Wyszukaj na forum

Forum


Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Wyszukano

(108)
Komentarze użytkownika: kwieto
  • 2012-05-09 20:08 | kwieto

    Re:Dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców

    Cóż, dziękuję za komentarz, choć z braku uzasadnienia ciężko mi się do niego w jakikolwiek sposób odnieść. Ciężko mi go też potraktować poważnie, tym bardziej że nie pisałem ani o mechanizmie niechcianych ciąż (moja wypowiedź dotyczyła natomiast obustronnej odpowiedzialności za przypadkową ciążę), ani też o psychopatii (pisałem natomiast o tym, że aby się z kimś pokręconym związać, trzeba mieć trochę "za uszami" również po swojej stronie, zaś za jakość relacji odpowiedzialne są obie strony - każda za swoją część) Na marginesie: nie jestem, ani nie pretenduję do autorytetu w dziedzinie psychologii. Podałem źródła z których czerpałem swą wiedzę, jeśli te źródła się mylą, proszę wykaż gdzie i dlaczego. Ja chętnie zweryfikuję swoje wiadomości.
  • 2012-05-10 09:47 | kwieto

    Re:Żakowski z Dodą o Polsce

    Całą rozmowę świetnie puentuje fragment: [i]"To musi być strasznie załamujące, kiedy pan ciągle o tym wszystkim myśli i zatruwa sobie tym życie. Przecież pan w ogóle nie ma na to wpływu."[/i] Tak po prawdzie to wcale nie jestem pewny, czy ona jest tutaj bardziej "odrealniona" czy on.
  • 2012-05-15 09:11 | kwieto

    Re:Żakowski z Dodą o Polsce

    Hmmm, tylko jak ocena jej działalności artystycznej ma się do treści wywiadu?
  • 2012-07-18 10:27 | kwieto

    Re:Żakowski rozmawia z Wojewódzkim

    [i]"jesteśmy niegospodarni, nieuczciwi, leniwi. Pijemy za dużo i kradniemy. W naszym kraju nic nie działa zbyt dobrze, jesteśmy na ogół gburami, szukamy bardziej okazji do oszustwa niż do uczciwej pracy. Obrażamy się z byle powodu, oczekujemy ciągle przeprosin i pomocy. Za granicą nie mamy dobrej opinii, raczej anegdotki o nas krążą"[/i] Rozumiem, że mówisz za siebie (tudzież swoich znajomych, skoro używasz słowa "my"? Problem w tym, że jest to ocena skrajnie oderwana od rzeczywistości. Ciekawe, że wmawianie Polakom kompleksu "gorszego brata" jest charakterystyczne dla większości obrońców "dowcipu" duetu Wojewódzki i Figurski, skąd ta zbieżność? Stephen Convey powiedział kiedyś: "Każdy myśli, że widzi świat takim, jakim on jest, ale naprawdę widzimy go takim, jacy [b]sami jesteśmy[/b]" Garść danych - spożycie alkoholu w Polsce jest niższe niż średnia europejska (w 2011 byliśmy na 19-tym miejscu). Polecam też przejrzeć statystyki przestępczości, w USA jest ona np. średnio c.a. 4x wyższa (w niektórych stanach - kilkunastokrotnie wyższa) niż w Polsce. W pierwszej dziesiątce miast pod względem ilości kradzieży na świecie znalazło się aż 8 miast europejskich, żadnego polskiego. Liderem europejskim kradzieży aut jest Szwecja (prawie 8x więcej kradzieży niż w Polsce). I tak dalej... Polacy postrzegani są jako dobrzy, sumienni pracownicy, nieprzypadkowo we Francji strasznie się bano "inwazji polskiego hydraulika". Wymieniać można by dużo, puenta jest taka - zanim zaczniesz oceniać Polskę i Polaków, wystaw nos na zewnątrz i popatrz na nasz kraj z innej perspektywy, nie tylko z punktu widzenia własnych fantazji o tym "jak nas postrzegają". Pojeździj po świecie, pogadaj z ludźmi w różnych krajach, sprawdź jak Cię odbierają i jak reagują na wieść o tym, że jesteś z Polski. Sprawdź jak wyglądają suche fakty (np. ocena bezpieczeństwa czy ilość zgonów z powodu przepicia w danym miejscu) zamiast polegać na stereotypowych opiniach. Dopiero potem oceniaj. Jako Naród nie mamy się czego wstydzić, nawet jeśli są wśród nas tacy, jak ci z "żartów" Wojewódzkiego. Tyle że oni stanowią margines, a nie większość. W innych krajach też tacy są, naprawdę sądzisz, że sam fakt urodzenia się "na zachodzie" sprawia, że człowiek jest bardziej obyty/ukulturalniony/itp. ?
  • 2012-07-20 21:14 | kwieto

    Re:Żakowski rozmawia z Wojewódzkim

    [i]"nie mamy co porównywać się do okrzepniętych, bywałych w świecie i znających języki społeczeństw zachodnich"[/i] Po pierwsze, podobnie jak [b]Magda[/b] - mów za siebie. Ja nie poczuwam się do opisu przez nią przedstawionego. Być może [b]Magda[/b] kradnie, pije na umór itd., ja u siebie takich cech nie zauważyłem. Po drugie - znasz jakieś społeczeństwo, które pasuje do Twojego opisu? Bo ja nie bardzo. Mam do czynienia z Niemcami, Holendrami, Francuzami, Norwegami, Brytyjczykami... żeby wymienić tylko kilka nacji z którymi mam styczność. Zaręczam Ci, poziom niekompetencji przedstawicieli tych krajów potrafi być kosmiczny - nieprawidłowe wypełnienie prostego, międzynarodowego dokumentu celnego przez wyspecjalizowaną (sic!) agencję celną, wysłanie ważnych papierów nierejestrowaną pocztą (zaginęły i trzeba było towar odsyłać do kraju pochodzenia by je odtworzyć), żeby wymienić tylko kilka "najzabawniejszych". Ci, którzy mają kontakty handlowe z Niemcami, na hasło "niemiecki porządek" niejednokrotnie dostają napadów histerycznego śmiechu... Oczywiście na pierwszy rzut oka wszystko wygląda "lepiej" niż u nas, ale no właśnie - [b]na pierwszy rzut oka.[/b] Nie wiem więc o jakich "faktach" mówisz, gdyż moje doświadczenie jest kompletnie odmienne od tego co napisałeś. A mówię o codziennych kontaktach biznesowych a nie wakacyjnej wycieczce do zagranicznego kurortu. Jeśli chcesz się samobiczować pod hasłem swej postkomunistyczności i plastikowych podszewek, to proszę bardzo. Tylko po co wciągasz w to cały naród?
  • 2012-07-22 11:29 | kwieto

