Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Wyszukano

(287)
Komentarze użytkownika: joanna
  • 2012-07-15 09:04 | joanna

    Re:Projekt in vitro - dwa w jednym? Niedobrze.

    Panie Kazimierzu, metoda in vitro nie jest żadną nowinką. Od 1978 roku kiedy to urodziła się Louise Brown- pierwsze dziecko poczęte tą metodą już ponad 5 mln takich dzieci żyje na świecie. Badania są prowadzone od początku, bardzo skrupulatne w krajach o odp. dużej populacji dzieci z in vitro, na rożnych etapach ich życia, więc uniemożliwianie ich przez matki było możliwe tylko przez kilkanaście lat. Co wcale nie znaczy, że miało miejsce. Stos. ludzi do medycyny i jej osiągnięć na świecie jest nieco inny niż w Polsce. Wyniki znajdzie Pan bez trudu w necie. To nie jest żaden argument by pozbawiać ludzi tej metody leczenia bezpłodności. O finansowaniu nie mówi żaden z projektów. Daleko do tego. Nadal będzie to metoda dostępna tylko dla tych, których stać na wydanie kilkunastu tysięcy złotych jednorazowo, kilku- w przyp. zarodka zamrożonego. Zakaz zamrażania spowoduje, że każdy zabieg będzie kosztował kilkanaście tys., będzie się wiązał z kolejną stymulacją hormonalną. Co oznacza jedynie tyle, że coraz więcej par zdecyduje się wykonać go (i ew. powtórzyć z zamrożonym zarodkiem)zagranicą. Ci najbogatsi. A bezpłodnośc nie wybiera wg portfela. Kogo nie stać- nie będzie miał dzieci.
  • 2012-07-16 07:53 | joanna

    Re:Projekt in vitro - dwa w jednym? Niedobrze.

    @ Mieczysław S. Kazimierzak Bardzo przepraszam za pomyłkę imienia. Cyt."zwracam uwagę na znaki zapytania jakie stawiają genetycy jeżeli chodzi o konsekwencje stosowania tej metody. Wynikają one z braku prowadzonych i gromadzonych badań nad urodzonymi dziećmi do czasu ich pełnego rozwoju." Na te pytania genetycy znają odpowiedzi z badań prowadzonych i gromadzonych przez ponad 30 lat. Również w dorosłym życiu ludzi poczętych z in vitro. To naprawdę liczna grupa poddana badaniom. Z punktu widzenia medycznego, genetycznego nie ma żadnych zagadek. Poza, oczywiście, kwestią dolegliwości wieku starczego. Problem braku świadomości w Polsce jak duża jest wiedza naukowa dot. in vitro wynika z ideologizacji sporu, rozpatrywania go w kontekście, jak Pan zauważył metafizycznym, a nie praktycznym. I z faktu, że bardzo ograniczone ze względów finansowych stosowanie tej metody w Polsce uniemozliwia badania rodzimym naukowcom. Nie wszędzie tak jest. W wielu cywilizowanych krajach jest to procedura opłacana przez ubezpieczenie zdrowotne, w Izraelu całkowicie opłacana przez państwo bez ograniczeń.
  • 2012-07-17 07:03 | joanna

    Re:Projekt in vitro - dwa w jednym? Niedobrze.

    Panie Mieczysławie, wykłady "z tezą przeciwko" są codziennością nie tylko w Polce. I tacy wykładowcy, którzy szukają tylko danych pod swoje osobiste idee, na ogół inspirowane przekonaniami religijnymi.Bardzo ładnie oparte o wycinki prac badawczych, odpowiednio "zmodyfikowane". Problem wad genetycznych i chorób zrodzonych dot. również dzieci poczętych naturalnie. Gdyby chcieć kryterium takiego ryzyka stosować, należałoby zakazać mieć potomstwo rodzicom noszącym "niewłaściwe geny". Jak w hitlerowskiej Rzeszy. Co do Izraela i jego "Polonii" to zdaje się jest nadal bardzo liczna. Składa sie z tych obywateli polskich narodowości żydowskiej, którzy zostali z kraju, w którym żyli i pracowali od pokoleń wyrzuceni w 1968r z równowartością kilkudziesięciu dolarów za cały dorobek pozostawiony w Polsce. Wielu z nich to chrześcijanie i jakoś tego "na cenzurowanym" nie odczuwają choć Izrael jest niewątpliwie państwem wyznaniowym.Co wcale nie oznacza, że inne religie, w tym chrześcijańskie, są w jakikolwiek sposób zwalczane. Podobnie jak liczne odłamy judaizmu.
  • 2012-07-26 10:24 | joanna

    Re:Czytelnik - gatunek zagrożony

    Czytanie książek to zdobywanie WIEDZY, googlowanie to tylko zdobywanie INFORMACJI (na ogół bardzo niepełnych, bez wykazania zależności przyczynowo-skutkowej). Różnica jak między człowiekiem wykształconym a wykształciołkiem. Od paru lat zadziwia mnie niechęć do książki prezentowana przez studentów. Nie chodzi o podręczniki. Przestaje mnie zadziwiać ich sposób wysławiania się, który swoim "bogactwem jązykowym" o poprawnością gramatyczną nie odbiega od języka prostego robotnika. Niezdolność analizy, określenia przyczyn i następstw, nieumiejętność przewidzenia zmian w skutku jeśli zmienią się jakieś warunki. Większość tych ludzi zapewne zostanie nauczycielami. Wszyscy- zostaną ludźmi, którzy być może coś tam o świecie będą wiedzieli ale rozumieć go nie będą. Podobnie- nie będą rozumieć innych ludzi, równie jak oni niezdolnych do wysłowienia się, wyrażenia swoich odczuć. "Dylematy moralne bohatera", rozterki, rozpacz, zagubienie tak bogato i przekonująco w książkach opisane nie są odczytywane przez osoby, których cała wiedza o odczuciach innych sprowadza się do "zaje...ste" i "beznadziejne". To już nie tylko analfabetyzm funkcjonalny, którego związek z nieczytaniem nawet w przyp. osób z formalnym wykształceniem jest od dawna udowodniony. To również "analfabetyzm emocjonalny"- nieumiejętność odczytania zachowania, sensu słów. Czy należy się dziwić, że tak wielu wykształconych formalnie a kompletnie nieoczytanych ludzi nie radzi sobie w życiu? Którego po prostu nie rozumie, przytłoczona zalewem informacji, z których nie potrafi wyciągnąć żadnych wniosków czy nauki dla siebie? Ich mózg nigdy tego nie ćwiczył- do tego potrzeba literatury a nie obrazka, który wszystko pokaże wprost- bez użycia wyobraźni, analizy. Od ponad dwudziestu lat obserwuję co dzieje się z moimi dawnymi uczniami i studentami. Podział na "czytających" i "nieczytających" to podział na tych, którzy odnieśli sukces życiowy (i w pracy i w życiu rodzinnym) i na tych, którym się to nie udało.
  • 2012-07-27 19:19 | joanna

    Re:Czytelnik - gatunek zagrożony

    @kwieto Oceny w szkole tez nie przekładają się na sukces życiowy. Szczególnie te zdobyte bezmyślnym kujoństwem lub/i ściąganiem. Niejeden z moich uczniów wybitnych w szkole -uchodził za głąba. (Ja zresztą też aż do ocen z matury starej i egzaminów na studia - spore zaskoczenie dla wielu nauczycieli)Bo wolał czytać. Również na lekcjach niż słuchać przynudzania przez kolejną godzinę. Dopiero dużo później, na poziomie studiów, pracy (rozmowy kwalifikacyjnej najpierw, która często obnaża wykształciołka) wychodzi wiedza i zdolność analizy. W szkole- nie. Twoje analogie do jedzenia mają dużo celności ale jedzenie jest koniecznością czy smaczne czy nie. Czytanie jest wyłacznie aktem woli. Więc już samo sięgnięcie po książkę, na ogół wpływ domu, coraz rzadziej- rówieśników, czasem potrzeba zaimponowania czasem przypadek, jest wyrazem jakiejś potrzeby. Natomiast "apetyt rośnie w miarę jedzenia" czyż nie? Nie znam osoby, która po przeczytaniu interesującej książki nie sięgnęłaby po pokrewną gatunkiem, autorem lub tematyką. To, oczywiście nie dot. lektur szkolnych, których zadanie jest inne niż propagowanie czytelnictwa. Sugestia, że wysokie czytelnictwo nie poprawia poziomu intelektualnego społeczeństwa (choć oczywiście nie w 100% populacji) jest weryfikowalna. Szczególnie jeśli tym społeczeństwem jest od wieków nieznający analfabetyzmu i najwięcej czytający naród. Żydzi.
  • 2012-08-08 08:36 | joanna

    Re:Centra miast bez aut. A u nas?

    Mamy inny stos. do samochodu niż mieszkańcy krajów, którzy auta po prostu kupowali, których nie tylko rodzice ale i dziadkowie wozili nimi od pieluch. Dla milionów Polaków auto to nie była codzienność- to były zdjęcia ze "Świata Młodych", które się wycinało i wklejało do albumów, którymi się wymieniał, handlowało. To było przylepianie dziecięcej buzi do szyby zachodniego auta przed hotelem. To było marzenie. A rower to był środek transportu listonosza, pojazd biednej wsi. Cierpliwości. I my się nasycimy staniem w korkach, nacieszymy tym spełnionym w końcu marzeniem i wsiądziemy na rowery. Zachód tez wsiadł na nie dopiero kiedy auto spowszedniało. Dwadzieścia parę lat temu wcale nie był to taki popularny środek lokomocji. Poza Holandią.
  • 2012-08-09 09:30 | joanna

    Re:Centra miast bez aut. A u nas?

    @dyskutantko zgadzam się z Tobą w kwestii nachalności promowania. To taka nasza skłonność do bezgranicznego małpowania zachodnich wzorów. Do absolutnej przesady. Mimo wyczynów typu opisywany rajd pana ambasadora, zachodnim miastom daleko do "wolności od samochodów" i rajów dla cyklistów. Rower, owszem, jest modny, szpanowny, lansowany, jest wiele udogodnień dla rowerzystów ale to wcale nie oznacza, że na tamtejszych ulicach sa jakieś miliony rowerów a jak auto przemknie to pogotowie czy policja. Normalny świat jest przyjazny wszystkim. Nie ma obowiązku przejmowania sie emisją CO2 do paranoi. Mój samochód i tak emituje go mniej niż ja w codziennej czynności wdech-wydech (przy jeździe rowerem szybszej) bo nikt nie jeździ 24godz na dobę a oddychania to dotyczy. Wsadzajmy ludzi na rowery, dla ich zdrowia, dla odkorkowania miast. Ale w taki sposób jak wszędzie się to odbyło- modą, przedstawianiem jako bycie trendy a nie kolejnym tworzeniem wrogości do zmotoryzowanej nieszczęsnej matki wiozącej dzieci do szkoły, gospodyni domowej z siatami zakupów, spieszącego się do pracy człowieka albo po prostu- fana motoryzacji. Nie róbmy z pedałowania nakazu moralnego "jedynego słusznego środka komunikacji".
  • 2012-08-10 09:50 | joanna

    Pozwólmy LUDZIOM w miastach rozkwitnąć

    Ja zgadzam się z Maxem, szanowanie indywidualnych potrzeb ludzi, tolerancyjna postawa wobec wad i słabości oraz niekonformistycznych opinii to nie żaden sarmatyzm. To podstawa cywilizacji europejskiej. Bardzo niezrozumiałe dla ludzi, którzy nie przeżyli totalitarnego systemu z jego ideologią "dobra ogólnego", "potrzeb społecznych (a nie ludzi)" i właśnie- "myśleniem społecznym". Nasze miasta niszczone przez transport to miasta, w których nie pomyślano o daniu ludiom jakiejkolwiek szansy na transport. Mieli się nie przemieszczać, po prostu. No ale ludzie nie rośliny, nie ukorzeniają się. Alternatywą dla samochodu nie jest i nie będzie rower. Nigdy. I żadna ideologia nie zmieni pogody, choroby, starości lub dzieciństwa i wymogu eleganckiego stroju, szybkości dotarcia do pracy, przewiezienia rzeczy. Alternatywą, z której chętnie skorzysta najbardziej zatwardziały petrolhead jest metro, sprawna komunikacja tramwajowa, kolejowa. Brak tej alternatywy wsadza ludzi w samochód. Pan powyżej zadał mi matematyczne zadanie do wykonania- i wyszło z równania przebieg samochodu:ilość dni, że jeżdżę 15 km dziennie! Choć jestem samochodziarą nieuleczalną. Bo mogę korzystać z metra, z intercity więc to robię. Ludzie są racjonalni wszyscy i na racjonalizmie świat się opiera, nie idealizmie. Choć cenny. Ludzie nie będą eko dla idei, to mrzonki. Nie poświęcą się dla abstrakcyjnego dobra rozkwitu miast. Będą dla konkretu- większej wygody (bo w metrze i pociągu da się czytać, w samochodzie tylko audiobook), nie wsadzą na rower dziecka by je zawieźć do przedszkola. Nie będą pielgrzymować na wakacje. I nikt nie zmusza ludzi do życia w zanieczyszczonym mieście, w hałasie. Nie ma przymusowego osadnictwa. Wybierając życie w mieście, wybiera się hałas i smród. Możliwy do ograniczenia, oczywiście. Mądrymi inwestycjami- w wydajne środki komunikacji masowej, w obwodnice, w sadzenie drzew. Na które płacę podatek w paliwie w wys. 1/3 ceny "wachy". PS. rower też mam, korzystam chętnie i często. Ale to tylko rower nie bożek.
  • 2012-08-16 11:32 | joanna

    Wymiar sprawiedliwości zawiódł na pewno

    Art.75 Kodeksu karnego mówi wyraźnie, że popełnienie umyślnego przestępstwa podobnego (w praktyce z tego samego działu przestępstw czyli jak tu "przeciwko mieniu") powoduje zarządzenie kary przez sąd. Podobnie "innego przestępstwa", "rażącego naruszenia porządku prawnego". Plichcie nie odwieszono żadnego z czterech wyroków. Między niańczeniem naiwnych obywateli a niańczeniem oczywistego bo prawomocnie skazanego oszusta jest pewna różnica. To, że ludziom nie chce się zdobyć żadnych informacji o kimś, komu powierzają duże pieniądze to ich zaniedbanie i ich sprawa.Nic rządowi i państwo do tego czy ktoś czyta oraz co czyta i w jakie durne obietnice uwierzy. Ale temu, że oszust może spokojnie prowadzić swój proceder choć ma wyroki to organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości są winne.
  • 2012-08-24 06:15 | joanna

    a co "państwowego" działa dobrze?

  • 2012-08-27 07:50 | joanna

    Re:Czy w Polsce da się wychować mistrza?

    @ wladimirz Problem nierozwijania talentów naukowych i talentów sportowych jest w Polsce dokładnie taki sam. I dokładnie takie same są jego konsekwencje- brak znaczących sukcesów, niskie wpływy z podatku od nagród (10% ryczałtowy), od dochodów osiąganych przez "mięśniaków- gladiatorów" jak ich Pan nazywa z udziału w reklamach (32% od honorarium Bolta od Pumy to drobne 3 miliony dolarów). Słynny, rozpoznawalny sportowiec to źródło dochodu państwa również. Nie tylko prestiżu, narodowej dumy i tego typu abstrakcji.To jest bardzo realne biorąc pod uwagę kwoty. Przyczyna jest prosta- ani talent sportowy ani wybitny intelekt młodego człowieka, często dziecka, nikogo nie obchodzi poza jego rodzicami, choć i tu bywa różnie. Szkoła jest kompletnie bierna i wobec uzdolnionego matematyka i wobec wyjątkowo sprawnego dziecka. Podobny brak zainteresowania dot. młodych ludzi uzdolnionych muzycznie czy plastycznie. Podobnie bierne są gminy, które wolą wydać pieniądze na imprezy masowe typu "święto kaszanki" niż zajęcia dla dzieci i młodzieży.
  • 2012-08-28 22:19 | joanna

    Powinno, ale mądrze

    Rozumiem, że dyskusja jest na okoliczność naszego dość obciachowego miejsca w klasyfikacji medalowej a nie czy kobieta z dzidą jest śmieszna czy nie. Jakby to była Polka, do tego ze złotem na szyi to i dla pana Żakowskiego byłaby bohaterką że ho,ho. A jakby nasza ekipa przywiozła medali wór to żadnej dyskusji by nie było tylko byśmy chodzili dumni jak pawie jak z "naszego Adasia Małysza kochanego" Jakoś fakt, że państwo mu groszem też sypnęło nie wzbudził żadnej dyskusji. Teraz dyskusja jest, bo okazuje się, że państwo zainwestowało źle co znaczy, że nie powinno inwestować w ogóle. Bo znowu spieprzy i nie usłyszymy mazurka Dąbrowskiego. Powinno. Bo jest to źródło wzruszenia dla mas, które niestety, nie zawsze chcą wzruszać się operą. Bo dobrze zainwestowane pieniądze zwracają się, sportowiec staje sie realnym źródłem dochodów państwa biorąc pod uwagę wysokość nagród i dochody z kontraktów reklamowych. Od których odprowadzany jest podatek. Osiągnięcia w danej dyscyplinie automatycznie dają szansę na organizację międzynarodowej imprezy - przykład mistrzostwa Europy w piłce ręcznej 2016. A to zysk z zagranicznych kibiców nie do pogardzenia. Ale jak się tworzy ekipę olimpijską z tego, co jest czyli ludzi albo o miernym dorobku albo z gwiazd gasnących to każde zainwestowane pieniądze są zmarnowane. Trzeba mieć z czego wybierać po prostu. Trzeba stwarzać możliwości uprawiania sportu przez dzieci i młodzież. Jeden na tysiąc z nich będzie wyczynowcem.Jeden na dziesięć tysięcy zdobędzie medal na międzynarodowej imprezie. Za cenę zdrowia być może. Ale czy zdrowie dla medalu tracić warto, to może niech sportowiec ocenia sam, ze sportu zrezygnować można. Ale jak słusznie jeden z dyskutantów zauważył, to właśnie sukcesy wyczynowców przyciągają młodzież do sportu. Tylko jeszcze musi mieć gdzie go uprawiać, musi mieć możliwość treningu pod opieką fachowego trenera i nie może to być droga fanaberia dla bogatych i wykształconych. To tu państwo ma zadanie do wykonania. Ale opowiadanie, że możliwa jest promocja uprawiania sportu bez sukcesu w wyczynie to bajka. Kto ma go promować? Kto będzie wiarygodny? Dla młodego człowieka przyszłe zdrowie to abstrakcja. Sukces- w zawodach, uznanie kolegów to jest to. Wiem o czym mówię jako była pływaczka żona króla strzelców reprezentacji szkoły (wszystkie dziewczyny zazdrościły), siostra zwycięzcy zawodów (wszystkie dziewczyny się uganiały), matka reprezentanta szkoły (dziewczyny jw.). Reszta to ględzenie- bedzie tak samo skuteczne jak pogadanki o szkodliwości palenia czy picia alkoholu. Do których sport wybitnie zniechęca a nie moralizowanie "bo kiedyś dostaniesz raka". Nie ten język. Nikt z nas, młodzieżowych sportowców na skalę ledwie miejscową nie uprawiał sportu dla przyszłego zdrowia i sprawności- to samo przyszło i zostało, podobnie jak nawyk uprawiania sportu. Dla marzenia o sławie (o pieniądzach w sporcie nie mówiło się wówczas) o dorównaniu naszym mistrzom. To się nigdy nie spełniło. Ale upór, ambicja, wytrwałość, świadomość konieczności systematycznej pracy, nie odpuszczania sobie- to zawdzięczamy sportowi i to procentuje. Co procentuje naszej rozlazłej, kluchowatej młodzieży, zgarbionej nad komputerem godzinami?
  • 2012-08-30 07:43 | joanna

