Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

(14)
Rozmowa z Sewerynem Ozdowskim, ekspertem australijskiego rządu do spraw wielokulturowości, o tym, jak najbardziej różnorodny kraj świata radzi sobie z migrantami.
  • 2016-07-13 11:59 | Sheli

    Rekordy, rekordy...

    Marek Ostrowski: – Australia dzierży rekord świata. Odsetek obywateli – emigrantów urodzonych za granicą przekracza 28 proc.

    Niestety Panie Redaktorze mija się Pan z prawdą. Formalnie rzecz biorąc absolutnym rekordzistą i z natury rzeczy nie do pobicia jest Watykan, w którym 100% obywateli jest imigrantami. Odstawiając jednak na bok takie wyjątkowe przypadki jak Watykan, Andora, Monaco czy Liechtenstein, albo różne Hong Kongi, Gujany francuskie, Falklandy, Singapury to i tak wiele "zwykłych" państw wyprzedza Australię: Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Jordania, Bahrajn. Powiedzmy, że Bliski Wschód "się nie liczy" (nie wiem dlaczego miałby się nie liczyć, no ale załóżmy) to i tak w Luksemburgu mieszka 43% emigrantów a w Szwajcarii 29 to więcej niż australijskie 28.
    Nawet jeśli Pan miał na myśli nie emigrantów tylko obywateli urodzonych za granicą to i tak Australia jest dopiero na czwartym miejscu (2015) po Luksemburgu, Szwajcarii i Nowej Zelandii.

    Nie, żeby to coś zmieniało w przekazie artykułu, ale umniejsza jego wiarygodności. Dane łatwo sprawdzić (mi wystarczyły trzy kliknięcia) a tu taka gafa już w pierwszym zdaniu.
  • 2016-07-13 13:50 | jakowalski

    Jak Australijczycy nie radzą sobie z problemem migracji

    Sheli
    Dodałbym, że Australia też nie radzi sobie z problemem nielegalnej imigracji oraz z absorpcją (integracją) legalnych imigrantów. Łódki z nielegalnymi imigrantami wciąż przecież przybywają do Australii, ale nie wolno jest tam o tym pisać jako że jest to teraz w Australii tajemnica najwyższej wagi państwowej, i że z tego m.in. powodu Tony Abbott niedawno temu został wyrzucony, przez jego własną partię, ze stołka premiera rządu federalnego Australii i zastąpiony przez Malcolma Turnbulla. Australijskie miasta, które do niedawna może nie za bardzo tętniły życiem i były wręcz nudnawe, ale były one w miarę czyste i bezpieczne, bardzo się zmieniły w ciągu zaledwie kilku ostatnich dekad, jako że pojawiły się tam ostatnio klasyczne wręcz slumsy i getta etniczne. Przypominam, że jeszcze pod koniec XX wieku istniało tam tylko jedno takie getto cum slum czyli Redfern w Sydney, a dziś praktcznie wszystkie zachodnie przedmieścia Sydney i Melbourne zamieniły się na slumsy i etniczne getta. Sytuacje ratuje w Australii tylko dość rozbudowany tam system zasiłków (niestety, ale finansowany z rosnącego zadłużenia - patrz dalej), w tym szczególnie wypłacane bezterminowo zasiłki dla bezrobotnych - nie za wysokie, szczególnie jak na tamtejsze ceny, ale dające przeżyć, szczególnie zaś rodzinom wielodzietnym, które otrzymują tam od państwa znacznie więcej (nawet relatywnie do poziomu cen) niż w Polsce nawet z jej PIS-owskim programem 500+. Ale tego nie dowiemy się od osób reprezentujących australijskie elity władzy.
    Realia australijskie to są zaś sklepy ze starzyzną (second hand shops), które bardzo często spotyka się w tej podobno bogatej Australii, a jeszcze częściej w Nowej Zelandii, też podobno bogatej. Niemal wszystko pachnie tam stęchlizną, jako że mieszkania i domy są tam marnie ogrzewane w zimie, która bywa tamże dosyć chłodna a nawet i wilgotna - oczywiście poza ścisłą północą Australii, ale tam to nawet Aborygeni nie za bardzo chcą dziś mieszkać.
    Faktem jest więc, że Australia ma dziś takie problemy gospodarcze jak:
    - Szybko rosnące zadłużenie gospodarstw domowych (konsumpcja ponad stan);
    - Ogromna i wciąż rosnąca spekulacyjna bańka na rynku mieszkaniowym;
    - Spadające ceny i spadające zapotrzebowanie na surowce eksportowane przez Australię, a szczególnie zaś węgiel – ceny te spadły o połowę w porównaniu do roku 2011;
    - Upadek przemysłu przetwórczego, na skutek czego gospodarka Australii coraz bardziej zaczyna przypominać gospodarkę typowego naftowego szejkanatu, czyli gospodarkę opartą na eksporcie surowców a na imporcie wyrobów przemysłowych, gospodarkę bardzo więc uzależnioną od zmian cen na rynkach światowych, uzależnioną od importowanej technologii i myśli technicznej, a więc gospodarkę prymitywną, taką jak w III a nie w I świecie, do którego Australia chciała by przecież wciąż należeć;
    - Rosnące problemy z bilansowaniem budżetu, który obecnie jest bilansowany przez ostre cięcia w nim, co powoduje oczywiście rosnące niezadowolenie społeczne, w tym ciągłe zmiany rządów i premierów;
    - Wciąż rosnący deficyt w obrotach z zagranicą, który ostatnio osiągnął aż 41% PKB (qz.com/502258/charted-the-economic-horror-show-facing-australias-new-prime-minister-malcolm-turnbull);
    - Ogromne zadłużenie: według CIA dług zagraniczny Australii wynosi obecnie $1.381 bilionów dolarów USA, a według Trading Economics wynosił on pod koniec ubiegłego roku 1.911 bilionów dolarów australijskich czyli około 1.414 bilionów dolarów USA, a według Financial Times całkowity dług Australii wynosi aż 230% PKB (Australia’s total debt to GDP is roughly 230 per cent) – ft.com/cms/s/0/167fd206-6040-11e5-a28b-50226830d644.html#axzz4BCbiawHO.
    Tak więc dla Australijczyków największym problemem jest dziś nie tyle imigracja, co gospodarka (patrz n.p. roymorgan.com/findings/6059-most-important-problems-facing-australia-world-january-2015-201502221850).
  • 2016-07-16 19:42 | echidna

