Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Nieodpowiedzialność Państwa

(1)
2011-09-23 23:55 | P.Baranowski
Zanim zajmę się pewnym problemem dotyczącym osób które nie mogą aktualnie uzyskać zatrudnienia, chcę dać wyraz swojej niechęci do… aktualnej nomenklatury tego dotyczącej. Nie jest ona przypadkowa a pochodzi z tradycji także niezbyt szczytnych. Tradycji… cóż; wielokrotnie wydawało się, że jest tak źle, że już gorzej być nie może, że to już by było po porostu niemożliwe… a jednak życie ciągle pobija własny rekord i tak odkrywamy trzecie, czwarte dno, piąte…
Nomenklatura bazuje na dawnym okresie (po śmierci Stalina), gdy czyste ręce (w sensie fizycznym; umyte, z obciętymi krótko, czystymi paznokciami) – dyskredytowały człowieka w życiu społecznym, publicznym, towarzyskim, do tego stopnia infiltrowanym przez propagandę bolszewicką. Stąd wzięło się określenie „biełaruczek” jako synonim odrzucenia przez „klasę robotniczą”, podejrzanego ideologicznie, wroga „ludu”, kapitalisty, badylarza, karła reakcji itp. albo – co nie daj Boże – niedobitka jakiegoś „jaśniepaństwa”. To określenie już zanikło jak i tamta ideologia w kraju sąsiadów, ale zasada tym kierująca, trend – funkcjonuje w najlepsze, służąc już innej ideologii i opcji politycznej.
Określenie „bezrobotny” jako wyraźny rusycyzm „biezrabotnyj” – odrzuca nas co najmniej estetycznie. Człon „ –robotny” nieodparcie kojarzy się ze staropolskim przymiotnikiem „robotny, -a” – co znaczy pracowity, chętny do pracy i skłonny do aktywności fizycznej. Czyli „bez-robotny” to logicznie myśląc – ktoś pozbawiony tych cech; nierób, leń). Na takie logiczne skojarzenie tzw. ”opinii publicznej” liczy obecna ideologia.
Obawiam się – i taka jest moja teza – że określenie to funkcjonuje nadal zupełnie bez alternatywy nie tylko przez inercję słowotwórczą a głównie dlatego, że doskonale służy obecnej ideologii władzy. Dalej jest „pracodawca” i odpowiadający mu po drugiej stronie „pracobiorca”.
Tu już nie tylko chodzi o to, że pracy się nie „daje” tylko „kupuje się” ją, co by wynikało z ideologicznego pojęcia „rynek pracy”; pojęcia pustego znaczeniowo – o czym za chwilę. I oczywiście odwrotnie; pracy się nie „bierze”, nie otrzymuje się w podarunku – tylko się ją „sprzedaje” na – jak się okazuje fikcyjnym – „rynku”. Może inaczej to określę, na wypadek gdyby ktoś miał mieć jakieś wątpliwości: właściciel firmy „daje… zarobić” czyli „kupuje od ludzi ich pracę” a pracownik „bierze… (przyjmuje) możliwość zarobienia” czyli „sprzedaje swoją pracę”. W rzeczywistości jednocześnie możemy powiedzieć, że pracownik oferuje swoją pracę do kupienia (oferta sprzedaży) a właściciel firmy ewentualnie korzysta z tej oferty, kupując pracę. To – jednocześnie słuszne – aspekty tej samej sprawy.
Oczywiście wszystkie te określenia powinny być uważane za robocze, ujęte w cudzysłów itp. bo nie ma tu jeszcze właściwej terminologii. Jednak – wiadomo o co chodzi. I tutaj także; te niejednoznaczne, wprowadzające w błąd określenia funkcjonują nadal jakby nigdy – nic, nie przez trudności leksykalne a celowo, bo służą obecnej ideologii, mimo że ona już nie jest bolszewicka… Irytujące określenia „dam pracę” czy „pracę przyjmę” funkcjonują nadal powszechnie w lokalnych, najbardziej popularnych a więc najczęściej odwiedzanych miejscach publikacji ogłoszeń.
Dalej mamy „szukanie pracy”… zawsze wówczas widzę przed oczyma tego miłego pieska z windowsowej aplikacji systemowej „znajdź pliki lub foldery”. Słowem – szukaj Reksiu – szukaj. Jak długo poszukasz, to zadowolisz się nawet starą, już obgryzioną kością i będziesz szczęśliwy…
I tu kolejne określenie: „stracić pracę”. O Boże! – straciłam pracę, co ja teraz zrobię, jak tu teraz żyć… Jest to przedstawiane faktycznie jak największa tragedia osobista, prawie jak śmierć Matki czy Ojca… Ba! często to jest tragedia w rzeczywistym, ludzkim wymiarze, gdy kilkuosobowa rodzina utrzymuje się z zarobków jednej tylko osoby, która miała szczęście w tych „poszukiwaniach pracy” aż nagle rzeczywiście z pracy została zwolniona.