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    @ kwieto Widac było to przełożenie kiedy medale zdobywała pani Szewińska a pan Peciak zachęcał w tv do biegania. Młodzież naprawdę zarazili, starych zgredów nie- nawyk lenistwa niełatwo zmienić. Gdy grał Boniek w Juventusie przy szkolnych boiskach ustawiała się kolejka czekających aż będą mogli zagrać. Do pańskiego przykładu z biegami narciarskimi dodam swój- ostatnio grywam w tenisa dopiero o 22, bo dopiero wtedy kort wolny. "Przed Radwańską" mogłam kiedy chciałam i ile chciałam, o ile mąż i syn mieli czas. Teraz zawsze mogę liczyć na nastoletnie dzieci znajomych, szczególnie dziewczyny. Dla których to nie tylko kwestia, że sport jest "trendy" ale i te ciuszki sexy. Absolutnie ma Pan racje, że moda na sport to korzyście ekonomiczne- handel sprzętem, strojami, praca dla instruktorów. To rownież mniej chorób, chuliganerii, pijaństwa (wysiłek fizyczny zastępuje leczenie stresu alkoholem)- to wszystko generuje ogromne koszty.Większe niż wyszkolenie olimpijczyków. Tylko trzeba widzieć kwestię całościowo, a nie odrywać wyczyn od sportu w ogóle. Nie ma jednego bez drugiego.
  • 2012-09-01 08:10 | joanna

    pomieszanie z poplątaniem

    Pan Żakowski nie widzi różnicy między zatrudnieniem w firmie syna, który "przypadkiem" TV zna od pieluch z rozmów rodziców i pewnie wizyt w studiach telewizyjnych od dzieciństwa a do tego studiował dziennikarstwo i reżyserię (Piotr Walter) a zatrudnianiem w spółce Skarbu Państwa krewnego, który nie bardzo wie co i on i ta spółka ma robić? Nie wierzę. Jeśli to chęć "pochylenia się nad ciężkim losem biednych i nieustosunkowanych" to tu słusznie czyni- dla osób bez nazwiska i znajomości los jest niesprawiedliwy. I to jest złe i demoralizujące. I tu nepotyzm "na państwowym" jest winien o wiele bardziej niż dość naturalna skłonność do zatrudniania swoich, wynikająca z zupełnie uzasadnionego braku zaufania do "obcych". Proszę sobie przypomnieć artykuły o kradzieżach w pracy, o zwolnieniach lekarskich będących urlopem, o zwykłym bumelanctwie "bo i tak pensję musi mi zapłacić", o tym, że praca nie powinna przeszkadzać w wizytach na siłowni. Czy nie jest zrozumiałe unikanie ryzyka zatrudnienia kogoś nieznajomego, kto może okazać się takim pracownikiem? Byłoby to również zrozumiałe w firmach państwowych gdyby zatrudnianie znajomych miało eliminować takich "sabotażystów". Problem w tym, że jest dokładnie odwrotnie, choć może nie zawsze. Spółka Skarbu państwa czy inna "pod opieką państwa" czyli powiązana z politykami będzie trzymać bumelanta i płacić na zasadzie "czy sie stoi czy sie leży x tysięcy się należy" bo zwolnienie jest ryzykowne- zaraz prezes poleci sam, choć kolega na ogół.Bo problemem, od którego wszystko się zaczyna jest obsadzanie prezesowskich posad "swoimi kolegami"- partyjnymi i prywatnymi. Dopiero to rodzi dalsze nepotyczne stosunki. Tu prywatyzacja i ocenianie zarządów spółek wyłącznie wg kryterium zysku mogłoby pomóc. Ale tylko do pewnego stopnia, bo nigdzie biznes nie jest wolny od nepotyzmu. W pewnej dużej i znanej firmie amerykańskiej poznałam kompletnego idiotę na wysokim stanowisku, z wysokimi zarobkami. Syna właściciela innej firmy, od której zleceń zależał los firmy zatrudniającej owego matołka. To jest zjawisko częste. Tylko, że polski problem nie jest w tym, że spółka państwowa zatrudnia jednego takiego ustosunkowanego a kilkudziesięciu "normalnych", z kwalifikacjami tylko, że "normalny" w ogóle nie ma szans bo miejsce jest tylko dla tych "z plecami". A jak nie ma, to się stworzy takie miejsce nie tyle pracy co pobierania płacy bo i tak za zły wynik ekonomiczny prezio nie straci pracy.
  • 2012-09-05 05:31 | joanna

    Dlaczego "Polaków"?

  • 2012-09-05 06:11 | joanna

    Dlaczego "Polaków"?

    Sądząc z tytułu tytułu, poszkodowanych przez oszusta jest jakiś znaczny odsetek populacji naszego kraju. Jest 2770 (słownie dwa tysiące siedemset siedemdziesiąt osób) co w prawie 40 milionowym społeczeństwie oznacza co najwyżej 1 na 15 000 Polaków. Parę milionów Polaków- 35% dorosłej populacji ma oszczędności w bankach. Która z tych wartości jest lepszym wskaźnikiem "Inżynierii finansowej" na skalę społeczeństwa? Trochę umiaru w szafowaniu słowem "Polak" przy okazji każdego popisu głupoty, chciwości, naiwności. Obraża to miliony rozumnych ludzi w naszym kraju, nie ma żadnego powodu by nas wszystkich wrzucać do jednego worka z durniami.
  • 2012-09-09 10:15 | joanna

    Re:Jak przekwalifikować nauczycieli?

    @ *** Dane nt. liczby uczniów na jednego nauczyciela w krajach OECD znajdzie sie bez trudu wpisując takie hasło w googla. Międzynarodowe statystyki to nie są bajki. Choć umiejętności poszukiwania wiedzy w dostępnych źródłach gdzie są również krzywe demograficzne i wyciągania z nich wniosków raczej szkoła nie uczy. Co nie jest dziwne, bo sami nauczyciele tej umiejętności nie posiadają. A doświadczenie szkole autorki może być takie, jak moje- szkoła dwuzmianowa, 2400 dzieci, w klasie 42 osoby. Lata 70-te. Ta sama szkoła obecnie- 500 dzieci. Niż demograficzny lat 90 tych, ujemny przyrost naturalny przełomu tysiącleci nie sa faktami tajnymi a zmniejszanie się ilości dzieci w wieku szkolnym jest widoczne od lat. Nie wyciągneli z tego żadnych wniosków ani nauczyciel uczący ani młodzież tłumnie wybierająca studia nauczycielskie (często z powodu niskich wymagań). Taktyka "jakoś to będzie". Teraz, za pieniądze podatnika, państwo ma "coś zrobić" dla dorosłych, wykształconych ludzi, którzy zupełnie bezczynnie czekali... na co właściwie? Na import uczniów? Inne nierealne rozwiązanie?
  • 2012-09-10 06:42 | joanna

    Re:Jak przekwalifikować nauczycieli?

    @ wladimirz Cięcia są raczej zrozumiale skoro brakuje odbiorców pracy nauczycieli czyli dzieci w wieku szkolnym. W szkole podstawowej w mojej dzielnicy w tym roku utworzono jedną 21 osobowa klasę, tyle jest dzieci zaczynających naukę. Lat temu 18- klas pierwszych było 4. Czy czterech nauczycieli ma teraz prowadzić tę jedyną klasę? A samorząd z naszych podatków ma to finansować? Nauczyciele przypisują jakąś osobistą niechęć do swojej grupy, a nie chcą przyjąć do wiadomości, że po prostu praca części z nich, choćby najlepsza, po prostu nie jest potrzebna bo brakuje osób, które trzeba uczyć.
  • 2012-09-11 05:56 | joanna

    Re:Jak przekwalifikować nauczycieli?

    @jer-111 Pyta Pan cyt. " Czy w Polsce kiedykolwiek ceniono szkole i wyksztalcenie, czy kiedykolwiek doceniano zawod nauczyciela???" Odpowiadam- tak i nie. Bardzo ceniono i to się nie zmieniło dobrych nauczycieli i solidne wykształcenie. A więc poszczególne osoby. To jest postawa osób solidnie wykształconych, które wiedzą jakim wysiłkiem zdobywa się wykształcenie. Lub niewykształconych lub byle jak wykształconych, ale takich, którzy mają świadomość ile stracili przez własne lenistwo i postawę "byle do jutra" czy skrajnie minimalistyczną. Jako dawna uczennica bardzo wysoko oceniam kilku spośród uczących mnie nauczycieli. Jako matka 18latka- również kilku. Jako była nauczycielka- również kilku moich dawnych kolegów. Bo szacunek nie jest "w pakiecie gratis" do jakiegokolwiek zawodu i jakiegokolwiek dyplomu czy świadectwa. Jest to coś, an co trzeba zasłużyć.I jest to wynik postawy indywidualnej a nie coś "co się należy" z tytułu przynależności do jakiejkolwiek grupy zawodowej.Nauczyciel, który domaga się szacunku tylko dlatego, że nauczycielem jest, nie powinien nim być, nie nadaje się do kształtowania postaw młodzieży, bo przekazuje niewłaściwą postawę. Dobrego nauczyciela młodzież doceni, proszę mi wierzyć. Odczuwam szacunek moich dawnych uczniów po prawie 20 latach od odejścia ze szkoły. Słyszę opinie mojego syna i jego kolegów o nauczycielach i w wielu z nich szacunku nie brakuje. Wiele z nich jest również bardzo krytycznych i to również są opinie celne- dotyczą osób, które zawód nauczyciela traktują jako pewną posadkę, na której "czy się stoi czy się leży x tysięcy się należy, nie ma co się wysilać - Karta chroni, nie zwolnią". To nie jest postawa powszechna ale częsta. Demoralizująca i dla ucznia, który widzi, że prace można wykonywać byle jak- bezkarnie i dla zaczynającego pracę, pełnego entuzjazmu młodego nauczyciela. To był główny motyw mojego odejścia ze szkoły i powrotu do "prawdziwego świata". Tu też nie zawsze za dobra pracę otrzymuje się szacunek. Szczególnie wtedy gdy efektem dobrej pracy są dobre pieniądze.
  • 2012-09-22 06:56 | joanna

    Re:Jak urzędy pracy marnują pieniądze

    Paradoksem współczesnej , szczególnie ostatnich 5 lat , "ekonomi" i "gospodarki" jest to , że im więcej ludzi opuszcza kraj ojców tym ...bardziej zwiększa się bezrobocie :))) Akurat ekonomia i gospodarka nie ma z tym wiele wspólnego. Natomiast powszechna niewiedza o obydwu ma wiele. Największą grupę emigrantów stanowią ludzie, którzy mieliby największe szanse zatrudnienia w Polsce- ludzi z konkretnym zawodem i umiejętnościami. Wcale nierzadko z dużym doświadczeniem w swoim fachu. Gdzie jest ekipa remontowa, na której usługi musiałam czekać w kolejce? W Danii bodajże. Gdzie jest mój kuzyn- doskonały spawacz i mechanik? W Norwegii statki remontuje. Mechanicy zwiali mojemu majstrowi do Niemiec, syn- inżynier do USA. W hotelach w całej Europie- polscy kucharze. Polski personel medyczny- w szpitalach w całej Unii. A tymczasem polska młodzież, dzielnie wspierana przez rodziców oblega jakieś europeistyki, kulturoznawstwa, teologia modna ostatnio. I większość na uczelniach płatnych, prywatnych- "za pieniądze dyplom muszą dać". Zawodówki dawno pozamykane, z braku chętnych, bo dziecko do zawodówki wstyd dać.Do liceum niech idzie, choć prawdę mówiąc, tępe. Ale nową maturę jakoś zda. Potem jakieś studia. Potem bezrobocie i oburzenie. Niewielu takich jak moi sąsiedzi- studenci Bóg-wie-czego-znawstwa. "Idziemy na kurs operatorów koparko-ładowarek. Wie pani, studia studiami ale jednak trzeba umieć coś robić".
  • 2012-09-24 09:57 | joanna

    Re:Czy żywność GMO wywołuje nowotwory

    @NYC w Polsce cukrzyca, nowotwory i choroby krążenia też są ogromnym problemem. paradoksalnie- wcale nie są mniejszym problemem na wsi, gdzie dostęp do żywności "nieskażonej cywilizacją" jest dużo większy niż w mieście. Bo to nie "organiczność" produktów jest decydująca ale właściwe nawyki żywieniowe i odpowiednia wiedza. Ludzie, którzy wybierają żywność ekologiczną po prostu jednocześnie odżywiają się w sposób bardziej urozmaicony, odpowiedniejszy dla organizmu ze względu na proporcje składników odżywczych, właściwy rozkład posiłków. Dieta jedzących byle co to nie tylko składniki "czymś tam skażone" a fatalny ich dobór- dieta jednostronna, zbyt bogata w węglowodany, cukry, przesolona, niewłaściwa ilość posiłków, źle przyrządzonych. Zachorowalność i długość życia ludności wiejskiej nie tylko w Polsce to sporo gorsze wskaźniki niż ludności miejskiej. Bo królują stare nawyki żywieniowe z ekologiczną świniną podaną z ekologicznym kartoflem, w charakterze zieleniny ekologiczna kapusta zasmażana na ekologicznym smalcu lub kiszony ogórek podlane wódką z ekologicznego kartofla i ciastem z ekologicznych składników. Na nieekologiczne wino, warzywa inne niż dwa, trzy nie ma miejsca.
  • 2012-09-24 10:33 | joanna

    Re:Kto wychowuje dzieci: szkoła czy rodzice?

    Znam problem jako matka 18 latka. Obie instytucje wychowywać mogą i powinny obie mogą demoralizować i nie powinny. Wielu rodziców zwala na szkołę, nauczyciele na rodziców i tak w kółko Macieju. A problem dot. indywidualnych postaw rodziców i indywidualnych postaw poszczególnych nauczycieli. Są rodzice, którzy uczą manier i obowiązkowości, podkreślając ich ważność po czym dziecko idzie do szkoły i widzi brak reakcji nauczyciela na fatalne zachowanie kolegi, który z domu zasad nie wyniósł. Problemem nr.1 jest, moim zdaniem, pobłażliwość w imię świętego spokoju. I to jest postawa i wielu rodziców i wielu nauczycieli. I tłumaczenie, "Ze wyrośnie" a jak już wyrośnie na chuligana to winny jest zawsze kto inny. Dziękuję Bogu, że przygoda ze szkoła mojego syna już się kończy bo kończy się etap postawy nauczycielskiej "od uczniów wymagam od siebie nie". Nie jest to powszechne ale nadzwyczaj częste i czasem przybiera kabaretowe formy. Skargi nauczycielki na nieodrabianie prac domowych na jej zajęcia- słuszne. Tylko, że ta sama osoba klasówki oddaje czasem po miesiącu a zdarzyło się po dwóch. Ciekawa podwójna moralność w stos. do swojej pracy i pracy uczniów.narzekanie wychowawcy na niechlujny strój uczniów a ja przed sobą widzę młodego człowieka w pracy, w kontakcie z innymi ludźmi- rodzicami więc dorosłymi, odzianego w worowate spodnie, wyciągniętą na wierzch pogniecioną koszulę i z kilkudniowym zarostem. Na szczęście nie widuję już pani nauczycielki (z czasów gimnazjum) odzianej w strój pstrokaty i z makijażem wyzywającym. I nie słyszę już skarg, że "dzieci ją przezywają "Barbie tirówka"- uderzająco celny opis image wybranej przez panią. Mający być brakiem ogólnego braku szacunku dla zawodu nauczycielskiego. W klasie syna jest "problem religijny"- mianowicie przeważająca większość klasy odmówiła udziału w lekcjach religii. I młodzież i my- rodzice usłyszeliśmy argumenty, że "to popsuje dzieciom opinię", "że świadectwo z religii może się kiedyś przydać", że wychowawca będzie musiał tłumaczyć się dyrekcji" no i argument, który miał nas powalić "przecież dzieci podwyższą sobie średnią na świadectwie!". Niestety, nikt nie dał się przekonać do tej lekcji hipokryzji i konformizmu. Jest problem nieobecności. Tylko dziwnym trafem dotyczy tych lekcji, które odbierane są jako strata czasu i przynudzanie (na ogół monotonne czytanie podręcznika przez nauczyciela). Na tych lekcjach jest również problem z zachowaniem. Czy trzeba geniusza by odkryć, że skoro ta sama młodzież na innych lekcjach zachowuje się bez zarzutu, nie opuszcza to problem nie w młodzieży a w konkretnych lekcjach? Nawoływanie do szanowania pracy nauczyciela zastępuje wielu pedagogom krytyczne spojrzenie na jakość własnej pracy. Znam to jako dawna nauczycielka- miałam ponoć najgorszą klasę w najgorszej szkole. I nie mogłam mieć większych zastrzeżeń do tej młodzieży na moich lekcjach.
  • 2012-09-25 09:08 | joanna

    Re:Polska smutna jesień w kryzysie

    @KrzysztofMazur zgadzam się z Panem. Powinniśmy tak naprawdę podziękować Bogu za recesję, za tragiczną sytuację krajów PIGS- dostaliśmy ostrzeżenie w porę i o wielkiej sile wyrazu. Już wiemy jak się kończy szastanie pieniędzmi, życie na koszt przyszłych pokoleń w imię unowocześniania i podnoszenia poziomu życia "by dorównać innym, dogonić". To jak farmakologiczny doping w sporcie- medal dziś, kalectwo, śmierć niedługo. PKB jest wskaźnikiem niedoskonałym, poziom zatrudnienia w czymś tam- też. Prosty przykład, który wszyscy wykorzystują jako wskaźnik nieudacznictwa rządu- zatrudnienie w administracji. Tylko, że jet to bardzo sfeminizowany dział i te liczby zatrudnionych to wcale nie są liczby osób wykonujących pracę. W dziale, który obsługuje jednoosobowo ściągnięta w trybie awaryjnym moja mama 72 letnia emerytka są zatrudnione oprócz niej- 4 panie- jedna w ciąży więc l-4, 3 ma urlopie wychowawczym. W statystykach są pracownicami administracji. Podobna syt. jest w szkołach, przedszkolach gdzie jeszcze dochodzą urlopy na podratowanie zdrowia- ci nauczyciele są zatrudnieni a przecież trzeba zatrudnić kogoś na ich miejsce. Recesja powinna być okazją do analizy wydatków. Dokładnie tak jak mądrzy ludzie czynią to z budżetem domowym kiedy bieda przyjdzie. Z wielu "funduszy wspierania" trzeba bądź zrezygnować lub zmienić zasady- vide artykuł o Urzędach Pracy. Wspierania innowacyjności gospodarki, choć to zadanie, z którym żadne państwo sobie nie radzi a jest dziełem jednostek to wspieranie nauki, podnoszenie poziomu szkolnictwa, dostępu do nowoczesnych technologii. Microsoftu, Googla, Nokii nie stworzyło żadne "państwo", żadne też niczego nie wynalazło. To się "samo robi" jeśli są warunki, które stworzą wynalazcę. Potem poradzi sobie i bez państwa. Ale tu bardzo szkodliwe są "państwowe gwarancje" zatrudnienia w szkolnictwie, które zabijają konkurencyjność wśród uczących. Proszę popatrzeć na Grecję- jaki jest produkt szalonego inwestowania. Oliwa, uzo i wygodne życie do czasu. Zero czegokolwiek do sprzedania oprócz ładnej pogody. Poszliśmy w inwestycje efektowne, zyskujące poklask ludzi spragnionych symboli nowoczesności, szybko widoczne. Tymczasem to, co w długoletniej perspektywie procentuje postępem odkładane jest na Święty Nigdy.
  • 2012-10-01 08:27 | joanna

    statystyki i "kombinowanie"

    proszę zwrócić uwagę na ten fragment art. cyt"dwie trzecie z 1,5 mln gospodarstw nie ma z rynkiem żadnego kontaktu, niczego na sprzedaż nie uprawia ani nie hoduje". Jak to się ma do definicji rolnika czyli osoby utrzymującej siebie i swoich bliskich ze sprzedaży płodów rolnych? Mniej więcej tak jak bezrobotna gospodyni dziergająca swetry by obniżyć koszty odzieży do "dziewiarki" czy działkowiec do "ogrodnika". Owe dwie trzecie to po prostu mieszkający na wsi faktycznie bezrobotni. Takiej syt. sprzyja możliwość zapewnienia rodzinie żywności z posiadanego gospodarstwa lub zakup tanio od sąsiada, gotówkę zapewnią dopłaty, dzierżawa, renta babci. No i brak pracy w mieście dla osób z niskimi lub żadnymi kwalifikacjami, których na wsi większość a motywacji do kształcenia nie ma bo "da się żyć"a koszt kształcenia dziecka, które dojeżdża do szkoły bądź mieszka w internacie czy na stancji jest zbyt wysoki. 20 lat temu zamieszkałam na wsi, która się wyludniała bo dopłat (i wielu zasiłków) nie było więc "żyć się nie dało" (VI klasa ziemi) potem została włączona do miasta. Obecnie jestem posiadaczką paru ha na wsi, więc "kombinatorką dopłatową" w towarzystwie robiących dokładnie to samo mieszkańców wsi. Oni oczywiście kombinatorami nie są choć dokładnie tak samo jak ja "nie sieją nie orzą" (zrozumiałe- też VI klasa). Ale wiadomo- "kombinator" to miastowy. Wcześniej za to był "miastowym frajerem" lub "miastowym głupkiem" bo płacił gotówką za ugór, którego nikt nie chciał bo w żadne tam, Panie, Unie nie wierzył. Rozdrobnienie wsi tworzy syt. i patowa i patologiczną. Te 2/3 nieprodukujących na rynek gospodarstw to nie są wcale jakieś głupie kmioty tylko ludzie, którzy nie mają żadnego wyboru. Ziemi nie dokupią bo za co? Nie sprzedadzą takiemu, który mógłby zrobić duże produkujące na rynek gospodarstwo bo pozbędą się wtedy nawet tych skromnych dochodów i możliwości uprawy dla siebie. A do miasta nie pójdą bo nie ma pracy. Więc wegetują na tych 3-5 hektarach otrzymanych z reformy rolnej- to nie jest ilość, która miała im zapewnić byt. To jest ilość, która miała ich skłonić do kolektywizacji, co się nie udało. Ale pozostawiło rolnictwo w stanie skansenu, gdzie jak córka znajdzie pracę na kasie to jest święto. Zupełnie jak kiedyś praca służącej.
  • 2012-10-01 20:33 | joanna

