Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Jękliwy głos miernoty czyli czy naprawdę jestem żabą? (o nauce polskiej)

(4)
2012-10-01 12:37 | Doktorka
Tak to ja. Miernota opisana przez profesora Gorzelaka. Ta żaba Romany Kolarzowej, z której się śmieją, bo się jej w głowie przewróciło i pragnie pięknych podków. To ja - Smoluch jęczący spod popielnika.
W zasadzie zanim dojdę do konkluzji, to już teraz przytaknę i przyznam się do wszystkiego. Moja wina. To przeze mnie „nauka polska” jest w tak katastrofalnym stanie. Moja wina. To przeze mnie uczelnia, na której pracuję, nie jest notowana w pierwszej dziesiątce światowego rankingu (tylko w czwartej setce). Nie zdobyłam Nobla i raczej nie mam na niego szans, nie tylko dlatego, że w mojej dziedzinie (nauki społeczne) mogę co najwyżej dostać Pokojową albo w dziedzinie literatury. Mój indeks H jest niski- wynosi 1. Wstyd. Biję się w piersi! Biję się po głowie! Tak jest mi wstyd. Co prawda indeks ten wyliczony jest z przypadkowych cytowań (na przykład z relacji ze spotkania opublikowanej w dygitalizowanym czasopiśmie), a wielu cytowań, o których wiem, że istnieją, nie uwzględnił, bo książki, w których się pojawiają (często bardzo poważane) po prostu nie istnieją w obiegu wszechwiedzącego i o-wszystkim-decydującego http://scholar.google.pl/. No tak, ktoś odpowie, powinnam wszystko publikować po angielsku, wtedy mój wskaźnik cytowań byłby bardziej miarodajny. W zasadzie ten list też powinnam napisać po angielsku (dodam, ku niepocieszeniu złośliwców, że umiem). Moja wina.
Przyzwyczaiłam się do tego gorzkawego uczucia, które pojawiło się także wtedy, gdy wykładowca z belgijskiej uczelni na odpowiedź, że jestem z Polski, z radością Indiany Jonesa, który odkrył zaginionego przedstawiciela upadłych cywilizacji, wykrzyknął, że to z TEJ POLSKI, gdzie na uczelni pracuje się jak w XIX wieku, czyli w domu. Przy własnym biurku, własnym (pewnie gęsim) piórem, na własnym papierze (na pewno nie jest to e-papier), a uczelnia jest jak manchesterski krwiopijca fabrykant wymagający od swojego półniewolniczego proletariatu dostarczenia własnych narzędzi pracy. Tak więc w chmurce wstydu dźwigam na plecach swój stary laptop na zajęcia, bo studenci nie chcą już tablicy i kredy. (W zasadzie nie chcą niczego, ale to materiał na inną historię). We wstydzie unurzana wkraczam na salę zajęciową (choć powinnam ją opisać jako dworcową poczekalnię), gdzie mogę przycupnąć na te 90 minut i przeprowadzić zajęcia. Przed zajęciami zwalam wszystkie toboły wypchane dobytkiem naukowym i jak kloszard na chwilę rozkładam swoje skarby, które znowu upycham po zajęciach i z tym całym majdanem przemieszczam się do kolejnej sali (na drugim końcu dzielnicy, bo moja jednostka nie mieści się w jednym budynku, ale w wielu - rozproszonych w promieniu paru kilometrów ). Idę, obwieszona jak choinka. Taszczę papiery: prace, notatki, książki, które z każdą minutą truchtu coraz bardziej wżynają się barki i wykrzywiają plecy… no ale jaki ma być los miernot? Czego powinny oczekiwać żaby?
Jest mi wstyd, kiedy muszę wybrać: książka sprowadzana z zagranicy czy buty. Bardzo przepraszam, że czasami wybieram buty, a książkę kombinuję z internetu. Bardzo przepraszam, że jestem jeszcze młoda (choć dla Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego już stara, bo mam skończone 35 lat i w związku z tym znajduję się kategorii: nierokująca, dla której nieprzewidziane są konkursy i stypendia). Na pamięć znam to zdziwienie w oczach, że nie jestem starym profesorem, zakurzonym, o wyglądzie i potrzebach materialnych godnym Mistrza Jody. Na pamięć znam swoje rozczarowanie, gdy wydawnictwo nie chce wydać publikacji, jak mu nie opłacę jej druku. O takiej fanaberii, jak honorarium, nawet nie wspominam. Na pamięć znam nerwowy rzut oka do portfela, kiedy dostaję zaproszenie na konferencję, bo często z własnej kieszeni muszę opłacić koszty w jej udziale.
