robi od dawna, co tylko można, żeby nie dać się lubić. A mimo to, mam wrażenie, że w nadchodzącym roku sytuacja się odwróci.

Miara oszustwa, nieudolności, głupkowatej nieodpowiedzialności i picusiowatej śliskości Tuska dochodzi do takich granic, że nagle nawet upierdliwy, nadąsany i kłótliwy gnom wyda się Polakom miłą odmianą, nawet patrząc tylko w kategoriach wizerunku.

Chciałbym Państwo życzyć w nadchodzącym roku czegoś lepszego, ale alternatywa jest taka, jaka jest.