Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Wyszukano

(43)
Komentarze użytkownika: Bobas
  • 2009-01-26 13:39 | Bobas

    Re: Grunt na wiarę

    Już od dawna twierdzę i próbuję do tego przekonać innych (w miarę mych skromnych możliwości), wobec tak aktywnej roli Kościoła na rynku nieruchomości i jego udziału w mechanizmach gospodarki rynkowej, iż powinne mu zostać zainstalowane kasy fiskalne dla prowadzenia operacji finansowych na taką skalę. Również nawet wpływy z tzw. kolędy powinne zostać w tych operacjach uwzględnione. Mogą kasy fiskalne mieć taksówkarze, to nie widzę problemu wśród duchownych. Rejestracja wszelkich operacji finansowych powinna wyjść na dobre samemu Kościołowi, aby jego dostojnicy mogli uzyskać lepszą orientację o ruchach finansowych ich "firmy". Wtedy Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski będzie mógł uzyskać i udzielać kompetentnych informacji o stanie ich aktywów i pasywów. Obecny stan wiedzy o tym umiejscawia instytucję Kościoła w niedalekiej odległości od mafii przestępczej.
  • 2009-03-07 21:16 | Bobas

    Re: Nowy wspaniały ład

    Trudno nie przyznać racji Justinowi Yifu Lin w jego wypowiedziach, poświęconych kwestii dogmatyzmu. Cyt.: - „Jeśli traktuje pan chicagowską teorię dogmatycznie, przeważnie musi pan ponieść porażkę. Ale to dotyczy każdego dogmatyzmu.” - „Każdy dogmatyzm niszczy. Dogmatyczny marksizm też zniszczył wiele krajów.” Pobudzają one do pewnych refleksji w odniesieniu do metodologii głoszenia kanonów wiary rzymsko-katolickiej przez instytucjonalną hierarchię Kościoła. To tak na marginesie. W ostatnich fragmentach wywiadu, oddających sią próbom rozważania relacji komunizm-socjalizm-kapitalizm, Justin Yifu Lin wpada w pewną pułapkę przez siebie zastawioną, próbując na odwzorowywaniu definicji Deng Xiaopinga pojęcia chińskiego socjalizmu zademonstrować ją w rozmowie. Czy poddawanie się wytycznym tego rodzaju definicji nie wskazuje na uleganie dogmatyzmowi, tak wcześniej przez niego krytykowanemu? W konkluzji, jak do tej pory, nigdzie na świecie socjalizm się nie sprawdził. Stąd usilne próby jego definiowania należy uznać za enigmatyczne, a próby czynione w tym zakresie są przyczynkiem do rodzenia się właśnie dogmatów. Na zakończenie pewna anegdota. Były peerelowski premier Polski Józef Cyrankiewicz na pytanie jednego z zachodnich dziennikarzy, czy on wierzy w ten socjalizm, miał poufnie odpowiedzieć: - A w co mam wierzyć, jak nie mam kapitału?
  • 2009-04-05 22:22 | Bobas

    Re: Zbite okienka

    Autor bezzasadnie nobilituje bohaterów tej publikacji, nazywając ich doradcami finansowymi. To są zwykli naganiacze, domokrążcy. Z chwilą rozpoczęcia się polskiej transformacji ustrojowo-gospodarczej dla tego rodzaju autoramentu Polska i inne kraje dawnego obozu RWPG stały się prawdziwym Eldorado. Czegoż można oczekiwać od przypadkowo pozyskanego do współpracy z bankiem „doradcy finansowego” po 3, 4-tygodniowym szkoleniu (jak podaje autor artykułu)? Dla niego samego liczy się jedynie prowizja „od przyprowadzonego do okienka klienta”. Znane są mi przypadki budowy piramid z tego rodzaju doradców, których prowizja była rozkładana na poszczególnych uczestników owej piramidy od jej podstawy ku wierzchołkowi. Można się tym zajmować, ale trudno to nazywać zawodem. Jeśli to zajęcie wzbudza jakiś prestiż społeczny, to jest on wprost proporcjonalny do degrengolady toczącej społeczeństwo.
  • 2009-04-07 14:28 | Bobas

    SteveMcQueen, zgadzam się z Tobą. Nie chciałem nadmiernie się rozpisywać i to tylko był sygnał z mojej strony. Mam w tym zakresie spore doświadczenia, a chyba nie miejsce tutaj na "odyseje". Widzę, że nasze opinie w tej materii są zbliżone.
  • 2009-04-07 16:03 | Bobas

    Re: Mularczyk skarży Drzewieckiego

    W tym zbiorowisku wytworów dzisiejszej „heraldyki”, której twórcami jawią się zaprezentowani w doniesieniu politycy, zastosowanie pojęcie „prostaka” nie stanowi dla mnie odchyłki, powodującej obrazę adresata, którego miałoby to dotyczyć. Socjologicznie da się to uzasadnić i obronić. Gwałtowne przejście z jedynie stosowanej formy „towarzyszowania” na takie bogactwo innych form tytularnych dla wielu jest pewnego rodzaju szokiem. W końcu nie tak to odległe czasy, kiedy pojęcia „chłop” i „cham” stosowane były synonimowo.
  • 2009-04-17 01:50 | Bobas

    Re: Misja nie dla sportu

    Szanowna Pani Redaktor, wyraźnie temat sportu Pani nie leży i dałbym tej problematyce, na Pani miejscu, spokój. Obraz sportu, jaki Pani kreuje w swej „twórczości” odnosi Pani wyłącznie do piłki nożnej, a przecież mamy jeszcze tak piękne dyscypliny jak: boks, żużel i szachy. Myślę, że coś spośród tej oferty dla Pani by się znalazło. Tak jakoś ten świat jest skonstruowany, że jeden lubi ogórki, a drugi komendanta córki i naprawdę wynurzenia o obiektach Pani nielubienia niewiele mnie obchodzą, a zapewne i innych czytelników Pani twórczości literackiej jak i całości Polityki, w której Pani stanowi najsłabsze ogniwo jej zespołu redakcyjnego (moim zdaniem). W kwestii nieposługiwania się językiem polskim przez Leo Benhakkera mogę go zrozumieć. Polska nie jest krajem, w którym on żyje, a jedynie przebywa i to na kontrakcie. Jego kontrakt nie zawiera lingwistycznych popisów, jakie świadczy dla Polaków papież. Ja myślę, że on ma doskonały kontakt ze swymi podopiecznymi i z pewnością nie leży w jego intencji zainspirowanie Pani poprzez język polski do pokochania futbolu. Gdyby miał to czynić wobec innego obiektu, to zapewne wybrałby skuteczniejszą metodę, po francusku. I jeszcze w sprawie wyrażonej przez Panią chęci sponsorowania drużyny San Marino. Darzę wielką sympatią ten zespół, ale to jest drużyna, która potrzebuje raczej mecenatu, a nie sponsorowania. Sponsor nie wspiera drużyny z jakichś altruistycznych pobudek, lecz oczekuje pomnożenia zainwestowanego kapitału. Chyba nie tego oczekiwałaby Pani z zespołem San Marino. Natomiast, jeśli ma Pani ochotę topić swój kapitał, to może Pani oddać się mecenatowi, ale to niekoniecznie musi Pani wspierać San Marino. Może Pani sfinansować n.p. Radyjo Maryja z jego dyrektorem i okalającym go kółkiem różańcowym.
  • 2009-04-18 23:56 | Bobas