    Re:Żakowski rozmawia z Wojewódzkim

    [i]"Kwieto, czy myślisz, że ktoś, kto natknął się na Polaków żyjących za granicą w grupie i wykazujących razem pewne niemiłe cechy, (np. ciągłe niezadowolenie lub próby włamania się do mieszkań) zadaje sobie trud, żeby poczytać statystyki i porównać liczby, tak jak Ty to robisz?"[/i] Szczerze? A co mnie to obchodzi czy ten ktoś taki trud sobie zadaje czy nie? Jeśli w kontaktach ze mną nie potrafi wyjść poza stereotyp, to jest to [b]jego[/b] problem, nie mój. Podobnie jak moim problemem jest to, czy kontaktując się ze znajomymi Francuzami będę ich postrzegał przez perspektywę tego kim są konkretni ludzie z którymi rozmawiam, czy różnego rodzaju obiegowych "prawd", że "jedyni przyzwoici Francuzi to ci, którzy czują się bardziej Niemcami niż Francuzami". Wiesz, ze znajomą Francuzką zdarzyło mi się żartować na temat tego, że "są specyficzni", a z pewnym Niemcem uciąć dialog w rodzaju: - słuchaj, jutro nie ma mnie w pracy, bo mamy w Polsce wolne - jakieś święto? - tak, Święto Niepodległości - Pewnie z okazji wyzwolenia od Niemców? I nikt się nie czuje urażony ani nie płacze, że jego naród jest tak czy siak postrzegany przez innych. "mówimy teraz o konkretnych żartach w radiu, nie o tym kto jest zakałą Europy, oraz mówimy o takim zjawisku, że co poniektórzy nie wyobrażają sobie, że żarty WF dotyczą Polaków." Nie chodzi o to, że "żart" dotyczy Polaków, ale o to, że: - był chamski, prymitywny i prostacki, na poziomie "polish jokes" czy "dowcipów" o Żydach lub Czarnych - dotknął bardziej Ukraińców niż Polaków - autor dowcipu nie potrafi uderzyć się w piersi, tylko lawiruje i uprawia kombinatorykę stosowaną w zakresie problemu "jak przeprosić, żeby nie przeprosić". Gość po prostu nie ma jaj by wziąć odpowiedzialność za to co powieidział, a jednocześnie kreuje się na wielkiego figo-fago. "Żeby śmiać się z siebie nie musimy się porównywać do innych narodów, to nie jest konkurs Eurowizji. " Problem w tym, że szydzenie i dokopywanie słabszym (w tym przypadku - Ukrainkom) nie jest "śmianiem się z siebie", a jeśli już, to właśnie na poziomie "polish/jewish/american/itd. jokes". To że są środowiska, w których tego typu "dowcipy" są odbierane jako szalenie śmieszne, to jedno. Drugie, to kwestia tego, że od kogoś mieniącego się "satyrykiem" oczekuję zwyczajnie więcej. "Z drugiej strony, postrzeganie audycji WF jako podtrzymującej jakieś kompleksy, jak sugerujesz, to też przegięcie, to jakieś nieporozumienie." Nie napisałem niczego takiego. Napisałem natomiast, że charakterystyczne dla dyskutantów broniących Wojewódzkiego jest podciąganie oburzenia pod manifestację kompleksów i "Polactwo". Innymi słowy - "nie spodobał ci się ten dowcip? to znaczy, że jesteś zakompleksionym gnojkiem, który sam gwałci ukraińskie sprzątaczki. Pewnie jeszcze kradniesz i zapijasz się do nieprzytomności, a w ogóle to zazdrościsz Wojewódzkiemu samochodu". Wybacz, ale mnie tego typu zarzuty nie przekonują. Ty sama zaserwowałaś całą litanię cech, jakie wg Ciebie Polacy (jak rozumiem wszyscy) prezentują. A ja idę o zakład, że jeśli zapytam się Ciebie, czy sama jesteś, lub znasz kogoś kto jest, pijakiem, złodziejem, kombinatorem, gburem itp., to odpowiesz przecząco. To działa jak "urban legends" - "ja co prawda nie znam nikogo takiego, ale znajomy znajomego znajomego przysięgał, że jego znajomy zna kogoś, kto takich ludzi zna, więc to najszczersza prawda". Szczerze mówiąc nie rozumiem tego rozdwojenia i tej potrzeby wykreowania mitycznej grupy "wszystkich Polaków" (wszystkich oczywiście poza mną, moimi znajomymi, znajomymi znajomych itd.), którzy prezentują te wszystkie niefajne cechy. Skąd taka głęboka niechęć do ludzi, zwłaszcza do własnych rodaków? Czasami to sięga oparów absurdu, pamiętam kilka lat temu dyskutowałem na podobny temat z kimś, kto upierał się, że Polacy specjalizują się w kradzieżach samochodów. Na argument, że w USA kradną 4 x więcej samochodów niż w Polsce (w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców) zareagował stwierdzeniem, że to są auta, które potem jadą do Polski. Fakt, że sumaryczna ilość tychże kradzieży przekracza wielkość rynku samochodowego w Polsce, kompletnie mu nie przekszakadzał... To się na szczęście zmienia, jeszcze parę lat temu zdarzało mi się trafiać na ludzi, z dumą obnoszących się tym, że widząc rodaków za granicą udają, iż nie znają polskiego, albo przechodzą na drugą stronę ulicy. Tylko dlatego, że ludzie ci mówią tym samym językiem. Przy czym na Polaków, którzy zachowywali się rzeczywiście w zawstydzający sposób trafiłem dokładnie raz. A za granicą bywam kilka-kilkanaście razy do roku. W każdym społeczeństwie są lepsi i gorsi, jedni kradną, inni nie. Mnie samego okradziono w tym roku dwa razy, jednak daleki jestem od uogólnień, że "Polacy to złodzieje". Tym bardziej, że wcześniej niejednokrotnie zdarzało mi się zostawiać otwarty samochód pod domem, albo np. leżący w nim na wierzchu portfel lub telefon - dopiero następnego dnia rano orientując się, że zostawiłem daną rzecz w aucie. [i]"W Polsce jakoś ciężko nauczyć się luzu, optymizmu, radzenia sobie z problemami, otwartości."[/i] Bzdura. Tylko zamiast płakać na mitycznych "onych", trzeba zacząć od siebie. Myślisz, że jeśli w Twoim otoczeniu będą sami szczęśliwi ludzie, to czarodziejskim sposobem zlikwiduje to agresję i narzekanie, które są w Tobie? Na "onych" nie masz wpływu. Na siebie tak. Czemu zajmujesz się tym na co nie masz wpływu zamiast zająć się tym co możesz zmienić? Druga sprawa jest taka, że przyciągamy do siebie takich ludzi jacy odpowiadają naszym potrzebom. Może warto zadać sobie pytanie, do czego Tobie potrzebni są owi "Polacy", których tak krytykujesz? [i]"Za to agresji mamy ponad miarę"[/i] Czemu więc sama ten poziom agresji powiększasz? Twój pierwszy post to kwintesencja agresji. [i]"Tylko wśród Polaków spór o mały detal, chociażby o głupi bagaż w samolocie, może urosnąć do absurdalnych rozmiarów."[/i] Bzdura. Poczytaj sobie o zachowaniu się niektórych klientów np. w USA, gdzie niezadowolony klient nie waha się sięgnąć do rękoczynów, albo np. wjechać z wściekłości samochodem w witrynę fast-foodu, bo sprzedawca pomylił się w zamówieniu. Nie przypomnę sobie tego teraz (czytałem to dość dawno temu), w każdym razie problem agresywnych klientów, skłonnych do użycia siły wobec sprzedawców jeśli nie dostaną tego co im się w ich mniemaniu należy, narasta i staje się poważny. [i]"A te wszystkie nasze wypowiedzi dot. KW o czym świadczą? To nawet nie jest dyskusja – większość, może np. poza takimi wyjątkiami jak Ty, nie zadaje sobie trudu, żeby sformułować argumenty, raczej krzyczy „na stos” i tyle."[/i] Mam odmienne wrażenia. Najczęściej agresywni są właśnie ci, którzy natychmiast przypisują krytykom zachowania Wojewódzkiego całą plejadę różnego rodzaju przywar - przy czym dobitnie i bezlitośnie oceniają ludzi, których... kompletnie nie znają. Tylko i wyłącznie na podstawie jednej wypowiedzi, i tylko i wyłącznie dlatego, że wypowiedź ta różni się od ich oceny sytuacji. Skrajne przypadki bredzą coś o "sterowanej przez kościół nagonce" na duet Wojewódzki i Figurski. Po drugiej stronie widzę przede wszystkim ostrą dezaprobatę dla formy i treści zaprezentowanej na antenie. To czy Wojewódzki i Figurski dotknął jakichś drażliwych przywar (moim zdaniem nie, odnieśli się do tak samo mitycznej grupy jak ta, o której i Ty pisałaś) jest nieistotne, ważne jest: A) w jaki sposób to zrobili B) co zrobili potem, wobec krytyki. OK, są też i tacy, którzy wyrażają własną niechęć do osoby Wojewódzkiego, ale po pierwsze tacy ludzie zawsze się znajdą, a po drugie - nie jest to trend dominujący w dyskusjach, przynajmniej nie w tych, które mnie zdarzyło się czytać. Mnie np. Wojewódzki ani ziębi ani grzeje, nie słucham ani nie oglądam jego audycji, jego rubryka w Polityce jest dla mnie plotkowaniem o niczym, więc jej również nie czytam. Natomiast zażenowały mnie pokrętne tłumaczenia tudzież sugestie, że dowcip był świetny, tylko publiczność do niego nie dorosła. Domaganie się zdjęcia Wojewódzkiego z łam Polityki jest natomiast zrozumiałe w kontekście tego, jakie wartości lansują w tym tygodniku jej czołowi publicyści. Np. Żakowski jeszcze niedawno apelował "dość szczucia", a tutaj kompletnie nie reaguje na Wojewódzkiego szczującego Monikę Olejnik. To swego rodzaju "rozdwojenie jaźni" po prostu widać i ja nie dziwię się, że są czytelnicy domagający się od "Polityki" konsekwencji w lansowanych przez nią postawach. Trzymając się przykładu Żakowskiego - albo przymykamy oko na szczującego Wojewódzkiego, albo wołamy "dość szczucia". Jednego i drugiego na raz mieć się nie da.
  • 2012-07-25 10:06 | kwieto

