Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Jak oceniać dorobek naukowców

(18)
Jak oceniać dorobek pracowników nauki? Czy ich podstawą powinna być liczba publikacji w fachowych periodykach i rezonans, który wywołują w naukowym świecie? Jeśli nawet przyjąć to kryterium, to dlaczego mają się liczyć tylko czasopisma z tzw. listy filadelfijskiej?
  • 2013-06-05 12:23 | Rolandas

    Na uczelniach obowiązuje zasada: Zbieraj punkty, Wygrywaj nagrody!

    Świetnie wypunktowane ułomności punktowego systemu oceniania nauki. Jestem na ostatnim roku studiów na Politechnice Wrocławskiej i miałem możliwość pozostania na uczelni na doktorat ale m. in. ze względu na konieczność zdobywania pkt postanowiłem nie skorzystać z tej okazji. Miałem też możliwość uczestniczenia w Radach Wydziału i tam przy każdym wniosku o nadanie tytułu naukowego było podawane, że kandydat jest autorem tylu a tylu publikacji z LF co daje mu sumaryczny Impact Factor równy ileś tam i indeks Hirscha równy ileś tam. I niestety można było odnieść wrażenie, że to były najważniejsze parametry oceny pracownika.
    Ta nagonka na zbieranie pkt doprowadziła do do wynaturzeń nie tylko przy publikacjach i ich cytowaniu ale też przy konferencjach. Teraz już liczą się głównie te konferencje, które zapewniają publikację w czasopiśmie z LF. Prowadzi to do tego, że cena za udział w konferencji jest znacznie wyższa niż niż by to wynikało z kosztów organizacji bo naukowcy i tak zapłacą za udział w takiej konferencji bo będą mieli publikację z LF. Czyli, krótko mówiąc teraz publikacje z LF można sobie kupić.
    Chciałbym też podziękować autorowi za ten artykuł bo jest on świetnym komentarzem do opublikowanego ostatnio rankingu naukowego uczelni.
  • 2013-06-05 14:09 | Etyk

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    @Rolandas - mamy kapitalizm, a wiec mozna sobie kupic wszystko, lacznie z umieszczeniem swojej publikacji w pismie z tzw. Listy Filadelfijskiej (LF). Co wiecej, mozna tez zaplacic komus, aby te publikacje za nas napisal. Wystarczy tylko miec pieniadze!
    PS: Zbieralem te punkty latami, ale wreszcie zmadrzalem i doszedlem do wniosku, ze to nie ma sensu, gdyz obowiazujaca dzis w nauce zasada "publish or perish" ("publikuj albo zgin") powoduje, ze ukazuje sie tyle publikacji, ze nawet autorzy nie czytaja swoich wlasnych publikacji... ;-)
  • 2013-06-05 16:15 | Swann