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    jakowalski - coż Ty człowieku piszesz? Getta? Slumsy? Stęchlizna z powodu marnie ogrzewanych mieszkań? Sklepy ze starzyzną?
    Mr. Abbott otrzymał wotum nieufności i w konsekwencji został zmuszony do opuszczenia stanowisk lidera partii i PM niekoniecznie z powodu jaki podajesz.
    Nie wiem kiedy ostatni raz gościłeś w tej części świata lecz mogę Cię zapewnić, że obraz jaki roztaczasz przed innymi blogowiczami nie ma pokrycia z prawdą.
    Co do brudu, to spotkasz go w każdym zakątku globu; slumsy i getta to wynik Twojej wybujałej wyobraźni*; sklepy z odzieżą używaną znajdziesz w niejednym mieście Polski; ogrzewanie mieszkań zależy od ich właścicieli lub podjemców bowiem każdy dom ma odzielne ogrzewanie (nie wliczam bloków mieszkalnych bo tam problemu ogrzewczego nie ma); wypłata zasiłków dla bezrobotnych to odrębna sprawa (bezterminowe, to na wyrost powiedziane, trochę to inaczej wygląda w rzeczywistości); i nie mieszaj do tego Aborygenów i ich miejsc zamieszkania - to zbyt szeroki i skomplikowany temat by go jednym zdaniem zaszufladkować.
    Twoja wypowiedź jest bardzo tendencyjna. Niestety.

    *W różnych dzielnicach są skupiska krajan lecz i to powoli zanika
  • 2016-07-16 22:53 | jakowalski