    Re:Żakowski rozmawia z Wojewódzkim

    [i]"Mój obraz Polaków nie jest wyssany z palca, to nie jest jedna z urban legends. Polacy, którzy zachodzą mi za skórę oraz ci, z których moim zdaniem wyśmiewał się duet, to nie jest mityczna grupa, która tak naprawdę nie istnieje."[/i] Ja nie mówię, że takich ludzi nie ma. Natomiast nie zgadzam się, że [b]wszyscy[/b] tacy są, co raczyłaś zasugerować. A nawet zarzucić wprost: [i]"żarty WF są o nas niestety, o nas wszystkich"[/i] (stąd powstało moje pytanie kogo masz na myśli pisząc "nas", bo ja się w tym "nas" nie mieszczę, choć jestem Polakiem) Wiesz, był okres, kiedy sam zatrudniałem ukraińską sprzątaczkę. Do głowy by mi nie przyszło, by traktować ją tak, jak to zasugerowali panowie Wojewódzki oraz Figurski. Dla mnie równie dobrze mogliby utrzymywać iż śmieją się z Marsjan, tak bardzo te postawy są mi obce. Jeśli Ty obracasz się wśród tego typu ludzi - Twój wybór, Twoja decyzja. Nie zakładaj jednak proszę, że skoro Ty otaczasz się tego typu ludźmi, to robią tak wszyscy inni. [i]"Humor to moim zdaniem rzecz gustu, nie musi zależeć ani od wykształcenia, ani od żadnej tam inteligencji."[/i] Humor tak. Problem w tym, że teksty w stylu "jakby była ładna, to bym ją zgwałcił" nie są dla mnie humorem, a słowną agresją. U Ciebie taki tekst może budzić wybuchy nieopanowanego śmiechu, mnie natomiast oburza i reaguję adekwatnie do swoich odczuć. "Dlaczego WF ma przepraszać za coś, czego nie uznają za niestosowne?" Wiesz, paradoksalnie gdyby [b]nie[/b] przeprosili byłoby mi łatwiej to zaakceptować. Podobnie, gdyby przeprosili i na tym zakończyli. Zamiast tego usłyszałem pokrętne wytłumaczenia z jednej strony przepraszające, z drugiej zaś oskarżające słuchaczy, że "nie zrozumieli formy" (nawet jeśli, mają do tego pełne prawo i nic Wojewódzkiemu ani Figurskiemu do tego), tudzież wchodzenie w buty "ofiary" płaczącej, jak to się na niego "uwzięli", bo mu "zazdroszczą". Moja ocena Wojewódzkiego dotyczy tylko tego fragmentu całej "afery" - jak już mówiłem, moim zdaniem zabrakło mu jaj by wziąć na siebie odpowiedzialność za własne działania. I albo przeprosić, albo obstawać przy swoim - licząc się z konsekwencjami. Za to bez insynuowania krytykom, że to z nimi jest "problem". To nie jego biznes, jego problemem jest przyjąć lub odrzucić krytykę, bez ubliżania krytykującym. Ja w tej dyskusji odniosłem się natomiast przede wszystkim do insynacji, jakoby [b]wszyscy Polacy [/b]byli gburami, złodziejami, kłamcami itd., a które pojawiają się między innymi w Twoich wypowiedziach. [i]"Ale jeśli przeprosin i usunięcia domagają się tacy jak Ty, czyli ludzie, którzy go nie słuchają, nie czytają, nie potrzebują, nie rozumieją, to chyba gdzieś się mijamy, nie sądzisz?"[/i] Dla ścisłości, ja nie domagam się usunięcia Wojewódzkiego, tylko konsekwencji ze strony "Polityki" i jej publicystów. Jeśli Żakowski woła "dość szczucia", to niech reaguje w sytuacjach gdy takie szczcucie ma miejsce w jego wywiadach. Jeśli pozwala na owo "szczucie" w wydaniu kolegów z redakcji, niech nie apeluje do innych o jego zaprzestanie. Mnie razi nie tyle rubryka Wojewódzkiego w Polityce (tej mogę po prostu nie czytać), co niespójność w postawie publicystów "Polityki" - różnej wobec różnych ludzi. "A sugestię, że Olejnik powinna się przejść do teatru zamiast po kolejną parę butów nazywasz szczuciem?" Również, ponieważ nie rolą Wojewódzkiego jest kogokolwiek pouczać czy mówić, co ów ktoś ma robić. Podobnie nie jest moją rolą pouczać Wojewódzkiego na temat tego, co on ma robić, widzę różnicę między krytyką ("nie podoba mi się to, co robisz"), a pouczaniem ("masz robić tak i tak, bo ja tak uważam"). Ale bardziej chodziło mi o tego typu stwierdzenia: [i]"Jeżeli dla moich krytyków – nawet dla Moniki Olejnik, (...) jestem chamem, to [b]oni są mentalne disco polo z tabloidowym systemem operacyjnym.[/b]"[/i] czy [i]"Jej ostatnie teksty na mój temat są jak Tupolew z betonu w sanktuarium Bolesnej Królowej Polski."[/i] Owszem, Wojewódzki ma prawo do własnych ocen. Problem w tym, że za tymi ocenami nie stoją żadne argumenty (w każdym razie nie zostały one zaprezentowane), już prędzej zwyczajna uraza. I nie wnoszą absolutnie niczego poza podniesieniem poziomu agresji ukierunkowanej na konkretną osobę. Jeżeli to nie jest "szczuciem", to co nim jest? [i]"W Am. Płn. (...) jak wejdziesz tam do sklepu, to zobaczysz uśmiech na ogół oraz pytanie „jak się masz” (...) moim zdaniem jednak świadczy to o pewnym stosunku do życia, którego my nie mamy."[/i] Nie sądzę, jeśli już to bardziej o znajomitej umiejętności mimikry. Znajdź sobie na youtube np. prezentację pani Brene Brown (amerykańska socjolożka), w której między innymi opisuje współczesne społeczeństwo amerykańskie jako najbardziej zadłużone, otyłe i uzależnione od antydepresantów w historii - to są koszty między innymi tego "zewnętrznego uśmiechu". [i]"Wyobraź sobie uśmiech na powitanie w jakimś sklepie, nie mówiąc o urzędzie, u nas."[/i] Nie muszę sobie wyobrażać, ja mam to na codzień. Nawet na posterunku straży miejskiej, skąd wykupywałem odholowany za złe parkowanie samochód. Wiesz jaka jest tajemnica? Ludzie dostrajają się do tego, w jaki sposób Ty ich traktujesz. Jeśli podchodzisz do nich tak, jak zaprezentowałaś to w poście od którego zaczęła się nasza rozmowa, to nie dziw się, że patrzą na Ciebie wilkiem. [i]"Ogólnie, dajmy sobie żyć po prostu. Słuchać i oglądać według własnych potrzeb. Bez przepraszania. Czy nie byłoby pięknie?"[/i] Oczywiście. Tyle że w tę wolność wpisana jest również możliwość krytyki tego, co mnie czy Tobie się nie podoba. Jeśli Twoja wolność narusza moją, to nie dziw się, że będę jej bronił.
  • 2012-07-27 11:07 | kwieto

    Re:Czytelnik - gatunek zagrożony

    "Od ponad dwudziestu lat obserwuję co dzieje się z moimi dawnymi uczniami i studentami. Podział na "czytających" i "nieczytających" to podział na tych, którzy odnieśli sukces życiowy (i w pracy i w życiu rodzinnym) i na tych, którym się to nie udało. " Pytanie tylko co jest przyczyną a co skutkiem. Moim zdaniem czytanie jest pochodną pewnych potrzeb, ale samo w sobie tych potrzeb nie kreuje. Sugestie, że wzrost czytelnictwa poprawiłby poziom intelektualny społeczeństwa odbieram jako mylenie skutku z przyczyną - "jem dlatego, żeby zaspokoić głód", a nie "jestem głodny dlatego, że wcześniej jadłem". Czytelnictwo może co najwyżej wpłynąć na "smak" (rodzaj lektury, po którą się sięga), natomiast nie sądzę aby było w stanie stworzyć podstawową potrzebę zrozumienia świata. Stąd na przykład obecność książek w domu przekłada się na wyniki w nauce, jakie osiągają dzieci, a już to, że rodzice codziennie tym dzieciom książki czytają (np. w bibliotece) nie ma praktycznie żadnego przełożenia na oceny w szkole (po szczegóły odsyłam do książki "Freakonomia", Stevena D. Levitta i Stephena J. Dubnera)
  • 2012-07-28 15:07 | kwieto

    Re:Czytelnik - gatunek zagrożony

    [i]"Oceny w szkole tez nie przekładają się na sukces życiowy. Szczególnie te zdobyte bezmyślnym kujoństwem lub/i ściąganiem."[/i] Zgoda, tyle że oceny w szkole to kwestia całego szeregu czynników. Myślę jednak, że możemy przyjąć tezę iż "oczytani" powinni radzić sobie lepiej, choćby dlatego, że wykorzystują umiejętności nabyte w drodze czytelnictwa. Odrzucenie tej tezy stawiałoby pod znakiem zapytania sens promowania czytelnictwa, ewentualnie kazałoby przyjąć że szkoła jest miejscem za którego murami traci te wszystkie dobrodziejstwa nabyte dzięki czytaniu - a to wydaje mi się dość karkołomnym założeniem. Zwracam też uwagę, że w badaniu nie chodziło o sprawdzenie, czy czytający są dobrymi uczniami, ale czy fakt czytania, tudzież posiadania w domu bogatego księgozbioru przekłada się na wyniki w nauce czy nie. A to są dwa nieco odmienne zagadnienia. [i]"Więc już samo sięgnięcie po książkę, na ogół wpływ domu, coraz rzadziej- rówieśników, czasem potrzeba zaimponowania czasem przypadek, jest wyrazem jakiejś potrzeby"[/i] Owszem, sęk w tym, iż moim zdaniem stworzenie mody na czytanie takiej potrzeby nie wykreuje. Jeśli człowiek owej potrzeby nie ma, to podetknięcie mu książki pod nos niczego nie zmieni - vide wyniki badań, które przywoływałem wyżej. "Natomiast "apetyt rośnie w miarę jedzenia" czyż nie? Nie znam osoby, która po przeczytaniu interesującej książki nie sięgnęłaby po pokrewną gatunkiem, autorem lub tematyką." Zdefiniuj pojęcie "interesująca książka" - stawiam 10 do 1, że w takiej definicji pojawi się odniesienie do potrzeb czytającego. Jeśli czytający tych potrzeb nie ma, to czytanie ich moim zdaniem nie wykreuje. Podam Ci przykład: niespecjalnie przepadam za koniakami. Zdarzało mi się pić naprawdę dobre gatunki koniaków, wysoko oceniane przez koneserów - ani na krok nie przybliżyło mnie to do polubienia tego trunku. Znałem też kiedyś człowieka, który był koneserem koniaków, natomiast kompletnie nie czuł różnicy między winem z dolnej a średniej czy wyższej półki - każde z nich smakowało dla niego w zasadzie tak samo. I tak jak nie miało sensu pojenie mnie najprzedniejszymi koniakami, to samo miało miejsce w jego przypadku w odniesieniu do win. Zamień teraz wino i koniak np. na książkę i film, a sytuacja niewiele się zmieni. Ja sam czytam książki nie dlatego, że darzę to medium jakąś szczególną atencją, ani dlatego, że dostarczają mi one jakichś niesamowitych przeżyć (przeciwnie, w beletrystyce często zwyczajnie nużą mnie długie i szczegółowe opisy postaci czy krajobrazu). Tak naprawdę to czytam je w pewnym sensie z musu - są niejednokrotnie jedynym dostępnym medium, które jest w stanie dostarczyć mi określonej "pożywki intelektualnej". Tyle że chodzi wtedy o [b]"tę konkretną książkę"[/b] a nie po prostu o "książkę". I tak samo, jak nie zacząłbym sięgać po książki pisane po angielsku gdyby dostępne były ich polskie tłumaczenia, tak nie sięgałbym do książek w ogóle, gdyby określona treść była dostępna w innej, łatwiejszej dla mnie do przyswojenia formie. Mam wrażenie, że przy promocji czytelnictwa jako takiego, często się zapomina o tym drobnym niuansie. Odniesienia do Żydów nie rozumiem, możesz rozwinąć?
  • 2012-07-30 10:17 | kwieto