    Droga/-i Bejotko/-u, Twój komentarz jest nie na temat. Nie mam ochoty wdawać się w zawiłości finansowania sportu, chociaż niezupełnie masz rację. Sport jest tylko w pewnej części dotowany z budżetu; w sporej części oczekuje sponsoringu lub mecenatu. Pisałem o tym w moim komentarzu z dn. 17.04.2009 i nie miejsce tutaj na objaśnianie różnicy między sponsoringiem a mecenatem. Intencją mojej wypowiedzi miało być, że nie interesuje mnie, czy red. Lubelska lubi sport, który ona utożsamia zresztą tylko z piłką nożną. Tak samo, jak prawdopodobnie red. Lubelską nie za wiele obchodzi, że ja lubię n.p. żużel lub „córki komendanta”. Tak więc, droga/-i Bejotko/-u, wczytaj się jeszcze raz dobrze w mój komentarz, a po przeczytaniu jeszcze postaraj się go zrozumieć. Pa, Kochanie!
  • 2009-04-19 19:50 | Bobas

    Droga/-i Bejotko/-u, Nie było moim zamiarem, poddawać w wątpliwość Twoich władz umysłowych, a jedynie wskazałem sposób, aby być lepiej zrozumianym. Chciałem przekazać Tobie, że nie chodziło mi o problematykę finansowania gladiatorstwa – jak Ty to nazywasz – i w związku z tym nie czuję się adresatem Twych komentarzy. Jestem skłonny zostać Twym interlokutorem, jeśli podejmiesz temat żużla. Pa, Kochanie!
  • 2009-04-27 15:03 | Bobas

    Podpisuję się pod tą opinią. Sam należę do oglądaczy telewizji, kiedy rusza "Tour de France". Wtedy przynoszę mój odbiornik do mieszkania z piwnicy, bo tam jest jego miejsce wyczekiwania na moje zainteresowanie nim. Nie uważam, żebym coś tracił z tego powodu. Co do samej publikacji red. Krystyny Lubelskiej, to taka już jej uroda. To jest ten styl, sprawiający wrażenie dobrze poinformowanej o tym co się dzieje w kulisach mediów. To jest ten rodzaj dziennikarstwa, który mi nie pasuje do "Polityki". Może do Viwy?
  • 2009-04-27 19:08 | Bobas

    Droga/-i heh! Tak się składa, że najpierw klikam, następnie czytam, a potem sprawdzam. Czy Ty myślisz, że ja mam ochotę na wstukiwanie tylu słów na jeden raz do wyszukiwarki. Pomijam już fakt, że większą przyjemność sprawia mi wklepanie do wyszukiwarki n.p. hasła "żużel". Jeśli jesteś zdania, że penetracja internetu polega w większości na klikaniu, to wyjaśnia mi to tak niski poziom czytelnictwa książek w Polsce.
  • 2009-04-28 11:39 | Bobas

    Droga Marzeno, tutaj zaszło prawdopodobnie jakieś nieporozumienie i odpowiedzialni za informacje medialne wyraźnie mylą i synonimizują pojęcia: dziennikarz-dziennikarzowa, prawniczka-prawnikowa czy mecenas-mecenasowa.
  • 2009-04-28 11:57 | Bobas

    Słuchaj no heh! Mój pierwszy komentarz stanowił odniesienie do komentarza D:B. Więc niejako wszedłeś między wódkę a zakąskę. W tej sytuacji zalecałbym Ci zajęcie właściwego i przynależnego Ci miejsca w szeregu. Jeśli mówisz o analfabetyzmie funkcjonalnym, to zapewniam Cię, że potrafię jeszcze iść na pocztę i wypełnić przekazy na przesyłkę gotówki czy paczki oraz listu poleconego. Całkowicie mi to wystarcza. Polecałbym Tobie samosprawdzenie się w tym zakresie. Natomiast co do czytania książek, to jak dwie na rok przeczytasz, to wyjdziesz już na ponadprzeciętną. Spróbuj i może wtedy nie będzesz miał problemu ze zrozumieniem moich komentarzy.
  • 2009-04-30 01:01 | Bobas

    Nie chodziło mi o Twoją średnią czytelniczą - jak piszesz -, bo takie pojęcie jest matematycznie niezrozumiałe. Chodziło mi o przekroczenie przez Ciebie czytelniczej średniej arytmetycznej , poprzez przeczytanie n.p. dwóch książek rocznie. Widzisz? A jednak trzeba czytać, żeby umieć rozumieć. Co do wyznaczania miejsca w dyskusji to też nie zrozumiałeś. Ja Tobie nic nie wyznaczałem, lecz sugerowałem Ci, abyś sobie sam jego poszukał. Czytać to jedno, a rozumieć to drugie.
  • 2009-05-16 18:27 | Bobas