    Re:Polski rolnik nas nie wyżywi

    Pani Anno, pisze Pani: "Brak pomyslu na siec punktow skupu i dystrybucji. Niech jeden sprzeda 5kg,a inny 500kg plodow rolnych, kazdy zarobi swoje. A tak wiele tych "5kg" laduje na kompostniku. Przy permanentnym braku miejsc zatrudnienia w miastach , braku przemyslu na wschodzie Polski, male, rodzinne gospodarstwa sa pewnym rozwiazaniem. Tylko,ze to wymaga duzego wkladu edukacyjnego ze strony rzadu i nie tylko, a komu by sie chcialo... " I dokładnie tak jest. Nie tylko na Pani Polesiu. Na moim Mazowszu to samo. Pani, z której ziemią graniczy moja, piecze ciasto drożdżowe jakiego nie kupię nigdzie. I nikt nie kupi bo normy, standardy, Sanepidy i inne biurokratyczne, przepraszam, pierdoły.O to się dba żeby urzędas miał co robić, żeby było można od tych groszy podatek dowalić pod pretekstem "dbania o zdrowie obywatela". Dziękuję za taka troskę, wolę ciasto, które ktoś w domu upiecze, tam o czystość dba, niż w tym z Bożej łaski zakładzie gdzie czystość to w haśle na ścianie.Co ciekawa z takiego "chałupniczego wyrobu" kupuję produkty np. we Włoszech,za grube pieniądze, w sklepikach, które skupują po gospodarstwach i zdrowie póki co służy. Czyli- można. Całe rodziny z tego żyją. Bo nikt nie przeszkadza, po prostu. A to wystarczy, bo zaradności to akurat od wsi można byłoby się uczyć.Ale nie ma mowy o zaradności, gdzie robi się wszystko by jej ludzi oduczyć, ukarać za nią. Tak uczy się ludzi, że lepiej wziąć dopłatę, popracować na czarno niż próbować coś zarobić uczciwą pracą bo to tylko kłopoty.
  • 2012-10-03 04:48 | joanna

    Wiara w magiczne słowo "reforma

  • 2012-10-03 06:45 | joanna

    Wiara w magiczne słowo "reforma"

    Pisze Pan o reformach dokonanych w duchu zapewne bliskim Polakom - miało być dobrze a nie jest czyli nieudane. Ocena, niestety, bardzo powierzchowna bez odrobiny analizy. Konkrety: szpitale "fatalnie zarządzane". Szkoda, że nie sprawdził Pan które są "księgowo najgorsze". W ogromnej większości przypadków- najlepiej leczące, co niestety, oznacza leczące drogo, leczące najtrudniejsze przypadki, nie odsyłające pacjentów. Co znaczy "leczące drogo"? Wiarygodną diagnostykę, która dużo kosztuje, nowe leki, nowoczesne zabiegi. Dla pacjenta dobrze, dla szpitala fatalnie bo NFZ sfinansuje tylko część. Szpital bez długów to taki, kŧóry trudny przypadek odeśle do "fatalnie zarządzanego" lub leczył będzie tanio. Co czasem jest skuteczne w ogólnym pojęciu ale dla konkretnego pacjenta ta "skuteczność" to może oznaczać np. tanią amputację stopy cukrzycowej (skuteczne rozwiązanie problemu) zamiast bardzo drogiego leczenia zachowawczego (ze skutecznością bywa różnie). Okaleczanie ludzi byłoby więc "dobrym zarządzaniem". Niestety, chyba niedobrym leczeniem. Szkolnictwo, przedszkola: samorząd dostał je nie w "zarządzanie" choć tak to nazwano ładnie a co najwyżej "utrzymanie". Bo nie ma mowy o zarządzaniu gdy ma się z góry narzucone warunki pracy i płacy pracowników, gdy owym "prezentem od reformy" są budynki nierzadko w stanie opłakanym. Magiczne słowo reforma nie zastąpi przyziemnego słowa "remont". Prawda, że samorządy zamykały przedszkola masowo. Co miały robić gdy gdy ich stan wymagał ogromnych nakładów a utrzymanie personelu przy płacach, które narzuca Karta Nauczyciela oznaczałoby cięcie wydatków na wszelkie inwestycje, których wyborcy tak się domagali? Nie każdego wyborcę przedszkola obchodzą. Szkoły j.w. tylko dochodzi problem coraz nędzniejszego poziomu. A jaki ma być jeśli źle pracujący nauczyciel (znaczy źle w szkole bo "na korkach" to się stara) jest praktycznie nieusuwalny bo go Karta chroni? Testowa forma egzaminów nie przeszkadza dobremu uczeniu (choć niezbyt pomaga), przeszkadza brak konieczności wykazywania się dobra pracą "bo i tak nie zwolnią, uczeń na korki pójdzie, dobry wynik przypiszą mi". Każdy dyrektor, nierzadko osoby sprawujące władzę w mieście (też mają dzieci) doskonale wiedzą kto jest nauczycielem złym. I nic z tego wyniknąć nie może. Poza szkołami, które gminy przekształciły w niepubliczne. "Zarzadzanie" pochodzi od "rządzić" a rządzi ten, kto ma władzę nad kasą a nie jedynie posiada obowiązek utrzymania szpitala, którego kasą rządzi NFZ czy szkoły, której płacami pracowników rządzi Ministerstwo i ZNP. A zgodnie z art. 1 Konstytucji rządzi Naród- ten, który kombinuje jakby zapłacić jak najmniej czyli najlepiej "bez faktury" czyli bez podatku (to jest szara strefa właśnie, której zlikwidowania się domaga a sam ją tworzy), jak najmniej do "państwa" dołożyć a jak najwięcej wziąć. Może ma Pan Redaktor pomysł jak zreformować "Polaka-cwaniaka"
  • 2012-10-12 07:22 | joanna

    Re:Jak dajemy się ogłupiać

    Problemem nie jest zalew głupoty, problemem jest brak alternatywy. I tu, niestety, droga "Polityko', przykra uwaga- też jesteście stabloizowaną wersją Time'a, Spiegla i innych tygodników zagranicznych z gatunku "quality press" gdzie artykuły nie tylko pomijają tematykę sensacyjno-głupawą, ale przede wszystkim prezentują opinie i analizy poparte konkretnymi danymi, merytoryczne. A u Was często to "powiedział, co wiedział" tyle, że wiedział niewiele, danych nie sprawdził. Ot, wymądrzanie się takie "bo mi się wydaje". I powielanie propagandowych hasełek typu "umowa śmieciowa" oraz walka z taką zamiast odrobiny wysiłku by przedstawić, zanalizować czym są umowy cywilnoprawne, dlaczego zastępują umowy o pracę. Nie- hasło i rozważania powierzchowne lub ideologiczne to jest wszystko na co stać dziennikarzy. Lenistwo czy traktowanie czytelnika jak głupka?
  • 2012-10-13 06:31 | joanna

    Re:Jak dajemy się ogłupiać

    @polaczek Ludzie z wykształceniem zasadniczy lub nawet podstawowym, którzy byli moimi sąsiadami ćwierć wieku temu wyrażali się poprawniej, wypowiadali sensowniejsze opinie niż obecnie dziennikarze w tv i generalnie bardzo wiele osób posiadających wyższe wykształcenie. Bo taki język i takie wypowiedzi słyszeli w tv, czytali w prasie, która choć niejednokrotnie nierzetelna w kwestiach informacyjnych o poprawność, bogactwo języka bardzo dbała. Również tematyka daleka była od rozdmuchiwania bez końca jednostkowych wydarzeń p charakterze sensacji czy skandalu. Media wpadły w spiralę głupoty: dajemy bzdury by odbiorca pojął, odbiorca głupieje jeszcze bardziej on naszych bzdur, trzeba mu dawać jeszcze większe bzdury. A chyba powinno być zupełnie odwrotnie- edukujemy odbiorcę, czyniąc go gotowym do coraz trudniejszych treści. Ale to wymaga pracy nad własnym językiem, nad poziomem merytorycznym własnych wypowiedzi. A "odbiorca nie pojmie" jest wygodnym pretekstem by tej pracy uniknąć.
  • 2012-10-16 06:47 | joanna

    Premier powinien odjeść

    Bardzo źle się stało, że ten rząd się utrzymał. Powinien był upaść lub odejść po dymisji. I Polacy powinni dowiedzieć się jaka jest alternatywa. Skoro nie pasuje Narodowi rząd, który zrobił to, o czym inni politycy tylko gadali- drogi, dworce, doskonałe wykorzystanie funduszy unijnych, likwidacja kościelnej Komisji Majątkowej, uszczelnienie KRUSu, przyzwoity wzrost gospodarczy (czy w ogóle jakiś wzrost) na tle europejskiej katastrofy gospodarczej, skoro nie pasuje, że partia hołdująca przynajmniej trochę liberalizmowi pozwala członkom na wolność głosu w kwestiach światopoglądowych to czas by szanowny Naród dostał coś innego. Niech sobie wybiera w tym, co ma. Na pewno kraj unowocześni światopoglądowo PiS z PSLem, nie mówiąc o rewolucji ekonomicznej, której z pewnością dokona natchniona głosem samego Boga przekazanym ustami Ojca Dyrektora. Niech się pocieszy trochę zmianą dla zmiany, ze dwa lata, tyle będzie potrzeba by ludzie pojęli, że nikt im tu nie zrobi Niemiec i Skandynawii, a Grecji i innych bankrutów z dwukrotnie większym bezrobociem to nawet tacy zaprawieni w rozwalaniu ekonomii politycy wybitni nie dadzą rady zrobić. A w imieniu wszystkich pań w wieku, kiedy dzieci się już nie rodzi, bardzo dziękuję za propozycję wydłużenia urlopu macierzyńskiego. Szanse młodych kobiet na rynku pracy będą jeszcze mniejsze, pracy mi nie zbraknie w moim sfeminizowanym zawodzie. Tylko nie rozumiem (a raczej rozumiem) to ozusowanie umów o dzieło, jedynych nieozusowanych umów cywilnoprawnych, przecież to promil wśród form prawnych wykonywania pracy. Cóż, klienci zapłacą więcej albo ja mniej podatku. Nic to nie zmieni.
  • 2012-10-17 05:50 | joanna

    Re:Medialna ofensywa premiera

    Właściwa decyzja. Choć podjęta dopiero jak "Hannibal ante portas". Problemem rządu Tuska jest brak obnoszenia się ze swoimi sukcesami, przechwalania czy po prostu- reakcji na drapieżne ataki medialne z gat. "no dobra, dwa tysiące dróg gotowe ale 5 km między Pcimiem Dolnym a Górnym nie ma" (nigdy nie było i jakoś było i się nie dowalało, że nie ma). Podobnie zestawienie rozwoju gospodarki Polski i katastrofy gospodarczej Unii, wskaźników bezrobocia. Ja je mam przed oczami codziennie- na tapecie komputera. Ze Spiegla. Bo z polskich mediów to płynie rzeka lamentów, nie informacji. Karmiąc Polaków poczuciem beznadziei, niezadowolenia. Co bardzo Polakom pasuje bo uwielbiamy pomarudzić, klęskę poprzeżywać i swój kraj opluwać (nazywany zresztą powszechnie "tym krajem"- jest to pewien ewenement językowy na skalę światową). Tusk nie budzi już sympatii- wyraźnie postarzały, znużony, bez naturalnego uśmiechu. Przy rozradowanym Jarosławie to razi. A przecież Polak lubić musi, nie oceniać efekty, bo to wymagałoby wiedzy a nie tylko "mi się wydaje". I musi słyszeć rozentuzjazmowanym głosem wypowiadane bzdury go zachwycą bardziej niż ten w końcu odremontowany dworzec w jakimś Kutnie. Tuskowi brakuje niezmęczonego, najlepiej ładnego, ze swadą gadającego rzecznika. Żeby tak ładnie, obrazowo, najlepiej przy użyciu plansz i tablic na wzór prezentera prognozy pogody zaprezentował Polskę. Taką, jaka jest. Rozwijająca się, budującą, remontująca nie remontowane od dziesięcioleci, pełną ludzi żyjących na takim poziomie o jakim nie śmieli marzyć jeszcze 10 lat temu. To są miliony, tych na okrągło pokazywanych biednych, skrzywdzonych, nieporadnych jest kilka procent. Znamy ich głownie z tv, a jak spotykamy to wiemy jak często sami winni sa swojemu nieszczęściu i wcale nie czujemy współczucia (do tych z tv tak, to "inni biedni"). Tuskowi brakuje czegoś, co Polacy bardzo cenią- agresji. Zatrudnić "dowalacza", który bez żenady nazwie bzdury bzdurami, ośmieszy i "dowali"- swój chłop, z jajami, nie boi się. Jak Palikot swego czasu. Grzeczność i takt = tchórzostwo dla wielu. Albo niech ten harcownik tylko pytanie zadaje- "a co wy zrobiliście, kiedy rządziliście z drogami, bezrobociem, szkołami, służbą zdrowia, kościołem, itd., itd...." Może ludzie pojmą, że zrobienie czegoś, co nas do końca byc może nie satysfakcjonuje to jednak więcej niż nic-nie-robienie.
  • 2012-10-17 08:53 | joanna

    Re:Medialna ofensywa premiera

    @ wnukmarek "Nikt przed Tuskiem nie otrzymywał takich dotacji z unii." Czyżby? Niech Pan sobie łaskawie wpisze w googla "saldo rozliczeń z Unią Europejską" i dokona prostego działania dodawania i odejmowania. A potem porówna daty sprawowania rządów przez Kaczyńskiego i Tuska (tez do sprawdzenia w googlu jeśli pamięć zawodzi). Polecam też porównanie kilometrażu dróg wybudowanych za te kasę w przeliczeniu na rok sprawowania rządów. "Jeszcze wyjdzie jak beznadziejnie wydano te pieniądze" Póki co wyszło Komisji Europejskiej, że wydano najlepiej ze wszystkich krajów członkowskich. Za co otrzymaliśmy dodatkowe środki jako bonus. Takiej "beznadziejności" życzę sobie zawsze. "Skal zadłużenia" jest znana, podobnie jak dostępne są dane porównawcze z innymi członkami Unii. W Spieglu całkiem dużo w temacie. Cenią Polskę. Pewnie dlatego, że nie są Polakami. " Wspaniale też mają się bezrobotni, cirka 13%" Co oznacza, że circa 87% pracuje. Przy takim zatrudnieniu rządy Grecji, Hiszpanii, Włoch byłyby wychwalane pod niebiosa. Bo jakoś u tych, cośmy z taka zazdrością na nich patrzyli jeszcze kilka lat temu, bryndza kompletna.Bogu dzięki, Szanowny Jarosław nie został posłuchany gdy zaproponował dokładnie taki sposób walki z kryzysem, który doprowadził właśnie do kryzysu tych państw. "o ukrytym bezrobociu, te parę procent, nie warto wspominać." Warto. Warto również popatrzeć na wskaźniki bezrobocia zarejestrowanego i wskaźnik zatrudnienia na czarno w budownictwie (ponoć 70% pracowników) i usługach (porównywalna liczba) , gdzie Polak woli taniego majstra bez faktury niż firmę legalnie zatrudniającą ale jednocześnie wali w rząd, że nie walczy z szara strefą, którą Polak-cwaniaczek regularnie zasila swoją a) pracą na lewo, b) zatrudnianiem "fachowca na bezrobociu". Zmuszeni wyjechać za chlebem to ładne hasło. Też byłam "zmuszona" w latach 80-tych ubiegłego wieku, kiedy to bezrobocia w Polsce nie było, właściwie pracy było pod dostatkiem. W zawodzie. Bardzo budujące doświadczenie życiowe.
  • 2012-10-17 09:32 | joanna

    Re:Medialna ofensywa premiera

    le_mon proszę wpisać "Spiegel" bo chyba z "Bildem" się Panu/Pani myli. Podobnie jak chyba pomyłka w ocenie, kto zarządza odpowiada i wykonuje wszelkie operacje na Stadionie Narodowym. Mała podpowiedź- nie należy to do zadań rządu, co gorsza, nie żaden członek członek rządu nie ma prawa rozsuwać dachu. Nawet choćby umiał.
  • 2012-10-17 11:33 | joanna

    Re:Medialna ofensywa premiera

    @ le_mon "Odnoszę wrażenie że w Niemczech może być podobnie, więc Bild czy Spiegel...? Jaka to różnica? " No, no można sprawdzić. Poczytać.Po prostu. I porównać z "Polityką", co jest dość bolesnym przeżyciem dla czytelnika "Polityki".Nie jest podobnie. wcale. Co do Stadionu- akurat doskonale pokazuje "że gdzie kucharek sześć, tam nie co jeść". Zarządca Stadionu, kim by nie był, nie może podjąć takiej decyzji bez 1. decyzji obserwatora FIFy,który pyta 2. trenerów obu drużyn (zażyczyli sobie otwartego dachu), 3. organizatora rozgrywek czyli PZPN. Przy czym polecenie zamknięcia dachu, podobnie jak ocena, czy mecz może być rozegrany w takich czy innych warunkach należy do obserwatora FIFy wyłącznie. Ten zaś przybył na miejsce o godzinie 19 kiedy deszcz już padał mocno a dachu podczas opadów zamykać nie wolno .Skandalu by nie było, gdyby zarządca olał przepisy FIFy i dach zamknął zaraz jak zaczęło padać lub pod wpływem prognozy pogody. Protestów by nie było prawdopodobnie, choć takie postępowanie zarządcy obiektu jest niezgodne z owymi przepisami. Oczywiście, że postępowanie zarządcy uważam za niewłaściwe. Od tego jest zarządcą by umieć podejmować ryzykowne decyzje wobec zaistnienia takiej konieczności. Tymczasem wybrał bezczynność w imię "jakoś to będzie, są przepisy".
  • 2012-10-23 05:24 | joanna

    Re:DEBATA: Komu finansować in vitro?