    Re:Żakowski rozmawia z Wojewódzkim

    [i]"Twoje opinie są dla mnie trochę ... wewnętrznie sprzeczne."[/i] Hmmm, trochę nie rozumiem po co to piszesz? Póki nie wyjaśnisz, na czym owa sprzeczność wg Ciebie polega, nie mogę się do tego stwierdzenia w żaden sposób odnieść. [i]"A wiesz, że np. ja i wiele kobiet, które znam, boimy się chodzić same wieczorami/jeździć pociągami etc? To pewnie właśnie przez tych, którym by do głowy nie przyszło, żeby zgwałcić Ukrainkę.... "[/i] Czyżby osobista wycieczka? Dla odmiany ja odnoszę wrażenie, że to co piszesz jest niespójne: Najpierw atakujesz wszystkich Polaków w czambuł, tylko dlatego, że są Polakami. Potem mówisz: "dajmy sobie żyć". Następnie piszesz atakujący komentarz niby nie wprost do mnie, ale odnoszący się do mojej wypowiedzi. Możesz mi wytłumaczyć, co miała na celu uwaga o strachu przed "tymi, którymi by do głowy nie przyszło zgwałcić Ukrainkę"? Nie bardzo rozumiem, co właściwie miałaś tutaj na myśli. "Ale mówisz, że jak będę myśleć pozytywnie, to nie spotkam zboczeńca w pociągu, którym jadę z uczelni do domu, albo grupki agresywnych dresów koło sklepu nocnego?" Heh, niczego nie napisałem o "pozytywnym myśleniu" - to już musiałaś sama sobie "dośpiewać". Osoba przekonana o tym, że wszyscy wokół są dobrzy i wspaniali nie różni się dla mnie niczym od tej, która wierzy w to, że wszyscy dookoła to złodzieje i pijacy - obie mają równie zakłamany obraz rzeczywistości. Wyobraź sobie dwie osoby przemierzające nocne miasto - pierwsza z nich idzie prosto do celu, pewnym krokiem. Druga przemyka się pod ścianami domów, nerwowo rozglądając się na boki. Jak sądzisz, którą z nich wybierze potencjalny napastnik? To bardzo jaskrawy przykład, zwykle te niewerbalne komunikaty są bardziej subtelne. Na tyle jednak istotne, że psycholodzy mówią o "radarze", za pomocą którego wyczuwamy ludzi pasujących do naszych potrzeb, albo bardziej alegorycznie, o "niewidzialnych tabliczkach", na których jest napisane, jak chcemy być traktowani przez innych. Nawet jeśli jest to bardzo niefajne traktowanie - np. dość popularnym komunikatem na takiej tabliczce jest "kopnij mnie". Pewien psycholog ujął ten mechanizm słowami: "jeśli ktoś boi się, by go nie kopnąć w tyłek, niejednokrotnie zachowuje się tak, jakby sam się wypinał". Jeśli chcesz zgłębić temat, poszukaj sobie w internecie treści pod hasłem "analiza transakcyjna". [i]"Za to w pewnym innym kraju (w którym jestem tylko tymczasowo, zaznaczam, bo lubię być w Polsce mimo wszystko) jakoś nie boję się, że spotkam wieczorem grupę wulgarnych pijaków...."[/i] A wiesz, że Warszawa jest jedną z najbezpieczniejszych stolic europejskich? [i]"Może pochodź czasem po ulicy zamiast siedzieć ciagle w samochodzie, to zrozumiesz..."[/i] Skąd założenie, że "siedzę ciągle w samochodzie", ba, że samochód o którym pisałem w ogóle był mój? A może był pożyczony, albo używam go średnio raz w miesiącu? Widzisz, znowu sobie tworzysz jakąś swoją własną rzeczywistość, przyjmując ją - bez sprawdzania - za pewnik. A to mnie zarzucasz "kolorowanie" :") Swoją drogą, to zabawne, jak bardzo chcemy, by świat dopasował się do naszej własnej wizji. Niedawno zostałem np. określony "wojującym katolikiem", tylko dlatego, że niezgodziłem się z czyjąś wizją Kościoła. [i]"Piszesz, że nie Twoją rolą jest pouczanie K.W. Ale jednak wiesz lepiej od niego, że nie ma jaj, bo powinien przeprosić, milczeć, leżeć krzyżem, już się pogubiłam."[/i] Możesz mi zacytować, gdzie napisałem, że Wojewódzki ma przepraszać, milczeć albo leżeć krzyżem? Gdzie napisałem, że ma robić [b]cokolwiek[/b]? Ech, to naciąganie rzeczywistości do własnej fantazji... :") Pisałem już wyżej, czym dla mnie różni się "pouczanie" od "krytyki". Nie mówię Wojewódzkiemu co ma robić, co nie przeszkadza mi krytykować tego, co robi. [i]"bo są tacy jak Ty, którzy zawsze wiedzą lepiej czego komu brakuje"[/i] Wydaje mi się, że to Ty wystartowałaś tu od całej litanii cech, której w Twojej ocenie brakuje innym? [i]"Wojewódzki i Olejnik – to nie szczucie z jego strony, tylko obrona, odbicie piłeczki..."[/i] A wiesz, że "przemocowcy" (w tym gwałciciele), zwykle tłumaczą, że się "tylko bronili"? "Bo on/a na mnie kczyczał/a, więc musiałam/em jemu/jej przywalić". No biedne "ofiary", tak samo jak "biedną ofiarą" jest Wojewódzki. Problem w tym, że o ile Monika Olejnik jest w 100% odpowiedzialna za to co mówi na temat Wojewódzkiego, o tyle Wojewódzki jest w 100% odpowiedzialny za to jak na to zareaguje. A można kogoś skrytykować, odpowiedzieć nawet ostro, ale bez szczucia, nieparwdaż? [i]"Twoim zdaniem, Żakowski powinien powiedzieć: „nie nie Panie Kubo, nie wolno źle mówić o ludziach, którzy Pana krytykują, nie szczujemy, nie... im wolno, Panu nie”."[/i] Jak wyżej - można krytykować bez szczucia, bez agresji. To że się z kimś nie zgadzam, nie oznacza, że mam prawo być w stosunku do tej osoby agresywny. Nawet jeśli ta osoba jest agresywna w stosunku do mnie - czy naprawdę muszę w odpowiedzi walić na odlew? Jeszcze przy przemocy fizycznej byłbym to w stanie zrozumieć. Ale Olejnik nie rzuciła się na Wojewódzkiego z pięściami? Żakowski natomiast apelował o powstrzymanie się od szczucia. Potem przeprowadza wywiad z kimś, kto ewidentnie szczuje, a on na to nie reaguje. To mnie dziwi, skąd ta niekonsekwencja? [i]"Fajną macie straż miejską, albo... Mocne leki tam bierzecie... "[/i] I znowu wycieczki osobiste - naprawdę nie potrafisz inaczej? Wiesz, to jest zabawne. Najpierw prowokujesz, a teraz, gdybym bluznął Ci coś w odpowiedzi - czyli zareagował tak, jak Wojewódzki w stosunku do Olejnik (co sama usprawiedliwiłaś jako uzasadnione) prawdopodobnie zaczęłabyś płakać, że jesteś ofiarą agresji w moim wydaniu. No po prostu "kopnij mnie" w całej krasie :")
  • 2012-08-01 07:48 | kwieto

    Re:Każdy kraj ma swego Wojewódzkiego

    To jest coraz bardziej fascynujące, czemu komentatorzy broniący Wojewódzkiego tak bardzo skorzy są do wylewania szamba na głowę innym? Na marginesie: [i]"...ma poczucie własnej wartości i jeszcze oficjalnie mówi, że jest dobry, a do tego popiera swoją tezę opowieściami o dochodach"[/i] Naprawdę sądzisz, że ktoś, kto ma wysokie poczucie wł. wartości będzie rozprawiał o swoich dochodach? Że taki ktoś będzie czuł potrzebę aby cokolwiek komukolwiek udowadniać?
  • 2012-08-01 10:09 | kwieto

    Re:Każdy kraj ma swego Wojewódzkiego

    [i]"Może twórcy filmowi doskonale zdają sobie z tego sprawę i nie nakręcą komedii która by w sposób trafny wskazała nasze narodowe wady"[/i] Wręcz przeciwnie - bardzo wiele polskich komedii (typu: "Dzień Świra", "Wesele" itd.) usiłuje moralizować oraz "wytykać narodowe wady". Wychodzi z tego satyra "lekka" jak betonowy latawiec. Ciekawe jest to, że twórcy rzekomo dopasowują się do szerokiej publiczności, podczas gdy owa szeroka publiczność ma coraz częściej ich filmów zwyczajnie dosyć. Wytykając chamstwo, prymitywność i kicz (przykładem dyskusje i opinie na temat filmu "Kac Wawa"). Wygląda na to, że o ile publiczność wyrobiła swój smak, twórcy przestali nadążać. Wojewódzki jest tego świetnym przykładem. Z komedii, które były warte obejrzenia - np. "Listy do M", albo "Rewers". Dorzuciłbym "Testosteron", lecz ten oglądałem w wersji teatralnej, nie wiem natomiast jak wypadła wersja filmowa.
  • 2012-08-04 15:37 | kwieto