    Re: Quado-plaga

    Przede wszystkim autorzy publikacji chyba nie dysponowali danymi o aktualnym stanie prawnym, regulującym poruszanie się quadami, skoro podają, że Ministerstwo Infrastruktury jest dopiero w trakcie przygotowania ustawy o kierujących tymi pojazdami. Ja „odkryłem” w internecie dwa linki – sprawiające wrażenie miarodajnych – podające na ten temat informacje nieco odmienne od zamieszczonych w przedmiotowej publikacji „POLITYKI”. Poniżej podaję owe linki: Ø http://moto.wm.pl/Jak-quadem-korzystac-z-drogi-publicznej,19559 Ø http://www.autocentrum.pl/go/338__Prawne_aspekty_jazdy_quadem__1222482903.html Zgadzam się jednak z autorami publikacji, że stan prawny na dzień dzisiejszy pozwala właścicielom i kierowcom quadów na uprawianie bezkarnego wandalizmu w trakcie pokonywania polskich bezdroży. W zasadzie, jak to Autorzy artykułu podają, nie stanowią problemu dla organów porządkowych quady zarejestrowane i poruszające się po drogach publicznych, ale one stanowią zaledwie 20 % zgromadzonego parku quadów w Polsce, czyli ok. 12 tys. tych pojazdów. Reszta, t.zn. ok. 48 tys. jest niezarejestrowana, porusza się po bezdrożach i to ta liczba stwarza największe problemy w zakresie wspomnianego wandalizmu. Autorzy publikacji użyli niefortunnie w zdaniu odnoszącym się do wspomnianych nierejestrowanych quadów pojęcia „terenu prywatnego”, cyt.: „Na terenie prywatnym żadne zasady nie obowiązują.” Użycie tego pojęcia ma miejsce jako jedyne w tekście stanowiące przeciwieństwo drogi publicznej. Wydaje mi się, że nie jest problemem poruszanie się quada po terenie prywatnym, bo ja sobie nie wyobrażam, aby prywatny właściciel terenu tolerował bezkarną eksploatację jego działki bez uzgodnienia tego z nim. Myślę, że bardziej adekwatnym tutaj pojęciem byłoby: „drogi i tereny niepubliczne” i myślę, że to autor miał na myśli. Traktuję to jako przejęzyczenie i wprowadzam to pojęcie do mojej korespondencji, jako bardziej precyzyjne. Problem ten, w zakresie nomenklatury, jest jeszcze bardziej skomplikowany, ale przyjmijmy dla uproszczenia, że mówiąc o przedmiotowych drogach i terenach niepublicznych, mamy na myśli drogi polne, leśne oraz wszelkie obszary krajobrazowe, ale mogą to być również miejskie tereny osiedlowe it.p. W każdym razie są to drogi i tereny wyłączone spod administrowania nimi przez instytucje, które nadają status dróg publicznych. Tereny i drogi prywatne również wchodzą w skład tych niepublicznych, ale ze względów wspomnianych powyżej nie poświęcałbym im szczególnej uwagi w przedmiotowej problematyce. Już samo zdefiniowanie pojęcia drogi niepublicznej w polskich warunkach nastręcza sporo trudności, a rozeznanie się w terenie o statusie użytkowanego traktu przekracza możliwości tych, którym się wydaje, że ich kompetencja w tym zakresie do tego ich upoważnia. Jeden z problemów, który utrudnia procedury związane z poruszaniem się wszelkich pojazdów w Polsce to brak jednoznacznego oznakowania, pozwalającego odróżnić drogę publiczną od niepublicznej. Powiedzmy sobie, że również kierowcy samochodów często nie są pewni po jakiej drodze się poruszają, bo na dobrą sprawę nie jest im ta wiedza konieczna, aż do momentu wejścia w kolizję. Natomiast w interesie kierowcy niezarejestrowanego quada jest dowiedzieć się tego i oni to na ogół robią. Proszę sobie teraz wyobrazić, jakie skutki może zrodzić kolizja kierowcy samochodu z kierowcą quada na drodze niepublicznej. Zakładamy, że kierowca samochodu ma wszelkie uprawnienia do prowadzenia go, jest trzeźwy i poruszał się zgodnie z zasadami kodeksu drogowego. Kierowca niezarejestrowanego quada natomiast nie posiada żadnych uprawnień do jego prowadzenia, jest pijany i zjechał na lewą stronę drogi, jadąc z naprzeciwka. Kierowca samochodu dowiaduje się od quadowca, że znajduje się on na drodze niepublicznej i w tej sytuacji przepisy kodeksu drogowego mają ograniczone zastosowanie. Wprawdzie teoretycznie możnaby zastosować restrykcje z art. 96 § 1 i art. 105 § 1, §2, § 3 Kodeksu Wykroczeń, ustawy o lasach regulującej ruch pojazdów w nich oraz innych, cytowanych w jednym ze wspomnianych linków: http://www.autocentrum.pl/go/338__Prawne_aspekty_jazdy_quadem__1222482903.html ale kierowca niezarejestrowanego quada pozostaje anonimowy, nie pozwala się wylegitymować, a na spotkanie z policją nie ma ochoty i oddala się z miejsca kolizji. Życzę powodzenia kierowcy samochodu w trakcie dochodzenia zadośćuczynienia za straty spowodowane przez quada na drodze cywilnej, bo taka mu wysoce prawdopodobnie pozostanie. Na tego rodzaju terenach o wiele skuteczniejsze jest zastosowanie prawa dżungli, w trakcie egzekwowania którego bardziej uprzywilejowany będzie osobnik wyposażony w broń palną. Mam możliwość obserwacji poruszania się quadów w Niemczech. Nie wnikam w szczegóły, jak to w tym kraju rozwiązano, ale pokrótce to opiszę. Problem dróg publicznych i niepublicznych jest w tym kraju jednoznacznie opisany i czytelnie oznakowany. Zarówno kierowca quada, jak i samochodu wie, na jakiej drodze się znajduje. Na drogach publicznych tylko zarejestrowane quady, a ich kierowcy w hełmach i z uprawnieniami. Jeżdżę sporo rowerem po lasach, polnych drogach oraz obszarach krajobrazowych i nie spotkałem tam nigdy żadnego quadowca. Natomiast widziałem ich na obszarach specjalnie do tego wyznaczonych i ukształtowanych. Korzystanie z tych terenów jest odpłatne lub wiąże się z przynależnością do klubu, co też w sumie sprowadza się do pewnej odpłatności, chociażby w postaci składek członkowskich. Sprawa zdaje się być uregulowana i posiadanie quada wcale nie stanowi elementu szpanowania, a raczej traktuje się to jak hobby, które wcale nie musi świadczyć o statusie majątkowym, czy innej formie zajmowania szczególnej pozycji w jakiejkolwiek hierarchii. Polscy właściciele quadów zdają się domagać, poprzez uprawianie tej formy jeździectwa, podbudowania swego podupadającego prestiżu w oczach towarzyszących im kobiet. Taki pewien „Ersatz”. Wracając na nasze podwórko, jest dla mnie niezrozumiałe, że mając pod nosem sąsiadujący z Polską kraj, w którym problematykę quadów jakoś uregulowano, nie próbuje się tego jakoś odwzorować. Pozostawiam ten dylemat na krótko i powrócę jeszcze do niego w dalszej części mojej korespondencji. W końcu, z zasięgniętej przeze mnie informacji, istnieją w Polsce jakieś przepisy, które pozwalają na ściganie wykroczeń i przestępstw dokonywanych przez kierowców quadów zarówno na drogach i terenach publicznych, jak i niepublicznych. Natomiast powstaje pytanie, dlaczego organy porządkowe są tutaj tak mało skuteczne w ich ściganiu. Ja odniosę się do sytuacji na polskim wybrzeżu Bałtyku, bo tam jest sytuacja najlepiej mi znana, a poza tym kierowcy tych czterokołowców już nie tylko rozjeżdżają podłoża leśne, ale wkraczają na wydmy morskie, forsując je, aby przedostać się na plażę i po niej dokonywać swoistych rajdów. Na tym obszarze znane mi są następujące służby, których zakres działalności upoważnia je do interwencji w tym obrębie. Są to: Policja, Straż Leśna, WOP, Urząd Morski, Straż Gminna i Miejska. Nie starcza? Za mało? Ja ich w tych miejscach nie dostrzegam, natomiast do małej miejscowości letniskowej przybywa trzech do czterech quadowców na urlop i czynią rejwach, uprawiając wandalizm w miejscowym krajobrazie. Zresztą ten wandalizm jest uprawiany również przez niektórych samochodowych urlopowiczów. Organów porządkowych nie widać, a wszystko dzieje się niemal pod nosem miejscowych placówek Urzędu Morskiego. Jednak ich urzędnicy jakby bali się nosa wystawiać na podlegający ich nadzorowi obszar. Natomiast policja potrafi bardzo energicznie przeciwdziałać konsumpcji piwa na ławce miejscowego ciągu spacerowego, bo to przecież wbrew ustawie antyalkoholowej. Takie wypadki widziałem, a reakcje policjantów w stosunku do spragnionego smakosza piwa należałoby zaliczyć do psycho-sadystycznych. Autorzy artykułu użalają się nad niemocą organów porządkowych, ale ja wykazałem w poprzednim akapicie, iż instytucje upoważnione do przeciwdziałań w przedmiotowym zakresie dysponują armią w stosunku do nielicznych wandali na czterokołowcach. Jednakże tej armii brak skoordynowanych działań i wygląda to tak, jakby jeden oglądał się na drugiego, a quadowcy grają im na nosie. Wydaje mi się, że te służby porządkowe są tak rozbite resortowo (każda z nich podlega komu innemu na szczeblu ministerstw, a jeszcze do tego dochodzą samorządowe – istna menażeria), że nie są w stanie podjąć żadnych działań interwencyjnych i problem wcale nie leży w ich usprzętowieniu. Niektórzy rozmówcy Autorów publikacji próbują tak ten problem postrzegać, ale to jest naiwne, bo posiadane usprzętowienie jest, moim zdaniem, wystarczające, a jego zwielokrotnienie spowoduje tylko intensyfikację uprawiania bezproduktywnych, rzekomych pościgów. Spędzając kiedyś urlop w Tunezji miałem okazję obserwować, jak dwóch patrolujących policjantów na koniach skutecznie ochraniało około 15-tokilometrową strefę wybrzeża Morza Śródziemnego. Jeśli polskie organy porządkowe nie potrafią tego robić, to proponuję je wysłać na szkolenie w tym zakresie do wspomnianej Tunezji. Jak już wspominałem, istnieją przepisy w Polsce, które pozwalają na wyegzekwowanie kar za bezprawne uprawianie wandalizmu na quadach. Z pewnością są one niespójne i regulują je różne ustawy, często autorstwa różnych resortów. To powoduje ich słabą czytelność i zwykły obywatel, narażony na szkodliwą działalność kierowców czterokołowców, jest stawiany w kłopotliwej sytuacji, bo próby jakiejkolwiek interwencji mogą skończyć się ze szkodą dla niego samego. W sytuacji aktualnie istniejących przepisów poszkodowany przez quada , kiedy musi on wykazać winę za wykroczenie lub przestępstwo jego kierowcy, stoi w bardzo niekorzystnej, a często na niezasłużenie przegranej pozycji. Aktualne przepisy faworyzują zdecydowanie wandali na czterokołowych motocyklach. Z pewnością istniejące przepisy utrudniają przeciwdziałania, zmierzające do skanalizowania ruchu quadów. Nie chodzi mi o ich wyeliminowanie, bo to też jest jakiś sposób na życie, który ma swoje pozytywne pierwiastki. Idzie właśnie o skanalizowanie tego zjawiska i jego zalegalizowanie w akceptowanej społecznie formie. Z pewnością wymaga to jakiejś trwającej w czasie procedury legislacyjnej, prowadzącej do stworzenia zwartych regulacji w tym zakresie. Co można szybko, na zasadzie jakiejś prowizorki, wprowadzić, aby dało się ułatwić organom porządkowym interwencje? Sugerowałbym wprowadzenie najszybciej, jak to możliwe, obowiązku rejestracji wszystkich, bez wyjątku, quadów oraz posiadanie wymaganych uprawnień i ubezpieczeń dla ich prowadzenia; niezależnie od poruszania się po drogach i terenach publicznych, czy też niepublicznych. W dalszej kolejności można zająć się przemyślaną, zintegrowaną konstrukcją prawa dla ich poruszania się. Zmierzając ku zakończeniu, zastanawia mnie jeszcze jeden aspekt opisywanej problematyki. Dlaczego tak niedawno wprowadzona nowelizacja do ustawy o ruchu drogowym, której celem miało być uregulowanie poruszania się quadami w ramach zasad współżycia społecznego, stanowi od razu na wejściu bubel, który umożliwia wcale niecierpiącym na nadmierny potencjał intelektualny kierowcom quadów, poprzez wcale niewyszukane sposoby, znajdować w niej luki umożliwiające im uprawianie wandlizmu w środowisku naturalnym kraju. Czy nie działa tutaj reguła stosowana przez sołtysa Wąchocka, który kazał budować sklep PEWEX-u, kiedy znalazł jednego dolara, po czym polecił go zburzyć, gdy zgubił owego dolara? Artykuł „POLITYKI” ujawnia i sugeruje pewne skłonności niektórych polityków dla pofolgowania swym chuciom. Czyżby odsetek tych lobbujących na rzecz rzeszy quadowców polityków był na tyle silny i tak dobrze zakonspirowany, iż jest zdolny przeprowadzić tej miary dywersję na przebieg procesu legislacyjnego dla ustawy regulującej zasady ruchu tych skądinąd sympatycznych przecież pojazdów? W świetle tego , co miało miejsce w odniesieniu do samochodów osobowych, wyposażanych w t.zw. kratkę, pozwala mi poprzednie zdanie pytajne potraktować jako pytanie retoryczne. Konstrukcje Prawa o Ruchu Drogowym i pozostałych regulacji w odniesieniu do kierowców quadów pozwala mi snuć podejrzenia o uprawianie sabotażu przez ich kreatorów. Towarzysz Feliks Dzierżyński nie miałby tutaj żadnych wątpliwości przy rozstrzyganiu tego dylematu. W krótkim podsumowaniu pragnę podkreślić, że znowu kreatorzy polskiego prawa w zakresie ruchu drogowego dali się zaskoczyć. Jest jeszcze gorzej, bo oni jakby popadli w paraliżujący ich bezwład. Dzisiaj, po ok. 50-ciu latach od chwili powstania pierwszych prototypów quadów na świecie, po rozprzestrzenieniu się ich w Europie od conajmniej dwudziestu lat i funkcjonowaniu Polski od pięciu lat w ramach UE, co stanowi formalne potwierdzenie jej przynależności do krainy quadów, w polskim „Prawie o Ruchu Drogowym” nadal więcej miejsca poświęca się zasadom poruszania się po drogach furmanek, niż pojazdów quadowych. Gdyby właściciele quadów dali się przekonać do ich przetransportowania pojazdami konnymi do miejsc uprawiania przez nich wandalizmu środowiskowego, to możnaby całkowicie zrezygnować z rejestracji tych pojazdów i całą tematykę tej problematyki pozostawić koniowi. Ma on dużą głowę, to niech się martwi.
  • 2009-05-16 19:36 | Bobas