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Czuję w tym artykule dwa podskórne nurty. Jeden, lekko szemrzący strumyczek prawdy niesie ze sobą jakże słuszną opinię, iż polscy włodarze nauki mają narąbane pod powałą jeśli chodzi o punkty. Generują sobie oni jakieś listy, równania różniczkowe, punkty całopalne i inne ustrojstwa, a potem dekretują ściśle, kto się nadaje a kto nie. I jeszcze pieniądze według tego dzielą! A przecież to nie jest skok w dal – styl też się liczy. Jak ktoś zaczyna przyznawać premie/granty/kasę dokładnie według jakichś punktów (a słyszałem o takich), to jest to problem. Jakieś punkty być muszą, ale powiedzmy sobie szczerze: po przekroczeniu progu robię/nie robię powinny jednak odgrywać coraz mniejszą rolę.
    I wszystko by było fajnie, ale lekkie szemrzenie tegoż strumyczka prawdy trochę niknie w ogłuszającym huku rzeki kompletnego aburdu, który wylewa się z artykułu pana Tumańskiego. Ponieważ wytykanie głupot jest zawsze lepszą zabawą niż docenianie rzeczy słusznych, no to sobie pozwolę:
    - Pojęcie listy filadelfijskiej jest znane tylko w Polsce – to zapewne jest prawda, bo krajach z dobrze rozwiniętą nauką nikomu nie przychodzi do głowy publikować w czasopismach bez IF. No chyba że ktoś dostał zaproszenie do jakiegoś dziwnego czasopisma i głupio mu odmówić...
    - Ciekaw jestem, jakie są przykłady tych czasopism o fundamentalnym znaczeniu, które nie są uwzględniane na liście. Przegląd Elektrotechniczny? Mamy układać system oceny nauki pod Prze-gląd E-le-ktro-tech-nicz-ny? No nie...
    - Problemem z przejmowaniem się listą filadelfijską nie jest, jak sugeruje pan Tumański, fakt, że na liście tej brakuje jakichś wiekopomnych dzieł. Problemem jest to, że jest tam masa czasopism, które w ogóle nie mają żadnego znaczenia. Pewno byłbym tam w stanie znaleźć ze 20 czasopism zatrącających o moją dziedzinę, ale tak się składa, że ja osobiście czytam 3-4 i czuję, że niczego mi nie brak (a nawet wręcz przeciwnie). Kto czyta i cytuję resztę? Pojęcia nie mam, ja ich nie znam.
    - Niestety (cichy strumyczek prawdy), przy przyznawaniu punktów w Polsce czynniki decydenckie trzymają się tej listy i związanych z nią IF jak pijany latarni, dzięki czemu udaje im się promować publikowanie w marnych czasopismach, które nieogarnionym sposobem znalazły się na liście (mam taaaakie przykłady czasopism za 30-40 punktów ministerialnych, że przypominam je sobie jak mnie dopadnie melancholia, tak dla rozrywki). Sugeruję więc, żeby zamiast płakać, iż nie nagradza się publikowania w polskich czasopismach, zająć się tym, aby publikować tylko w najlepszych czasopismach, nie zaś w czymkolwiek, co ma IF.
    - Argument o potwornym spisku nawzajem cytujących się naukowców (jak mniemam, podłych anglosasów) jest uroczy i to jest mój jedyny komentarz do niego.
    - Równie uroczy jest fragment o czasopiśmie reprezentującym ‘duży region Europy’. No ja bym jeszcze zrozumiał, gdyby to było czasopismo historyczne. Ale nie jest. Nauka jest jedna, światowa, i kto nie gra na poziomie światowym, gra na poziomie okręgowym. Źle by jednak było, gdyby przy przynawaniu grantów nie brano pod uwagę, czy ktoś kopie dla Bayernu Monachium, czy też może dla KS Nadwiślan.
    - Opowieść o skreśleniu z listy Przeglądu Elektrotechnicznego wzruszyła mnie wielce i w smutek wpędziła na czas jakiś. Ale otrzeźwiałem, gdy sobie przypomniałem, że to i tak nie ma żadnego znaczenia, bo przypuszczać mogę, że jak tego czasopisma nikt nie czytał, gdy było na liście (ten udział samocytowań to może jednak nie był przypadek...), tak go dalej nikt nie będzie czytał.
    - Podoba mi się wezwanie do zakładania polskich spółdzielni (‘polscy autorzy często wstydzą się cytowania artykułów z polskich pism i uważają, że nie jest to trendy. (...) Jeśli więc sami się nie szanujemy, nie oczekujmy, że będą nas szanować inni’). Nie palmy spółdzielni, zakładajmy własne.
    - Przyklasnąć też można pomysłowi instytutu oceniającego polską naukę. Wtedy wreszcie mojej pracy nie będą oceniać anglosaskie przybłędy, które przez przypadek zostały edytorami i recenzentami w poślednich czasopismach z listy, a wezmą się za to polscy recenzenci, otrzaskani w publikacjach w całkowicie nieortodoksyjnych miejscach.
    - A propos kombinacji z wysyłaniem artykułu do czasopisma estońskiego za 20 pkt – no właśnie, za dużo chłamu na liście. Ale lekarstwem nie jest więcej chłamu na polskiej liście.
    To ja tyle. Uwielbiam jak polscy naukowcy od czasu do czasu generują rant na stan nauki na świecie – że cytowania bez sensu, że IF do bani, że nikt nie kocha i nie przytuli. Ja wiem: przegrać ze światową nauką, to boli. Ale cierpieć można w milczeniu, a przynajmniej można się powstrzymać od rzucania pomysłami, jak zachęcić innych, żeby w ogóle nie grali.
  • 2013-06-05 23:27 | Kwinks