    Re:Każdy kraj ma swego Wojewódzkiego

    [I]"W tym poście nie widzę wylewania szamba na głowę innym"[/i] Jak pisałem w naszej drugiej rozmowie, każdy widzi świat trochę inaczej, przez pryzmat siebie samego. W moim odczuciu przypisywanie całej grupy negatywnych cech ludziom, których się nie zna i nigdy nie widziało na oczy, jest zwykłym ich oczernianiem, czyli właśnie "wylewaniem szamba". Przy czym popełnia podobne błędy jak te, które wytknąłem Tobie - w swoim poście zbudował/a cały profil psychologiczny ludzi, których nie zna a do tego zrobił/a to na podstawie jednostkowych wypowiedzi. Być może jest geniuszem czytającym ludzkie osobowości jak książki, "brzytwa Ockhama" każe mi jednak włożyć taką intpretację między bajki. Ja również mógłbym zaprezentować parę fajnych teorii. Np. odwołać się do mechanizmu projekcji i Jungowskiego cienia, które mówią, że najbardziej w inych nie luzbimy tych cech, które sami posiadamy, a do których nie chcemy się przyznać. Innymi słowy ludzie nienawistni postrzegają innych jako nienawistnych, nieuczciwi jako nieuczciwych i tak dalej. Tyle że proste uznanie na tej podstawie, że taki/taka Eka sam/a jest "agresywnym, zakompleksionym obrażalskim, który ma do tego braki intelektualne" miałoby się do rzeczywistości tak samo, jak ocena zaprezentowana przez niego/nią. [i]"I sprawa załatwiona - zakazać wyśmiewania ojców pijaków"[/i] Zdaje się, że nikt tu nie zakazuje krytykowania czego- i kogolkolwiek. Rzecz w tym, że krytykować lub wyśmiewać też trzeba umieć. Artykuł, który komentujemy, przywołuje postaci brytyjskich i amerykańskich komików "jadących po bandzie". Szczerze mówiąc zastanawiałem się, czemu taka Sarah Silverman mnie śmieszy, a Wojewódzki zniesmacza. Być może rzecz w tym, że Silvman dotyka rzeczy tabu, ale celnie trafia w rzeczywiste śmieszności (np. piosenka o Żydach jeżdżących niemieckimi samochodami czy agitacja do głosowania na Obamę w ostatnich wyborach). Być może rzecz w tym, że nie sili się ona na moralizowanie; a może w tym, że potrafi powiedzieć "mam gdzieś, jak oceniacie to co robię". Co do "aniołków", to nikt nie jest jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły. Ci sami ludzie w pewnych sytuacjach zdolni są do poświęceń najwyższych, w innych zachowają się jak ostatnie kanalie. Rzecz nie w tym, by być "dobrym", ale by być świadomym swojej własnej ciemnej strony. I wiesz co? Jak się do tego dojdzie, jakoś spada chętka na krytykowanie innych. Wcale nie dlatego, że nagle się stali wspaniali ;") Wczytaj się w temat analizy transakcyjnej, a zwłaszcza wywodzącej się z niej koncepcji "trójkąta dramatycznego" Karpmana. Okazuje się, że ci, którzy najbardziej gadają o upadłości moralnej innych to niejednokrotnie ci sami, którzy czerpią skrycie przyjemność z dokopywania tym innym. Oczywiście w przekonaniu o słuszności swego postępowania - przecież jedynie wymierzają sprawiedliwą "karę" za cudze przewinienia. Co do Twojej odpowiedzi - może moderator "zaspał" i tekst pojawi się później. Co do przesady - masz prawo do swojej oceny, a ja mam prawo mieć inną. Co do zmiany zdania - nie tyle NIE MOŻESZ, co NIE CHCESZ. To zawsze jest Twój wybór, jakiej dokonasz oceny. Pozdrawiam,
  • 2012-08-28 18:58 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    ...A ci pokasłujący obywatele w dziwnych ubrankach, którzy latami się okaleczają ślęcząc w bibliotekach, garbiąc w laboratoriach analizując barwy godowe świerbopułka żąszczystkowego? Po co rząd ich do tego nudnego zajęcia pcha stypendiami oraz grantami? Rozumiem, że poprawia im się poprawi samopoczucie, gdy odkryją iż świerbopułek świeci na niebiesko. Ale - jeśli rząd czuje się w obowiązku podnosić poziom wiedzy i nauki, wolałbym żeby każdemu rozdał komputer albo przynajmniej iPada. Badań naukowych bym jednak nie zakazywał. Ale zakazywać to jedno, a wspierać, finansować, propagować, stawiać na narodowych cokołach, czynić przedmiotem polityki i bólem głowy rządu - to całkiem co innego. Teraz usłyszę, że chodzi o wiedzę, promocję, prestiż, wizerunek Polski, narodową edukację. Nie dam się na to nabrać. Czy Korea Północna w czyichkolwiek oczach zyskała dzięki temu, że budowa elektrowni atomowych jest tam bardziej zaawansowana niż u nas? Rozwój nauki ma się tak do rozwoju wiedzy jak do demokracji miała się demokracja ludowa. ------------------ Papier cierpliwy, wszystko przyjmie. A że bez sensu? Oj, kto by się takimi drobiazgami przejmował.
  • 2012-08-29 11:13 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Odpowiem na dwóch poziomach: 1. [i]"Rozwój nauki przekłada się na rozwój technologii (a co za tym idzie przemysłu itp),"[/i] Możesz podać przykłady udanego przełożenia rozwoju polskiej nauki na rozwój krajowego (nie mówiąc już o światowym) przemysłu? Rządowy program finansujący pracę nad niebieskim laserem skończył się fiaskiem - owszem, taki laser zrobiono, tyle że inni zrobili go kilka lat wcześniej... [i]"wpływa na poziom świadomości."[/i] No to zróbmy test: wymień 10 nazwisk najwybitniejszych polskich współczesnych naukowców i ich osiągnięcia :") Temat szkół to osobna historia, mój komentarz nie dotyczył przecież szkół i podnoszenia poziomu wiedzy przeciętnego "Kowalskiego", ale "wyczynowców" siedzących w zamkniętych laboratoriach. A ich działalność nie przekłada się w żadnym stopniu na to, w co wierzą rodacy. 2. Nie chcesz nauki, proszę bardzo: "A ci rachityczni obywatele w sztywnych ubrankach, którzy latami się okaleczają waląc w klawisze, dmuchając w blaszane rurki, zdzierając głos w dźwiękowych wygibasach? Po co rząd ich do tego jazgotliwego zajęcia pcha stypendiami oraz grantami? Rozumiem, że poprawia im się samopoczucie, gdy po raz tysięczny zagrają tę samą symfonię Bacha. Ale - jeśli rząd czuje się w obowiązku podnosić poziom kultury, wolałbym żeby każdemu rozdał fujarkę. Koncertów w filharmoniach bym jednak nie zakazywał. Ale zakazywać to jedno, a wspierać, finansować, propagować, stawiać na narodowych cokołach, czynić przedmiotem polityki i bólem głowy rządu - to całkiem co innego. Teraz usłyszę, że chodzi o sztukę, promocję, prestiż, wizerunek Polski, narodową dumę. Nie dam się na to nabrać. Czy Korea Północna w czyichkolwiek oczach zyskała dzięki temu, że wspiera muzykę symfoniczną? Muzyka symfoniczna ma się tak do umuzykalnienia społeczeństwa jak do demokracji miała się demokracja ludowa." I możemy się tak bawić dalej, cytowana "argumentacja" Pana Żakowskiego będzie się sprawdzać tak samo dla teatru, literatury, kina, czegokolwiek zechcesz. I w każdym przypadku będzie miała dokładnie taką samą wartość.
  • 2012-08-29 16:35 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Akurat u nas widać przełożenie sportu wyczynowego na sport masowy. O ile większe zainteresowanie narciarstwem (zjazdowym) trudno wytłumaczyć tylko sukcesami Małysza, to kiedy sukcesy zaczęła odnosić Justyna Kowalczyk ze sklepów wykupiono biegówki, a promocja biegania na nartach nabrała rumieńców. Oczywiście działa to na zasadzie mody i nie sądzę, że utrzyma się długo, zwłaszcza jeśli w bieganiu na nartach przestaniemy odnosić sukcesy. Ale wtedy wygrywać zacznie inny sportowiec, ciągnący masy za sobą Poza korzyściami zdrowotnymi trzeba jeszcze wziąć pod uwagę korzyści ekonomiczne - do takiego biegania trzeba kupić sprzęt, jakiś wygodny strój... w ten sposób nakręca się gospodarka. Tak szczerze, to red. Żakowski zapewne to wszystko wie, mam więc nadzieję, że jego tekst jest po prostu przekorną prowokacją.
  • 2012-08-30 13:26 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Ja cały czas mam nadzieję, że Żakowski tylko przekornie prowokuje do zastanowienia się nad tym, że sport "wyczynowy" jednak jest potrzebny (mówię to jako ktoś, kto z wydarzeń sportowych obejrzał w życiu 3 mecze - wszystkie podczas ostatnich mistrzostw Euro 2012 i nie do końca z własnej chęci). No ale z drugiej strony chamsko-agresywna retoryka Wojewódzkiego też długo była uznawana za "wysublimowanie inteligentną". Wojewódzkiego przywołuję nieprzypadkowo, od pewnego czasu mam wrażenie, że Żakowski poziomem i formą argumentacji coraz bardziej się do niego zbliża - niemal każdy kolejny tekst publikowany na facebookowym profilu "Polityki" jest gorszy od poprzedniego.
  • 2012-08-30 18:35 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Wiesz, koncertów, performance'ów i wielu innych działań z zakresu kultury i sztuki również nikt nie powtarza. Nawet te powtarzalne (spektakle teatralne czy opery) nie trwają na wieki. I nie wszystkie mają to szczęście, że mogą być zarejestrowane, nawet audycje radiowe nie zawsze są nagrywane. Idąc Twoim tokiem argumentacji, jedyne co warte finansowania w kulturze i sztuce to film, nagrania w studiach dźwiękowych czy programy telewizyjne. Nikt nie powtarza i nie powtórzy słynnych "Dziadów" (1967r.) w reż. Kzaimierza Dejmka z Gustawem Holoubkiem, czy to oznacza, że należy zamknąć teatry?
  • 2012-08-30 18:51 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Wiesz, problem w tym, że dla mnie również sport wyczynowy mógłby nie istnieć. Jednak jak czytam tekst Żakowskiego to szlag mnie trafia na ten poziom ignorancji, niezależnie czy jest przez niego udawany czy nie. Rację ma [b]Joanna[/b] pisząc, że sportowiec jest często idolem wśród rówieśników. Jako "intelektualista" bardzo nad tym kiedyś bolałem. Co prawda sam się w czasach szkolnych wspinałem, ale to raczej specyficzny sport. Pamiętam jednak spojrzenia dziewczyn, gdy zaliczyłem na jakiejś imprezie sztuczną ściankę, na którą nikt inny nie był w stanie się wdrapać. Często ten "idol" ciągnie za sobą innych, sęk w tym, że jeśli nie będzie on marzył o wyczynie, to jemu również nie będzie się chciało. Pomijam już to, że sport (pół)wyczynowy świetnie trenuje wiele cech charakteru - wytrwałość, odporność psychiczną, podnoszenie się po porażkach, cierpliwość... Regularne treningi, nawet jeśli odbywane raz czy dwa razy w tygodniu wymagają pewnego samozaparcia. A efekty widać czasami po wielu miesiącach. Te cechy bardzo się przydają w późniejszym, już nie-sportowym życiu. A sport "rekreacyjny" (pójdę na rower jak mi się będzie chciało") ich nie wykształci.
  • 2012-08-31 23:47 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    [i]"Ależ trening 2-3 razy w tygodniu to konieczność dla każdego człowieka,żeby być zdrowym i zachować to zdrowie do późnego wieku"[/i] Hmm, ilu znasz ludzi, którzy się do tej"konieczności" stosują? Co do wzorów, dla jednego będzie to wyczynowiec, dla innego "zwyczajny" maratończyk. O ile sam nie jestem fanem sportu zawodowego, w czasach gdy intesowałem się wspinaczką podpatrywałem w miarę możności pierwszoplanowych wspinaczy skałkowych (akurat miałem szczęście paru poznać osobiście na kursie wspinaczki). Wyobraźnię rozpalały wyczyny Wolfganga Gullicha, robiącego trasy, których nikt po nim nie potrafił powtórzyć. Kiedy interesowałem się nurkowaniem, z zainteresowaniem czytałem o takich postaciach jak Jacques Mayoll (pierwowzór bohatera filmu "Wielki błękit")
  • 2012-09-02 14:44 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Wladimirz, nie musisz krzyczeć. Nie zgodzę się, że postaci, które wymieniłem, to amatorzy. Owszem, dyscypliny nieolimpijskie, ale idąc tym tokiem rozumowania należałoby za amatorów uznać np. Jerzego Kukuczkę czy Reinholda Messnera. Kubica to też w zasadzie amator, przynajmniej wg Twoich kryteriów. A do gwiazd showbusinessu podatnik jak najbardziej się dokłada - występują w publicznej telewizji, na deskach państwowych teatrów, na organizowanych przez gminy czy miasta imprezach. Kto niby za to płaci, jak nie podatnicy?
  • 2012-09-02 14:44 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Wladimirz, nie musisz krzyczeć. Nie zgodzę się, że postaci, które wymieniłem, to amatorzy. Owszem, dyscypliny nieolimpijskie, ale idąc tym tokiem rozumowania należałoby za amatorów uznać np. Jerzego Kukuczkę czy Reinholda Messnera. Kubica to też w zasadzie amator, przynajmniej wg Twoich kryteriów. A do gwiazd showbusinessu podatnik jak najbardziej się dokłada - występują w publicznej telewizji, na deskach państwowych teatrów, na organizowanych przez gminy czy miasta imprezach. Kto niby za to płaci, jak nie podatnicy?
  • 2012-09-02 14:47 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Dopisek: przypominam też, że tematem debaty nie jest to, czy są pilniejsze potrzeby niż finansowanie zawodowego sportu, ale czy w ogóle to robić.
  • 2012-09-03 13:53 | kwieto