    Przykład prezeski jest bardzo ciekawy bo świetnie oddaje "głos ludu" (czy raczej forów) w tej kwestii- nie będzie Polak-szarak płacił na bogate starzejące się baby. Bo, że robiąca pieniądze pani prezeska wpłaciła ZUSowi w postaci składek zdrowotnych zapewne znacznie więcej niż Polak-szarak więc zapewne zafundowała mu i jego rodzinie ubezpieczonej z tytułu jego składek leczenie jego i ich chorób to jeszcze nie jest powód by sama mogła dostać pomoc w swoim nieszczęściu. Jak ją nowotwór dopadnie, to niech sobie też sama zapłaci? Bo ma kasę, nie? Składki płacone przez lata przecież nieważne! Procedura in vitro to kilkanaście tysięcy jednorazowo. Czasem dzieci rodzą się po kilku próbach, jaki próg dochodów można uznać za wystarczająco wysoki by wykluczyć kogoś z grupy, której to świadczenie przysługuje? I dlaczego wykluczeni maja być ci, którzy najwięcej do systemu wpłacili? Co gorsza, to również ci, którzy najwięcej dziecku mogą zapewnić bo darmowa opieka zdrowotna, darmowe szkolnictwo to od dawna jest fikcja. Jeśli in vitro jest metoda leczenia schorzenia czy dolegliwości jaka jest bezpłodność, to powinno przysługiwać wszystkim, kŧorzy na te dolegliwość cierpią a procedura ma szansę powodzenia w ich przypadku. Zdaje się, że tak w krajach cywilizowanych leczy się ludzi, bez dzielenia na tych, którzy sobie "zasłużyli". Bo leczenie nie jest żadną łaską a tym, na co każdy pracujący człowiek płaci składki. Wysokie, bo muszą starczyć na niepracujących, pracujących na czarno i KRUSowców.
  • 2012-10-24 05:30 | joanna

    Re:Szkoły pełne przemocy

    Moje obserwacje jako dawnej uczennicy, matki nastolatka, nauczycielki. Często dzieci w domach, również tych zupełnie normalnych, nie są wychowywane. Raczej hodowane- tzn. rodzice zapewniają im byt, natomiast nie uczą manier, odnoszenia się do innych, pozwalają sobie na teksty pełne agresji, pogardy, zawiści w obecności dzieci. Chamskie zachowania dzieci nie spotykają się z reakcją rodziców lub reakcją pozytywną, niestety, często rodzice tolerują takie zachowania w stos. do siebie naiwnie wierząc, że "wyrośnie". Do szkoły trafia duża grupa kilkulatków z domów gdzie "dzieciom wszystko wolno". Nauczyciel rzadko podejmuje interwencję dopóki syt. jest w miarę znośna co na ogół oznacza brak rozmów z konkretnymi rodzicami dzieci, kŧóre nie potrafią się zachować. Zniechęca do tego postawa rodziców, którzy nie bardzo rozumieją dlaczego "się czepia"lub wygodnie przyjmują, że "nauczyciel nie lubi dziecka". To są autentyczne teksty rodziców, które usłyszałam jako nauczycielka. Rozmowy z dziećmi o niewłaściwym zachowaniu na etapie szkoły podst. nierzadko pełne były ripost dzieci "a mój tata, mama tak mówią". Zdarzało się przechwalanie się dzieci: "a mój tata tak przywalił sąsiadowi" (chodziło o uderzenie człowieka). To nie dzieci tworzą agresję, one w tej agresji żyją- agresji dorosłych. Moje doświadczenia ze szkoły średniej- bardzo złej, trafiała tam młodzież wyrzucona z "dobrych szkół" na zasadzie pozbyć się problemu pozbywając się ucznia, to przede wszystkim ucieczka nauczycieli od problemu na zasadzie "ja nic nie wiem". W ogóle nie poruszano tematu chamstwa, przemocy ani na zabraniach jedynie lamenty o charakterze ogólnym "jak mi się ciężko pracuję z tą klasą". A dla rodzica "klasa" to abstrakcja, on może coś zrobić jedynie ze swoim dzieckiem. Jak już od problemu nie może tchórzliwie uciec, nauczyciel chętnie zastosuje represje w stos. do całej klasy czy grupy zamiast dociec winy i winnych (da się, da) co łobuza nie zniechęci, a niewinni widzą, że nie ma znaczenia indywidualne zachowanie. Miałam naprawdę dobre doświadczenia z klasą, którą przejęłam po pani, która nie dawała sobie rady. Ucinając natychmiast wszelkie zachowania agresywne. Początkowo było to lekceważone bo młodzież uważała, że "sobie odpuszczę", grożono mi "bo się przestraszę". Nie odpuściłam, nie przestraszyłam się co szybko wzbudziło szacunek i posłuch. I tu jest chyba pies pogrzebany- postawa tchórzliwa nauczycieli sprzyja szkolnej agresji. Jest ona powszechna, "ja chcę mieć święty spokój", "ja nie będę po lekcjach zostawać i spotykać się z rodzicami, nie płaca mi za to". Fakt, spotkania z rodzicami to przeżycie pozbawiające złudzeń o poziomie społeczeństwa, które chce mieć grzeczną młodzież demoralizując ją na co dzień.
  • 2012-10-24 06:04 | joanna

    Re:Głodówka w ośrodkach dla uchodźców

    Sprawa nie jest prosta. Te same złe warunki w ośrodkach internowania, które nie tylko są winą polskiego personelu ale w ogromnej części samych internowanych, duża trudność w uzyskaniu statusu uchodźcy powoduje, że jesteśmy w zasadzie krajem tranzytowym a nie docelowym. Nie mamy takich problemów jak Niemcy czy Francja gdzie procent imigrantów w społeczeństwie jest znaczny i powoduje problemy nam jeszcze nieznane np. zabójstwa islamskich dziewcząt, gwałty na "zbyt zasymilowanych", grupy przestępcze typu mafia tworzona przez grupy etniczne. Dzielnice zaludnione wyłącznie przez imigrantów, rządzone przez jakichś "wodzów" gdzie państwowe prawo nie obowiązuje. Na takie problemy nie byli narażeni nasi zachodni sąsiedzi przyjmując naszych emigrantów lub w znacznie mniejszym stopniu. Polacy emigrowali by stać się częścią jakieś społeczeństwa, wtopić się w nie akceptując lokalne warunki, porządek prawny.
  • 2012-10-24 06:24 | joanna

    Re:DEBATA: Komu finansować in vitro?

    "Niekorzystne geny" to powiela sama natura nie odmawiając płodności ani alkoholikom ani ludziom o inteligencji niskiej lub upośledzonej ani ludziom dotkniętym schorzeniami dziedzicznymi. Od czasów Hitlera i szwedzkich czy amerykańskich programów sterylizacji nikomu (lub prawie) nie przychodzi do głowy by ograniczać prawa tych ludzi do posiadania potomstwa. Na świecie żyje już 4 miliony ludzi, którzy przyszli na świat tą metodą, która nie jest żadną "nowinką medyczną"- jest stosowana od 1978 roku czyli 34 lata! Ci ludzie są grupą badaną bardzo starannie (warunkiem wykonania zabiegów w USA i Izraelu przez wiele lat była zgoda na takie badania regularne i powtarzane przez wiele lat) i nie wykazują żadnych genetycznych anomalii. To są fakty, które są znane i dowiedzione. Gadanie, że "nie wiadomo" to gadanie człowieka, który sam nie wie i tyle.
  • 2012-10-24 11:45 | joanna

    Re:Szkoły pełne przemocy

    Krzykiem i biciem chcecie państwo wyeliminować... krzyk i bicie? Ciekawe. Tym bardziej, że każdy doskonale wie, że to wyraz bezsilności a nie siły. A łobuz będzie miał nie lada uciechę, że udało mu się sprowokować. To nie jest droga. Drogą jest upierdliwość. W ramach uprawnień, którą szkoła i nauczyciel ma tylko stosować się nie chce. Wzywałam rodziców za każdym razem, kiedy uczeń zachował się źle, często ZANIM do agresji fizycznej, wyzwisk doszło. Nie przychodzili początkowo w nadziei, że "sobie odpuszczę". Dostawali ostrzeżenie- będzie list polecony z wezwaniem, brak reakcji- powiadomienie Sądu Rodzinnego. Nigdy do tego nie doszło. Przychodzili. Wrzeszczeli na mnie, normalne. Przestali, kiedy pojęli, że nie jestem dla ich dzieci wrogiem, że nie o karę wcale chodzi a o poprawę dziecka. I poprawa była. Ogromna. Kiedy i rodzice i młodzież pojęła to, co powiedzieli kiedy się z nimi żegnałam odchodząc ze szkoły cyt." Pani naprawdę na młodzieży zależy, Pani naprawdę chce ich dobra". Dlaczego odeszłam (wraz z trzema takimi jak ja)? Dokładnie tak, jak państwo piszecie- byłam "kłopotem". Do pewnego czasu mieliśmy dyrektora po swojej stronie. Ale i on miał dosyć. Nie nas a konieczności zajmowania stanowiska wobec tego, co spotykało nas ze strony nauczycieli, dla których byliśmy solą w oku. Donosy o absurdalnej treści, plotki, niszczenia naszych rzeczy pozostawionych w pokoju nauczycielskim, obgadywanie przed uczniami i rodzicami, sugestie "dziwnych relacji" z uczniami.
  • 2012-11-02 07:53 | joanna

    Re:Czy naprawdę potrzebujemy więcej Polaków?

    Owe wnioski nie uwzględniają nakładów na opiekę zdrowotną, szkolnictwo, becikowe, zasiłki rodzinne itp. świadczenia, które podatnik ponosi na młode pokolenie zanim ono zacznie przynosić dochody w postaci składek, podatków. Które tylko wtedy będą gwarantować dochody budżetu jeśli ci młodzi ludzie znajdą pracę i będzie ona dobrze płatna. Co jest osiągalne wtedy, gdy podaż siły roboczej jest mniejsza niż popyt na nią. "Wyprodukowanie" następnego miliona czy dwóch pracujących za najniższą krajową to żaden zysk. A w XXI wieku raczej niewielkie są szansę na gwałtowny wzrost zapotrzebowania na pracę ludzką przy automatyzacji produkcji, możliwości wykonania wielu czynności drogą elektroniczną, przy pomocy "bezobsługowych" urządzeń. Inna kwestią jest zachowywanie sprawności, zdrowia przez znacznie dłuższy okres życia. Wraz z postępem medycyny, poprawą warunków życia i warunków pracy, coraz więcej ludzi jeszcze kilka, kilkanaście lat temu uważanych za "staruszków" wcale nie zamierza rezygnować z pracy. Bo to i większe pieniądze niż emerytura i kontakt z ludźmi i poczucie bycia przydatnym, ważnym. Być może obecne pokolenie 60 latków jest mało mobilne, zacofane technologicznie ale obecni 40 latkowie za 20 lat? To już inni ludzie będą. Tak jak inni są obecni Skandynawowie, rozważający podniesienie wieku emerytalnego do 75 lat (67 jest od dawna) bo i tak starzy ludzie nie odchodzą z pracy po osiągnięciu wieku uprawniającego do emerytury.
  • 2012-11-19 06:32 | joanna

    sukcesy gospodarcze- tak, demokracja- klapa

    Kwestię wykorzystania funduszy załatwiła KE - w roku 2010 przyznając nam dodatkowe pieniądze jako premię za dobre wykorzystanie funduszy. Wystarczy wpisać w googla "dodatkowe pieniądze z Unii". Choć każdy kraj unijny jest do nich uprawniony, dostaliśmy tylko my, Czesi i Słowacy. Po 27 latach prowadzenia samochodu i jeżdżenia po Polsce, obecny stan dróg oceniam jako zmianę rewolucyjną, w tym stan dróg lokalnych. Wpadka z Covec to 50 km, ułamek nieistotny dla ogólnego kilometrażu. Rozdmuchany do bólu bo lud kocha wpadki. Istotny, podobnie jak upadłości firm budujących dla koniecznej weryfikacji systemu przetargowego premiującego "twórcze kosztorysowanie" pdd hasłem "zdobyć kontrakt- potem się zobaczy". Wielkim sukcesem gospodarczym jest fakt, że w latach ogólnoświatowego kryzysu pozostaliśmy jedynym krajem Unii, jednym z niewielu krajów rozwiniętych, który nie zanotował ujemnego wyniku. To trudny do zauważenia sukces tak jak trudno jest zauważyć, że jest się zdrowym dopóki tak jest. Wtedy warto o chorych poczytać- 25% bezrobocia ogólnego w Hiszpanii, 45% wśród młodych. Podobnie w Grecji. To kraje, na które patrzyliśmy z zazdrością jeszcze kilka lat temu- jak to doszły z nędzy do pieniędzy tak szybko. Natomiast z polityką jest bardzo źle. I tu winę ponosi i agresja PiS, nieskrepowane wygłaszanie tekstów obraźliwych, wywrotowych i parszywych oskarżeń i bezczynność PO, pozwalającej się wszelkimi pomyjami oblewać, biorącymi na przeczekanie "może się uspokoją". Nie uspokoją, rozkręcają się, pokazując, że wolno Polskę i demokrację lżyć, podważać wybory dokonane przez Polaków w imię własnych interesów lub urojeń. Przygarniać zwykłych bandytów - kiboli i chłopców jak z Hitlerjugend pod swoją opiekę, mimo jawnie głoszonych przez nich haseł o charakterze przestępczym. Nie myli sie PiS, że państwo jest słabe- w silnym, broniącym zasad cywilizowanego świata, znaczna część popleczników tej partii miałaby wyroki karne, sporo byłoby skierowanych na obserwację psychiatryczną. A guru sekty z Torunia zakończyłby swoją działalność. Tak, jak musiał zakończyć ją w Niemczech, gdzie tolerancja dla poglądów kończy się gdy zaczyna przybierać ona formę przestępstwa.
  • 2012-11-27 06:36 | joanna

    Re:Matura z religii: rozpaczliwy ruch Kościoła

    Mam nawet propozycje tematu rozprawki: "Interpretacja słów św. Mateusza >>Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną.<<(Mt 6:19-21) na przykładzie: polskiej architektury sakralnej ze szczególnym uwzględnieniem Lichenia, Kościelnej Komisji Majątkowej (zlikwidowanej) i afery o.o. salezjanów (oraz innych)" Te konwulsje kościoła wobec normalnego procesu laicyzacji społeczeństwa. Po śmierci papieża (przeze mnie ocenianego źle) wieściłam utratę pozycji kościoła po 10 latach. Zostało jeszcze 3. By ta instytucja zachowała jakąś pozycję na prowincji gdzie "religijność" to "żeby stare baby nie obgadywały", ślub z welonem i pijaństwo na chrzcinach czyli folklor. Bo miasto to już "czarnego luda" się przestaje bać. Widząc, że nie straszny a śmieszny.
  • 2012-11-29 06:11 | joanna

    To film o Polsce

    Cała ta wrzawa pokazuje jak ten film jest prawdziwy. Mieszkańcy miasteczka to dokładnie ci "protestujący", za wszelką cenę niechcący ujawnienia prawdy. A twórcy i aktorzy stali się braćmi Kalinami. Czy nas to boli czy nie, mord w Jedwabnem jest faktem historycznym- zbadanym i udokumentowanym. Podobnie jak pogrom kielecki, podobnie jak szmalcownictwo, podobnie jak pomniejsze mordy. Dokładnie tak samo jak bohaterstwo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, straszliwa śmierć Polaków ukrywających Żydów. Nie jesteśmy jakimś narodem składającym się jedynie ze świętych męczenników, jesteśmy ludźmi i dobrymi i złymi. W tymże samym Jedwabnem nie wszyscy mordowali, byli i ci patrzący z przerażeniem i bezradnością, byli i ci, którzy ratowali (Wyrzykowscy). Nie było "narodów świętych" w czasie wojny. Skalane wydawaniem Żydów, rabowaniem żydowskiego mienia są wszystkie okupowane przez hitlerowców kraje. Niektóre skalane czynną, oficjalną współpracą jak francuskie SS Charlemagne, jak norweskie Norge SS, których istnieniu nikt tam nie zaprzecza, o których napisano wiele książek. Historia każdego kraju to zbiór prawd chwalebnych i bolesnych. Współczesność każdego kraju również- więzienia nie są puste, a widok "wszechpolaków" czy kiboli raczej nie napawa optymizmem co do możliwości ataków na tle rasowym.
  • 2012-12-11 05:45 | joanna

    "bogaty" nie iznacza "światły

  • 2012-12-11 06:14 | joanna

    "bogaty" nie oznacza "światły"

    Przyjmowanie marksistowskiego "byt określa świadomość" jest uproszczeniem "o połowę". Bo również "świadomość określa byt". Nie dziwię się radykalizacji młodzieży, choć napełnia mnie ona niepokojem ale stwierdzenie, że rewolucyjna postawa wynika z biedy i braku perspektyw jest wielkim uproszczeniem. W dużym stopniu ta bieda i brak perspektyw jest wynikiem zatrucia umysłów młodych ludzi przez poglądy starszego pokolenia "że nie da się", "że nie warto się wysilać". Ta z kolei postawa w dużym stopniu kreowana jest przez media epatujące złymi wiadomościami, przez takie wypowiedzi polityków czy związkowców, nasze zakorzenione "narzekactwo" i wszystko "źleeee". To prawda, że ludzie żyjący w biedzie tracą energię i nadzieję. Prawdą jest również to, że ludzie bez energii i nadziei są skazani na życie w biedzie. Widzę skutki prawie kompletnego braku pozytywnego przekazu medialnego, rodzinnego, towarzyskiego wśród młodych ludzi. W postaci rosnącej bierności wobec własnego życia, przyjmowanie postawy "byle się nie narobić bo i tak to nic nie da" choć niejednokrotnie przykład z rodziny czy znajomych temu przeczy. Wtedy przyjmuje się postawę wygodną "miał szczęście i tyle". Do tego dochodzi "polskie rozpolitykowanie" wyrażające się w przekonaniu, że od "władzy zależy moje życie nie ode mnie". A tymczasem decyzje "władzy" mają znaczenie bardzo małe. Szczególnie w naszym kraju, gdzie mało kto traktuje prawo poważnie, gdzie jego egzekucja jest traktowana mało rygorystycznie. W konsekwencji mamy miliony ludzi, którzy szukają radykalizmów w przekonaniu, że "państwo nie działa" bo im jest źle. Czyli trzeba szukać jakiejś rewolucji by było lepiej, bo do własnego działania są już niezdolni. Do tego potrzeba chociaż odrobiny wiary "że warto", "że można".
  • 2012-12-12 10:02 | joanna

    prezes bardzo dobrze wie co robi

    Ocenianie działania Jarosława Kaczyńskiego w kategoriach racjonalnych, w kategoriach prawdy, rozwiązań prawnych nie ma żadnego sensu. Jarosław Kaczyński doskonale wie, że poparcie i to duże zapewnia mu odwoływanie się niechęci, nienawiści, stereotypu a przede wszystkim -strachu. A strach "przed Niemcem co jak będzie mógł to nas, panie..." to nadal jest całkiem żywe uczucie w pokoleniu staruszków, stanowiących pokaźną grupę wyborców PiS, w pokoleniu młodszych nierzadkie są opinie o ekonomicznym zniewoleniu Polski przez Niemcy,a w ogóle 'obcy to obcy"- czy to innej narodowości czy religii czy nawet inaczej ubrany. Można, oczywiście, widzieć w działaniu Kaczyńskiego szaleństwo. Tylko, że "w tym szaleństwie jest metoda" na zdobycie 1/4 albo i więcej poparcia w wyborach. Kaczyński nie działa nieracjonalnie, całkowicie świadomie i umiejętnie bazuje na emocjach, na takim słownictwie, na takim wyszukiwaniu "wroga", które trafi do jego elektoratu. Inteligentów i ich opinie o swojej osobie ma gdzieś, doskonale wie, że nie opinie a jedynie liczba zwolenników o zwycięstwie wyborczym. Doskonale również wie, że jego elektorat również opinie "inteligentów" ma gdzieś. Bo ich nie lubi, przede wszystkim dlatego, ze ich nie rozumie, również dlatego, że czuje się od nich gorszy i biedniejszy. Więc jak atakują przeska kochanego to tym bardziej trzeba prezeska biednego poprzeć.
  • 2013-01-10 06:21 | joanna

    tradycja wciskania prezentów

    Na pytanie "czy dałaś prezent lekarzowi" odpowiadam twierdząco. Była to grafika o sporej wartości artystycznej, teraz pewnie i materialnej. Było to w latach 80-tych i było to oczywiste, każdy dawał- najczęściej koniak.Nie miałam żadnego dylematu moralnego, po prostu chciałam by człowiek, który mi matkę uratował odczuł, że to doceniam. Przyjął, wyraził uznanie dla piękna owej rzeczy, było mi bardzo miło. Kiedyś jako nauczycielka dostawałam prezenty od odchodzących klas. Wszyscy nauczyciele dostawali a jako matka maturzysty mam za sobą i składke na prezent dla pani przedszkolanki, i wychowawczyni klas I-III i wychowawczyni klas IV-VI, gimnazjum, niedługo na koniec liceum. Czy chciałam owe prezenty dostawać? Nie. Nie zależało mi wcale, podobnie innym nauczycielom, często owe prezenty były nietaktowne (żelazko, koc, komplet ręczników, kiczowata lampa) i w pokoju nauczycielskim trwał ranking kto większy badziew dostał. Czy chciałam by kolejni wychowawcy mojego syna dostawali prezenty- wcale nie chciałam, szczególnie wobec faktu jakie prezenty rodzice uważają za super- równie badziewne. Moja propozycja by dać piekną książkę z podpisami uczniów (jedyny prezent, który dostałam jako nauczycielka, a który nie wylądował w piwnicy lub koszu) nigdy nie spotkał się uznaniem rodziców, został wyśmiany. Z określania takich działań jako korupcji śmieję się w głos. Bo doskonale wiem, że nie prezentem załatwia się sprawę lepszej opieki w szpitalu a prywatnymi wizytami u lekarza lub żony/męża lekarza lub jego kolegi. W przypadku szkolnictwa są to korepetycje u kolegi nauczyciela, który z kolei uczy prywatnie uczniów kolegi. I to się nie zmieni dopóki opiekę medyczną i szkolnictwo będziemy mieli na obecnym poziomie. A czy zwyczaj obdarowywania zniknie? Wątpię. W czasach PiS i jego obsesji antykorupcyjnej dyrektorzy szkół zakazali dawania prezentów, tylko kwiaty były dopuszczalne. Rodzice nadal sie składali, tylko zanosili prezenty do domu nauczyciela zamiast dać w klasie. Żadne tłumaczenia nauczycieli "że zakaz", żadne odmowy nie działały, nieotwieranie drzwi też nie, przychodzili do skutku. Az przyjął dla świętego spokoju.
  • 2013-02-22 20:50 | joanna

    nie będzie żadnego "nowego podatku"