Można by wymieniać jeszcze inne elementy będące wytworem propagandy ideologicznej, sterujące nastrojami, zachowaniami ludzi, tych uzależnionych od pracy najemnej a więc niemałej części społeczeństwa. Nie chodzi tu jednak o tworzenie dla zabawy katalogu pojęć które powinny zniknąć natychmiast i raz na zawsze. Chodzi o poszukiwanie ukrytej motywacji w ich utrzymywaniu, celu działań propagandowych władzy, a ponieważ władza polityczna jednej partii robi ze sporymi sukcesami wszystko, by totalitarnie zagarnąć całą przestrzeń życia publicznego i gospodarczego – celu działań propagandowych Państwa. Brak miejsc pracy powstawał mam wrażenie w sposób przypadkowy.
Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, we wszystkim dopatrujących się przemyślanego i konsekwentnie realizowanego ciągu zaplanowanych gdzieś z góry zdarzeń. Oczywiście – bardzo interesująca jest koncepcja na jaką natknąłem się gdzieś w publikacjach internetowych, dotycząca badań nad przyszłością strategii militarnych, sprowadzająca się do tego, że czasy czołgów, armat, piechoty – już przemijają, a przemijają bo okazały się mało skuteczne i zbyt kosztowne. Nie przemijają jedynie agresywne zamiary a ich realizacja może być dużo bardziej subtelna. Wystarczy wszak nieco wewnętrznej agentury i pieniędzy, sprzyjający „klimat” dający dyskretny wpływ na sprawy zdestabilizowanego państwa – obiektu docelowego, aby uzyskać efekt dużo lepszy od efektu napaści militarnej w dotychczasowym stylu. Więc nie: jestem pewien, że to co się działo z gospodarką od początku lat dziewięćdziesiątych, było po prostu chaosem, przepychanką głodnych świń do napełnionego koryta, że nikt tego całościowo nie zaplanował ani nie kontrolował. To niszczenie dobrych zakładów pracy wyłącznie po to, aby zarobić na upadłości, sprywatyzować najlepsze pozostałości po czym znów upozorować „upadłość”… Te różne „prywatyzacje przez podpalenie”… sprawa Stoczni Szczecińskiej… tu interesuje mnie jedynie ten aspekt, iż wzrastający lawinowo brak miejsc pracy, jako pochodna tych procesów „tworzenia klasy wyższej” – miały chyba jednak charakter spontaniczny i chaotyczny. Ideologia włączyła się w to dopiero później.
Chodziło o stworzenie (stworzenie jako efekt celowych, świadomych i planowanych działań) sytuacji kryzysowej dotyczącej zatrudnienia. Skutki – to przede wszystkim rozbicie dotychczasowego modelu związków zawodowych, tego jaki ukształtował się z tradycji Sierpnia. Związków zawodowych – postulatów, flag, demonstracji protestacyjnych, żądań kierowanych do władz publicznych lub do partii tworzącej Rząd. To jak widać doskonale udało się dzięki współpracy wielu działaczy sierpniowego przywództwa.
Chodziło o gruntowną zmianę prawa pracy w jego posierpniowej wersji, likwidację rozdętego systemu przywilejów pracowniczych z minionej epoki, racjonalizację tej sfery prawa bezpośrednio wpływającego na gospodarkę.
Chodziło o likwidację postaw skrajnie roszczeniowych, będących wytworem dawnego propagandy „państwa socjalnego” w jego wynaturzonej, dziwacznej i niekonsekwentnej formie wyłonionej w PRL.
O stworzenie sytuacji pogoni za pracą, za jakąkolwiek pracą i za jakąkolwiek zapłatę, by wyrugować dawne kilkudziesięcioletnie przyzwyczajenia. Wreszcie chodziło o stworzenie bodźca skłaniającego do poszukiwania możliwości „pracy na swoim” czyli odejścia od uzależnienia od pracy najemnej. Rzeczywisty brak ofert pracy najemnej lepiej niż jakiekolwiek przepisy skłania do szukania w sobie zdolności do uniezależnienia się od nich poprzez własną działalność gospodarczą.
Tyle, że autorzy, twórcy tych działań nie przewidzieli jednego: rzeczywistego, nieprzewidzianego i nie pozorowanego kryzysu na świecie, który ich całkowicie zaskoczył i wytworzył sytuację wymykającą się spod kontroli. I stało się to w trakcie trwającego eksperymentu, zanim dobiegł on końca w poszczególnych segmentach.