    Re:DEBATA: Czy państwo powinno inwestować w sport wyczynowy?

    Mój błąd, że wdałem się w jałową dyskusję pt. czy dany sportowiec był "zawodowcem", czy "amatorem". Dla przedmiotu sporu nie ma to jednak znaczenia - mnie interesowały dziedziny nieolimpijskie i słabiej (co nie znaczy że wcale) wspierane przez Państwo. Gdybym interesował się inną dziedziną, czytałbym/podpatrywał innych sportowców - Bońka, Kozakiewicza, Komara, itd. Rzecz w tym, że gdyby nie "wyczynowcy", nie interesowałbym się danym sportem aż tak bardzo, bo to wyczyny rozpalały wyobraźnię.
  • 2012-09-03 14:01 | kwieto

    Dopisek:

    A w kwestii formalnej: Wyprawy himalajskie (również te, w których brał udział Kukuczka) organizowało (i organizuje nadal) PZA. A PZA jest takim samym związkiem jak np. PZPN.
  • 2012-09-03 17:10 | kwieto

    Re:Jak powinno się walczyć z nepotyzmem

    Dokładnie. Problem nepotyzmu nie polega na tym, że ktoś zatrudnił ciotkę czy wujka (jeśli są kompetentni, to czemu nie?), ale na tym kto odpowiada za tę decyzję i kto ponosi jej koszty. Jeśli bogaty mąż zechce kupić swojej nudzącej się w domu żonie butik, to ma do tego całkowite prawo - nawet jeśli ów butik będzie ciągle przynosił straty i ciągle trzeba będzie do niego dokładać. Jego pieniądze, jego kaprys, jego koszt. Mnie nic do tego. Natomiast firma państwowa nie dysponuje własnym kapitałem, ale państwowym - to znaczy między innymi moim, jako podatnika i obywatela tego Państwa. I to ja będę koniec końców ponosił koszty błędnych decyzji kadrowych, zatem interesuje mnie to, żeby te pieniądze były wydawane mądrze. Prywatyzacja nie służy temu, by nepotyzm ukrócić, ale temu, żeby koszty błędnych decyzji ponosił ktoś inny niż Państwo (czyli podatnicy). A że ludzie zwykle bardziej zastanawiają się nad tym, jak dobrze wydać pieniądze własne niż cudze, więc skala nepotyzmu w sektorze prywatnym jest zwykle mniejsza.
  • 2012-09-03 20:28 | kwieto

    Re:Jak powinno się walczyć z nepotyzmem

    W zasadzie powtórzę to, co inni już powiedzieli. Zaszokowany jestem jednak rażącymi błędami, tak co do założeń, jak wnioskowania. Po pierwsze autor analizuje sytuację wyłącznie mikroprzedsiębiorstw. Sięgając do definicji, mikroprzedsiębiorstwo to firma zatrudniająca nie więcej niż 10 osób o rocznym obrocie nie więcej niż 2 mln Euro. Nietrudno dociec, że niemałą część będą tutaj stanowić biznesy rodzinne. Zarzut nepotyzmu w firmie prowadzonej przez małżeństwo (100% zatrudnionych to najbliższa rodzina)? Przez ojca, przekazującego swój interes synowi (podobny nepotyzm)? Przez matkę przekzującą swój warsztat córce (jak wyżej)? Przecież większość firm zbudowała swoją potęgę na podwalinach rodzinnego, ewentualnie "towarzyskiego" biznesu. Czy Steve Jobs, zakładając Apple wraz ze swoim kumplem Stevem Wozniakiem, promował w ten sposób nepotyzm? Dlaczego red. Żakowski całkowicie zignorował sytuację panującą w firmach większych, zatrudniających więcej niż 10 osób? Druga sprawa to analiza nepotyzmu oparta o wskaźniku korupcji - co jest zwyczajnym myleniem pojęć. Nepotyzm bowiem dotyka wewnętrznych struktur, korupcja działa na styku pomiędzy różnymi firmami. Dlatego pracownik firmy dbającej o walkę z korupcją np. nie może przyjąć prezentu od klienta czy dostawcy, ale jeśli taki sam prezent sprawią mu koledzy z pracy nie będzie wszczęte przeciw niemu żadne postępowanie. Korzyści też są zupełnie inne - nepotyzm to swego rodzaju "zrobienie przysługi" komuś bliskiemu (ewentualne koszty się nie liczą), korupcja zaś ma cel stricte biznesowy, czyli zwiększenie korzyści. Tu nie ma mowy o przysłudze a o (odpłatnej) usłudze - liczą się tylko pieniądze. Stąd porównywanie jednego z drugim jest zwyczajnie naciąganiem rzeczywistości tak, aby pasowała do przyjętej teorii - nawet jeśli przyjmiemy założenie, że ktoś kto oszukuje na jednym obszarze, łatwiej będzie oszukiwał i w drugim. Kolejna sprawa to niezrozumienie różnicy między państwowym i prywatnym. Nepotyzm w firmach państwowych należy tępić nie dlatego, że jest on nieetyczny, ale dlatego że kosztuje - a koszt ten ponoszą wszyscy obywatele płacąc podatki. W przypadku firmy prywatnej koszty ponosi przedsiębiorca i tylko on (w spółkach akcyjnych - akcjonariusze). I proszę wybaczyć - ma on prawo decydować dowolnie jak wydać własne pieniądze. Jeśli będzie chciał np. kupić swoim pracownikom służbowe Bentleye - jego pieniądze, jego prawo. Jeśli okaże się to błędem, on poniesie koszty tej inwestycji. Jeśli taką samą decyzję podejmie prezes firmy państwowej - za jego decyzję zapłaci kto inny, czyli Państwo - a na końcu podatnicy. Prezesa natomiast nikt nie rozliczy (a jeśli nawet, grozi mu niezbyt wiele w stosunku do skali szkód) i to jest problem. Ideą prywatyzacji wcale nie jest ograniczenie nepotyzmu czy innych szkodliwych aspektów działalności firm publicznych - jest nią przywrócenie odpowiedzialności ludziom, którzy podejmują decyzję. A oni już sami będą wiedzieć, czy bardziej opłaca im się zatrudnić niekompetentnego kuzyna, czy kompetentnego profesjonalistę. Bo z drugiej strony, jeżeli kuzyn jest mistrzem w swoim fachu - dlaczego go nie zatrudnić?
  • 2012-09-03 22:55 | kwieto