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Chciałoby się zawołać: Czyście wszyscy powariowali? Najpierw Pan Geograf (kilka miesięcy temu) jako prawdziwy neofita nowej religii "publish or perish" umieszcza się obok tuzów nauki z indeksem Hirsha h = 20, czy coś koło tego. Tylko, że baza Google Scholar, w której policzył swój dorobek przedstawiciel "nauk przestrzennych" podaje cytowania z każdego googlowego tekstu, czyli wystarczy pisać cokolwiek, cytować, wklejać w Google i uchodzić za geniusza. No i się zaczęło. Tydzień temu dowiedzieliśmy się, że indeks Hirsha całych wielkich uczelni jak UW, UJ wynosi coś ponad 100, co mogło sugerować, że jeśli ktos ma indeks h = 20, to jest wielkim geniuszem na skalę tych zacnych alma mater. Odezwał się jednak internauta, który znalazł Profesora Matyjaszewskiego od polimerów bodajże, którego h wynosi 118. O k...e! To znaczy, że facet wyrabia normę 300-400 profesorów czołowych uniwersytetów Polski! W tym numerze Polityki mamy z kolei płacz z powodu odebrania czasopismu (ważnemu dla tej częsci Europy) index factor, czyli miejsca w elicie naukowej świata. Nic tylko się powiesić! Oczywiście, wariactwo nakręca Ministerstwo i NCN. Tylko patrzeć, jak prawy nie przyznania komuś grantu z powodu błednie policzonego indeksu h trafią do sądu i Trybunału w Strasburgu. Ciekawe, jak debilizm biurokratyczny przekształca sie w kult indeksu h obejmujący coraz szersze gremia pracowników naukowych. Mam na Radzie Wydziału takiego goscia, który przy każdej okazji (oceny dorobku, awansu itp), jak katarynka powtarza " a cytacje?, a skumulowany if, a indeks h?". Mamy, Proszę Państwa, kolejny przypadek (po Papuasach) kultu cargo. Oczywiście, wytworzyła sie kasta szamanów, którzy cytują sie nawzajem i obnosza się z indeksem h, jak Papuasi z tyczkami na penisach. Religioznawcy, etnografowie do roboty! Tymczasem..., tymczasem, bo śmiać się z tego zjawiska można jeszcze długo, warto przywrócić ważność dorobku naukowemu własciwe proporcje. Ja osobiście bardziej sobie cenię, jeśli moja praca jest cytowana w podręczniku akademickim lub monografii, niż w czasopiśmie. Bo to jest trwały slad po mnie w świadomości studiujących tekst, a nie efemery w artykułach, które czyta tylko bardzo waskie grono specjalistów. Po drugie, od 100 cytowań, wolę jak z mojej pracy wynikają praktyczne wnioski i ktoś te wnioski wdroży. Czy ktoś liczy indeks h z wdrożeń? Dopiero na trzecim miejscu postawiłbym cytacje w czasopismach, bo jest często sprawa "grupy przyjaciół" lub towarzystwa wzajemnej adoracji. A te zabawy towarzyskie maja raczej luźny związek z rozwojem ludzkiego poznania, nauki i cywilizacji naukowo-technicznej.
  • 2013-06-18 17:56 | Przemek05

    Hirsch Hirschowi nie równy

    Całe życie obchodziłem się bez tych modnych ostatnio rankingów, ale ostatnio byłem zmuszony z nich skorzystać i złapałem się za głowę: bałagan w nich kolosalny, a już przoduje w tym Web of Science (WoS). O ile baza Publish or Perish (PoP) "zauważa" połowę moich publikacji, to WoS - kilkanaście procent. A jak już "widzi" publikację to nie zauważa wszystkich cytowań: np. PoP widzi 20, a WoS 9. Cytowań w książkach, nawet wydanych w Wiley - żadna baza nie widzi. W mojej dziedzinie najważniejsze wyniki pojawiają się na konferencjach - gwarantuje to szybkie dotarcie do zainteresowanych. Artykuły w czasopismach są z reguły "popłuczynami" po konferencjach. I tu, wydawałoby się - miła niespodzianka: WoS "zauważa" niektóre konferencje. Za chwilę jednak znów łapię się za głowę: materiały tej samej konf. z niektórych lat są indeksowane, a z innych nie. Np. WoS zauważa mój referat z roku 2012, ale z 2011 - nie. Gdybym miał referat w 2008 na tej samej konf. - to znów byłby indeksowany :-) Można by się z tego śmiać, gdyby nie fakt, że NCN tak się przejął WoS, że na podstawie jej notowań pieniądze na badania rozdziela...
  • 2013-07-05 19:46 | :)