Pojęcie „rynek pracy” stało się całkowicie fikcyjne, gdyż rynek – już ze swojej istoty wymaga równowagi podmiotów tam występujących. Przez analogię do banalnego rynku warzywnego, ktoś jest wytwórcą towaru i chce go sprzedać ale i musi go sprzedać. Chce osiągnąć możliwie najwyższą cenę ale jeśli ją zawyży to nie znajdzie odbiorcy i poniesie stratę zamiast zysku Bi poniósł przecież już jakiś koszt wytworzenia tego towaru i „eksponowania go” na rynku. Chce dostać jak najwyższa cenę ale wie, że są w pobliżu inne rynki z podobnymi jak on sprzedawcami, oferującymi podobny towar i jeśli zniechęci klienta do swojej oferty, pójdzie on gdzie indziej. Wie też, że klientom nie chce się chodzić w poszukiwaniu niższej ceny i że jest jakiś punkt przecięcia tych sprzecznych interesów, jakieś miejsce możliwego do zaakceptowania kompromisu z obu stron. Można by podobnie prześledzić sposób myślenia klienta, poszukującego jakiegoś towaru. W tym sensie – sprzedawca jest jednocześnie w tym samym, momencie klientem i odwrotnie. Sprzedawca zbywa swój towar, ale jednocześnie chce kupić zainteresowanie klienta, jego akceptację, zaufanie itp. płacąc za to obniżką swojej ceny, rezygnacją z części hipotetycznego zarobku.
Na tak zwanym „rynku pracy” nie tylko brak równowagi; jest tam całkowity monopol sprzedawców, czyli w tym przypadku – zatrudniających. Jak wspomniałem, jest to moim zdaniem efektem tego, że konkretne reformy gospodarcze i społeczne w trakcie ich trwania, zanim przyniosły pozytywny efekt, wymknęły się spod kontroli a jeszcze na dodatek zderzyły się nagle z rzeczywistym, nie pozorowanym kryzysem finansowym wpływającym na gospodarkę.
A przecież „rynek pracy” czy nawet pojęcie pracy w ogóle – jest dużo bardziej złożone niż banalny handel pietruszką i to zarówno z punktu widzenia socjologicznego jak i gospodarczego…
Jakkolwiek by nie było, Państwo musi wytworzyć natychmiast jakieś działania racjonalizujące nieplanowany efekt, interweniujące w coraz bardziej komplikującą się sytuację. Ten eksperyment musi się „cofnąć” o tyle, by możliwe było ponowne zapanowanie nad sytuacją w interesie Państwa. Muszą powstać natychmiastowe racjonalne działania łagodzące destrukcyjny wpływ szoku kryzysowego na reformowane państwo. I to zupełnie nie poprzez jakieś idiotyczne „becikowe” czy inną formę rozdawania pieniędzy służącą doraźnym celom propagandowym jakiejś siły politycznej.
Państwo Polskie ma obowiązek reformowania i przekształcania tego co wymaga zmian, ale jednocześnie nie może sobie pozwolić na działania totalitarne, nieludzkie, antyspołeczne z jakimi mamy do czynienia. Działania takie jak systemowe wyłączenie całego pokolenia osób w wieku po pięćdziesiątym roku życia z możliwości odpowiedniej pracy zarobkowej, skreślaniu całych pokoleń „w straty” dla jakichkolwiek powodów. I jednoczesne zapowiadanie wydłużenia wieku nabycia uprawnień emerytalnych.
Coraz częściej mówi się o ewentualności świadomego „ustąpienia władzy” przez Platformę Obywatelską, oczywiście poprzez reżyserowane przegranie wyborów niewielką ilością brakujących głosów. Już teraz następujące zapowiedzi Premiera, że partia która nie wygrała wyborów nie powinna tworzyć rządu – pasują co logiki takiej tezy. Oznaczałoby to zrzucenie tego całego „pasztetu” upieczonego przez Platformę Obywatelską – na inną partię (koalicję) i spokojne oczekiwanie aż się ona tymże pasztetem udławi, po to – by już bez liczącej się opozycji – powrócić do władzy i dawnych eksperymentów, bez poczucia winy za dotychczasowe ofiary…
Ale ja nie jestem politykiem, nie mam podwójnego obywatelstwa – jak Minister Finansów czy Minister Spraw Zagranicznych, nie mam „oszczędności” w dobrych bankach ani nawet zielonej karty wizowej dla dzieci…
Dlatego pytam: gdzie w tym wszystkim, w tych totalitarnych zabawach są ludzie, zwykli obywatele ze swoimi rodzinami i dziećmi, ci którzy nie są w stanie rozpatrywać takich zagadnień a chcą po prostu spokojnie i uczciwie żyć, pracować w swoim kraju…
Ludzie którzy powołali władzę - zrobili to przecież DLA DOBRA…