    Halo JSN, odpowiadam Ci na pytanie: W czym problem? Na przykładzie wybrzeża Bałtyku podam CI organy porządkowe, w których kompetencji jest nadzorowanie porządku w pasie przybrzeżnym: Policja, WOP, Urząd Morski, Straż Leśna,Straż Gminna, Straż Miejska. Toż to cała armia. Pojawia się w zapyziałej frytkami i smażonymi rybami wiosce nadmorskiej, która w sezonie letnim przybiera pozę "kurortu" nadmorskiego , dwóch quadowców na urlopach, terroryzują całą wiochę, a ta "armia" patrzy jakby tutaj się okopać i ukryć się przed jeźdźcami Apokalipsy.
  • 2009-07-03 23:50 | Bobas

    Re: Srebra na sprzedaż

    Stronnictwo Demokratyczne stanowi dla mnie ugrupowanie o reputacji jeszcze gorszej niż dawne jego guru w postaci PZPR. Przyczekało w dziupli dwadzieścia lat i udało mu się przechować nabyte z nadania PRL nabytki majątkowe. Z tego uczynili swój „znak towarowy”. Paweł Piskorski jest z kolei na tyle kutym, że takiej okazji nie przepuści, aby nie dokonać kumulacji swego kapitału politycznego, dysponując taką kurą pod ręką. Z kolei Olechowski został członkiem PO wtedy, kiedy dawało mu to szansę na zaistnienie w wyborach prezydenckich. Z chwilą niezrealizowania się w nich zamilkł i przestał całkowicie udzielać się w szeregach tego ugrupowania. Dzisiaj jest autorem żałosnego listu do premiera Tuska, w którym użala się na pozbawienie go jakiegokolwiek wpływu na działalność PO. Po tym ocenia się między innymi skuteczność polityka, że nie pozwala sobie na wpuszczenie w taki kanał, a jeśli nie potrafi, to pozostaje kółko różańcowe. Z całgo przebiegu kariery politycznej tego pana wynika, że przynależność partyjna interesowała go tylko na tyle, na ile jego ugrupowanie było w stanie zapewnić mu spełnienie jego fanaberii bycia prezydentem. Jego kolejne podłączenie się pod stowarzyszenie Piskorskiego ma na celu pod nowym szyldem spróbować skoku na fotel prezydencki. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że społeczeństwo polskie zebrało już wystarczającą porcję doświadczeń i takie próby manewrów przedwyborczych potrafi właściwie ocenić. Biorąc pod uwagę dotychczasową reputację obu panów i wspierającego ich ugrupowania potrafi ono wyeliminować ich z gry w przedbiegach. Jeśli nie, to mogłoby świadczyć, że polski wyborca potrzebuje jeszcze pewnej porcji edukacji, której musi doświadczyć na własnej skórze.
  • 2009-07-04 13:44 | Bobas

    Re: Więcej niż formalność

    Stronnictwo Demokratyczne stanowi dla mnie ugrupowanie o reputacji jeszcze gorszej niż dawne jego guru w postaci PZPR. Przyczekało w dziupli dwadzieścia lat i udało mu się przechować nabyte z nadania PRL nabytki majątkowe. Z tego uczynili swój „znak towarowy”. Paweł Piskorski jest z kolei na tyle kutym, że takiej okazji nie przepuści, aby nie dokonać kumulacji swego kapitału politycznego, dysponując taką kurą pod ręką. Z kolei Olechowski został członkiem PO wtedy, kiedy dawało mu to szansę na zaistnienie w wyborach prezydenckich. Z chwilą niezrealizowania się w nich zamilkł i przestał całkowicie udzielać się w szeregach tego ugrupowania. Dzisiaj jest autorem żałosnego listu do premiera Tuska, w którym użala się na pozbawienie go jakiegokolwiek wpływu na działalność PO. Po tym ocenia się między innymi skuteczność polityka, że nie pozwala sobie na wpuszczenie w taki kanał, a jeśli nie potrafi, to pozostaje kółko różańcowe. Z całgo przebiegu kariery politycznej tego pana wynika, że przynależność partyjna interesowała go tylko na tyle, na ile jego ugrupowanie było w stanie zapewnić mu spełnienie jego fanaberii bycia prezydentem. Jego kolejne podłączenie się pod stowarzyszenie Piskorskiego ma na celu pod nowym szyldem spróbować skoku na fotel prezydencki. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że społeczeństwo polskie zebrało już wystarczającą porcję doświadczeń i takie próby manewrów przedwyborczych potrafi właściwie ocenić. Biorąc pod uwagę dotychczasową reputację obu panów i wspierającego ich ugrupowania, potrafi ono wyeliminować ich z gry w przedbiegach. Jeśli nie, to mogłoby świadczyć, że polski wyborca potrzebuje jeszcze pewnej porcji edukacji, której musi doświadczyć na własnej skórze.
  • 2009-07-08 00:17 | Bobas