    ciekawostki

    Też znam sporo ciekawych (zagranicznych, dodam dla jasności, i to często pod egidą dużych i renomowanych wydawców) czasopism z indeksowanym IF z górnej części tabeli, czyli z rejonu 30-40 punktów ministerialnych, w mojej dziedzinie badań. Z zainteresowaniem obserwuję, jak w ciągu ostatnich paru lat wzrasta udział w nich prac polskich autorów - rzecz jasna, im bardziej "nadmuchany" IF, tym polska ekspansja intensywniejsza. Zastanawia mnie, czy w MNiSW ktoś zdaje sobie sprawę z tego, że każdy bzdurny parametr przy rozdziale środków na badania brany jest pod uwagę kosztem rzeczywistej jakości badań. Innymi słowy, że wcale nie jest wykluczone (a wręcz: jest dość prawdopodobne), że tam, gdzie "wskaźniki rosną", zwłaszcza szybko, w rzeczywistości poziom badań leci na pysk...

    W tzw. cywilizacji nikt już tych wszystkich wskaźników nie traktuje jak fetyszu. Kłopot w tym, że jedyną alternatywą jest ocena przez ekspertów. I tu wracamy do źródła polskich problemów: w tych dziedzinach nauki, gdzie są niezłe wyniki i zdrowe stosunki (a te zwykle współwystępują), szaleństwo parametryzacyjne powoduje regres, w pozostałych zaś, czyli w większości, żadne nakłady ani wysiłki wiele nie pomogą, z tej samej przyczyny, dla której baronowi M. nie trzeba wierzyć, gdy opowiada, jak wyciągnął się za włosy z bagna.
  • 2013-07-08 12:49 | Adam P.

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Mam wrażenie, że autor jednak przeholował w artykule. Uzupełnię wpis Swanna:

    Autor pisze: "Choroba filadelfijska się rozprzestrzenia, ale jej przebieg jest na ogół łagodny – jedynie w Polsce, Turcji i Chinach weszła ona w stan gorączkowy." Zawsze mnie ciekawiło w takich sytuacjach skąd autorzy mają pewność, że wymienili już wszystkie przypadki. Akurat wiem, jak wygląda sytuacja w Korei Południowej. Tam liczą się tylko publikacje z "Science Citation Index" w wersji nierozszerzonej - jest ich 3749. Na "Liście Filadelfijskiej" jest 17267 czasopism - ponad czterokrotnie więcej.

    Koreańczyków chyba nikt nie lekceważy. Nie lekceważyłbym też Chińczyków. O ile w mojej dziedzinie (matematyka) w latach 90-tych z pewnym przymrużeniem oka przeglądałem ich publikacje to teraz są już na zupełnie przyzwoitym poziomie. Aż strach pomyśleć co będzie jeśli dalej będą się w takim tempie poprawiać.

    Autor kilkakrotnie narzeka, że nie ma naszego, polskiego rankingu czasopism, a jednocześnie kilka razy powołuje się na "Listę Czasopism Punktowanych MNiSW" (bez wymieniania jej z nazwy) - to jest właśnie taki polski ranking. Dziwne...

    Zgadzam się, że z rankingami nie należy przesadzać, ale z drugiej strony jest to świetne narzędzie do ustawienia "progu robię/nie robię" jak to napisał wcześniej Swann. Rankingi dużo słabiej sprawdzają się jako narzędzie do porównywania najlepszych.
  • 2013-07-08 16:43 | Adam Pron

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Szanowny Panie Swann,
    Bardzo mi sie podoba Panski proustowski pseudonim. Napisalismy z Markiem Kosmulskim polemike do "Polityki", ktora jest w 99%, no moze w 98% zgodna z Panskimi opiniami na temat artykulu Tumanskiego. "Polityka" go nie wydrukowala, ani nie umiescila w internecie, mimo ze red. Gorzym osobiscie do mnie dzwonil w sprawie porawek w tekscie. Panski komentarz jest jednak lepszy i dowcipniejszy. W naszym liscie podajemy statystyki, ktore dosyc kompromituje nie tylko "Przeglad Elektrotechniczny", ale takze polska "produkcje naukowa". Jesli sie Pan ze mna skontaktuje e-mailowo to przesle Panu ten list, razem z danymi.
    Pozdrowienia
    Adam Pron