    Re:Jak powinno się walczyć z nepotyzmem

    Dopisek: Zadałem sobie trud sprawdzenia danych statystycznych. Wg raportu PARP "Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorst w Polsce", w 2011 roku średnia zatrudnienia w mikroprzedsiębiorstwach wynosiła 2,2 osoby. Idealnie wpisuje się to w model firemki prowadzonej przez małżeństwo lub rodzeństwo. Co ciekawe wg tego samego raportu ponad 2/3 praconików takich firm to osoby [b]SAMOZATRUDNIONE (sic!)[/b]. Jak ma się do tego treść artykułu, który twierdzi iż 3/4 pracowników firm mikro dostało pracę z polecenia? Przecież to się zwyczajnie nie klei! Proszę wybaczyć, ale takie babole podpadają już pod zwyczajną nierzetelność dziennikarską.
  • 2012-09-04 09:32 | kwieto

    Re:Jak powinno się walczyć z nepotyzmem

    Sęk w tym, że pomoc Państwa może być realizowana znacznie efektywniej, niż poprzez utrzymywanie przedsiębiorstw państwowych. Państwo ma również inne narzędzia łagodzenia skutków kryzysu. Np. w Niemczech istnieje pojęcie tzw. "Kurzarbeit". Przeżywająca problemy firma prywatna zgłasza się do Państwa o pomoc. Na mocy porozumienia między Państwem, firmą oraz pracownikami, firma redukuje godziny pracy o określoną wielkość (np. zamiast 5, cztery dni pracy w tygodniu). Pracownik otrzymuje mniejsze wynagrodzenie, ale owa obniżka częściowo rekompensowana jest przez Państwo. W ten sposób można uniknąć zwolnień, natomiast rozwiązanie jest na tyle niewygodne zarówno dla firmy jak i jej pracowników, że nie mają oni motywacji by przeciągać ten stan w nieskończoność. Pomoc Państwa jest więc ograniczona do niezbędnego minimum, a pieniądze nie są pchane w dziurę bez dna. Firma państwowa natomiast takiego bodźca nie ma bo jest finansowana niezależnie od swoich wyników ani od sytuacji rynkowej. Może sobie pozwolić na postawę pt. "czy się stoi, czy się leży...", która dla firmy prywatnej oznacza zwyczajnie śmierć.
  • 2012-09-04 12:09 | kwieto

    Re:Jak powinno się walczyć z nepotyzmem

    Tyle że Ty masz na myśli (o ile dobrze rozumiem) sytuację, gdy ktoś zakłada firmę po to, by druga zamiast zatrudniać go na etat, dała mu kontrakt jako podwykonawcy. Żakowski zaś pisze o zatrudnianiu na etat, więc o sytuacji dokładnie przeciwnej do tego, co Ty masz na myśli. Nawiasem mówiąc, struktura zatrudnienia polskich firm mikro nie odbiega jakoś szczególnie od europejskiej - wg cytowanego raportu PARP, mikroprzedsiębiorstwa europejskie zatrudniają średnio 2 osoby. Podobnie jest jeśli chodzi o ilość mikroprzedsiębiorstw w stosunku do reszty firm - u nas stanowią one 96%, przy średniej UE na poziomie 92%. Trochęwięcej, ale też nie drastycznie więcej.
  • 2012-09-18 13:02 | kwieto