Otóż mam 35 lat, ciągle marzenia naukowe, całkiem niezłe doświadczenie zawodowe, i codzienny trening z tłumaczenia sobie, że nie jestem miernotą (choć brak nazwiska na liście zwycięzców kolejnego konkursu zdaje się to potwierdzać), i wybrałam dobrze, choć ścieżka jest kręta, a moje zainteresowania niepopularne jak upadły celebryta. Jest mi wstyd, gdy szamoczę się przy próbie prowadzenia badań ( w przypadku nauk społecznych jest to głównie analiza dokumentów i interpretacja wydarzeń), bo zdana na siebie, wypracowuję swój warsztat metodą prób i błędów. Wtedy muszę wstydzić się swojego dorobku naukowego, bo wedle obecnie promowanych standardów, powinnam od razu pisać jak Zygmunt Bauman połączony z Henrym Kissingerem, a do tego przyczynić się do komercjalizacji nauki, a najlepiej w ogóle innowacyjności gospodarki Polski. A starsi koledzy, zagonieni za własnym życiem, nie zawsze znajdują w sobie cierpliwość na życzliwą konsultację. Nie podołałam. Moja wina. Sypię ogoloną głowę popiołem.
Żeby być naukowcem w Polsce, trzeba przedrzeć się przez gąszcz prób, którym na uczelniach zagranicznych nikogo się nie poddaje. Wiem. Przez rok pracowałam na zagranicznej uczelni. Miałam do dyspozycji biurko, komputer z internetem, drukarkę, szafkę na książki i cotygodniowe zebrania, gdzie dyskutowaliśmy swoje pomysły badawcze. Jak ja kłaniałam się w pas z wdzięczności za ten malutki pokoik z widokiem na garaż… Wyciskałam ile się da z tego, że mam zapewnione warunki higieny pracy. Nie powiem, nie było to miejsce idealne. Po kątach także kłębili się pseudonaukowcy udający, że pracują. I tu przyznam rację Romanie Kolarzowej, zasada „publikuj lub przepadnij” nie przyczynia się w oczywisty sposób do prawdziwego rozwoju nauki, wymagającego często głębokiego namysłu poprzedzonego przeczytaniem tysięcy stron i przyswojeniem setek faktów. Fasadowość jest problemem naszych czasów. Nie tylko wykwitem polskiego podwórka.
Czy rzeczywiście musimy na stopień naukowy przejść najpierw próbę przetrwania godną treningu komandosów? Musimy przecież wyzbyć się wszelkich potrzeb i nauczyć się żyć ideą, choć nie jest ona zbyt sycąca i nie zaspokaja głodu (nie intelektualnego, ale tego fizjologicznego). Stąd też łapiemy chałtury (kolejne grupy zajęciowe) i marzymy o wakacjach, kiedy wreszcie będziemy mogli coś napisać (tak proszę państwa, nie pojechać nad morze, lub w góry, ale NAPISAĆ). Bo większość z nas śni o dniu, kiedy to właśnie nas, w tych snach -wybitnych ekspertów w danej dziedzinie, zapyta się o opinię. O dniu, w którym w sławie i chwale, staniemy przed wszystkimi, i wysłuchamy podziękowań za to, że przyczyniliśmy się do rozwoju nauki. Za to, że to dzięki nam nastąpiło przełomowe odkrycie, które uratuje ludzkość, albo przyczyniliśmy się do tego, że świat będzie bardziej świadomie i może nawet lepiej funkcjonował. Czy nie dlatego postanowiliśmy zostać na uczelni, by prowadzić badania, choćby w kurniku, w którym jesteśmy trzymani? Choćby kosztem nowych ubrań, drogich kosmetyków, wakacji za granicą i wygodnych apartamentów, które moglibyśmy mieć, gdybyśmy się zdecydowali na inną ścieżkę kariery? My naprawdę zostajemy na uczelni z pasji, a nie ze strachu przed „prawdziwym życiem”. Tylko często dopada nas zmęczenie, zniechęcenie albo po prostu ludzka małość. Nie każdy przechodzi zwycięsko przez te próby. Trudno, żeby było inaczej.
Nie twierdzę, że nie ma wśród nas leni. Nie twierdzę, że nie wykorzystuje się źle pieniędzy. Twierdzę tylko, że mamy potencjał – ludzi twórczych, ambitnych i gotowych bardzo wiele poświęcić, żeby coś dobrego dać światu. I trzeba zmienić system, żeby nam w tym pomóc. Tylko trzeba go zmieniać tak, aby nie pogorszyć naszych, i tak trudnych, warunków pracy. Zasada Hipokratesa – po pierwsze nie szkodzić – powinna obowiązywać nie tylko lekarzy, ale też reformujących.
Nie jestem żabą, która podstawia łapkę do podkucia. Moje nogi (a raczej głowa) są wystarczająco rozwinięte na wysokie, marmurowe progi „światowej” nauki (choć, jak się przyjrzeć z bliska to są przecież często z lastryko). Jestem prędzej Kopciuszkiem, który w pocie czoła rozdziela groch od popiołu licząc, że jak już te wszystkie idiotyczne i upokarzające rzeczy zrobi, to pójdzie na obiecany bal, gdzie pokaże, że jest gwiazdą, na którą wszyscy czekali. Ale na balu nie sprawdzają się siermiężne saboty własnej, beznakładowej produkcji. Trzeba się też domyć i uczesać. A tu ktoś schował klucz do łazienki i mi mówi, że mogę z niej przecież skorzystać…
  • 2012-10-01 23:41 | Jer-121