    Re: Aluzje i iluzje

    Niezupełnie zgadzam się z tezą autora publikacji w części dotyczącej czytelnictwa i pozwolę sobie nieco popolemizować. Nie uważam się za krezusa , średnio kupuję i czytam około 30 książek rocznie. Czytałbym więcej, ale preferowana tematyka wybieranych przeze mnie pozycji należy do rodzaju popularno-naukowego i wymaga nieco uważniejszego traktowania. Czy mnie na to stać? Niejednokrotnie zmuszony jestem wybierać pomiędzy książką, a artykułami, bywa nawet, pierwszej potrzeby; wybieram książkę. Z moich obserwacji nie wynika, że to ci bogatsi mają większościowy udział w zakupach na rynku księgarskim. Nie generalizuję, ale udział w konsumpcji kultury tych bogatszych odbywa się w większym stopniu raczej w segmentach droższych, jak: teatr, opera, muzyka, gdzie oprócz relatywnie wysokiej ceny biletu niebagatelne znaczenie ma obowiązek „pokazywania się”. Również domeną tej bogatszej części społeczeństwa jest udział w koncertach modnych zespołów z udziałem gwiazd medialnych. W tym zestawieniu cena za książkę wcale nie stanowi nadmiernie wygórowanego wydatku. Przyjmując średnią cenę książki 40 zł i czas na jej przeczytanie 14 dni okazuje się, że przeznaczam ok. 3 zł dziennie na konsumpcję kultury w tej postaci. To mniej niż paczka papierosów. Rzuciłem palenie i problem mi się sam rozwiązał, gorzej mają ci co nie palą. Pozostając jednak przy głównym wątku, wydaje mi się, że ci, którzy obcowanie z książką mają we krwi, uwzględniają to w swoim, nawet skromnym, budżecie. Nie mam tutaj na myśli części społeczeństwa patologicznie ubogiej. Natomiast zdarza mi się moją wiedzę książkową konfrontować z zamożniejszymi ode mnie i wypada to fatalnie. Ten rodzaj doświadczania kultury rzadko spotyka się z ich zainteresowaniem, a nawet wytworzył się wśród nich pewnego rodzaju styl lekceważenia i ośmieszania uzależnionych od czytania i niżej uposażonych finansowo. Najczęściej swą niechęć czytelniczą uzasadniają brakiem czasu i czym bardziej są zaangażowani w procedurę pomnażania majątku, tym bardziej uważają stan swego niemal analfabetyzmu za usprawiedliwiony. W niejednym przypadku rozłam, jaki następował pomiędzy mną a zamożniejszym ode mnie, miał podłoże nieprzystających do siebie zawartości intelektualnych, a nie różnicy majątkowej, bo wcale nie czułem się pokrzywdzony faktem, że ten bogatszy mógł zapijać się trunkami, podczas kiedy ja wolałem oddać się mojemu hobby literackiemu, wiedząc, że jego kosumpcja skończy się na pułapie co najwyżej półliterackim. Z kolei wśród tych, którzy twierdzą, że nie czytają, bo nie stać ich na zakup książki, przeprowadzałem test. Kładłem na stole książkę wartości 30 zł wraz z butelką alkoholu, nawet o nieco niższej wartości i oferowałem jedno z dóbr konsumpcyjnych tak zademonstrowanych do podarowania nieodpłatnie. Niemal zawsze był wybierany alkohol. Tak więc nie uzależniałbym poziomu czytelnictwa od statusu majątkowego społeczeństwa. Ma to z pewnością znaczenie, ale nie decydujące. Poziom czytelnictwa w Polsce jest żenująco niski, natomiast trudno wytłumaczalny w ostatnim czasie przyrost spowodowany jest bogatą ofertą wydawniczą i niewyczerpanym jeszcze potencjałem możliwości marketingowych w tym zakresie. Chyba jednak te rezerwy potencjału są już bliskie wyczerpania i nie przewiduję już znaczącej dynamiki przyrostu odsetka czytających. Tylko tym mogę uzasadnić przyrost odsetka czytających w tak krótkim czasie, bo nie mógł w tak krótkiej przestrzeni czasowej nastąpić jakiś znaczny rozłam w zamożności. Natomiast obawiam się, że wśród oferty wydawniczej pojawia się coraz więcej chłamu i mniej wyrobionemu czytelnikowi trudniej będzie oddzielić go od pozycji wartościowych. Problemem na rynku książki staje się pewne zachwianie dysproporcji. Za pisanie wzięło się tylu, że czytać nie ma komu. Ryszard Kapuściński twierdził, że on dla napisania jednej strony książki potrzebował najpierw dziesięć przeczytać. Niewielu dzisiejszych autorów tej zasady przestrzega i w tym też należy również upatrywać, jako jednego z faktorów, przyczyny niskiego poziomu czytelnictwa.
  • 2009-07-30 14:32 | Bobas

    Re: Ch@mowo

    Dotychczasowe komentarze internautów wyczerpały niemal mój potencjał w takim stopniu, że nie mam wiele już do dodania. Więc krótko. Anonimowe chamstwo, porównywalne z zachowaniem kierowców na polskich drogach, kiedy trzaśnięcie drzwi ich pojazdów i podciągnięcie szyb w ich klimatyzowanych wnętrzach daje im poczucie znalezienia się w cyberprzestrzeni analogicznej do forum internetowego. Tylko niektórym przydrożne drzewa przerywają ten stan samopoczucia. 16 milionów internautów to jeszcze nie jest równoznaczne z analogiczną liczbą dyskutujących w przeróżnych forach. Internet służy jeszcze wielu innym formom jego użytkowania. Żeby jednak stał się tutaj przydatny, należy dysponować pewną wiedzą, aby potrafić oddzielić ziarno od plew. Jeśli jej się nie posiada, to łatwo ulec deinformacji, dezorientacji i manipulowaniu; jak zresztą innym mediom. Tutaj pewna wskazówka od tych, którzy pisanie opanowali w znacznie wyższym stopniu, aniżeli większość internautów. Ø „Wszyscy się wzięli za pisanie i dlatego czytać nie ma komu” – Tadeusz Konwicki na pytanie, dlaczego poziom czytelnictwa tak w Polsce się obniżył. Ø Ryszard Kapuściński twierdził, że dla napisania jednej strony ze swych książek musiał przeciętnie najpierw dziesięć stron przeczytać. Autor zdaje się przychylać do opinii, że autorami większości chamskich wpisów w forach internetowych są młodzi ludzie i bezrobotni frustraci. Tylko zanim zaistniał internet, to właśnie ten „asortyment” socjalny chwytał za kamienie w okresach niezadowoleń społecznych. Dzisiaj internet stanowi wentyl dla wyładowania tych frustracji. Ale do czasu! Media praktycznie innej formy dialogu, poza internetem, z czytelnikami i słuchaczami nie prowadzą. Coraz częściej upodabnia je to do Kościoła, który tylko mówi. Wszelkie fora internetowe zdają się służyć im własnym celom statystycznym dla badania opinii publicznej (coś w rodzaju spowiedzi w Kościele). Albo i nie.
  • 2009-07-31 15:16 | Bobas