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    Kolczatko - co ty wiesz o Australii? Przecież australijska rzeczywistość to są dziś właśnie te etniczne getta i slumsy w zachodnich dzielnicach Melbourne i Sydney, wszechobecna stęchlizna z powodu marnie ogrzewanych mieszkań i sklepy ze starzyzną niemalże na każdym rogu (ten „każdy róg” należy oczywiście rozumieć metaforycznie a nie dosłownie).
    Abbott tak się zaś skompromitował, że musiał on ustąpić dla dobra partii, jako że z nim na czele, to liberałowie nie mieli by szansy na wygranie ostatnich wyborów. Popełnił on wiele gaf, takich jak na przykład „Prince Philip knighting controversy” czyli nadanie osobie rezydującej na stałe w UK, czyli księciu małżonkowi Filipowi, wysokiego australijskiego orderu czy też mianowanie na marszałka sejmu (dokładniej spikera niższej izby parlamentu) bardzo kontrowersyjnej pani Brownwyn Bishop - osobie znanej z oszustw podatkowych i wykorzystania pieniędzy podatników do celów prywatnych - jak widać pajace i oszuści zostają premierami nie tylko w Polsce. ;-)
    Naraził się on też wpływowemu w Australii lobby gejowskiemu. Przyjmuje się więc generalnie, że jego upadek był wynikiem złych dla niego wyników badań opinii publicznej, jego licznych zmian w poglądach, licznych gaf, braku charyzmy i za dużego zwracania uwagi na groźby ze strony wojującego islamu niż na sprawy gospodarcze, które ostatnio w Australii wyglądają coraz gorzej (opinia wpływowego brytyjskiego tygodnika „The Economist”).
    W Australii byłem zaś ostatnio w zeszłym roku i obserwując jak ten kraj schodzi na psy, nie mam zamiaru tam wracać, mimo że formalnie jestem obywatelem australijskim. I nie jest też tak, że brud, slumsy i getta spotyka się wszędzie - w Polsce na przykład nie ma gett etnicznych a nawet biedniejsze dzielnice dużych polskich miast, takie jak n.p. warszawskie Bródno, prezentują się znacznie lepiej niż nawet przeciętne dzielnice wielkich australijskich miast. Co prawda Polacy na ogół nie mieszkają w Australii w gettach etnicznych, ale mieszkają w nich tam prawie wszyscy wyznawcy judaizmu czy też islamu a nawet spora część Greków czy Włochów. Całe wielkie dzielnice Melbourne takie jak n.p. Noble Park, Springvale czy Dandenong są dziś w praktyce zamieszkałe tylko przez imigrantów z III świata i tenże III świat one przypominają.
    Zgoda - sklepy z używaną odzieżą pojawiły się znów w Polsce razem z kapitalizmem, ale one przynajmniej nie śmierdzą tak jak te w Australii. Co do ogrzewania, to przypominam, że centralne ogrzewanie (tzw. hydronic heating) uchodzi w Australii za luksus dostępny tylko dla milionerów, a ponieważ większość Australijczyków mieszka w domach (raczej barakach) jednorodzinnych albo w tzw. unitach, to każdy płaci tam osobno za ogrzewanie, a ponieważ jest ono w Australii bardzo drogie, to większość Australijczyków oszczędza na ogrzewaniu, przez co większość z nich mieszka w zawilgoconych w zimie pomieszczeniach.
    Z kolei zasiłki dla bezrobotnych (teraz to jest tam wciąż, w iście Orwellowskiej nowomowie, tzw. Nowy Start czyli Newstart) wypłacane są w Australii praktycznie dożywotnio, przy czym w wieku około 65 lat przechodzi się automatycznie z zasiłku dla bezrobotnych na zasiłek dla staruszków, czyli na tzw. Old Age Pension, który otrzymuje się dożywotnio. Jak podaje Wikipedia, zasiłki dla bezrobotnych nie mają w Australii limitu czasu: jest to więc teoretycznie możliwe, aby pozostawać na takim zasiłku w ciągu całego swojego życia zawodowego. Możesz to sprawdzić na stronach Centrelinku, tyle, że tam to nie jest tak łatwo to znaleźć.
    Zaś kwestia aborygeńska to jest, zgoda, osobna sprawa, do dziś nie rozwiązana i w zasadzie nierozwiązywalna w ramach ustroju kapitalistycznego.
    Pozdrawiam
  • 2016-07-18 16:06 | echidna

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    jakowalski
    tak się śmiesznie składa, że wiem więcej niż trochę. Po prostu mieszkam to ponad połowę mego doczesnego żywota. A jest tego lat niemało.