  • 2013-03-02 07:38 | joanna

    Re:„Afera” z koniną, czyli strachy na lachy

    Kompletnie autor nie pojął o co chodzi w całej sprawie. Nie chodzi o to czy konina jest smaczna czy nie, zdrowa czy nie. Chodzi o to, by konsument wiedział co je. I mógł wybrać produkt taki, jaki zjeść chce a nie padał ofiarą oszustwa producenta, nawet, jeśli nie ma to złych skutków zdrowotnych.Czy ktoś będzie jadł koninę czy wybierze rodzaj mięsa, który bardziej mu odpowiada ze względu na gatunek zwierzęcia, sposób jego hodowli, transportu czy uboju to jest jego sprawa- sumienia, sentymentu itd. Rzecz w tym, by wiedział co wybiera. Ze względów zdrowotnych czy smakowych, a tym bardziej z głodu, to można zjeść i psa i kota i dżdżownicę. Tylko, że tu nie chodzi o to "czy można" tylko czy się chce z pełną świadomością to właśnie jeść. Ja po prostu konia jeść nie chcę. I chcę mieć prawo go nie jeść. Dodawanie koniny bez mojej wiedzy do mięsa, które nie budzi moich oporów jest tylko zwykłym oszustwem. Popieranie go czy tolerowanie dlatego, że jest "zdrowe" to absurd. Woda jest zdrowa a wódka nie- czy to oznacza, że sprzedawanie wody opakowanej jak wódka i w cenie wódki jest w porządku?
  • 2013-03-14 06:29 | joanna

    Re:Wałęsa i jego rozrachunki z samym sobą

    @camelu, życie za komuny to karkowe przydziały dające dziennie: 80 (osiemdziesiąt) gram mięsa, trzy łyżeczki cukru, masła na 2-3 kromki, jedne buty na zimę (jak nie wytrzymały można było sobie kupić na bazarze za równowartość pensji nauczycielskiej), cerowanie, szycie by w jednej parze skarpet, rajstop, przechodzić miesiące,w płaszczu czy bluzce- lata bo w sklepach pusto. To cena metra mieszkania równa rocznej pensji lub 20 lat czekania w kolejce w spółdzielni. To co młodzi ludzie widzą w "Alternatywy 4" to była rzeczywistość. Nawet bardzo skromnie żyjąca rodzina dzisiaj, żyje na dużo wyższym poziomie. Myśmy żyli tak, jak teraz na Kubie, tylko w gorszym klimacie. Ludzi żyjących na obecnym poziomie określanym jako bieda czy ubóstwo były setki tysięcy. I nie dostawali żadnej pomocy. Nie mówiło się o nich, choć każdy z nas znał rodziny, mieszkające bez wody,z wc w podwórzu,piecami węglowymi w mieszkaniach, dwóch rodzinach w dwóch pokojach, grzejących wode na kuchni by zrobic panie we "Frani". Stąd wielki mój szacunek dla pana Wałęsy i innych opozycjonistów, dla tych zamordowanych przez reżim, więzionych i internowanych, ze zniszczonym życiem rodzin zastraszanych i bitych za to, że ja mogę żyć inaczej. Ale nie każdy, kto sprawdził się w walce, w tamtych czasach, sprawdza się obecnie. Problemem pana Wałęsy jest to, że nie umie zaakceptować, że jego czas minął. Że już nie potrzeba odwagi do walki, że trzeba umieć żyć BEZ WALKI. Czas rozwalania minął, przyszedł czas nudnego i przyziemnego budowania, płacenia podatków. Czas normalny. Normalny nie oznacza- łatwy.
  • 2013-03-15 09:46 | joanna

    Re:Wałęsa i jego rozrachunki z samym sobą

    te bzdury i ohydę każdy umiejący czytać i cokolwiek rozumiejący bez trudu znajdzie. Jesli nie żył wtedy albo mu się pamięć zresetowała na rzecz wydumanych upiekszonych obrazków. Wystarcza hasła "reglamentacja w PRL", "polityka mieszkaniowa w PRL", oraz pomocnicze- np. "bony towarowe PKO", "Pewex". "cinkciarz"
  • 2013-04-09 06:03 | joanna

    Re:Problem eksmisji do pilnego rozwiązania

    @ camelu, popełniasz błąd patrząc na niepłacących czynszu z punktu widzenia człowieka uczciwego, który tylko wtedy by nie zapłacił gdyby z głodu umierał. I wydaje Ci się, że tak jest w przypadku większości zalegających z czynszami. A nie jest to prawda. Większość tych niepłacących nie płaci "bo co mi zrobią". Są to osoby wcale nie w szczególnie ciężkiej sytuacji materialnej. W bloku,w którym mieszka moja mama zadłużenie względem spółdzielni wynosi ponad 100 tys. na 50 mieszkań. Nie ma tam ani jednej osoby bezrobotnej, schorowane sa takie jak ona- emerytki, wszystkie płacą. Nie płacą zupełnie nieźle sytuowani (sądząc z samochodów i strojów) cwaniacy, którzy doskonale wiedzą,że eksmisji nie będzie. Lokatorzy zadłużeni stanowią 1/4 tej spółdzielni.To nie jest przykład jednostkowy- blok moich teściów- 30 mieszkań- zadłużenie 69 tysięcy. W tym wygenerowane przez "zaradne" małżeństwo, które wprowadziło sie do mieszkania niepełnosprawnej matki i nie płaci wiedząc, że eksmisja jest niemożliwa - ani jej ani jej "opiekunów". Którzy oboje pracują, żyją na poziomie ponadprzeciętnym. W tej spółdzielni niepłacący to 1/4 (dużo wiecej było ale po wyrokach o eksmisji do "pałacu cudów" wielu "nagle znalazło" pieniądze) Ludzie, którzy naprawdę nie płacą z powodów losowych stanowią nikły procent w morzu cwaniaków. I nie mają wypisane na twarzy "jestem uczciwy ale biedny". A kłamstwa wymyślane przez broniących sie przed eksmisją cwaniaków sa o wiele bardziej przekonujące niż ich szczerość. To nie jest, camelu, propaganda. To jest rzeczywistość, w którą po prostu trudno uwierzyć człowiekowi przyzwoitemu. Nie lepiej jest w mieszkaniach komunalnych -w moim mieście zaległości ma ponad połowa- był o tym spory artykuł w lokalnej prasie.Forumowicze oczywiście stanęli murem za "biednymi lokatorami" naiwnie wierząc w te "biedę", która jest prawdą tylko w nielicznych przypadkach. To nie państwo jest "niecywilizowane" to ogromna grupa społeczeństwa o mentalności dziada- niech płacą za mnie inni- frajerzy.
  • 2013-04-20 07:24 | joanna

    Re:Biopaliwa – wielka wpadka Europy

    Pani Redaktor, o absurdzie biopaliw to naprawdę dużo już napisano. Może warto coś poczytać zanim się coś napisze. 1. wzrost cen żywności, szczególnie dotkliwa w biednych regionach świata, gdzie przerabianie manioku na biopaliwa spowodowało wzrost jego ceny dla ludzi nim się żywiących. Podobnie wysoki jest wzrost cen kukurydzy, bedącej głownie paszą dla zwierząt hodowlanych na całym świecie 2. wykorzystywanie dawnych pól i pastwisk biednej ludności afrykańskiej na uprawę jathropy dobrej do produkcji bioabsurdu ale niejadalnej dla ludzi i zwierząt (polska nazwa- obrzydlec przeczyszczający) 3. wzrost cen zbóż chlebowych o ponad 20% bo bardziej opłaca się uprawiać rzepak na biopaliwa niż pszenicę czy żyto, wzrost cen oleju spożywczego widzimy wszyscy 4. biopaliwa nie mogą być transportowane rurociagami (powodują korozję) więc ich transport cysternami to kolejne koszty i tony paliwa zużyte by przewozić paliwo
  • 2013-04-20 10:50 | joanna

    Re:Biopaliwa – wielka wpadka Europy

    @stary polak Problem w tym, że alternatywnymi źródłami energii, o których piszesz zajmują się naukowcy. Czyli grupa, która nie ma żadnej siły nacisku na polityków. Bo efekty ich badań, ich argumenty dla współczesnych polityków z bożej łaski są kompletnie niezrozumiałe. Za to argumenty lobby rolniczego, importerów surowców do produkcji biopaliw uzyskanych z produktów rolniczych również tam, gdzie ludzie żyją w stanie permanentnego niedożywienia sę jak najbardziej konkretne. A nazywają się kasa na kampanie i inne apanaże. Na globalnym ociepleniu wyrosła ekoreligia, gdzie rozum dawno zastąpiła propaganda.
  • 2013-04-22 06:42 | joanna

    Re:Jaki cel przyświecał braciom z Bostonu?

    Wydaje mi się, że bliżej tu do Andersa Breivika niż do czeczeńskich bojowników. Poczucie wyobcowania, poszukiwania we wspólnocie religijnej nie tyle inspiracji i jakiegoś celu życia co po prostu ludzi potrafiacych zrozumieć, że "przybysz z Dagestanu" czuje się w USA obco. Widzi świat bogaty ale pusty i obojętny, o tym co jego boli- losie jego rodziny, przyjaciół zostawionych gdzie tam daleko nikt rozmawiać z nim nie chce, albo nie potrafi, bo nie wie, o co w ogóle chodzi. Oczywiście, to są problemy tysięcy "nowych Amerykanów", którzy jednak tłumią to poczucie wyobcowania, frustrację i samotność, poczucie niższości "nowoprzybyłego". Ale na tysiące znajdzie się osobowość psychopatyczna- "ja cierpię przez was to wy będziecie cierpieć przeze mnie"
  • 2013-05-17 06:06 | joanna

    "Polityka" znowu promuje

    Gdyby tzw. poważne pisma nie publikowały tych bredni wypowiadanych przez różna nawiedzone osoby na kompletnie niszowych portalach, dawno owe wybitne postacie nie miałyby nic do powiedzenia. I pani Pawłowicz i pan Macierewicz i reszta doskonale wiedzą, że ze skwapliwością kundla, który łapie kiełbasą, podchwycicie każdą bzdurę, którą chlapną. Im bzdura większa, bardziej wulgarna, prymitywna- na tym większą ilość publikacji zasłuży. Stanie się pewnie wydarzeniem dnia w mediach. Może zacznijcie brać kasę od oszołomów za tę reklamę. Bo z kasy czytelników to się nie utrzymacie. Nie po to zaglądam do "Polityki" by dostawać "Fakt". Żegnam.
  • 2013-05-25 06:41 | joanna

    Re:Prokuratura w sprawie ministra

    Nie wiem, czy prokuratorskie śledztwa, zainspirowane prasową sensacją, że "polityk coś ma czego ja nie mam" przyniosą jakikolwiek efekt oprócz tego, który już przynoszą- totalne zniechęcenie, trzymanie się z dala od polityki ludzi, kŧórzy coś w życiu osiągnęli- zawodowo, materialnie. Który z całkiem licznych ludzi sukcesu pójdzie tam, gdzie zarobki znowu nie takie porywające, a na każdą posiadaną rzecz trzeba mieć kwitek? Kto z ludzi o dorobku w swojej dziedzinie zaakceptuje grzebanie w papierach, majątku, życiorysie, rodzinie? Co chyba wyjaśnia dlaczego mamy "zawodowych polityków". którzy w żadnej innej dziedzinie niczego nie osiągnęli.
  • 2013-05-29 07:58 | joanna

    Re:Zakaz handlu w niedziele? A dlaczego nie

    @vps tez pracuję w wiele niedziel (sobót też) i jakoś nie czuję się "zmuszana". Nie w handlu, w szkolnictwie. Po prostu dobrowolnie podpisałam taką umowę, bez Kałasznikowa przytkniętego do skroni. Za to nie muszę przychodzić do pracy w poniedziałek- super! I podobne zasady obowiązują w handlu - nadal jest tam kodeksowy tygodniowy czas pracy. Po prostu nie każda niedziela jest dniem wolnym od pracy dla takiego pracownika. Podobnie pracują ludzie w zakładach o produkcji ciągłej- tu o zgrozo, są nawet nocne zmiany!, szpitalach (też nocne zmiany)itd. W dzień święty mój niewierzący syn i jego koledzy (nie wiem jak z wiarą) w supermarkecie pracują bo obsada musi być a tych "wyzyskiwanych i zmuszanych" pracowników nikt nie może jakoś "zmusić" do pracy ponad kodeksowy wymiar i "wyzyskać" płacąc im za to. Bo PIP to akurat w handlu wielkopowierzchniowym działa bardzo gorliwie. Proponuję jeszcze wprowadzić jedyny słuszny sposób spędzania dni wolnych z uwzględnieniem pogody i pory roku (rower, spacer, rolki v/s biegówki i łyżwy) i wysyłać komisje społeczne badające czy obywatel sie stosuje.
  • 2013-06-14 06:16 | joanna

    nie musi

    Obiekty kulturalne to nie centrum handlowe, fabryka czy kurnik, które można rozliczać w kategoriach księgowych zysk-strata. Podobnie jak parku nie sadzi się by mieć opał. Przez dziesięciolecia Polacy byli odstraszani od uczestnictwa w kulturze coraz większa nędzą i zaniedbaniem obiektów kulturalnych, nie wytworzyła się żadna snobistyczna lub autentyczna potrzeba oddawania się przeżyciom innym niż oglądanie tv i słuchanie radia w samochodzie. To nie jest tak, że muzeum, teatr czy koncert jest zbytkiem, z którego ludzie nie korzystają tylko dlatego, że są zbyt biedni. Tacy, których stać też nie korzystają bo ten nawyk by iść ze znajomymi czy rodziną na koncert czy przedstawienie po prostu nie zdążył się wytworzyć. Lub zdążył zaniknąć wobec starzejących się i zaniedbanych obiektów, coraz nędzniejszej oferty. Budowa obiektów kultury jest takim samym obowiązkiem cywilizowanego państwa wobec podatników jak budowa dróg, przedszkoli, czy szpitali. Nie każdy podatnik podróżuje, nie każdy ma dzieci w wieku przedszkolnym, nie każdy wymaga opieki szpitalnej.Traktowanie obiektów kultury jak "niepotrzebnych" bo spora część populacji ich nie potrzebuje jest dowodem jedynie prymitywizmu, nieodczuwania potrzeb bardziej wyrafinowanych niż zupełnie podstawowe. To jest smutny fakt o naszym społeczeństwie obecnym, nie inwestując w kulturę, wytworzymy takie samo lub lub jeszcze bardziej schamiałe pokolenia przyszłe. I będziemy się dziwić, że nie mamy znaczących artystów, przysparzających chwały naszemu krajowi, przynoszących niemałe wpływy podatkowe (artysta żyjący w nędzy to przeszłość). A artyści nie rodzą się w kraju, gdzie kultura jest czymś nieważnym, głupią fanaberią.
  • 2013-06-19 06:26 | joanna

    Re:Ambasadorowie UE przeciwko Polsce

    Ambasadorowie robią to, co do nich należy czyli walczą o interesy firm ze swoich krajów. GDDKiA robi to co do niej należy czyli walczy o to by polski podatnik nie płacił za robotę więcej niż firma ma w umowie. To, że koszty budów były faktycznie wyższe niż cena z umowy nie jest winą GDDKiA, co nie tylko firm zagranicznych dotyczy. Po prostu by wygrać przetarg i polskie i zagraniczne firmy tworzyły fikcyjne kosztorysy. Byleśmy tę robotę dostali a potem się zobaczy! Może się uda wydębić więcej niż to, na cośmy się zgodzili. A tu, patrzcie państwo, nie chcą płacić ponad cenę z umowy. A niby dlaczego mielibyśmy płacić? Może dlatego, że firmy padły ofiarą typowego dla "zaradnych" Polaków zwykłego złodziejstwa? GDDKiA za nie odpowiada, ja odpowiadam czy inny podatnik, który w życiu nieswojego nie wziął? Mamy solidarnie jako kraj, naród odpowiadać za złodziejstwo pracowników budowlanych? Jakoś nie chce mi się, choć rozumiem problem i, co gorsza, uważam go za nierozwiązywalny. Złodziejstwo na budowach ma długą tradycję, podobnie jak w ogóle złodziejstwo pracowników. Ale to jest problem firm, którego można współczuć, ale płacić- to co innego.
  • 2013-06-24 07:59 | joanna

    Re:Dzień wolności podatkowej znów później

    @ Mandark Nie nakładanie podatków jest złe. Skoro państwo ma zapewnić podatnikowi drogi, szkoły, policję, odśnieżanie, izolację w więzieniach osobników niebezpiecznych itd. to musi mieć na to pieniądze. "Zły" jest podatek od dochodów osobistych obywateli. Nie jako idea oddawania części dochodów na owe cele dot. nas wszystkich- tę uważam za słuszną i sprawiedliwą. Jest zły w praktyce. Jest przeżytkiem z czasów, gdy nie istniały, lub bardzo ograniczone, podatki pośrednie. Oraz kiedy uzyskanie tego podatku oznaczało znacznie mniejsze koszty. Dane za 2011 rok: Ponad 300 Urzędów Skarbowych (39 412 osób, płaca średnio 4 250 zł), 28 Urzędów karno Skarbowych (5 367 pracowników, płaca średnio 6 115 zł), Izby Skarbowe ( 3 806 pracowników, płaca średnio 5 015 zł). Plus urzędnicy na szczeblu centralnym,osoby, których praca powiązana jest z systemem podatkowym. Kazdemu z tych ludzi trzeba dać biurko, komputer, długopisy itd. Każdy z tych budynkow ogrzać, oświetlić, remontować. Pokryć koszty telefonów, korespondencji. Wydrukowac PIT-y podatnikom,rozesłać je. A wszystko to po to, by pozyskać pieniądze, które i tak trafiłyby do budżetu państwa przez podatki pośrednie, od towarów, które podatnik kupi, od zysku banków, które podatnik zasili. Bo przecież pieniądze nie nadają się od jedzenia, na opał też nie bardzo.A koszt ściągania podatków pośrednich- od towarów i usług jest nieporównanie mniejszy z racji mniejszej ilości podmiotów, z tego samego powodu ściąganie jest skuteczniejsze- nikt nie upilnuje pracujących na czarno, nie wystawiających rachunków "majstrów"- jest ich zbyt dużo. Podatek pośredni traktuje wszystkich równo- zakupy robi i rolnik, i górnik, i kto tam jeszcze zwolniony z PITu. Kto zarabia więcej, ten wyda więcej.A pieniądze trafią najpierw tam, gdzie tworzy się miejsca pracy, gdzie produkuje się dobra użytkowe, nie papiery. Nie wiem, kto wymyślił podatek PIT. Wiem, kto go nie wymyślił na pewno- ani matematyk, ani księgowy to nie był.
  • 2013-06-25 07:35 | joanna

    Re:Skąd się biorą powodzie w miastach i jak nimi walczyć

    @ crk "Przecież przedwojenna Warszawa była znacznie gęściej zabudowana niż obecnie" Przedwojenna Warszawa miała powierzchnię 118 km2, obecnie ponad 400 i te zalewane obecnie wodą obszary w dużym stopniu znajdują sie poza przedwojennymi granicami Warszawy. "Jednocześnie atutem Warszawy jest fantastycznie duża ilość drzew i zieleni"- niewątpliwie, choć od lat trwa dogęszczanie zabudowy, które powoduje, że trawniki zastępują nowe budynki, asfaltowe drogi do nich, chodniki i wybetonowane parkingi, a kanalizacja deszczowa pozostaje ta sama. Te " niezabudowane działki o nieuregulowanym stanie prawnym" tylko w niewielkim stopniu są terenami, które w przeszłości były zabudowane a teraz nie są. Ponadto brak budynków na jakimś terenie nie oznacza, że jest on zdolny chłonąć wodę. Zabudowany gęsto przed wojną obecny Plac Defilad z Pałacem Kultury oczywiście wygląda inaczej ale zdolność wchłaniania wody ma taką samą. Proszę również zauważyć ile dawnych trawników w miejscach, gdzie nowych budynków się nie buduje od lat, zostało zamienionych w parkingi wybrukowane kostką bauma lub wyasfaltowane. Drzewa pozostały, więc jest zielono ale wody beton nie wchłania. A by zwiększyć przepustowość kanalizacji deszczowej, trzeba byłoby burzyć budynki, rozkopywać cale ulice- które również często poszerzano lub budowano nowe kosztem trawników.
  • 2013-06-25 08:52 | joanna

    Re:Skąd się biorą powodzie w miastach i jak nimi walczyć

    A właściwie dlaczego? pierwotne znaczenie tego słowa to wszak " grawitacyjne przemieszczanie wód powierzchniowych oraz opadowych w głąb skorupy ziemskiej" Podstawowe pojęcie w geologii.
  • 2013-06-25 15:38 | joanna