    Gostom i Bejotka, przestańcie kombinować, bo znak @ jest literą alfabetu greckiego, która to rzeczywiście miała zastosowanie w nim (jak podaje w przybliżeniu Bejotka ) już kilkaset lat p.n.e. Fonetycznie wymawia się ją "eta". Nie mylić z organizacją terrorystyczną hiszpańskich Basków. Zakończcie już tą wymianę, bo to nie na temat i odsyłam do Wikipedii.
  • 2009-07-31 15:47 | Bobas

    Może to ta amerykańska fasada, o której Pan pisze, jest powodem frustracji wielu Amerykanów, którzy doprowadzeni do stanu desperacji urządzają strzelaniny w miejscach publicznych oraz dokonują spektakularnych zabójstw zakończonych równie spektakularnym samobójstwem. Ten sposób "leczenia" frustracji dociera już do Europy i znajduje to odzwieciedlenie w niedawnych strzelaninach w szkołach niemieckich. Przypadki lżejsze w USA wykupują sobie abonament na miejsce na kozetce u zaprzyjaźnionego psychiatry i to należy do dobrego tonu. Opisana przez Pana sytuacja w USA dowodzi pewnej standardyzacji życia (dzisiaj zwanej globalizacją). Szczebel na jaki wspieli się tutaj Amerykanie stanowił niedościgniony wzorzec dla sowietyzacji życia w byłym ZSRR i w tym należy upatrywać załamania się systemu komunistycznego. Tak, tak, wbrew pozorom, to Amerykanie i Rosjanie są narodami bardzo zbliżonymi do siebie mentalnie.
  • 2009-07-31 20:06 | Bobas

    Masz rację, przepraszam. Pomyliłem z czymś innym, sam nie wiem, skąd mi się to wzięło. Strzał-pudło!
  • 2009-10-21 22:14 | Bobas

    Re: artykuł 212

    Dziwię się mimo wszystko niektórym dziennikarzom, którzy legitymując się pewnym wykształceniem i przygotowaniem zawodowym, predysponującym ich do wysokiego poziomu zawartości intelektualnej, dającym się tak łatwo podprowadzić pod § 212. Warto zwrócić jednakże uwagę, iż pomimo tego istnieje pewna grupa w tej profesji (między innymi dotyczy to większości "załogi" Polityki), która temu paragrafowi nie pozwala się przypisać, co nie znaczy, że nie potrafią przyłożyć. Warto zwrócić uwagę na ten aspekt. Jest to kwestia pewnej etycznej wrażliwości dziennikarskiej. Kryteriom tej wrażliwości nie chciała się podporządkować ostatnio redakcja "Gościa Niedzielnego" i będzie musiała zapłacić za to na rzecz Alicji Tysiąc. Redaktor naczelny tego czasopisma zdaje się do dzisiaj nie rozumieć, za co został tak przez sąd "wyróżniony"
  • 2009-10-24 11:33 | Bobas

    Panie Expośle, widzę, że sam ma Pan problem z odróżnieniem oszczerstwa od pomówienia. Stąd rola sądu, który musi to rozstrzygnąć, zanim zawyrokuje. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wyjeżdża Pan tutaj z RFN i Bundestagiem. Odnoszę wrażenie, że nie zrozumiał Pan treści mojego komentarza. Może stąd to wynika, że posłowie są obdarzani immunitetem - niejako na próbę, taki kredyt zaufania - a potem zostają exposłami. Panie Expośle, krótko: przeczytać to jedno, a zrozumieć to drugie.
  • 2009-10-24 12:19 | Bobas

    Re: Kto tu oblał bank gnojówką?

    Wyrazy współczucia dla męża bohaterki publikacji. Z pewnością tkwi w dylemacie, jak to zrobić, żeby jej odciąć głowę i żeby to chodziło i żyło. Swoją drogą, byłoby to dla mnie interesujące, gdyby autorka publikacji pofatygowała się o ustalenie rzeczywistej skuteczności interwencji podejmowanych przez carycę-bis Polskiej Telewizji. Dla mnie postać Jaworowicz w telewizji stanowi argument na rzecz przeciwników uiszczania abonamentu radiowo-telewizyjnego.
  • 2009-10-28 15:24 | Bobas

    Re: Służby na długiej smyczy

    No to dorobiliśmy się. Zniewolone w PRL społeczeństwo mogło być indagowane przez raptem dwa organy: MO i SB (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś poprawi). Dzisiaj, żyjąc w "wolnym kraju", jego przeciętny obywatel nie orientuje się ile służb może być zainteresowanych jego represjonowaniem i stosowaniem restrykcji prawnych. Jeśli wziąć pod uwagą ewolucję w zakresie umundurowania tych służb, którego zwieńczenie stanowi kominiarka, to przysłowiowa szczoteczka do zębów w kieszeni staje się nieodzownym podręcznym wyposażeniem Polaka. Cóż to za piękny kraj dla działalności opisywanych w publikacji służb. Najpierw tworzy się w nim ustawodawstwo, w którym niemal każda ustawa zawiera źródła korupcjogenności, a potem dla strzeżenia tych źródeł powołuje się instytucje. Jeżeli to dalej w tym kierunku pójdzie, to dorobimy się niezłej paramilitarnej armii. Kafka z Mrożkiem do spółki tego by nie wymyślili.
  • 2009-10-30 20:35 | Bobas

    Re: Nowa przyzwoitość

    Rozwinięcie myśli przewodniej niniejszej publikacji stanowi książka Richarda Dawkinsa p.t. "Bóg urojony". Polecam: Oto kilka cytatów z tej pozycji literackiej: Ø Dawkins powołuje się na Stevena Weinberga, laureata Nagrody Nobla, który miał powiedzieć: „Religia stanowi obrazę dla ludzkiej godności. Gdyby jej nie było mielibyśmy dobrych ludzi robiących dobre rzeczy i złych ludzi czyniących zło. Tylko religia może sprawić, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy.” Ø Z kolei hiszpański reżyser filmowy Luis Buñuel wyraził się: „Bóg i Ojczyzna to niepokonana para; ten duet ma na koncie więcej krwi i ludzkich nieszczęść, niż cokolwiek innego” . Dla głębszego spenetrowania zasygnalizowanej w artykule problematyki polecam wspomnianą pozycję literacką Dawkinsa.
  • 2009-11-05 18:50 | Bobas

    Krucyfiks i prawa człowieka

    Odnoszę wrażenie, że Kościół nie zdaje sobie sprawy, jak pozytywne znaczenie ma dla niego wyrok trybunału w Strasburgu. Niepohamowane wkraczanie Kościoła ze swą symboliką do wszelkich obszarów, gdzie się da stwarza niekorzystne wrażenie ekspansji. Myśmy już to przerabiali, "podziwiając" n.p. portrety ojców naszego narodu i wszyscy wiemy, co z tego wynikło. Niech Kościół z tą symboliką nadmiernie nie igra, bo może nastąpić t.zw. zmęczenie materiału. W końcu kościół jest dla ludzi i knajpa też dla ludzi, tylko nie należy przesadzać.
  • 2009-11-07 13:27 | Bobas

    Trochę tutaj skorygowałbym wypowiedź Lola_2021. Kościół, jako obiekt, jest dla mnie również miejscem publicznym, ale tutaj państwo nie powinno ingerować w symbolikę religijną.- Ponadto Kościół jest właścicielem lub administratorem wielu innych obiektów i wyposażenie ich wystroju symbolami religijnymi powinno zaspokajać jego ambicje w zakresie symboliki religijnej. Nadmiar tej symboliki, może wywoływać skutki odwrotne do zamierzanych, pomijając już pewne aspekty samej estetyki.
  • 2009-11-10 11:08 | Bobas