    Slumsy - dzielnica biedoty w wielkim mieście*
    getto - część miasta zamieszkana przez mniejszość narodową, rasową lub religijną*
    *Słownik języka polskiego pod red. Doroszewskigo

    Według powyższych definicji dzielnice które wymieniłeś to skupisko biedoty i emigrantów z, jak to określiłeś, Trzeciego Świata. A nie jest to prawdą. Fakt - Springvale czy Noble Park zamieszkuje duża grupa wietnamczyków, ale również australijczycy jak i polacy oraz inne grupy tzw mniejszości narodowych. I jak w każdej dzielnicy są domy (jednorodzinne) stare i nowe. Tych ostatnich coraz więcej. Burzone są stare budynki, a na ich miejscu powstają nowe. Na niezabudowanych placach - a tych jest coraz mniej - wyrastają osiedla złożone, z coraz popularniejszych ze względu na szczupłość miejsca, town houses (najodpowiedniejsza polska nazwa to chyba jednopiętrowe bliźniaki). Podobnie, jeśli o rozbudowę Melbourne chodzi, przedstawia się sytuacja w innych dzielnicach. Tam gdzie były pola i nieużytki, np Point Cook, Caroline Springs, Werribee, Cranbourne East i South itd, wyrosły (i nadal rosną) jak grzyby po deszczu nowe osiedla i towarzyszące im tereny rekreacyjno-wypoczynkowe. Co prawda wiele do życzenia przedstawia sytuacja transportu, ale i to powoli się zmienia.
    Polacy, przed laty, zamieszkiwali głównie dzielnice Sunshine i Altonę. Wielu nadal tam mieszka lecz w tym i w innych przypadkach, klasyfikowanie tych dzielnic jako getta bądź slumsu danej grupy narodowościowej to zwykły fałsz i wprowadzanie w błąd.
    Odwołujesz się do warszawskiego Bródna - no cóż - pamiętam z czasów mego dzieciństwa rudery, pola i pustkowia tej dzielnicy. Powoli Bródno zmieniało swoje oblicze i teraz (z wyjątkiem terenów zakładowych) to w miarę nowoczesne miasto w mieście (dlaczego według Ciebie biedna dzielnica?). Choć i tu można jeszcze dojrzeć pozostałości "niechlubnej" architektonicznie przeszłości. Podobnie jak na Pradze czy Bemowie, które zmieniły i nadal zmieniają swoje oblicze.
    Powracając do wątku zasadniczego: zupełnie nie rozumiem dlaczego przyrównujesz domy w Australii do barków. Czy z powodu materiałów budowlanych? Tzw weatherboard houses jakich elewację stanowią nałożone na siebie drewniane panele, nie zasługują na to miano. Tym bardziej brick veneer (drewniany szkielet domu obudowany pojedyńczą cegłą).
    Zabudowa miast australijskich odbiega zdecydowanie od europejskiej. Wieżowce to centrum czyli City oraz jego obrzeża, w dzielnicach przewaga domków jednorodzinnych i niewielkich bloków mieszkalnych do góra czterech pięter. I tu dochodzimy do ogrzewania i problemu stęchlizny. W starych domach (jednorodzinnych i blokach) przeważa ogrzewanie piecykami gazowymi lub elektrycznymi jakie doskonale mogą ogrzać wnętrze choć przeważnie umiejscowione są w jednym pomieszczeniu - głównie saloniku. Nowe budownictwo jednorodzinne stosuje system: ducted natural gas heating (w kórym ciepłe powietrze nawiewane jest z centralnego systemu od góry lub od dołu poprzez specjalne rury) oraz ogrzewanie elektryczne (różne typy). Coraz częściej zarówno system gazowy jak i elektryczny wspomagany jest poprzez panele słoneczne usytuowane na dachu budynków. Zaniedbanie domu wynikające z mylnie pojętej oszczędności i nie włączania ogrzewania, prowadzi do powolnej ruiny budynku, a w konsekwencji dużo większych kosztów związanych z późniejszym remontem. Który właściciel może sobie na to pozwolić? Oczywiści są wyjątki - tak jak wszędzie - spowodowane brakiem funduszy, sytuacją osobistą, patalogicznymi przypadkami lub niechlujstwem mieszkańców. Ale te nie mogą stanowić podstawy do ogólnego wizerunku miasta.
    Op-shops czyli sklepy z używanymi**: odzieżą, książkami, meblami itp nie mogą śmierdzieć, bo nikt by w nich nie kupował. Dla kontrastu - na ulicy Płockiej (Warszawa), duży sklep z odzieżą na kilogramy posiada specyficzny smrodek przepoconych ciuchów, smrodek jaki ulatnia się przez otwarte latem drzwi.
    Ale kilka ulic dalej, podobny sklep wygląda schludnie i nie posiada atrakcji zapachowych jak wyżej.
    Na marginesie - sklepy zajmujące się sprzedażą rzeczy starych zawsze posiadają woń lat przeszłych. Wszelkie antykwariaty, sklepy z antykami, polska Desa, czy wspomniane wyżej Op-Shops.
    I jeszcze jedno: niezależnie od kraju, rasy i narodowości, fakt jak prezentuje się sklep zależy tylko i wyłącznie od właściciela, ajenta lub osoby prowadzącej.
    **odzież jest prana i prasowana, podlega selekcji, niejednokrotnie ludzie oddają rzeczy nowe i nieużywane