    Re:Wybory: PiS wygrywa, PO przegrywa

    @ kecaj Problem w tym, że wielu Polaków nie dostrzega rewolucyjnego wręcz rozkwitu Polski bo siedzi na d.. przed tv, netem i odbiera bardzo negatywne przekazy, które absolutnie zdominowały media. Ja wiem, że np. takich dróg jakie mamy teraz nie mieliśmy nigdy, bo jeżdżę dużo. Więc wiem, że opisywanie TYLKO problemów to czysta dezinformacja. Tak jest z każdą inwestycją- o problemach, kosztach- nieustanne lamenty, a jak się coś uda- cisza prawie kompletna, albo marudzenie, że co prawda zrobione ale wandale już działają. A wandale- wiadomo- wina polityków a nie narodku, który sobie takich synów wychował. I jak przyjdzie cudotwórca Jarosław to znikną. Choć jakoś nie zniknęli kiedy ów cudotwórca z bratem rządzili. Jest źle, tośmy się wkurzyli i teraz to pokażemy, utrzemy nosa Donaldowi, a co. Nieważne konsekwencje, musimy mu pokazać. To dokładnie tak jak mój kolega sprzed wielu lat. Tak się wkurzył (nie pamietam na co, jakieś bzdury), że rozbił wszystkie swoje talerze. Bardzo efektowne, zrobiło wrażenie. Mniej efektowne było, że zmiatał to z godzinę. Jeszcze mniej, że nowych nie było i jadł potem jak pies- z metalowej miski. Zawsze uważałam go za wyjątkowego głupka. Teraz- tylko za głupka. Nie wyjątkowego.
  • 2013-06-27 10:11 | joanna

    stereotyp v/s poznanie

    Niemcy, szczególnie starsi i niewykształceni kierowali sie stereotypem, nierzadko potwierdzeniem którego były opinie samych Polaków, którzy do Niemiec wyjechali i chętnie chwalili niemiecki porządek jednocześnie narzekając na Polskę- że brudno, że bałagan, że Polacy piją na umór, że bieda i zacofanie.Pracowałam w Niemczech w latach 80tych, razem w wieloma Polakami, którzy mocno przesadzali w przedstawianiu Polski jako dzikiego kraju. A Niemiec z RFN nie miał na ogół żadnej możliwości by owe opowieści zweryfikować. Choć byli bardzo z nas zadowoleni, chwalili pracowitość i inwencję. Uważali nas jednak za wyjątki- skoro dostawali bardzo negatywny obraz Polaków od samych Polaków. Teraz Niemiec ma możliwość poznać znacznie większą grupę Polaków niż w czasach komunistycznych więc stereotyp znika. Niemcy przyjeżdżają, szczególnie w rejony skąd pochodzili ich rodzice czy dziadkowie. Nierzadko na imprezy typu Euro, koncerty. Po prostu WIDZĄ RZECZYWISTOŚĆ, nie stereotyp. W drugą stronę działa to podobnie.
  • 2013-06-29 05:53 | joanna

    "starego psa nie nauczysz nowych sztuczek"

    Politycy, menadżerowie "zużywają się"- tracą energię, zapał, ambicje- tym szybciej, jeśli nie muszą wykazywać się nimi by zachować swoje stanowisko.Tym szybciej jeśli zachowanie stanowiska ma związek nie z z tym, na czym się znają a tym, kogo znają.Przez to "nowy program" bardzo trudno realizować przy pomocy "starych", którzy raczej będą udawać, że coś tam nowego robią niż rzeczywiście zmienią swoje utarte nawyki dopóki nie zagrożą im nowi ludzie, którzy rzeczywiście te nowinki wprowadzają.
  • 2013-07-02 06:58 | joanna

    Re:Nowe prawo śmieciowe

    @ el W Europie obowiązuje nakaz Unii Europejskiej segregowania śmieci. Test to typowe" durne prawo ale prawo" ("durne" bo generuje ogromne koszty), niedostosowanie polskich przepisów do tego przykładu radosnej twórczości urzędników w Brukseli oznaczałoby ogromne kary nakładane na Polskę do skutku- czyli zmiany przepisów.
  • 2013-07-02 07:10 | joanna

    Re:Co zmieni rządowy program refundacji in vitro

    @ MEGI z całego serca życzę Pani i Pani mężowi by Wam się udało. Byście poznali to szczęście, które inni dostają ot tak, bez wysiłku, bez kosztów. Znam bardzo wiele osób, które zmuszone są korzystać ze służby zdrowia. Nigdy nie powiem, że one zasługują na pomoc a tacy ludzie jak Pani- nie. Czy refundacja pomoże demografii czy nie to dla mnie nieistotne. Istotne, by pomogła LUDZIOM, którzy cierpią.
  • 2013-07-06 06:24 | joanna

    Re:Nowe prawo śmieciowe

    @ Vero Niemcy wprowadzili w owym 1992 dyrektywę unijną- nie swoją wewnętrzną.Są to dokładnie te same przepisy, które obowiązkowo wprowadzono w całej Unii. Różnica między syt. Niemiec owe ponad 20 lat temu i Polski obecnie jest taka, że Niemcy jako jeden z głównych członków Unii miały wpływ na kształt rozwiązań a Polska nie- musieliśmy przyjąc takie rozwiązanie jakie już było gotowe. Podobnie nie mielismy wpływu na inne unijne przepisy. System, którego efekty są różne w różnych krajach lub regionach krajów- polecam odwiedzenie południa Włoch "nieturystycznego", greckie "nieturystyczne" miasteczka i wsie, zamieszkałe przez imigrantów francuskie dzielnice by sie przekonać, że "wszędzie tylko nie w Polsce jest czysto" to bzdura- jest zły. Działa tylko tam, gdzie ludzie są zdyscyplinowani, mają poczucie, że wspólne to także ich, czyli nie "TEN kraj, TO miasto" tylko "MÓJ kraj, MOJE miasto" i po prostu o to "SWOJE - WSPÓLNE" dbają. To jest ta różnica. Różnica mentalności: w Norwegii moi sąsiedzi przywozili swoje śmieci z wycieczki "w dzicz"(drobne 500 km) do domu, nie przyszłoby im do głowy, że można inaczej, że to zbyt niewygodne, że to jakaś krzywda, że nie mogą wywalić na miejscu. Po prostu- ich śmieci- ich kłopot. Wszędzie smieci sa kłopotem, jest ich zbyt dużo, są zbyt trwałe. Ale wszędzie tam, gdzie problem udało się zminimalizować była to zasługa zdyscyplinowanych, porządnych mieszkańców.
  • 2013-07-11 06:27 | joanna

    Himalaje to nie Góry Stołowe

    Dokładnie każdy himalaista (chodzi mi o wyczynowców nie mieszczuchów, którzy zapłacili 60 tys. dolarów żeby ich profesjonalny przewodnik wprowadził i sprowadził, a Szerpa plecak wniósł) wie, że każdy następny krok może być ostatnim. Po to tam idzie, by jeszcze raz poczuć zwycięstwo nad śmiercią. Doskonale wie, że może dołączyć do tych, których zwłoki mija po drodze bo w Strefie Śmierci (pow.7.900 m) to nikt ich nie pochowa - to wysiłek zabójczy dosłownie, do tej listy: http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_deaths_on_eight-thousanders To nie jest żadna "czarna passa" to jest norma. To nie są góry dla niedzielnych wycieczkowiczów w sandałkach, którzy nigdy nie pojmą dlaczego ktoś idzie w Himalaje.
  • 2013-07-16 15:23 | joanna

    Re:Izrael krytykuje polski parlament

    @Moryc Welt napisał: "Polscy politycy rozegrali politycznie sprawę rytualnego uboju zwierzą, mogą też izraelscy" Dokładnie tak jest. Klasa polityczna Izraela jest bardzo podzielona, wręcz skłócona, istnieje potężny konflikt (również w społeczeństwie) na ile państwo żydowskie nadal ma być państwem wyznaniowym, na ile powinno podlec zeświecczeniu. Środowiska ultrakonserwatywne użyją każdego argumentu jako antysemickiego, godzącego w podstawy społeczeństwa którymi są religia i rytuały- ich zdaniem. Oj, zdaje się, że takie argumenty też skądś znamy. I nie jest to Kneset.
  • 2013-07-16 21:19 | joanna

    I u Pana z wiedzą tak sobie

    Oprócz Polaków wdzięcznych za uwolnienie od okupacji hitlerowskiej było jeszcze te drobne 6 milionów, które po 17 września 1939 znalazło się pod okupacją sowiecką. Deportowani do przymusowej pracy, marli z głodu i chorób. To znaczy ci, którym nie strzelono w tył głowy. Może dlatego, że wśród nich byli członkowie mojej rodziny, nie kupowałam tej oficjalnej wersji II wojny światowej, która mniej więcej w tym samym czasie karmiono w szkole i mnie i Pana. Pana widać skutecznie. Nie było w naszych lekturach wiersza "Ziutka" Szczepańskiego pt. "Czerwona zaraza" (znajdzie pan w necie bez trudu), polecam- wstrząsające wezwanie o pomoc "nie dla nas żołnierzy". Zamiast pomocy było bezczynne czekanie aż hitlerowcy wyrżną ile się da, obrócą miasto w perzynę.Przy okazji w pozbawionym wsparcia desancie na przyczółek czerniakowskim Armia Berlinga pozbyła się skutecznie "niewłaściwego elementu" tj. zbyt gorliwie chcących pomóc walczącym rodakom. Nie uczono nas o nawoływaniu do Powstania Warszawskiego przez sowiecką polskojęzyczną radiostację im. Tadeusza Kościuszki o obietnicach pomocy, o sowieckiej odmowie użycia przez Aliantów lotnisk na terenach zajętych przez Armię Czerwoną dla samolotów, których zrzuty mogły powstańców uratować. O 23 tysiącach Polaków uwolnionych z gułagu po 1955 roku, kiedy niemieccy jeńcy wojenni dali znać radiu Wolna Europa, że są tam niedobitki Polaków też albo Pan nie słyszał ("Wojna w eterze"- Jan Nowaka- Jeziorańskiego) albo nie pasują do tezy. "Wielka trwoga" Marcina Zaręby rzuca również nieco światła na działania żołnierzy Armii Czerwonej w stos. do wyzwolonych Polaków, ze szczególnym uwzględnieniem raczej Polek. Jakoś nie zamierzam odczuwać wdzięczności ani czcić Armii Czerwonej. Nie popieram, rzecz jasna, niszczenia czy mazania po pomnikach przez kogokolwiek. Tylko z jednego powodu- to nie jest jego własność a tylko z własnym można robić co się chce. Natomiast słowa z uzasadnienia, że powinny te pomniki być rozebrane, popieram w całej rozciągłości. Przez szacunek dla tych, którym ci wyzwoliciele innych byli katami.
  • 2013-07-24 14:48 | joanna

    Re:Opozycja ściga Rostowskiego

    @ axiom, To jest niewątpliwie błąd potężny i Rostowskiego i generalnie Tuska, że nie tłumaczy Polakom jak chłop krowie na rowie zupełnie podstawowych pojęć ekonomicznych. Co prawda uważam, że informowanie społeczeństwa a nawet edukowanie w wielu kwestiach jest rolą mediów ale zdaje się, że ta rola dziennikarzy przerasta. I w efekcie piszesz, że cyt"Prosty rachunek wskazuje z kazdej zlotowki PKB budzet ma 0.15 zl z podatkow." Co jest kompletną bzdurą bo nie ma "podatku od PKB". Jak chciałbyś żeby podatek zapłacił np. nowy most w Kwidzynie? A oczywiście wchodzi do PKB (produkt krajowy brutto) Podatek płacony jest od przychodu, nie od produktu. Jak zrobisz 100 wycinanek i nie sprzedasz żadnej to nie zapłacisz podatku, zostaniesz z produktem. I na tym polega problem - PKB rośnie ale sprzedaż- nie. Sprzedaż a więc źródło dochodów -spadła, więc spadły dochody z podatków pośrednich- VAT, akcyza od paliw (zawsze zużycie paliwa zależy od poziomu sprzedaży towarów- trzeba je przecież transportować) Jesli deweloperzy mają wybudowane ileś tam tysięcy mieszkań, od ktorych sprzedaży nie zapłacili VAT, bo ich nie sprzedali to i oni mają po stronie "ma" jakąś tam kwotę, ale płynności finansowej czyli po prostu kasy w banku- nie. Jak szkodzi budżetowi zbyt niska inflacja? Proste jak konstrukcja cepa: jeśli przyjęło się, że inflacja w roku, na który planowano budżet wyniesie 1,5% (jak w 2012) to przy inflacji trzykrotnie niższej dochody z podatku VAT muszą być mniejsze niż planowano. Przykład: jeśli zakłada się lodówka kosztująca dotychczas 1000 zł, w roku następnym będzie kosztować 1015 zł, to zakłada sie wpływ podatkowy od tych 15 zł. Jesli jej cena zwiekszy się tylko o 5 zł, to podatek będzie od 5 złotych. Rostowski jest tylko księgowym, który jesli reszta zarządu pyta skąd brać kasę na koszty może odpwiedzieć tylko jedno- bierzcie kredyt.
  • 2013-08-13 07:16 | joanna

    Re:I po co nam takie artykuły?

    Może by tak Pan napisał coś o faktach a nie puste słowa, w dodatku wskazujące, że nie ma Pan odrobiny wiedzy o kolei. SKM nie ma nic wspólnego z PKP już drobne 11 lat, chyba dziennikarz powinien był to zauważyć przez tyle czasu. InterCity w 2010 roku miało 136 mln straty wydając na remonty 117 mln, w 2012 - 9,2 mln straty przy wydatkach na remonty wyższych o 70 mln! Myślę, że przeciętny absolwent szkoły podstawowej potrafi ocenić czy jest to poprawa czy pogorszenie. Rok 2013 nie zapowiada się słodko- remonty rzeczywiście odstraszają pasażerów, wydatki są potężne. Tylko pytanie proste- czy da się mieć tory wyremontowane bez wcześniejszego wyremontowania? Może zna Pan przykład tak wysoko rozwiniętego kraju, w którym po dziesiątkach lat braku jakichkolwiek inwestycji w kolej, nagle z dnia na dzień stan zmienił się w idealny? Po co nam to Pendolino? Po to, żeby po torach wyremontowanych, umożliwiających rozwinięcie prędkości ponad 200km/h nie trzeba było puszczać ciuchci będącej szczytem techniki za późnego Gierka. W przyszłym roku nastąpi zakończenie remontów i zakończenie testów Pendolino. Jedno zgra się drugim.Na co czekam jako przyszły pasażer. W przeciwieństwie do Dreamlinera, który jest produkcją Boeinga wprowadzoną do eksploatacji w 2011 i nie jesteśmy jakimiś ciężkimi frajerami, którzy to kupili- tych maszyn lata (raczej nie lata) 80 szt.(słownie: osiemdziesiąt sztuk) z czego tylko 3 (słownie:trzy) w Polsce, problemy z tymi samolotami mają WSZYSCY wielcy przewoźnicy, Pendolino jest modelem, którego ponad 350 składów z powodzeniem jeździ od 5 lat. Panu i wielu Polakom o mentalności wiejskiej baby, co jak nie narzeka, to nie bardzo wie, co ma robić, Pendolino pewnie do niczego potrzebne nie jest. Paru milionom Polaków do czegoś się ejdnak przyda. W razie, gdyby się Pan nie domyślał- do podróżowania. Wygodnie i szybko a w każdym razie szybciej i wygodniej niż dotąd.
  • 2013-08-13 12:25 | joanna

    odpowiedź

    Moze fachowiec joanna poda PT publicznosci na tej liscie dane mowiace, ile kilometrow (raczej metrow) wyremontowanych tras bedzie umozliwialo poruszania sie z predkoscia przekraczajaca 200 km/h? 958 km czyli "raczej metrów" 958 tysięcy-trasa kolejowa nr 1 Warszawa-Katowice, nr 8 Warszawa-Kraków, nr 9 Warszawa- Gdańsk. Czy aby cala dlugosc pandolina zmieci sie na tym dystansie? Zmieści, nawet "trochę" pustego zostanie. I myślę jeszcze jedno- kiedyś, jeszcze za mojego życia bo jestem z długowiecznej rodziny jak to przytrafia się tym, którzy potrafią się cieszyć, mój kraj, zwany przez wielu tym krajem, nadrobi te ogromny dystans, który dzieli go od krajów, które na swój rozwój miały setki lat więcej i warunki i polityczne, i historyczne, i naturalne bardziej sprzyjające. I wtedy też będzie źle. Tym, którym zawsze jest źle.
  • 2013-08-14 07:14 | joanna

    Re:I po co nam to Pendolino?

    @ acom "Jemu zdaje sie chodzilo o to, ze pociag ma rowno na calej trasie jechac, a nie bic rekordy na wybranych odcinkach." To szkoda, że nie powiedział, gdzie takie pociągi są, które maja jednakową prędkość maksymalną i prędkość średnią, zwaną handlową, która jest dokładnie "biciem rekordów na prostych i zwalnianiem na łukach". Różnica między pociągami z wychylnym nadwoziem (stąd nazwa Pendolino- wahadełko) a tradycyjnymi polega właśnie na tym, że Pendolino pokona łuk z prędkością większą niż tradycyjny skład. TGV czyli rekordzista szybkości maksymalnej 574 km/h ma prędkość handlową czyli średnią 200-260 km w zależności od trasy - ilości łuków i promienia ich krzywizny. Nie ma takiego pojazdu, który nie podlega sile odśrodkowej, każdy wyleci z łuku jeśli będzie próbował pokonać go ze zbyt dużą prędkością. Prawa fizyki obowiązują również w przypadku kolei.
  • 2013-08-30 07:14 | joanna

    wodolejstwo

    Brak debaty merytorycznej komentuje autorka pustymi słowami. Kwintesencja polskiej "dyskusji o ekonomii" czyli gadać, gadać, nic nie powiedzieć. Bo i tak "głupi Polak nic nie zrozumie". Nie zrozumie zbyt wiele ale nie dlatego, że IQ przeciętnego Polaka jakieś szczególnie niskie, tylko dlatego, że tzw. media od lat piszą o gospodarce głównie dyrdymały z gat. "pan/pani redaktor właśnie przyszło do głowy, że..." Niestety, to co przychodzi do głowy dziennikarzom prasy jakoby opiniotwórczej niewiele odbiega od poziomu przemyśleń średnio rozgarniętych gimnazjalistów. Jak to się ma do debaty polityków? Ani tak się ma, że tzw. przeciętny polski polityk wiedzę ekonomiczną ma niewiele odbiegającą od przeciętnego polskiego wyborcy. Bo nie musi. Bo go żaden dziennikarz o konkrety nie zapyta, bo 1. nie wie o co pytać bo trzeba coś by wiedzieć konkretnego a nie tylko ładne obcobrzmiące słowa znać, 2. i tak uważa, że czytelnika za głupka, który nie pojmie. Może by i pojął po jakimś czasie gdyby regularnie mu wiedzy, a nie bełkotu, dostarczać. Spirala zdurnienia i pustosłowia w postaci chwytliwych hasełek. Np. cyt. "Cięcia mają dotknąć tylko administracji, dochody obywateli mają być chronione". Co się za tym kryje? Jak rząd może "chronić dochody" pani Kasi ze spożywczaka z Wólki Małej albo je ciąć? Jak może wpłynąć na dochody mechanika samochodowego, skoro zależą od awaryjności aut, jego renomy i zasobności klientów? Ano, może nie podwyższać podatków, nie zmniejszać kwoty wolnej od podatku, nie zmieniać obciążenia ZUSem. Ogromną liczbę Polaków stanowią emeryci, których dochody z tego tytułu rząd, jaki by nie był, chronić musi, bo musi przestrzegać prawa stanowionego przez parlament a to nie daje żadnej możliwości redukcji świadczeń lub ich odebrania. Również tym emerytom, którzy nabyli je w wieku lat 40 (mundurowi) czy 55 (nauczyciele). To, co udało się temu rządowi czyli zmiana zasad uprzywilejowanych emerytur przyniesie skutek dopiero za wiele lat. Prawo nie działa wstecz. To tłumaczy brak argumentów merytorycznych opozycji, która jako w większości dawni rządzący jest odpowiedzialna za nieróbstwo czy też tchórzostwo w kwestii zmian w emeryturach. A Polak, którego media nie oświecą jaka kwotę w kolumnie "winien" stanowia owe świadczenia, nie widzi żadnego związku z faktem, że ciocia Basia z podstawówki od 55 urodzin swoja emeryturę pobiera, dziarsko dorabiając jako niania, oczywiście na czarno i bez podatku, żeby emerytury nie trzeba było zawieszać. Dzielna kobieta w sile wieku.Tym, którym umknął fakt, że wiek emerytalny nauczycieli już jest taki sam jak dla wszystkich, podaję datę zmiany- 2009. Dlaczego zatem w celu poprawy księgowości nie zmniejszyć nakładów na np.drogi? Czy tylko dlatego, że Polakowi, po latach jazdy po dziurach, marzą się autostrady? Nie spełnianie marzeń tu chodzi ale o dziesiątki tysięcy ludzi, którzy ich budowie pracują, płacąc PIT, ZUS i mając by kupować i płacić VAT.A którym trzeba by było płacić zasiłki. Właśnie takie "proste oszczędzanie na inwestycjach państwowych" spowodowało, że syt. Hiszpanii z bardzo złej stała się katastrofalna. Właśnie to spowodowało, że owe 11 państw Unii zwiększyło deficyt zamiast zaciskać pasa. Panie i panowie dziennikarze tygodnika "Polityka", który raczej już przez sentyment a nie z racji walorów poznawczych jeszcze ludzie czytają, przysiądź trochę, pouczcie się odrobinę i może nawet przeanalizujcie stan naszej ekonomii. Napiszcie Polakowi-szarakowi np. jak to się stało i co z tego wynika, że w drugim kwartale 2013 po raz pierwszy od 1989 roku mieliśmy dodatnie saldo w handlu zagranicznym.
  • 2013-09-17 08:21 | joanna

    pokazali siłę- mediów

    Kreujecie Państwo dziennikarze na gwiazdy i bojowników ludzi, którzy reprezentują 5% (słownie pięć procent) zatrudnionych, bo tylu pracowników do związków należy. Zatrudnionych w zakładach pracy, które dają pracę poniżej 20% pracujących Polaków. Zakładach, które w razie "wypracowania" straty zamiast zysku mogą liczyć na pomoc "państwa" czyli dostana pieniądze z podatków wypracowanych przez pozostałych ponad 80% pracujących. Nie, Pani Redaktor, nie o poprawę losu nas wszystkich ci polityczni a nie związkowi działacze walczą tylko o zachowanie swojej o swoich kolegów pozycji- pozycji uprzywilejowanej. Również uprzywilejowanej w stos. do przedsiębiorcy polskiego- zwykle małego lub średniego, któremu oprócz liniowego podatku i zryczałtowanej składki nie przysługuje nic- ani płatny urlop, ani zasiłek chorobowy ani żadna państwowa pomoc, gdy wpadnie w kłopoty. Takie firmy czyli dające zatrudnienie 4/5 pracujących postulaty panów związkowców zarżną bo na wyższe płace często ich nie stać. Tym bardziej, że wyższa płaca to wyższy ZUS. Albo utrzymają się na rynku nie zatrudniając czy zwalniając. Oczywiście, że Polacy w większości zarabiają mało. Ale spełnienie postulatów związkowców oznaczałoby, że wielu nie zarobi nic, dostanie zasiłek. Co ich samych, oczywiście, nie dotyczy.
  • 2013-09-17 10:04 | joanna