    ""
  • 2013-07-09 21:45 | Swann

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Właśnie zauważyłem, że temat żyje, po przeczytaniu skróconych wypowiedzi w nowej Polityce. Brawo za dobry komentarz. Ujęły mnie statystyki cytowań na artykuł, bo jako Polak (nawet jeśli w Walii) i przez to wielbiciel cierpień dusznych (Swann!) z prawdziwą rozkoszą znoszę samobiczowanie naukowe. Uważam, że droga do zbawienia polskiej nauki leży w uświadomieniu sobie (przez władze nauki, ale głównie polskich naukowców), że jest naprawdę źle, nie zaś w opowiadaniu, że tu (tam) zaraz będzie drugi Oxford. I dlatego mam też problem z postawą pana Tumańskiego – mydlenie oczu Przeglądem Elektrotechnicznym ma na celu jedynie poprawianie sobie samopoczucia, które rozleniwia i powstrzymuje przed wprowadzaniem potrzebnych zmian. Jeśli skutecznie będziemy bronić Przeglądów Elektrotechnicznych, to na zawsze zostaniemy w Przeglądach Elektrotechnicznych.
  • 2013-07-14 14:38 | Adam Pron

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Szanowny Panie Swann,
    Przeczytalem komentarz Prof. Tumanskiego do listow polemizujacych z jego artykulem. Tak oto sie konczy: "Oczywiscie, swiat sie nie zawali, jesli nie bedzie na liscie zadnego polskiego pima, ale tak jak nasz przemysl jest glownie miejscem taniej sily roboczej dla zagranicznych koncernow, tak wraz z upadkiem polskich pism naukowych nasze uczelnie i instytuty badawcze stana sie tylko miejscem drenazu mozgow". Wydaje mi sie, ze drenazowi podlegaja raczej ci naukowcy, ktorzy publikuja w prestizowych czasopismach, a nie publikujacy w "Przegladzie Technicznym". Gdyby wszystkie prace publikowane byly w polskich czasopismach, problem drenazu przestalby istniec.
    Przeciez doktorant, ktory nie jest pierwszym autorem w kilku publikacjach co najmniej sredniej klasy nie dostanie posady postdoka na przyzwoitym uniwersytecie. Jesli chce dostac posade w czolowych na swiecie laboratoriach musi opublikowac w ramach doktoratu kilka prac w najlepszych czasopismach danej dziedziny nauki. Wtedy dopiero go wydrenuja.
    Ciekaw jestm Panskiej opinii.
    Adam Pron

  • 2013-07-14 21:46 | SerB

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    How terrible...
  • 2013-07-14 22:21 | RK

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    100% racji!!!
  • 2013-07-15 10:44 | admirałf

    @Swann

    Są w Polsce osoby, które wiedzą, jak źle jest naprawdę. Problem polega na tym, że te osoby nie zostają (na ogół) dyrektorami instytutów, dziekanami, rektorami. Nie te osoby są źródłem opinii dla władz. Ponadto, nawet Ci, którzy wiedzą, jak jest źle, nie mają (znów - na ogół) wiedzy, co trzeba zrobić, żeby było lepiej (mniej źle, niż jest, do tego, żeby było dobrze, droga jest bardzo daleka).
    Proszę o kontakt.

    Leszek Pacholski
  • 2013-07-15 10:50 | admirałf

    @Swann

    Są w Polsce osoby, które wiedzą, jak źle jest naprawdę. Problem polega na tym, że te osoby nie zostają (na ogół) dyrektorami instytutów, dziekanami, rektorami. Nie te osoby są źródłem opinii dla władz. Ponadto, nawet Ci, którzy wiedzą, jak jest źle, nie mają (znów - na ogół) wiedzy, co trzeba zrobić, żeby było lepiej (mniej źle, niż jest, do tego, żeby było dobrze, droga jest bardzo daleka).
    Proszę o kontakt.