    Moja wypowiedź, to nie tylko odpowiedź Tobie. Chcę przedstawić wizerunek miast australijskich widzianych oczyma osoby NIE zaślepionej urazami do innych nacji i Australii generalnie.
    O polityce i strukturach społeczno-ekonomicznych nie będę nadmieniać. Polemizować z opinią dziennikarzy "Time" i "The Economist" mogę na forum publikacji.
  • 2016-07-24 20:15 | ewa leonarda

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    polecam książkę Tuora-Schwierskott Migracja a polityki migracyjne. Wyjaśnia w ostatnim rozdziale jakie są postulaty i doświadczenia pozytywnej polityki migracyjnej
  • 2016-07-25 02:51 | observer

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    @echidna.
    Ja też mieszkam w Australii od ponad 30 lat i zgadzam się z Tobą w ocenie Australii.
    Jakowalski (troll wielu imion) to rosyjski agent wpływu krytkujący wszystko i wszystkich - EU, NATO, USA - za wyjątkiem Putina. Dziwię się Polityce że toleruje komentarze zawodowego trolla.
  • 2016-07-25 13:26 | Archer100

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    @jakowalski
    Janie. Maly szczegol, ktory ubodl mnie w Twoim, skadinad w miare prawdziwym opiesie Australii (swieta prawda o tych nieogrzewanych domach). Otoz takich blaznow jakich do australijskich rzadow nawpuszczali labourzysci, po liberalnej stronie nigdy nie znajdziesz. Wspomniany Gough Whitlam, komunista, ktory zdolal zapobiec 'double dissolution' i rzadzilby sobie dalej eksperymentujac na australisczykach swoje utopije lewicowe pomysly gdyby nie Krolowa, ktora rekami Gubernatora Generalnego Johna Kerra zdmuchnela blazna jak gromnice. Nastepny blazen: Bob Hawk, pijaczyna szafujacy obietnicam lepiej niz Edward Gierek. Nastepny: Paul Keating, ktory chcial sprzedac Australie Azjatom. Na szczescie dr. Mahathir ustawil tego bufona do pionu i pokazal gdzie jest mijesce jego, jak i jago 'white trash of Asia', w jakie zamienil Australie. Natepna, Gillard, teczowa feministka ktora sami labourzysci odsuneli od wladzy, widzac co wyrabia.
    W porownaniu z nimi taki oddany bez reszty koronie i w sumie drobny cwaniaczek jak John Howard moze brylowac jako wzor cnot obywatelskich.
  • 2016-07-31 12:15 | jakowalski

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    Archer,
    Niezależnie co można by sądzić o Whitlamie, to jego usunięcie było typowym zamachem stanu, co dowodzi, że Australia nie jest i nigdy nie była demokracją. Poza tym, to konserwatysta (oficjalnie liberał) Menzies wplątał Australię w amerykańską awanturę wojenną w Wietnamie, przez co Australia musiała później przyjąć uciekinierów z Południowego Wietnamu - głównie zresztą alfonsów, gangsterów i prostytutki z Sajgonu, co zakończyło epokę kontroli władz australijskich and imigracją. Howard zaś był cwanym politykiem, niemniej pogłębił on zacofanie Australii prowadząc de facto politykę jej deindustrializacji, zaczęta zresztą przez pseudo-laburzystę Hawke'a, innego zręcznego manipulanta opinią publiczną. A Australia i tak jest już własnością Azjatów - kto bowiem jak nie Chiny i Japonia są właścicielami większości australijskiego długu zagranicznego, który obecnie wynosi dobrze ponad bilion (tysiąc miliardów) dolarów USA (dokładnie USD 1,395,638,000,000 co daje 95% PKB i prawie USD 53 tys. per capita). Dla porównania dług zagraniczny Polski to jest dziś ok. USD 211,457,000,000 (ok. 211 mld dolarów USA co daje ok. 40% PKB i ok. USD 5,000 per capita).
    Więcej wkrótce, także e-mailem.
    Pozdrawiam.
  • 2016-07-31 12:20 | jakowalski