    Re:Maleje popyt na ludzką pracę

    @ Etyk można operować analogiami nawet do czasów luddystów niszczących maszyny tkackie w 1813 r. I do rozpaczy praczek kiedy wynaleziono pralkę i dorożkarzy gdy pojawił się tramwaj. Nasze czasy nie są jakąś wyjątkowa epoką w dziejach ludzkości, są po prostu "inne" jak zawsze nowe było inne. Akurat czytałam ten artykuł dwa tygodnie temu w miejscach zatrudniających setki ludzi, a których w czasach całkiem nieodległych nie było- lotnisko i hotel (tu aż zapytałam ilu ludzi zatrudnia- 350). Podobnie, lat temu jeszcze kilkadziesiąt obiad w restauracji był luksusem tylko dla bardzo nielicznych bogaczy, nie mówiąc o fast foodach. Rynek usług to nie tylko bankowość, gdzie bankomat i konto internetowe tnie miejsca pracy. To ogromne zapotrzebowanie na opiekunów coraz starszych społeczeństw, coraz liczniejszych osób niepełnosprawnych, które dawniej po prostu umierały. To usługi edukacyjne, szczególnie nauczanie języków, przekwalifikowywanie się pracowników. To tak pogardzane prace jak sprzątanie biurówców-gigantów i tak cenione jak ich budowanie. Oczywiście, pracy jest i będzie coraz mniej bo tak jest od kiedy człowiek stworzył pierwsze narzędzie. I tym powinni ekonomiści porozmawiać z demografami ochoczo nawołującymi byśmy się rozmnażali w celu jakoby ratowania systemu emerytalnego, którego nie uratuje żadna ilość bezrobotnych. Problemem jest nie ilość maszyn, problemem jest ilość ludzi, której już nie ograniczają choroby obecnie banalne dzięki antybiotykom, a kilkadziesiąt lat temu śmiertelne. Problemem jest napływ gotowych pracować za grosze imigrantów z krajów gdzie nie ma żadnej pracy choć nie ma i żadnych maszyn. No ale to jest niepoprawne politycznie to zwalmy na maszyny.
  • 2013-09-27 06:36 | joanna

    Re:Język polski: poprawni kontra spontaniczni

    Niewiele da wypowiadanie się szanownego gremium dopóki prostacki język i błędy językowe nie będą postrzegane jako degradujące. Czy szanownych polskich polityków (nauczycieli, czasem i dziennikarzy- a więc tych, których słuchamy często) naprawdę obchodzi, że "sużba' zamiast "słuzba", "oni som", "ludzie, co.." zamiast "ludzie, którzy..." to nie są formy poprawne? Ludzie i tak ich słuchać będą, albo nie będą, ale nie zmieni to ich pozycji. Tu potrzeba działań nieco "niżej"- upomnienia nauczyciela przez starszego kolegę, przez dyrektora, że jednak określanie warunków jako "wypasione" a uczniów, którzy zorganizowali jakąś akcję jako "przekochanych" (przykłady autentyczne). Zdyscyplinowania dziennikarzy. Z politykami sprawę uważam za beznadziejną- skoro wyborcom nie przeszkadza to nic sami nie zrobią. Wypowiedzi Rady niewiele zmienią jeśli osoby wypowiadające się publicznie, osoby uczące młodzież rozprzestrzeniać będą "językowe wirusy". Jest oczywiste, że język się zmienia, pojawiają się neologizmy, zapożyczenia- tak jest od wieków i niewielu z nas uświadamia sobie, że "rachunek" czy "warsztat" przywędrował z niemieckiego dokładnie tak jak obecnie "esemesowanie" czy "destynacja" (we współczesnym znaczeniu). Część się przyjmie, część nie. Rzecz w tym, by zmiana oznaczała wzbogacenie a nie prymitywizację, zubożenie i akceptację schamiałego języka.
  • 2013-09-28 06:36 | joanna

    To nie jest "problem Sejmu"

    Sejm przegłosować MUSI bo prawo daje grupie 100 tys. obywateli mozliwość zgłaszania projektów. Liczba "inicjatorów" tego projektu była czterokrotnie wyższa. Sejm więc zrobił swoje a poszczególne partie głosowały tak, jakby sobie życzyli ich wyborcy. Na parlamentarzystów nie ma się co oburzać. Problemem realnym jest fakt istnienia tak licznej grupy osób, które myślenie zastępują bezkrytycznym akceptowaniem kościelnej propagandy antyaborcyjnej, zmanipulowanej emocjonalnymi argumentami- np. bannerem z uśmiechniętym dzieckiem z zespołem Downa. Jestem pewna, że obraz noworodka z bezmózgowiem, zespołem Pfeiffera, nie posiadających kończyn, "płodu Arlekina" czy dysplazją śmiertelną nie przekonałby nikogo. Ale o takich wadach płodu "obrońcy życia" na ogół po prostu nie wiedzą wcale.I to jest "problem okołoaborcyjny" - kompletny brak dyskusji opartej na wiedzy i pyskówka oparta na emocjonalnych argumentach zmanipulowanych ludzi. Wyrazem tego najwyraźniejszym jest zastępowanie słowa "płód" słowem "dziecko" (czyli "mały uroczy człowiek"), ktorego to słowa chyba raczej nie użyje kobieta, która poroniła na widok tego, co jej organizm odrzucił czyli co, zgodnie z retoryka obrońców życia "zabiła" sama natura (a może sam Bóg?) Realnym problemem jest brak ruchu/ruchów przeciwstawnych dla tej inicjatywy. Takie ruchy społeczne wymusiły na rządach Francji czy Niemiec (tu spektakularnie- tysiące kobiet, w tym bardzo znanych, przyznało się do aborcji ryzykując karę) legalność przerywania ciąży. Tego u nas brak. Potulnie obserwujemy harce bojowników antyaborcyjnych, radując się, że Sejm nie stanął po ich stronie. A jednocześnie doskonale wiemy, że cała aborcyjna przepychanka to "prawo dla biednych i niewykształconych" bo i podziemie aborcyjne kwitnie i turystyka aborcyjna kwitnie a kobiety zamożne i wykształcone wiedzą co to nowoczesna antykoncepcja.
  • 2013-09-30 06:53 | joanna

    tu nie tylko o matki (i ojców) chodzi, również o te dzieci

    To zaostrzenie ustawy odbierane jest wyłącznie jako przymus poświęcenia się rodziców w imię "zasad owych 400 tysięcy" (jeśli matka sama je wyznaje, to przecież urodzi nawet przy świadomości wad płodu). Natomiast tu istnieje jeszcze problem czy prawo może decydować o przymusie do życia, które może nie być życiem a torturą. Nowoczesna medycyna może utrzymywać funkcje życiowe organizmu niezdolnego do samodzielnego funkcjonowania bardzo długo- nawet latami i to robi, nawet jeśli nie ma żadnych szans na poprawę. Czy to jest moralne by wprowadzać prawny nakaz urodzenia dziecka, które zazna tylko tortur? Bo torturą jest dławienie się własną wydzieliną z płuc, to dokładnie "przytapianie" stosowane w celu wymuszenia zeznań. Torturą jest ucisk fałdy na prześcieradle w syt. gdy nie można zmienić pozycji. Karmienie przez sondę wprowadzaną przez usta lub nos. Leczenie infekcji, która mogłaby zakończyć te męki dziesiątkami zastrzyków bo to jedyna droga podania leku. Reanimowanie by sobie ten człowiek jeszcze... no właśnie czy pożył czy pocierpiał ku chwale statystyk medycznych? To nie jest tylko problem dzieci skazanych na taki los to jest również problem ludzi, którzy sa w stanie zdeklarować czy tego chcą, ale- nikt tego nie usłucha! Nie da spokojnie umrzeć osobie, która nieludzkim wyciem komunikuje jak wspaniałe jest to jej "życie", w którym nie ma nic prócz bólu -słyszałam je przez 11 lat- tyle czasu nowoczesna medycyna podtrzymywała funkcje syna sąsiadki, słyszałam je w hospicjum a potem (morfina zadziałała) szept "Boże, niech to się wreszcie skończy, zabierz mnie". Niestety, ta osoba nie była papieżem, którego wolę "pozwólcie mi odejść do domu Ojca" uszanowano. Była zwykłym pacjentem NFZ, statystyczną "daną przeżywalności". Zapytała mnie jedna osoba, czy nie boję się, że mnie kiedyś odłączą kiedy będę "ciężarem". Nie, tego się nie boję. Boję się, że NIE odłączą.
  • 2013-10-07 12:26 | joanna

    problem nie jest w "systemie"

    Przyjęcie Deklaracji Bolońskiej było słuszne- dzięki niej nasze dyplomy są uznawane w Europie bez konieczności nostryfikacji. Problemem jest to, że coraz częściej tytuł czy to licencjata, czy to magistra, a podobno i doktora może oznaczać zwykłego oszusta. To, że ludzie kupują licencjaty (prace magisterskie, doktoraty) nie wynika z istnienia ich w systemie szkolnictwa. Wynika z cwaniactwa prostaków, którym się dyplomu zachciało. Słowa prostak używam celowo- to jest właściwe określenie człowieka, który nie ceni wiedzy, procesu uczenia się nie lubi, a jedynie chodzi mu o osiągnięcie jakiejś korzyści choćby oszustwem. Problem inny, znacznie gorszy, to fakt, że to oszustwo jest tolerowane, a w sumie to nawet- akceptowane.Bo jeśli uczelnia dostaje finanse "od łebka" to opłaca się kształcić łebków i po łebkach (co przyciąga osoby, którym uczyć to się nie bardzo chce więc jak wylecieć trudno to tam idą). Wykładowca, który wymaga uczciwego uczenia się i studentów oblewa, szybko zostanie pouczony, że ów student to jest jak kura- nie ma kury nie ma jajek. Choćby kurzy móżdżek miał, Czy promotor pracy licencjackiej naprawdę nie wie, czy student ją sam przygotował czy jakiś ghostwriter za stówę? czasem wie i udaje, że nie. Czasem nie wie bo grupa, którą się opiekuje jest tak liczna, że nie bardzo rozpoznaje kto jest kto. A obrona pracy licencjackiej nienapisanej samodzielnie nie jest żadnym problemem, wystarczy ja przeczytać, o podaną w bibliografii literaturę (lub metody badań) raczej nie pytają, a jeśli wykazują się już taka nadgorliwością to pytania są albo łatwe albo znane. Bo oblanie kandydata na obronie może podziałać zniechęcająco na kandydatów pragnących "się kształcić" i znowu kasy może być mniej. Można sie oczywiście oburzać na wykładowców dlaczego ich moralna siła nie stawia oporu takim praktykom. I odpowiedź jest prosta- ci, którym poczucie moralności przeszkadzało w tolerowaniu takich praktyk już odeszli. Ale nie każdy ma gdzie odejść a jeść trzeba. Tu jest pies pogrzebany- dopóki syt. finansowa uczelni będzie zależała od ilości studentów a nie od poziomu kształcenia, będą fabrykami wyształciołków. Będą źródłem demoralizacji młodych ludzi, którzy widzą, że i nauka, i oszustwo dają jednakowy dyplom. Przy zupełnie innym wysiłku. I nie ma żadnego znaczenia czy to jest dyplom licencjata, magistra czy doktora. Zlikwidowanie jakiegoś tytułu niczego nie zmieni. Co najwyżej oszust zaoszczędzi na jednej pracy. Ta sama selekcja, która kiedyś odbywała się na poziomie egzaminów do liceów, matury, egzaminów wstępnych na studia, egzaminach w czasie studiów, obrony pracy magisterskiej, odbywa się teraz na poziomie starań o pracę lub już kiedy się ją znalazło i albo się zostanie, albo wyleci. Tyle, że to tak pięknie w statystykach wygląda! Jakaż to rzesza młodzi naszej zdobywa wyższe wykształcenie! Szczególnie w porównanie z takimi, panie USA, gdzie wyższe wykształcenie ma 7,6%. Tylko, że jak sie spojrzy na osiągnięcia naukowe, na liczbę patentów, światowych sław w każdej dziedzinie, o noblistach nie wspominając to wygląda na to, że "mniej znaczy więcej".
  • 2013-10-07 19:06 | joanna

    a czy los dzieci kogoś obchodzi?

    To mógłby być artykuł o paru rodzinach w mojej okolicy. To mógłby być artykuł o paru rodzinach, niedaleko kŧórych mieszkałam w Anglii, to jest problem, który porusza prasa niemiecka dość często, na ogół w kontekście zaniedbań wychowawczych nie na poziomie przestępczości, ale takich drobiazgów jak fakt, że dziecko przychodzące do szkoły nie wie, co to szczoteczka do zębów, park czy kino. Trochę inaczej wyglądałby artykuł o białej rodzinie amerykańskiej pochodzenia polskiego, której straszna opieka społeczna chciała dziecko odebrać, umieścić w "jakimś przytułku" tylko dlatego, że rodzice nie pracowali (lub pracowali nielegalnie co dla instytucji stanowej oznacza to samo- nie zapewniają dziecku właściwego wzoru). No bo przecież jak to- dziecko nie bite, nie zawszone, nie głodne! Tylko gdyby pojawił sie w polskiej prasie, znalazłoby się obrońców praw rodzicielskich tysiące, jak to było nieraz. Tymczasem historia owych polskich amerykanów skończyła się jakoś tak- banalnie. Po prostu okazało się, że praca jest, tylko motywacji wcześniej jakoś nie było.
  • 2013-10-08 09:12 | joanna

    Re:Licencjat jak przystanek PKP we Włoszczowie

    @ białas to, o czym Pan pisze nie jest skutkiem przyjęcia "złego systemu bolońskiego", który przecież przyjęła cała Unia poza krajami, gdzie on już był (w tym na Oxford i Cambridge gdzie ten system funkcjonuje od 400 lat). Który funkcjonuje praktycznie w całym świecie. Jest to skutek niewłaściwych rozwiązań w polskim szkolnictwie wyższym, jest to skutek niewłaściwej polityki edukacyjnej nastawionej na ilość, niewłaściwego wynagradzania kadry. I wreszcie- niewłaściwego stosunku do wiedzy, wykształcenia. czy naprawdę wierzy Pan, że bachelor z Oxfordu czy Stanford czyli odpowiednik naszego licencjata jest głąbem, tylko dlatego, że tam jest taki tytuł? Czy wierzy Pan, że zdobył go plagiatem a zajęcia zajęcia olewał i student i wykładowca? Niestety, nie w systemie bolońskim wina, on funkcjonuje bardzo dobrze na bardzo dobrych uczelniach i bardzo źle na uczelniach złych. Nie tylko w Polsce. Czy oprócz Oxford i Cambridge potrafi Pan wymienić choć kilka nazw brytyjskich uniwersytetów z ponad 70 (słownie siedemdziesięciu?) Kilka pewnie tak. Dobrych renomowanych szkół, do których dostać się niełatwo, a wylecieć bardzo łatwo. A reszta? Takie same uczelnie, które ukończy byle kto. Tak samo finansowane "od łebka", tak samo oferujące kierunki bzdurne i bezużyteczne ku chwale statystyk i satysfakcji wykształciołka i jego rodziców dumnych, że ho,ho.
  • 2013-10-16 07:00 | joanna

    A nie mówiłam!