    Leszek Pacholski
  • 2013-07-18 18:10 | Swann

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Ale nie da się ukryć, że publikowanie w zagranicznych czasopismach (potencjalny skutek upadku polskich czasopism) musi się skończyć drenażem mózgów. Zgadzam się, że to w końcu to porządne publikacje determinują, czy ktoś dostanie robotę na tzw. Zachodzie, czy też nie. Pytaniem oczywiście jest, czy samo zamknięcie polskich czasopism wystarczy, żeby ludzie zaczęli porządnie publikować. Wcale bym tego nie wykluczał, bo naprawdę mi się wydaje, że samo istnienie polskich czasopism skłania ludzi do wysyłania pięciu marnych publikacji zamiast jednej porządnej. Zgadzam się więc z Waszym komentarzem w Polityce, w którym sugerowaliście, iż spadek Przeglądu Elektrotechnicznego z Listy jest sukcesem polskiej nauki. Większym sukcesem byłoby utrupienie (prawie) wszystkich polskich czasopism na amen.
    Wracając do drenażu mózgów, to odpowiedź na pytanie, czy jest on dobry, czy zły, jak zawsze zależy od miejsca siedzenia. Ja jestem rok po doktoracie i ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, w której mam szanse pracować na Zachodzie, a wracam do Polski. Przynajmniej na razie. I niby wiem, że mogę wyciągnąć kasę z grantów wszelakich, która osłodzi mi pobyt w Polsce, no ale to nie tylko o to chodzi. Kończyłem studia w Polsce i nie widzę, żebym po doktoracie w UK był jeszcze zdolny wpasować się w całości w polski system. Z mojego punktu widzenia więc drenaż mózgów przeprowadzany przez zachodnie uczelnie jest słuszny, chwalebny i należy mu się z rozkoszą poddać.
    A czy to jest dobrze dla polskiej nauki? Można mniemać, że im bardziej jestem tu (UK), tym bardziej mnie nie ma w Polsce, więc polska nauka traci mój mózg i moje publikacje. Ale moim zdaniem to jest jednak polskie myślenie w kategoriach gry o sumie zerowej. Może mnie i nie ma w Polsce, ale badania tam robiłem wspólnie ze znajomymi, a i projekt grantu ostatnio złożyłem. Jeśli go dostanę, to dalej będę robił badania, współpracując z ludźmi z Polski. I polska nauka nie tyle straci jednego niedouczonego naukowca, który gdyby został w Polsce, to tłukłby marne polskie artykuły, ale zyska w miarę douczonego naukowca, z którym będzie można współpracować. Polska mafia (w UK) się rozrasta i pozytywne rzeczy dla polskiej nauki mogą z tego wyniknąć.
    Nie mam tylko wrażenia, żeby w Polsce była jakaś świadomość tego, że na Zachodzie jest coraz więcej Polaków na dobrych uczelniach, których nawet jeśli nie da się ściągnąć do Polski (bo ile osób można zwabić na rodzinę), to można przekonać do współpracy. Z mojego doświadczenia wynika raczej, że osoby, które wyjechały traktuje się jak zdrajców godnych potępienia. Jakoś nie widzę w Polsce zrozumienia dla dość podstawowego faktu, że ja (i zapewne wszyscy inni naukowcy) robię to, co jest dobre dla mojej kariery, a stan polskiej nauki interesować mnie może jedynie jako nieszkodliwe hobby. Jeśli polskie uczelnie chcą skorzystać z faktu, że niektórzy ex-polscy naukowcy szkolą się na Zachodzie, no to jednak muszą się zakręcić wokół tego, aby tym naukowcom opłacało się mieć związki z Polską. I wtedy drenaż mózgów to naprawdę nie będzie problem.
  • 2013-07-19 20:02 | Swann

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    A zwłaszcza takie osoby nie zostają ministrami nauki i premierami. Bo jakkolwiek by się rektorzy i dyrektorzy nie starali, to bez jasnego określenia, że edukacja i nauka są w Polsce priorytetami i tak niewiele mogą zrobić. A jakoś nie mam wrażenia, że to są lub będą w dającej się przewidzieć przyszłości czyjekolwiek priorytety.
  • 2013-08-06 00:12 | Eau de Cologne

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    Problem w tym szanowny "Swann'ie", iz nauka i technika w Polsce NIGDY nie nalezaly (i wciaz nie naleza) do priorytetow!
  • 2014-02-26 02:08 | fred mysz

    Re:Jak oceniać dorobek naukowców

    urocze to otrzymałem dzisiaj pismo od jednego z dyrektorów instytutu, w którym informuje ze powinniśmy sobie wzajemnie cytować kolegów z czasopisma instytutowego. Piszesz, ze nie ma czegoś takiego? wierz mi, też chciałbym aby była to urban legend, niestety to rzeczywistość...