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    Ewa Leonarda
    O dyskryminacji Polaków w Australii jest sporo w książce Jean Isobel Martin „Refugee Settlers: A Study of Displaced Persons in Australia” (Australian National University, 1965). Wydana ona zostało w latach 1960., a więc jeszcze przed nadejściem do Australii epoki tzw. poprawności politycznej, a więc zawiera ono sporo gorzkiej prawdy. W wielkim skrócie - pisze ona bez ogródek, że jedyną szanse mieli w Australii tylko ci imigranci z Polski, którzy się na 100% swej polskości wyrzekli, ale z kolei to wyrzeczenie się swoich korzeni oznaczało bardzo często poważne (choć na ogół ukrywane) problemy zdrowotne i bardzo źle rzutowało na dzieci tychże imigrantów.
  • 2016-07-31 12:47 | jakowalski

    Re:Jak Australijczycy NIE radzą sobie z problemem migracji

    Kolcztaka
    1. Co z tego, że ty tam długo mieszkasz, skoro nie zajmujesz się fachowo ekonomią Australii? A ja tam nie tylko że mieszkałem ponad 30 lat, to pracowałem jako analityk w bankach takich jak ANZ i CBA oraz ukończyłem uniwersytety Melbourne i Monash a także napisałem książkę na temat problemów gospodarczych Australii (która nie jest jeszcze w całości wydana, ale praktycznie wszystkie jej rozdziały ukazały się jako artykuły w naukowych czasopismach, przeważnie po angielsku - tytuły dostępne w „Publish or Perish” pod hasłem „Lech Keller”).
    2. Sam mieszkałem w Springvale a moi znajomi w Noble Park, ale musieliśmy się z tych dzielnic wyprowadzić, jako że zrobił się tam III świat czyli brud smród i ubóstwo, a na dodatek Nobel park bije rekordy przestępczości wśród wschodnich dzielnic (wł. przedmieść) Melbourne.
    3. Transport publiczny w Melbourne jest nie do rozwiązania ze względu na to, że większość mieszkańców preferuje domki (wł. baraczki) jednorodzinne, a więc transport publiczny musi być tam mocno dotowany, co z kolei nie jest do pogodzenia z ideologią (neo)liberalną wyznawaną zarówno przez rządzącą w Kanberze partią liberalną jak też i przez rządzących obecnie w stanie Wiktoria laburzystów z ALP (tzw. Alternative Liberal Party). Po prostu transport publiczny ma sens tylko w dzielnicach ze zwartą zabudowa, taką jak n.p. osiedla mieszkaniowe w Warszawie składające się w większości z wielopiętrowych, wielorodzinnych bloków. Poza tym, to te nowe przedmieścia Melbourne są wręcz depresujące, jako że z powodów finansowych nie ma tam praktycznie żadnej publicznej zieleni a prywatna ukryta jest za wysokimi płotami, a więc idąc czy jadąc widzi się tam właściwie tylko wysokie drewniane płoty z nieheblowanych desek (często krzywe i chylące się ku upadkowi) i nieciekawe, na ogól blaszane, dachy. Nic dziwnego, że te odległe od centrum dzielnice są ośrodkami przestępczości młodocianych oraz królują w statystykach samobójstw i nadużywania antydepresantów.
    4. Sunshine i Altona to są de facto slumsy - kto zresztą (oprócz biednych imigrantów) by chciał mieszkać w takiej Altonie, tuż obok kopcącej rafinerii ropy naftowej czy też w Sunshine, pomiędzy plątaniną torów kolejowych, dróg przelotowych i autostrad oraz wśród różnorakich składów i ruin fabrycznej zabudowy z (jakże już odległych) czasów przemysłowej świetności Australii?
    5. Australijskie domy to są de facto baraki, jako że nie mają one (z reguły) ani piwnic ani też użytecznych strychów, budowane są one jak najtaniej, a więc prowizorycznie, a co najgorsze nie mają one dobrej izolacji cieplnej, a wiec w zimie jest w nich zimno a w lecie gorąco, chyba, że ktoś wydaje fortunę w lecie na klimatyzację a w zimie na ogrzewanie. Przecież jeśli nadchodzi w Melbourne fala upałów, to rząd zachęca starsze osoby i matki z małymi dziećmi, aby spędzali oni czas w klimatyzowanych centrach handlowych.
    6. Ogrzewanie nawiewowe łączy się zaś na ogół z ogromnymi stratami ciepła i jest bardzo energochłonne, zaś panele słoneczne funkcjonują w pełni tylko w lecie, a więc raczej mogą one wspomagać klimatyzację, a nie ogrzewanie.
    7. Większości Australijczyków nie jest stać na ogrzewanie całego domu w zimie - pamiętaj, że na tym olbrzymim kontynencie (większym niż Europa bez Rosji), zasobnym w bogactwa mineralne ze złotem i uranem włącznie, kontynencie na którym żyje zaledwie nieco tylko ponad 23 miliony osób, czyli mniej niż w Szanghaju i Karaczi a tylko niewiele więcej niż w Delhi i Pekinie, jest tylko nieco ponad 10 milionów zatrudnionych a aż ponad 7 milionów jest tam „klientami” systemu pomocy socjalnej (dokładnie rządowej agencji pomocy Centrelink). Tak więc osoby korzystające z różnych form pomocy od państwa stanowią w Australii prawie jedną trzecią (dokładnie 32%) ludności oraz aż 40% pracujących, gdyż aż tylu Australijczyków zarabia dziś mniej niż wynosi tam minimum socjalne, co jest oczywistym powodem do frustracji, szczególnie zaś wśród młodzieży. No cóż - Australia, to jest to jeden z najbardziej skorumpowanych i jeden z najgorzej rządzonych krajów świata - taka druga Ukraina, tyle że na antypodach.
    2. „Op-Shopy” w Australii śmierdzą, ale tam kupuje przecież biedota, której to nie przeszkadza,jako że żyje ona w brudzie i smrodzie. Ale że tej biedoty jest tam ponad 1/3 całej ludności, to są to miliony, a więc powstały tam ostatnio całe sieci tychże „op-shopów”, prowadzone zarówno przez kościoły protestanckie - przykładowo Armia Zbawienia prowadzi tam wciąż rozwijającą się sieć sklepów ze starzyzną pod nazwą Salvos (salvosstores.com.au) a kościół rzymskokatolicki sieć podobnych sklepów ze starzyzną pod nazwą Vinnies (vinnies.org.au/shops), a do tego dochodzą sklepy prowadzone przez pomniejsze sekty religijne i na zasadach ściśle komercyjnych, a co jest jednym z licznych dowodów na to, że bieda w Australii jest zjawiskiem powszechnym a jej zakres wciąż się powiększa. :-(
  • 2016-08-01 18:03 | jakowalski

