Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

O postinteligencki neobolszewizm

(4)
  • 2013-05-16 10:50 | kinglet

    a może to profesor Hartman się nie nadaje?

    W całym tekście oczywiście brakiem zainteresowania wykazują się tylko studentki, a brak zainteresowania jest wprost proporcjonalny do długości paznokci tychże. Więc sam już widok tych kobiet z tymi błyszczykami na ustach przeraża biednych profesorów, no bo jak tu wyjaśnić, że substancja jest podmiotem, osobie z błyszczykiem na ustach? Lepiej nawet nie próbować.

    A może należy się zastanowić, czy przypadkiem nie jest tak, że studenci, przepraszam powinnam napisać STUDENTKI, nie chcą chodzić/nie są zainteresowane wykładem kogoś kto je poniża i z góry skreśla?

    Tekst ten rzeczywiście pokazuje, że na uczelniach nie dzieje się dobrze, ale pokazuje też, że wcale nie jest to wina studentów.

    Pozdrawiam
    Absolwentka (włosy blond, paznokcie czerwone)
  • 2013-05-18 04:36 | camel

    Re:O postinteligencki neobolszewizm

    > A może należy się zastanowić, czy przypadkiem nie jest tak, że studenci, przepraszam powinnam napisać STUDENTKI, nie chcą chodzić/nie są zainteresowane wykładem kogoś kto je poniża i z góry skreśla?

    Znaczy, z góry wiedzą, że i tak ich poniży i z góry skreśli więc okazują desinteressment na wszelki wypadek, od samego początku? Może powinny wybrać studia wróżbiarskie?

    > Tekst ten rzeczywiście pokazuje, że na uczelniach nie dzieje się dobrze, ale pokazuje też, że wcale nie jest to wina studentów.

    Tak, wiemy, Żydów oczywiście.
  • 2013-05-20 10:40 | Ania

    Złej baletnicy przeszkadza i rąbek przy spódnicy

    A kto profesorom zakazuje wymagać? Dlaczego się tak boi "oblać" 300 osób?
    W czasie studiów, podobnym nakładem pracy z jednego przedmiotu miałam dostateczny, a z drugiego bardzo dobry. Studenci się przystosowują pt."Jak nie muszę, to nie ruszę.
  • 2013-06-09 22:13 | Malwilda

    Ma chłop rację!

    „Ma chłop rację!” – chciałoby się napisać i właściwie zbędnym byłby dalszy komentarz. Pozornie wydawać by się mogło, że lament pana profesora mówi o braku procesu kształcenia, który winien się dokonać wraz z procesem studiowania („Baranem wchodzisz, baranem wychodzisz.”), ale problem ten ma przecież współwinnego, nieodłącznego kompana, co błyskotliwie nakreśla autor. A więc pisze Jan Hartman o wzajemnym oddziaływaniu na siebie ciał (niebieskich), jakimi są wykładowcy oraz studenci. Pozwolę sobie jednak na niewielkie poszerzenie tematu o własny punkt widzenia, jako że Hartman opisuje sytuację z wiadomej pozycji, swojej – jednego z wykładowców, jednego z Nich.
    Z drugiej strony barykady sytuacja wcale nie wygląda lepiej. Niemądrzy, mówiąc delikatnie, studenci, a więc może ludzie nie do końca zasługujący na to miano, nieświadomi tego zupełnie, padają ofiarą, rozpaczą podyktowanej, świetnej zabawy wykładowcy. To po pierwsze, primo. Po drugie, primo, co inteligentniejsi studenci przyłapani zostają na zadumie nad paradoksem, jakiego dopuszcza się wykładowca – czy to podczas odgrywania roli „profestytutki”, czy „nauczyciela gimnazjalnego”, bo przecież, czego świadom jest oczywiście Hartman, żadne z tych wcieleń nie jest wcieleniem naturalnym, odruchowym, a jedynie wymuszonym, mimo że zwykle z własnego polecenia, z całą pewnością ułomnym.
    Jakie są powody obrania tych dróg? Dlaczego tak się dzieje, że w korytarzach uniwersyteckich spotkać można profestytutki i, starszych zazwyczaj, nauczycieli gimnazjalnych. Ano, bo przychodzi sobie na uczelnię jeden świeżo zatrudniony (upieczony) wykładowca i ma misję. Zwykle na początku wydaje mu się, że praca, jakiej się podejmuje, metody, jakie zamierza wcielić w życie, a konkretnie w studentów, będą lepsze, że przyniosą efekty, może ktoś na jego zajęciach odnajdzie swoją pasję itd. Zwykle (bo przecież nie zawsze) szybko okazuje się, że materiał, jaki przyszło mu kształtować, nie do końca jest plastyczny… Toteż zmienia odrobinę swoje podejście, nagina ideały i staje się bardziej kapryśny, trochę mniej dostępny, nie tak już chętny do pomocy. I w takim stanie znów potrafi trwać czas jakiś, zbierając cenne doświadczenie, by przeobrażać się dalej. Później, jak napisał z przekąsem Hartman, nastąpić może „nawrócenie”, tzn. całkowita już utrata nadziei, pogodzenie się z rzeczywistym stanem rzeczy i dalsze niepodejmowanie prób zbawienia świata, przepraszam, wykształcenia studenta, którego i tak wykształcić się nie da. (Znów zaznaczam dla bezpieczeństwa daleko idącą generalizację.) Na tym etapie chwytem dozwolonym i całkiem na miejscu jest cofnięcie się w rozwoju celem dopasowania swojego, tj. wykładowcy poziomu do poziomu przed nim zasiadających, aby umożliwić powstanie pozornej! płaszczyzny porozumienia. A jeśli do tego ów dopuści, nie ma już ratunku. Spokojnie można się pożegnać z zasileniem szeregów polskiej inteligencji.
    Ale czy to Jego wina? Oczywiście, że nie! A przynajmniej nie wyłącznie. Przypomnijmy, że to pewien „nie plastyczny” materiał zakręcił korbką i wprawił w ruch tę maszynę. Skąd zatem Materiał, pytam? Przecież nie jest autochtonem na ziemiach polskich… W takim razie prosty wniosek – społeczeństwo, jako masa, nam głupieje (pewnie potwierdzą to jacyś Amerykańscy Naukowcy). I kółko się zamyka.
    A więc w takich warunkach przebiega produkcja ludzi wykształconych. A jak sprawy wyglądają później? Niepodważalnym, co z bólem serca stwierdzam, faktem jest, że, podczas gdy jakieś 30 lat temu „mgr” przed nazwiskiem wiele znaczyło, dziś to już raczej kolejny stopień naukowy, doktor, zaczyna śmiało z buciorami wchodzić na miejsce swojego młodszego brata, magistra. Once upon a time niewielki odsetek przerośniętej polskiej populacji mógł sobie „pozwolić” na studia. Dziś – prawie wszyscy sobie na to pozwalają, większość zaś na tym zakończa swoją naukową karierę, a „wybrani” otwierają przewód doktorski. Wolnego! Bo zabraknie nam tytułów!