    Zapewne i na forum "Polityki" i bardzo często w rozmowach prywatnych nt. "kiedy wreszcie skończy sie to rozpanoszenie Kościoła" odpowiadałam "10 lat po śmierci Jana Pawła II" kiedy zaślepieni bezkrytyczna miłością do papieża Polaka głownie (lub jedynie) z powodu "że Polak" nasi rodacy dostrzegą, że taki Kościół, że taka ICH SAMYCH postawa wobec tego Kościoła to jakiś przeżytek Średniowiecza w połączeniu z sentymentem "jak to za komuny Kościół był oparciem"- co jest prawdą, ale i przeszłością, która minęła i nie wróci.Zresztą, młodym jest nieznana i brzmi lekko niewiarygodnie. . Polscy księża, którzy pracują w Niemczech, nie zawsze potrafią się dostosować. Jak o. Rydzyk, którego Radio Maria w Norymberdze zostało przez niemiecki Kościół Katolicki zamknięte a sam wielce szanowny duchowny- handlarz samochodami poproszony o opuszczenie kraju i powstrzymanie się od powrotu. W roku 1991. "Polityko"- może warto pogrzebać w tej sprawie? Norymberga nie jest daleko.
  • 2013-10-20 05:14 | joanna

    Re:Wykluczeni w rozmiarze XXL

    Od błędów merytorycznych aż się roi- ale to już Panie wytknięto. Natomiast nie widzi Pani problemu, który leży u podstaw promowania bycia szczupłym lub- przynajmniej- unikania otyłości. A jest nim, po prostu, zdrowie. "Waga przestaje być sprawą osobistą" kiedy za leczenie osób chorych na cukrzycę typu B, choroby krążenia, choroby stawów, nowotwory, których występowanie wzrasta proporcjonalnie do nadwagi (piersi, endometrium, jajnik, pęcherzy żółciowy, prostata, jelito grube, żołądek, odbyt) płaci NFZ czyli każdy z nas. Palacz czy pijak to przynajmniej jest płatnikiem akcyzy, podlega ograniczeniom swojego nałogu, otyłość zaś ma być "prywatną sprawą"? Bo obżeranie się, które leży u podstawa otyłości to nie jest używka? Ubolewa Pani nad losem osób, które równie bezmyślnie walczą z otyłością, jak i bezmyślnie na nią zapracowały. Dlaczego to "nie jest ich prywatna sprawa" w takim razie, a powód do obarczania odpowiedzialnością media, koncerny i kogo tam jeszcze? Każdy bierze odpowiedzialność za swoje samopoczucie, akceptację swojej osoby i za własną głupotę też. Albo, niestety, głupotę rodziców, dziadków co często oznacza nie tylko spustoszenie w psychice młodego człowieka, ale i w jego zdrowiu na całe życie.
  • 2013-10-24 06:27 | joanna

    Polska tonie w morzu absurdu

    W momencie, kiedy po raz pierwszy od wieków mamy szanse na prawdziwe gonienie świata wysokorozwiniętego, realną szansę na ogromna poprawę naszego poziomu życia, cała działalność tzw. prawicy czyli opozycji parlamentarnej sprowadza się do tropienia spisku. Nie ma żadnych dopracowanych kontrpropozycji dla działania rządzących, żadnych konkretnych czyli popartych argumentami ekonomicznymi propozycji zmian, reform. Cała działalność PiS i ich akolitów skierowana jest wyłącznie na leczenie traumy prezesa. Polska i Polacy tej partii nie interesują w ogóle. Jest to sytuacja, w której Platforma degeneruje się i pogrąża w nieróbstwie, jak każda partia pozbawiona realnego oponenta w kwestiach merytorycznych. Oponenta, który zaproponuje inne rozwiązanie problemu, wytknie błędy czy niedopracowanie jakiejś kwestii a nie będzie tylko demonstrował swoje "nie bo nie", przedstawi własne dane czyli informacje oparte na rozumie. W 2015 roku, o ile nic się zmieni, a raczej nic na to nie wskazuje, Polacy będą szli do wyborów z dylematem czy głosować na ludzi, kŧórzy przynajmniej wszystkie klepki mają w porządku czy tez na takich, gdzie diagnoza psychiatry mogłaby być przydatna. W efekcie frekwencji należy się spodziewać nędznej, a i zwycięstwo PiSu wcale nie jest wykluczone- elektorat tej partii kieruje się raczej emocjami a czego jak czego ale zdolności do wzbudzania emocji to PiSowi nie brak. Pozostaje jedynie nadzieja, że jak prezes oraz jego współpracownicy przekonają się, że środków unijnych nie da się jednak wydać na badanie brzozy i ekshumacje to się poda do dymisji, może nawet szybciej niż poprzednio kiedy to po dwóch latach robota się znudziła.
  • 2013-10-25 06:05 | joanna

    o czym nie myślą rodzice

    Rodzice prowadzący publiczną walkę z obowiązkiem szkolnym dla sześciolatków są ludźmi wykształconymi i światłymi, którzy zapewne dbają o rozwój dzieci. I uważają, że szkoła zapewni im gorsze warunki do tego rozwoju, szybciej dziecko trafi w warunki jednak stresujące. W ich przypadku jest to prawda. Natomiast bardzo liczna grupa dzieci jak najwcześniej powinna mieć możliwość znalezienia się w środowisku innym niż rodzinne.Nie chodzi tylko o rodziny patologiczne. Chodzi również o rodziny kochające i troskliwe, nie mające jednak żadnej wiedzy o prawidłowym rozwoju dziecka, gdzie opieka nad kilkulatkiem pozostawiona jest nierzadko babci i sprowadza się do nakarmienia i włączenia telewizora. To są dzieci, których wad wymowy nikt nie koryguje na tyle wcześnie, by była szansa je w wyeliminować, których zasób słownictwa i zdolność pojmowania sytuuje o wiele niżej niż ich rówieśników, co dzieci widza i co ma ogromny negatywny wpływ na ich psychikę. Bardzo często dopiero szkoła odkrywa niedosłuch, dom uważa, że "dziecko nie słucha bo jest niegrzeczne posłucha dopiero jak się krzyknie" (autentyczne), niezauważalne dla rodziców są wady wzroku, nawet zez (nieoperowany powodujący często dużą utratę widzenia), zaburzenia neurologiczne. Sporo rodziców z takich prostych domów tak naprawdę nie tyle boi się szkoły, czy uważa, że "nie jest przygotowana na 6-latki" bo w niej nie była, nie widziała- nie interesuje ich to. Zresztą, zdaje się, że zdecydowana większość zabierająca głos w dyskusji ostatni raz w szkole podstawowej była kiedy odbierała tam własne świadectwo ukończenia. Powtarza głosy, opinie czy raczej hasła nie weryfikując ich. To, czego duża grupa rodziców się boi to wydatki związane ze szkoła i obowiązki- zebrania, kontakty z wychowawcą, pomoc w odrabianiu lekcji- rzadziej. Po prostu- dla wielu rodzin "zajmowanie się dzieckiem' to zapewnienie ubioru, jedzenia i zabawek. Nie zawsze wynika to z biedy, często jest powieleniem opieki, którą mieli sami. I strach przed szkoła, która od początku zapewniała im poczucie niższości wobec bardziej rozwiniętych przez dom dzieci. W moim mieście szkoły zaprosiły rodziców pięciolatków na dni otwarte gdzie mogli zobaczyć jakie warunki szkoły zapewniają dzieciom. Przyszła grupa niewielka, składająca się WYŁĄCZNIE z ludzi wykształconych, inni nie uznali, że warto zobaczyć na własne oczy. Ci, którzy przyszli i zobaczyli zapisali swoje dzieci jak jeden mąż. sama poszłam do szkoły mając lat 6, takich jak ja "maluchów" było siedmioro w klasie 42 osobowej (słownie: czterdzieścioro dwoje dzieci w klasie). Wspominam bardzo dobrze, szczególnie, że należałam do wyraźnie wyróżniającej się grupy uczniów jak to zawsze bywa w przyp. dzieci, których rodzicom zależy na wykształceniu dzieci, a nie na własnej wygodzie. Wszystkie młodsze dzieci do tej grupy należały.
  • 2013-10-25 11:29 | joanna

    Re:Paradowska o referendum szkolnym: to wojna polityczna

    @ adam Przecież takie dane- wykształcenie rodziców, zawód wykonywany, miejsce pracy podaje się w formularzu przy zapisywaniu dziecka do szkoły. Wiele mówi również adres. Pewności siebie mi nie brakuje. To zasługa sukcesów, które przyszły na tyle wcześnie, choć to nie tylko zasługa szkoły powszechnej, by ukształtowały moja osobowość na dziesiątki lat szczęśliwego, dostatniego życia. Poczucie wyższości na ogół przypisują mi ludzie z poczuciem niższości. Inni raczej nie.
  • 2013-10-25 21:09 | joanna

    Re:Paradowska o referendum szkolnym: to wojna polityczna

    @ kaesjot, @ Saurom obaj macie Panowie rację, nie było ani publicznej debaty z udziałem pedagogów, nauczycieli, psychologów rozwojowych, nie przytaczano naprawdę licznych prac naukowców, choć niemało było publikacji, a badania prowadzono od lat 70tych kiedy całkiem sporo nas- ówczesnych sześciolatków do szkół poszło. Nie podawano żadnych konkretów z raportu NIKu, na czym owo "nieprzystosowanie" miałoby polegać, jakiego procenta szkół dotyczy, jakie kryteria Izba przyjęła. I dlaczego tak się stało, skoro gminy od 2009 roku dostają na to niemałe pieniądze unijne. Media, dokładnie tak samo jak politycy i przeciwni zmianom rodzice posługują się hasełkami, argumentami emocjonalnymi, sprowadzając sprawę do pyskówki. Bo dyskusja o edukacji najmłodszych to na pewno nie jest.
  • 2013-11-07 06:16 | joanna

    problem

    Z rządem, który "się znudził" czy raczej, moim zdaniem- "zużył", jest niestety znacznie większy problem niż z bluzką, która się znudziła czy zużyła. Tu można iść do sklepu i wybierać spośród setek, tysięcy wg dowolnych kryteriów. Tuska i jego ministrów nie bardzo jest na kogo zmienić. Cała nasza scena polityczna to jest zamknięty krąg mniej lub bardziej "zużytych" polityków, których osiągnięcia lub raczej ich brak zdołaliśmy już poznać i którzy na drugą szansę raczej nie zasługują. Nie pojawiają się ludzie nowi, wnoszący cokolwiek ożywczego. Ot, "towarzystwo weteranów, każdy zna tych panów". Bardzo pasuje tu powiedzenie kanclerza Adenauera (choć inny kontekst) "Nie wylewa się brudnej wody, kiedy nie ma się ani kropli czystej".
  • 2013-11-08 14:45 | joanna

    nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło

    Awantura wokół referendum ma pewne zalety- przyjrzano się szkołom, które, moim zdaniem beztrosko i nierozważnie, oddano samorządom, które traktowały dotąd szkoły jako ostatnie na miejscu priorytetów. Uczciwie przyznać należy przy tym, że wyborcy wójta czy burmistrza też jakoś specjalnie nie interesowali się ani warunkami w szkole, ani jakością kształcenia. Teraz nagle, kiedy do szkół mają trafić dzieci czasem tylko o kilka miesięcy młodsze, zaczęło się baczne sprawdzanie tego, co do tej pory dzieciom służyło. To jest bardzo dobry początek dyskusji o edukacji naszych dzieci. Bardzo dobry początek dyskusji o dzieciach w szkole w ogóle, bo jak dotąd to sporo dyskutowano o nauczycielach, programach, lekturach itp. o Takim "drobnym dodatku do systemu szkolnictwa" jak uczeń to jakoś nie bardzo pamiętano.
  • 2013-11-10 06:08 | joanna

    ogromny problem zdrowotny

    Zakaz powinien zostać wprowadzony i to zakaz bezwzględny.To przywiązanie do taniego węgla jest również przywiązaniem do leczenia raka płuc, astmy, chorób układu oddechowego w tym przewlekłej choroby obturacyjnej płuc, na które w rejonach zadymionych zapadają osoby, które nigdy nie paliły papierosów. Za to przez lata narażone są na wdychanie dymu z emisji niskiej czyli domowych kominów, którego toksyczność znacznie przewyższa dym tytoniowy, znacznie dłużej trwa wdychanie- nikt nie pali od niemowlęctwa. Argumenty ekologiczne nie zawsze są przekonujące, może warto uświadomić sobie, że stawką jest zdrowie i życie ludzi. Ten sam czarny, trujący dym osadzający się na elewacjach osadza się w naszych płucach, przedostaje do krwioobiegu. Elewacje można myć i remontować, naszego organizmu- nie.
  • 2013-11-10 06:33 | joanna

    Re:Dlaczego polscy sportowcy tak często przegrywają?

    Panie Pawle, ma Pan bardzo wiele racji. Jako była pływaczka dodam, że to, co pisze Pan o "próbach wybicia się niemile widzianym przez otoczenie" dotyczy także, niestety, środowiska sportowego, dotyczy każdej drużyny a szczególnie bolesne jest w przyp. początkujących sportowców czyli po prostu- dzieci. Bo sport albo zaczyna się uprawiać w dzieciństwie, albo można zapomnieć o medalach innych niż na poziomie amatorskim. Jeśli wybitne osiągnięcia członka drużyny nie budzą podziwu a zawiść i złośliwość, to nigdy nie będzie to drużyna sukcesu. Jeśli słaby występ członka drużyny powoduje złośliwość i obwinianie go o porażkę wszystkich- nigdy nie będzie to drużyna sukcesu. Taka jest prawda o sporcie- to jest prawda o społeczeństwie, naszej mentalności, naszym wychowaniu. Po prostu- uczymy się, że przeciętniakowi jest lepiej.Nikt mu ani nie zazdrości, ani nie miesza z błotem, że miał gorszy występ. Mamy drużyny dziecięce, młodzieżowe, z których odchodzą ci, którym polska zawiść (nierzadko agresja) wobec nieprzeciętnych osiągnięć odbiera radość z sukcesu. Zostają ci, których występy nie wzbudzają żadnych emocji. Przeciętniacy, ludzie o niewielkich ambicjach.
  • 2013-11-11 14:40 | joanna

    Re:Mężowie, którzy potrafią zabić

    @ camel stacza się, całkowicie się zgadzam. Tyle, że nie w kierunku przeszłości- takich bzdur na temat kobiet i ich "poddaństwa" to w Polsce nie było od dawna. Nie jesteśmy na pewno w wieku XIX, kiedy to kobiety dźwigały na sobie ciężar zachowania polskości, zachowania majątków mężów, którzy ginęli w powstaniach, zaludniali Sybir a szacunek i podziw dla tych kobiet był powszechny. Staczamy się w kierunku modelu rodzinnego typowego dla polskiej zacofanej wsi, gdzie model rodziny i roli kobiety wyznaczany był i jest przez księdza proboszcza. W równym stopniu wg nakazów religii katolickiej co znanego owemu duchownemu modelu, który wyniósł z domu wiejskiego. Bo w Seminariach Duchownych "mieszczuch" to była rzadkość, dla wiejskiego chłopaka była to kariera. Tak się mówiło na wsi mazowieckiej:"Najgłupszy zostaje na gospodarce, najładniejszy idzie na księdza a reszta musi fach zdobyć". Jesteśmy społeczeństwem postwiejskim, zmiany mentalności postępują bardzo powoli. To nie jest kwestia dwóch czy trzech pokoleń by z ludzi, którzy wyszli ze wsi wyszła również wieś. Szczególnie, jeśli nadal lansuje się model społeczny, w kŧórym wyrośli. Jako kobietę razi mnie sposób mówienia o problemach kobiet- jesteśmy traktowane jak samice do rozrodu, biedne fajtłapy, którym trzeba dawać takie czy inne przywileje, generalnie osobniki innego gatunku niż mężczyźni. Co nie znaczy, że nie razi mnie dyskryminacja, która jest faktem. Ale jest to dyskryminacja spowodowana tą ochroną. Nachalną i dyktowana protekcjonalnością a nie sprawiedliwością. Kolejne "macierzyńskie udogodnienia" wcale nie skutkują zwiększeniem ilości dzieci, skutkują jedynie znacznie gorszą pozycją kobiet na rynku pracy, ich dotkliwszym bezrobociem, ich niższymi zarobkami. To powoduje, że trudno wyzwolić się od męża-bandyty, a państwowa opieka nie zastąpi wolności ekonomicznej, która jest jedynym czynnikiem pozwalającym kobiecie uciec od zła w rodzinie. Również świadomość uzależnienia materialnego żony wyzwala przemoc- wszak z niewolnikiem można zrobić wszystko. Nie bez winy są tu kobiety gorliwie i bezmyślnie akceptujące tę pseudoopiekę jako wyraz dbałości o nie. Oczywiście, tak zostały wychowane by tę łaskę przyjmować. Bezmyślnie podkreślające swoją wartość rozrodczą, czyniące z macierzyństwa podstawę swojej wartości, zaraz potem swoją funkcję domową. Jednocześnie lekceważąc swoją pracę zawodową, przejawiając bardzo mało ambicji w tej dziedzinie. Tę postawę podtrzymują media- co można znaleźć w dziale "kobieta" gazet czy tygodników- ciuchy, kosmetyki, kuchnia, sprzątanie i jak dobrze zrobić mężczyźnie. Nic o kobietach sukcesu, o zdobywaniu wiedzy, kwalifikacji a "książki dla kobiet" to pierdoły. Oczywiście, są kobiety inne- kobiety wykształcone, niezależne finansowo. Ale kto o takich pisze? Niemedialne to, nie sprzeda się, lepiej przedstawiać ofiary. Dając kolejnym pokoleniom dziewcząt obraz takiego kobiecego losu.
  • 2013-11-12 16:11 | joanna

    Re:Zakazać Marszu Niepodległości

    Ja się z Autorem zgadzam. jest to kolejna manifestacja, która pokazała, że jej organizatorzy nie potrafią zapewnić porządku i bezpieczeństwa, co jest obowiązkiem organizatora a nie policji. Podstawa prawna niewydania zgody zawarta jest w ustawie Prawo o Zgromadzeniach: Art. 8. 1.13) Organ gminy zakazuje zgromadzenia publicznego, jeżeli: 1)  jego cel lub odbycie sprzeciwiają się niniejszej ustawie lub naruszają przepisy ustaw karnych; 2)  odbycie zgromadzenia może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach. Po wyczynach z ostatnich kilku lat raczej nie ma wątpliwości co do tego, że "może". Bardzo wielu organizatorów, którzy nie zapanowali nad uczestnikami demonstracji nie otrzymało w nast. roku zgody np. Love Parade musiało się z Berlina wynieść, dokładnie z tego powodu- organizatorzy nie zapanowali nad uczestnikami choć "tylko" o sikanie po krzakach i parę rozbitych witryn chodziło. Wolność zgromadzeń nie jest prawem nadrzędnym jednych nad prawem do bezpieczeństwa innych. Nie potrafisz zapewnić bezpieczeństwa- nie ma zgody.
  • 2013-11-12 17:44 | joanna

    Re:Zakazać Marszu Niepodległości

    Jasne, akurat bardzo grzecznie będą w tym "jednym miejscu" stali. Wcale się nie przebija, nie rozlezą, gdzie będą chcieli. Całkowity zakaz manifestowania skrajnie prawicowych poglądów byłby, ale nie będzie, jedynym rozwiązaniem. Jesteśmy my- tzw. normalni ludzie dla owych zadymiarzy po prostu tchórzami i mięczakami, a nasze zasady z których tak jesteśmy dumni są czymś, czego nie potrafimy bronić przed ich agresją, tępą siła.A zasady, których nie potrafi się bronić, niewiele są warte i niewiele warci są ludzie, którzy ich bronić nie potrafią. Dla świętego spokoju. Oni to wiedzą, nie tylko oni. To wszystko już było.
  • 2013-11-12 18:44 | joanna

    Re:Zakazać Marszu Niepodległości

    @ sb.slav Dlaczego pomija się pokojową postawę przytłaczającej części uczestników marszu, nazywając ich nazistami i zrównując z tymi nielicznymi bandziorami, którzy dokonali rozbojów? Gdzie obiektywność mediów? Tu akurat ma Pan dużo racji. Tylko, że media tak działają- samolot jest tematem kiedy spadnie, nie kiedy wyląduje, choć takich jest nieporównanie więcej. Ale tak jak linie lotnicze nie mogą uchylać się od odpowiedzialności za ten rzadki wypadek tłumacząc "że przecież wszystkie inne latają OK" tak za odpowiedzialność za owych "kilkudziesięciu degeneratów" spada na organizatora, nie upilnował ich, a było to jego obowiązkiem, które prawo nakłada na każdego organizatora, od którego spełnienia uzależniona jest zgoda na demonstrację. Nie wiem, czy organizatorzy zakładali, że nie upilnują bandytów, czy agresja uczestników marszu wymknęła się spod kontroli służb porządkowych mimo ich dobrego przygotowania. Ale tak się stało. I za to organizator odpowiada zawsze. I dlatego organizator, który już kilkakrotnie pokazał, że nie jest w stanie sprostać swoim obowiązkom, nie powinien dostać kolejnej zgody. Dokładnie tak, jak kierowca, który kilkakrotnie udowodnił, że nie jest w stanie prowadzić bezpiecznie traci prawo jazdy. I nikogo nie interesuje, czy się starał czy nie starał i w ogóle co mu tam w głowie siedzi. Naraża innych- traci uprawnienia.
  • 2013-11-13 09:13 | joanna

    Re:Zakazać Marszu Niepodległości

    sb. slav "Służby porządkowe" w rozumieniu Prawa o Zgromadzeniach zapewnia organizator, ich zadania oznakowanie itp. sa precyzyjnie określone. Policja i straż miejska w ww ustawie nazywana jest policja i strażą miejską. Owe służby porządkowe mają obowiązek nie dopuścić do burd, w ogóle ich zadaniem jest pilnowanie by marsz przebiegał zgodnie z prawe. I tu zawaliły sprawę na całego- przedarły się grupy, w marszu szli ludzie w kominiarakach (niezgodne z prawem) Bo gdyby zadymiarze wymykali sie pojedynczo, buziuchny pokazywali, spotykali ze wcześniej umówionym miejscu i potem szaleli, to organizator jest czysty. Ale jeśli grupy przedarły się przez służbę porządkowa- są i nagrania i zeznania świadków, że tak było, to organizator odpowiada. I dziwnym trafem nawet Marek Jurek jest tego zdania (wypowiedź dla Frondy). I na tej podstawie zdelegalizowano marsz- zgodnie z prawem. I jest to podstawa do niewydania zezwolenia na kolejny marsz, o ile organizator nie przedstawi wiarygodnych dokumentów, że zapewni tym razem skuteczną służbę porządkową i przestrzeganie prawa.Jak to zrobi- jego sprawa, może zwiększyć liczbę członków służb porządkowych, wybrać lepszych osiłków, uzbroić ich tylko nie może. Co do nieudolności policji- może wzięli sobie do serca wypowiedź pana Bosaka dla dziennika.pl z dnia 14 października cyt"Straż będzie wykonywać polecenia przewodniczącego zgromadzenie w ramach ustawy. Co do policji, to tam gdzie jej nie było w zeszłym roku to było spokojnie. Stąd nasz apel, aby na samym marszu się nie pojawiała. Jeśli policjanci tego dnia muszą pracować w Warszawie to niech trzymają się na pewien dystans"