    To prawda, drogi Domatorze, w ślad za poniżej przytoczonymi mtaforami: - „Cechą tej sympatycznej religii jest to, że wszystko się w niej zmieści” – odpowiedź Tadeusza Boya-Żeleńskiego (znanego ze swej opozycji do Kościoła) na zapytanie, czy nie przeszkadza mu tłumaczenie pewnego tekstu dla wydawnictwa katolickiego - „Bóg i Ojczyzna to niepokonana para; ten duet ma na koncie więcej krwi i ludzkich nieszczęść, niż cokolwiek innego” – wypowiedź hiszpańskiego reżysera filmowego Luisa Buñuela. Liczę na trafną ich interpretację, w odniesieniu do Pańskieg komentarza.
  • 2009-11-10 19:05 | Bobas

    Przymus koniem

    No, to mamy, co mamy. Czy społeczeństwo zdawało sobie sprawę, że zagwarantowanie wolności po dwudziestu latach transformacji wymaga takiej armii dla jej kontrolowania? Konia z rzędem temu, kto wyznaje się na zakresach kompetencji i rodzajach umundurowania poszczególnych służb t.zw. siłowych. W tej sytuacji występowanie „przebierańców” wysoko prawdopodobne. Nie dziwię się niektórym kierowcom, uciekającym przed próbującym zatrzymywać ich organom ścigania. Jest to bezpieczniejszy sposób niż ryzyko nieodróżnienia owych „przebierańców” od Państwowej Straży Rybackiej. Najbardziej zabawnym jawi mi się, że przy tak licznej armii, chroniącej naszej wolności przed zagrożeniami, rząd, w osobie niedawnego ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy, sprzyja liberalizacji prawa posiadania broni palnej, zdając się mówić społeczeństwu „brońcie się sami!”. Wprawdzie wspomniany minister przestał już nim być, ale projekt ustawy poddany został procedurze legislacyjnej przez Komisję Sejmową „Przyjazne Państwo”. Projekt ten jest silnie lobbowany przez jakąś enigmatyczną fundację strzelecką, pragnącą wyręczyć polską armię – zaangażowaną w działania militarne w Afganistanie i Iraku – w jej statutowej obronie granic kraju przed wrogą napaścią, zagrażającą naszej obywatelskiej wolności. Najbardziej zatrważający jest dla mnie tak wysoki potencjał psychopatów w społeczeństwie, gotowych świadczyć swe usługi w publikowanym w artykule zakresie. Tak tak, bo to trzeba okazywać pewne skłonności, które mogę tylko jako psychopatyczne traktować.
  • 2009-11-12 00:23 | Bobas

    Zgadzam się z wypowiedzią Monteskiusza, a dla jej wsparcia posłużę się jeszcze jednym cytatem: „Poczucie misji i szowinizm zawsze chodzą w parze. Można przytoczyć nieskończoną ilość pouczających przykładów. Człowiek z poczuciem misji jest męczący dla otoczenia, a nawet potrafi być niebezpieczny. Lepiej nie graniczyć z narodem, który jest przekonany, że spełnia misję. Świat wyglądałby inaczej, gdyby powiedzieć każdemu: zbawiaj się na własną rękę, na miarę swoich chęci i możliwości!" – cytat z „Chrystusa z karabinem na ramieniu”, Ryszarda Kapuścińskiego.
  • 2009-11-18 20:18 | Bobas

    Re:Oblężenie Możejek

    Myślę,że PKN Orlen mógłby swych "wielbicieli" oświecić, dlaczego, po tak szumnym wejściu na rynek niemiecki z orszakiem w stylu bizantyjskim - towarzyszącym ówczesnemu prezesowi Wróblowi - oraz po demonstracyjnej prezentacji swego znaku towarowego, nagle zszedł do podziemia i ukrył się pod przykrywką jakiegoś "Stara". Liczyłem, że rozmowa z byłym prezesem Chałupcem mi to wyjaśni. A może ktoś z internautów wyprowadzi mnie z tej niewiedzy?
  • 2009-12-12 19:21 | Bobas

    Re:Do broni?

    Bardziej surowe mamy kryteria na dostęp do prawa jazdy i pojazdu (relatywnie drogie kursy, surowe egzaminy, badania lekarskie, drogie pojazdy). I co? Mamy 6000 zabitych na drogach w ciągu roku. Ludność jednego całkiem przyzwoitego miasteczka znika rocznie z powierzchni ziemi. Rannych trudno policzyć. Zdecydowana większość wypadków z powodu głupoty i nieodpowiedzialności kierowców, o bardzo nikłej ich percepcji intelektualnej nie wspominając. Czy ktoś ze zwolenników liberalizacji ustawy o broni potrafi przewidzieć statystyczny przyrost zejść wskutek nadużywania broni? Ja nie obawiam się nielegalnie posiadanej broni w rękach bandyty, bo ten przychodzi z nią w określonym celu, na czyjeś zlecenie i tutaj rygorystyczne nawet przepisy niewiele pomogą. Ja obawiam się głupoty, nieodpowiedzialności, nietrzeźwości it.p. Pijany kierowca ma znacznie więcej barier do pokonania zanim usiądzie za kierownicę, a mimo to zajmuje za nią miejsce. Pijany posiadacz broni ma znacznie mniej przeszkód, aby ją uruchomić. Dziwi mnie, że jakieś kółko strzeleckie potrafi skutecznie w sejmie lobbować na rzecz liberalizacji prawa o broni. Działalność tego "kółka" i jego wpływ na posłów komisji sejmowej "Przyjazne Państwo" jakoś dziwnie mi się kojarzy z aferą hazardową. Tutaj o nic nie chodzi, tylko o zwiększenie wpływów ze sprzedaży broni przez członków wspomnianego "kółka". Polskiego przemysłu zbrojeniowego i tak to nie uratuje.
  • 2009-12-12 22:28 | Bobas

    Re:Do broni?

    Przyjacielu, co Ty mi piszesz. Ty tak bardzo niewiele zrozumiałeś z tego, co ja napisałem. Dam Ci radę. Czytać to jedno, a zrozumieć to drugie. W taki rodzaj polemiki to Ty mnie nie próbuj wciągać. A może Ty po prostu adres pomyliłeś?
  • 2010-05-04 13:03 | Bobas

    Re:DEBATA: Jak dziś okazywać patriotyzm?

    Popieram Karola. Od siebie dodałbym, że skrót "pp" kojarzy mi się raczej z "patriotami poetami". Nie wiedziałem, że katastrofa pod Smoleńskiem wyzwoli siły twórcze tylu poetów w tym kraju. Gdyby jeszcze swój patriotyzm podbudowali czytaniem. I to czegoś więcej poza książeczkami do nabożeństwa. Życzyłbym sobie, aby media i czynniki odpowiedzialne za wychowanie młodzieży więcej uwagi przykładały do propagowania przyzwoitości. Gdyby to się udało, to o patriotyzm bym się nie martwił, bo stałby się on naturalną pochodną owej przyzwoitości.
  • 2010-09-19 00:49 | Bobas

    Re:Dlaczego dajemy się oszukiwać politykom?

    Wybory są przedsięwzięciem marketingowym. Najprostsza definicja marketingu stworzona przeze mnie na mój prywatny użytek, to: "Owinąć g...no w papierek i sprzedać jako cukierek." Artykuł utwierdza mnie w przekonaniu o bezcelowości uczestniczenia w wyborach. Głównie chodzi tutaj o prestiż mojej osoby. Po prostu jeśli wymaga się dla siebie szacunku ze strony innych, to najpierw trzeba samemu się szanować. Uleganie marketingowi, czyli kiełbasie wyborczej kreowałoby mnie na idiotę, a moja osoba, jako przedstawiciela elektoratu wyborczego nie wzbudzałaby żadnego szacunku u zabiegających o mój głos. Mało tego, zostałbym zdeklasowany za łatwowierność. Krótko mówiąc, frekwencja wyborcza stanowi miernik stopnia naiwności społeczeństwa.
  • 2010-09-19 12:43 | Bobas

    Re:Dlaczego dajemy się oszukiwać politykom?