    Re:Jękliwy głos miernoty czyli ...

    Niesamowicie zbiurokratyzowany, wciaz gleboko feudalny (i tragicznie wrecz niedofinansowany!) system szkolnictwa wyzszego i nauki w Polsce nie jest
    (i nie bedzie) w stanie dogonic najlepszych osrodkow naukowych na swiecie.
    Pozostaje tylko miec nadzieje, ze nie bedzie gorzej niz jest obecnie!
  • 2012-10-13 01:15 | horny

    swietna wypowiedz!

    Brawo i trzymam kciuki. Odczuwam podobnie. Wlasnie ciesze sie tym pokoikiem o ktorym piszesz (w moim przypadku widok nie jest na garaz, ale reszta sie zgadza) i jest to radosc zaprawiona gorycza, ze niestety za kika miesiecy trzeba bedzie wracac do znanej nam znacznie lepiej rzeczywistosci.

    pzdr
    horny
  • 2012-10-13 11:24 | mikasia

    Re:Jękliwy głos miernoty czyli czy naprawdę jestem żabą? (o nauce polskiej)

    Absolutna prawda.
    Moja praca jest moim hobby. W kazdym tego slowa znaczeniu. Nie przynosi mi dochodow - a raczej, te ktore przynosi wydaje niemal w calosci na ksiazki, konferencje, czy sprzet. To hobby zabiera mi ok. 60 godzin tygodniowo, kosztem przebywania z dzieckiem i mezem. W tym roku zaplacilam juz za 5 konferencji z wlasnej kieszeni - coz, choc nie czuje sie doceniona w swojej jednostce, to jednak ludzie na swiecie chca mnie sluchac - wiec place za to, zeby moc im powiedziec, co wymyslilam. Przynosze do pracy wszystko, za wyjatkiem biurka, ktore udalo mi sie wywalczyc. Tak sobie mysle, ze pracownicy administracyjni nie przynosza do pracy swoich laptopow, ani nawet dlugopisow...osoba w kasie w supermarkecie tez nie musi przynosic do pracy swojej wlasnej kasy czy krzesla. Ale od nas oczekuje sie, ze bedziemy doplacac do naszej pracy. I ktos jeszcze smie nam powiedziec, ze jestesmy mierni? Ze nie dowrownujemy USA, ani nawet kolegom z zachodu? Trzeba byc naprawde slepym i doszczetnie glupim, zeby nie widziec dlaczego tak jest…Radzimy sobie zajebiscie, Pani Minister, w warunkach, ktore nam Pani stworzyla. Jestesmy zajebisci, nasi studenci sa zajebisci, bo naprawde, robimy COS z NICZEGO.