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    Observer (2016-07-25 02:51)
    Zaprawdę, czy jedyne, co masz do powiedzenia, to jest oskarżenie mnie o bycie trollem i „ruskim agentem”. Dziwię się więc „Polityce”, że toleruje ona twoje komentarze, wyraźnie naruszające nie tylko netykietę i regulamin tego forum, ale nawet i prawo.
  • 2016-08-02 15:56 | azur

    Re:Jak Australijczycy radzą sobie z problemem migracji

    Australijczycy po prostu przyjmują imigrantów, przepuszczają ich przez maszynkę i robią z nich Australijczyków.
  • 2016-08-03 16:09 | jakowalski

    Jak Australijczycy NIE radzą sobie z problemem migracji

    Azur (2016-08-02 15:56)
    1. Bzdura. Tak może było do lat mniej więcej 1970tych. Dziś tam jest wielokulturowość, a to oznacza, że nie ma tam Australijczyków, a tylko resztki Aborygenów, dominujący tamże wciąż potomkowie anglosaskich najeźdźców, tzw. etnicy, czyli nie-anglosascy imigranci z Europy (w tym też więc także i Polacy) oraz inni „wogs” czyli głównie Azjaci (przeważnie Chińczycy i Wietnamczycy oraz Hindusi) oraz coraz liczniejsi tam Murzyni z Afryki plus Maorysi i Papuasi. Ciekawe, że praktycznie nikt nie emigruje do Australii z pobliskiej Indonezji.
    2. Mnie to dominujący wciąż tam Anglosasi nie raz i nie dwa powiedzieli wprost, że dla nich, to ja nigdy Australijczykiem nie będę, mimo tego, że wyglądam tak jak oni i mam praktycznie takie same zwyczaje, poza pasją do tamtejszej odmiany piłki kopanej i krykieta.