    Do Jar-ry. Twoje wejście jest zupełnie nie na miejscu i kojarzy mi się z próbą szukania go pomiędzy wódką a zakąską. Zapamiętaj sobie: - Czytać to jedno, a rozumieć to drugie. Widać po Twym komentarzu, że niewiele zrozumiałeś i trudno w tej sytuacji z Tobą polemizować. Poza tym popraw ortografię, Polaku! I od tego zacznij, zanim ponownie pojawisz się na forum, bo od razu widać, jak od niego odstajesz. Pa!
  • 2018-02-08 22:03 | Bobas

    Re:Po co w Polsce Instytut Sprawiedliwości i Męstwa?

    W tym miejscu pragnąłbym przypomnieć, że już w bodajże 2005 r. prezes PiS wyjawił pomysł powołania „instytutu obrony dobrego imienia Polski” (celowo stosuję tutaj pisownię małymi literami, bo ów pomysł w tej nomenklaturze się nie zmaterializował). Wówczas zaledwie dwuletni epizod władania Polską przez tą formację – przy wsparciu koalicjantów o bardzo wątpliwej reputacji – nie pozwolił na zrealizowanie tej myśli prezesa, co nie znaczy, że przestała ona w nim tkwić. Triumfalny powrót do władzy pozwolił na ziszczenie się tej idei, której w początkowej fazie nadano przykrywkę „polskiej polityki historycznej” (pph), by pod nią mogły się zmaterializować wszelkie pomysły jej instytucjonalizacji. Niebagatelne znaczenie ma tutaj kolejka janczarów wyczekujących na obsadzenie ich na kolejnych – tym sposobem tworzonych – synekurach.
  • 2018-02-09 10:06 | Bobas

    Re:Po co w Polsce Instytut Sprawiedliwości i Męstwa?

    W tym miejscu pragnąłbym przypomnieć, że już w bodajże 2005 r. prezes PiS wyjawił pomysł powołania „instytutu obrony dobrego imienia Polski” (celowo stosuję tutaj pisownię małymi literami, bo ów pomysł w tej nomenklaturze się nie zmaterializował). Wówczas zaledwie dwuletni epizod władania Polską przez tą formację – przy wsparciu koalicjantów o bardzo wątpliwej reputacji – nie pozwolił na zrealizowanie tej myśli prezesa, co nie znaczy, że przestała ona w nim tkwić. Triumfalny powrót do władzy pozwolił na ziszczenie się tej idei, której w początkowej fazie nadano przykrywkę „polskiej polityki historycznej” (pph), by pod nią mogły się zmaterializować wszelkie pomysły jej instytucjonalizacji. Niebagatelne znaczenie ma tutaj kolejka janczarów wyczekujących na obsadzenie ich na kolejnych – tym sposobem tworzonych – synekurach.
  • 2018-02-11 17:11 | Bobas

    Re:W Jedwabnem bez zmian. Ani słowa o pogromie

    Opisana wizyta w Jedwabnem dowodzi, iż na odkrywane białe plamy w historii kraju, nakładają się nowe. Treść artykułu nie zaskakuje mnie, bo należało się o tego się spodziewać. Nie od dzisiaj wiadomo, że mieszkańcy Jedwabnego i okolicznej gminy nie akceptują nie tylko wersji Jana Tomasza Grossa, ale również wyroków, jakie zapadały w okresie bezpośrednio po wojnie, w konsekwencji mordu jedwabnieńskiego. Są jeszcze badania polskich naukowców oraz ustalenia i wyrok IPN. Stanowisko lokalnego społeczeństwa jest aktywnie wspomagane przez władze miasta oraz przez zarówno lokalne jak i na najwyższych szczeblach jego hierarchii, duchowieństwo. Te nieliczne postacie społeczeństwa Jedwabnego (Antonina Wyrzykowska, Krzysztof Godlewski), które odważyły się zaakcentować i zademonstrować postawy odmienne, wbrew powszechnie akceptowanym przez lokalne środowisko, spotkały się z ostracyzmem i zostały nieformalnie skazane na infamię. Z kolei uznaniem obdarzane są osoby, których nazwisk nie będę wymieniał, bo nawet nie godzi się tego czynić. Kilkakrotnie dochodziło do profanacji pomnika, mającego zachować pamięć po zamordowanych w Jedwabnem w lipcu 1941 r. Żydach. Śledztwo w celu ustalenia sprawców owego wandalizmu podjęła ABW, czyli instytucja relatywnie wysokiego szczebla. Nie będą mieli łatwo, bo można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nie uczynili tego jacyś niemieccy spadochroniarze, jak to próbowali niektórzy sugerować w odniesieniu do morderców żydowskiej ludności, lecz związani z miejscową społecznością, antysemicko zorientowani, ukrywający się, wandale, a tradycje konspiracji – jak wynika to z zamieszczonej informacji w zakładce p.n. „Historia” aktualnego portalu UM w Jedwabnem – są głęboko zakorzenione. Jak do tej pory, nie są mi znane wyniki poszukiwań sprawców. Bulwersuje penetracja stron internetowych, prezentowanych przez Urząd Miejski w Jedwabnem. Znajduje się tam lakoniczna – jednozdaniowa i dość głęboko ukryta – informacja o pomniku, upamiętniającym mord na Żydach w 1941 r. Tak to wygląda, jakby owego czynu dokonali jacyś kosmici. Gdy tego się doświadcza, można by rzec, że mieszkańcy Jedwabnego to oaza szczęścia na bezkresach krajobrazu nadbiebrzańskiego. Jednak niezupełnie, okazuje się, że pod zakładką „Historia” umieszczono krótką notę historyczną, ze szczególnym podkreśleniem martyrologii miejscowej ludności pod okupacją sowiecką, silnie rozwiniętym miejscowym ruchu oporu, bazującym na patriotycznych postawach mieszkańców. Dalej odpowiedni odnośnik tej zakładki odsyła do bardziej obszernego opracowania, kończącego się na wrześniu 1939 r. Kilka lat temu opracowanie to sięgało do daty 22.czerwca.1941, ale prawdopodobnie dokonano skrótu, by nie zbliżać się nadmiernie do daty 10.lipca 1941. Poza tym były w nim zamieszczone wówczas totalne bzdury, jak choćby o stacjonowaniu w pobliskim uroczysku oddziału Hubala, co dla posiadającego elementarną wiedzę historyczną zakrawało na dyletantyzm. Tak więc wizja lokalna autorki reportażu utwierdziła mnie w wytrwałym trwaniu przy własnej historii mieszkańców Jedwabnego, ale nie stanowi to mojego zaskoczenia.
  • 2018-02-25 17:36 | Bobas

    Re:Lista normalności. Nominacje generalskie po Macierewiczu

    Zadziwiająco "błyskawiczna" orientacja ministra w potencjale kadrowym przecież nowego dla niego resortu.
  • 2019-02-08 12:50 | Bobas

    Re:Winny pryncypał, nie Zybertowicz

    Postawię jednak tezę odwrotną: Winny jest jednak Zybertowicz. Też. Jego wina polega na tym, że, oddając się autoreklamie, udziela się obszernie medialnie, firmując niejako tym samym urząd prezydencki. Taka rola została mu wyznaczona, a on na nią dobrowolnie przystał. Teoretycznie mógłby wycofać się z uczestnictwa w mediach i oddać się „doradzaniu”, ku czemu został powołany jako ekspert.Tym samym zszedłby z pola rażenia, a tak „dwie pieczenie na jednym ogniu”. Nie zwalnia to od winy jego mocodawcy. „Wart Pac pałaca, a pałac Paca”