    Re:IV Kongres Kobiet zakończony

    A propos parytetów - ciekawe, że fministki nie wyciągają wniosków. Np. z prób wprowadzenia parytetów w Szwecji, co skończyło się niepowodzeniem, choćby przez to że pogłębiło "stereotypy płci" - kobiety stawiając na "niższej", podrzędnej pozycji, jako te, które zdobyły miejsce w zarządzie spółki czy na liście wyborczej nie umiejętnościami, ale dzięki parytetowi. W postulatach Kongresu znajduje się zarówno wprowadzenie parytetów, jak i walka ze "stereotypami płci" - w kontekście doświadczeń szwedzkich widać, że te cele są wzajemnie sprzeczne. Nie mówiąc już o tym, że w Polsce kobiety są znacznie aktywniejsze niż w tzw. krajach rozwiniętych - dla przykładu w Polsce stanowiska dyrektorskie zajmuje 30% kobiet, podczas gdy dla porównania w Niemczech raptem 13% a w USA - 17%. We wspomnianej już Szwecji jest to 24%. Czasem odnoszę wrażenie, że w tej "walce" feministkom wcale nie chodzi o równość praw, ani nawet o to, by kobietom zaproponować rozwiązania rzeczywiście rozwiązujące choć część ich problemów - vide pomysł na walkę ze stereotypem "matki polki" poprzez aktywizację zawodową kobiet. A przecież bez zmiany mentalności "poświęcania się" (aktywizacja zawodowa tego nie zmieni) jest to rozwiązanie potencjalnie prowadzące do powstania "super-matki polki": takiej co się poświęca i w pracy i w domu.
  • 2012-09-19 21:56 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Czemu zdejmujesz odpowiedzialność za wychowanie dzieci z rodziców i przerzucasz ją na szkołę? Szkoła, system czy edukacja seksualna (to swoją również dziedzina w której rola rodziców jest nie do przecenienia) nie naprawią tego, co źle działa w domach. Umycie rąk i stwierdzenie "bo to szkoły wina" jest bardzo wygodne, tyle że nic nie załatwia.
  • 2012-09-19 23:30 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]" Tentekst jest owartościach rodziców dzieci, a nie odzieciach."[/i] Słuszna uwaga. Realizacja własnych aspiracji czy ambicji nie wywołuje presji. Nawet jeśli celem jest popularność czy pieniądze. Presję natomiast czuje się wtedy, gdy chodzi o spełnienie zewnętrznych oczekiwań, albo próbuje się danym sposobem zdobyć zewnętrzną przychylność. Pal sześć jeśli chodzi o podziw kumpli, ale gdy "zasługiwać" trzeba na akceptację ze strony rodziców, robi się gorzej...
  • 2012-09-20 08:55 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    No dobrze, ale ta agresja nie bierze się z nikąd. Nie wierzę, że grzeczne jak aniołek dziecko tuż po przekroczeniu murów szkoły nagle się zmienia we wcielonego diabła. Ono tę agresję przynosi ze sobą. Owszem, szkoła sobie z tą agresją często nie radzi, ale sprowadzanie rozwiązania do zmian tylko w szkolnictwie to zwykłe leczenie objawowe - ono nie sprawi, że tej agresji będzie mniej, co najwyżej przeniesię się ona ze szkoły na podwórko.
  • 2012-09-20 09:00 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Być może to będzie odpowiedzią na Twoje pytanie: [i]"Coś tak dramatycznego jak nasza osobowość też stała się kwestią wyboru (...). Nie dziedziczymy osobowości, wymyślamy ją sobie. Wymyślamy siebie na nowo tyle razy ile nam się podoba. A to oznacza, że każdego dnia kiedy budzisz się rano, musisz zdecydować jaką osobą chcesz być. Jeśli chodzi o małżeństwo i rodzinę, kiedyś prawie każdy zakładał, że trzeba pobrać się jak najszybciej, a potem jak najszybciej mieć dzieci. Jedyny realnym wyborem było "z kim", nie "kiedy" czy "co robić potem". Teraz wszystko jest dostępne. Uczę bardzo inteligentnych studentów, a zadaję im 20% mniej pracy niż kiedyś. I to nie dlatego, że są mniej bystrzy, ani dlatego, że są mniej pracowici. Dlatego, że są zajęci ciągłym zadawaniem sobie pytań, "Czy powinienem się żenić? Czy powinienem się żenić już teraz? Czy powinnam wyjść za mąż później? Najpierw dzieci czy kariera?" To bardzo zajmujące pytania. A oni zamierzają znaleźć na nie odpowiedzi, nawet jeśli przez to nie zrobią wszystkiego co im zadałem i nie otrzymają dobrej oceny z mojego przedmiotu. W rzeczy samej powinni znaleźć odpowiedzi. To bardzo ważne pytania."[/i] Źródło: http://www.ted.com/talks/barry_schwartz_on_the_paradox_of_choice.html
  • 2012-09-20 09:14 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Nie rozumiem przerzucania na szkołę odpowiedzialności za wychowanie dzieci. Może w takim razie rodzice powinni tylko płodzić i rodzić dzieci, a resztę załatwi szkoła?
  • 2012-09-20 12:20 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Wydaje mi się że problemem jest ta część naszej kultury która mówi że nie możemy być gorsi niż ktoś inny (to jest dobra myśl - motywuje) ale u nas ktoś gorszy to ktoś kto zmarnował życie, jest głupszy, nieudaczny. W naszym społeczeństwie popełnianie błedu jest zabronione, nie traktujemy tego jako naukę, tyko często jako ostateczny koniec"[/i] To akurat nie tylko u nas, równie silnie jest to widoczne np. w USA, gdzie - jak coraz częściej alarmują psychologowie - lawinowo rośnie liczba ludzi pozostających latami (sic!) na antydepresantach. W ujęciu globalnym również mówi się, że współczesna kultura promuje postawy narcystyczne, opierające się na przekonaniu iż trzeba być "naj", albo jest się "zerem".
  • 2012-09-20 14:41 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Uprzejmie proszę o skrytykowanie przedstawionych poniżej propozycji."[/i] Sporo ryzyk przy znikowym materiale dowodzącym, że to rzeczywiście zadziała. Przede wszystkim reforma szkolnictwa to temat na inną dyskusję. Moim zdaniem presja na dzieci [b]NIE[/b] ma niczego wspólnego ze szkołą, przeładowaniem programem, itd. - to są rzeczy może i dokładające się do całości zagadnienia, ale wtórne, problem leży w relacjach na linii rodzice-dziecko. OK, teraz do ryzyk. Dzielenie dzieci na klasy "zdolnych" i "mniej zdolnych", to potencjalne pole do wszelkiej maści nadużyć, w tym korupcyjnych. Już sobie wyobrażam, jak zareaguje przeciętny rodzic gdy dowie się, że jego dziecko zakwalifikowało się do grupy "mniej zdolnych" - oby skończyło się tylko na awanturze. Zamiast więc zmniejszyć presję na dzieci (przypominam temat debaty), jedynie się ona zwiększy. Który rodzic filozoficznie zaakceptuje to, że jego dziecko jest "gorsze" od innych? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Inna rzecz to korupcja i inne próby wpływania na mechanizm selekcji. Pamiętasz początek filmu "Forrest Gump"? Matka, której dziecko nie zdobyło wystarczająco dużo punktów w teście na inteligencję idzie do łóżka z dyrektorem szkoły, aby w rewanżu syn dostał się do preferowanej przez nią szkoły. Teraz kwestia braku dowodów, że taki rozdział się uda - wyniki jednego eksperymentu i jednego badania, które stoją w sprzeczności z tezą o skuteczności takiego zabiegu. Najpierw eksperyment, w którym grupie losowo wybranych, przeciętnych nauczycieli przydzielono również losowo wybrane, przeciętne klasy. Powiedziano im jednak, że klasy składają sie właśnie z takich starannie wyselekcjonowanych "najzdolniejszych" uczniów, zaś oni sami również wybrani zostali ze względu na swoje szczególnie dobre umiejętności nauczania. To samo zakomunikowano dzieciom. [b]Przypominam, że zarówno uczniowie i dzieci byli najzupełniej przeciętnymi średniakami[/b] Efekt? Wyniki uczniów poszybowały w górę, daleko przekraczając średnią. Problem jest w tym, że to działa w obie strony - innymi słowy, jeśli powie się dzieciom, że są "gorsze" istotnie zaczną się uczyć gorzej, nawet jeśli pierwotnie tak nie było. Więcej wyszukasz pod hasłami "efekt pigmaliona" oraz "efekt golema" Teraz wyniki badań: w USA (przynajmniej w niektórych stanach) funkcjonuje coś na kształt "loterii edukacyjnej". Polega to na tym, że bodaj raz w roku uczniowie mogą przystąpić do specjalnego losowania, w wyniku którego mogą zostać przeniesione do lepszej szkoły. Akces do losowania trzeba zgłosić samodzielnie, natomiast losowanie jest po to, by uniknąć preferencyjnego traktowania przy rozdzielaniu puli miejsc. I teraz ciekawostka - dzieci przystępujące do loterii miały lepsze wyniki w nauce [b]NIEZALEŻNIE[/b] od tego, czy zostały przeniesione do lepszej szkoły czy nie. Podobnie jak w przypadku wcześniejszego eksperymentu, wystarczyło [b]przekonanie[/b], że radzą sobie lepiej, by osiągnąć lepsze wyniki. Podsumowując - potencjalnych problemów z takim rozwiązaniem co niemiara, a skuteczność zależy nie od rzeczywistych predyspozycji ale od nastawienia nauczyciela i uczniów. Co innego indywidualny tok nauczania, ale ten można realizować w ramach normalnej klasy. Tak jak np. na studiach, gdzie student ma indywidualnie dobierane wykłady, choć teoretycznie funkcjonuje w ramach "standardowej" grupy. I to jest przynajmniej częściowo realizowane - są klasy profilowane lub szkoły dedykowane (muzyczne, sportowe, itp.)
  • 2012-09-20 23:59 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Psycholog to nie psychiatra, a psychoterapia to nie podawanie pigułek.
  • 2012-09-21 08:56 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"W szkole stresują się nie tylko mało zdolni, ale i najzdolniejsi uczniowie. Chodzi o to, aby mieli mniej powodów do stresowania się niż mają obecnie."[/i] Problem w tym, że wprowadzanie podziałów prowadzi w konsekwencji do nieuniknionej rywalizacji i konkurencji o "lepsze" miejsca. W jaki niby sposób ma to redukować stres?
  • 2012-09-21 09:05 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Ciekawe jak wiele nadal jest mitów wokół psychoterapii. Np. przekonanie, że jej celem jest jakaś forma "ustawienia" klienta, wtłoczenia go w jakieś - niekoniecznie pożądane przez niego - ramki. Mam dziwne wrażenie, że ani Ty, ani [i]@antypsychiatra[/i], ani [i]@komediant policji[/i] nie zgłębiliście ani trochę tematu (o uczestniczeniu w jakiejś formie psychoterapii nie wspomnę), a wypowiadacie się głównie na bazie własnych strachów, mitów i przekonań niekoniecznie zgodnych z rzeczywistością.
  • 2012-09-21 15:11 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Doświadczenie opisane w pracy "Pigmalion w szkolnej klasie"(o którym piszesz!) zostało już dawno zdemaskowane jako metodologiczna tragedia zrealizowana przez lewackich "pedagogów". "[/i] Super, a jakieś dowody na potwierdzenie owej "demaskacji"? Nie obraź się, ale stwierdzenia typu "lewacka metodologiczna tragedia" mają nikłą wartość merytoryczną. Co do punktu pierwszego, zdefiniuj pojęcie "kraju cywilizowanego", a także opisz sposób wyboru oraz skutki jakie to za sobą pociąga. Wtedy będziemy mieli jakiś konkret żeby podyskutować.
  • 2012-09-22 15:28 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"U podstaw moich słów leży mocne przekonanie co do tego, że celem wszystkich psycho-specjalizacji jest służba danemu systemowi społecznemu i tylko jemu"[/i] A czy oprócz przekonania jest coś jeszcze? Np. jakiś materiał dowodowy na poparcie tej tezy? [i]"Psychoterapia nie wtłacza "klienta" w niepożądane przezeń ramki. Psychoterapia sprawia,że "klient" zaczyna pożądać ramki norm kulturowych psychoterapeuty. Otrzymując wstępnie (choć wadliwie) obrobiony środowiskowo półprodukt, psycho-spec czyni z niego gotowy produkt finalny."[/i] I znowu mam wrażenie, że nie bardzo wiesz na czym polega psychoterapia. Na pewno nie polega na praniu mózgu. Jeśli klient nie będzie chciał czegokolwiek zmienić w swym postrzeganiu świata, to terapeuta tego nie zrobi - tak bywa tylko na filmach :") Bo tak naprawdę, terapeuta pełni rolę kogoś w rodzaju coacha, kogoś przed kim można się "wypłakać" i kto pomoże spojrzeć na temat z nieco innej perspektywy. Ale decyzję co zrobić ze swoim problemem zawsze podejmuje klient, terapeuta nawet nie bardzo może mu w tym doradzać. [i]"A ja mam dziwne wrażenie, że należysz do tych miłośników psycho-specjalności, którzy postanawiają nie dostrzegać istnienia nurtu radykalnej krytyki psychologii i psychiatrii, dezawuując ją odpowiednimi określeniami retorycznymi."[/i] Nie przesadzajmy. Terapeuta nie jest wszechmogący, poza tym - jak napisałem wyżej - w takiej relacji to klient wykonuje większość pracy. Terapia zaś nie jest panaceum na wszystko, nie mówiąc o tym, że są różni terapeuci - dobrzy i słabi. Słaby terapeuta rzeczywiście może zacząć próbować "ustawiać" klienta zgodnie ze swym światopoglądem, ale podciąganie tego pod wszystkich jest nadużyciem. Krytyka jest zaś cenna jeżeli coś wnosi do tematu. Jeśli opiera się na przekonaniach rodem z początku ubiegłego wieku, trudno jest ją traktować poważnie.
  • 2012-09-23 13:40 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    AD. 1: Nie, nie starczy. Podaj mi konkret, tj. za co skrytykowano ów eksperyment, jakie były zarzuty? Na razie bardzo ostro krytykujesz, ale nie podałeś nawet cienia dowodów na to, że masz rację. Na razie same ogólniki: "recenzenci skrytykowali", "metodologiczna tragedia", ale jakoś nie jesteś skłonny wyjaśnić co w tym eksperymencie było tak tragicznie opracowane. Hmmm... AD2: Systemu brytyjskiego nie znam, natomiast system niemiecki nie różni się aż tak bardzo od polskiego. U nas ten podział następuje przy wyborze szkoły ponadgimnazjalnej i mamy aż cztery - w porównaniu do niemieckich trzech - opcje: zawodówkę, technikum, liceum ogólnokształcące i liceum profilowane. Wybór dokonywany jest na podstawie wyników w nauce i/lub egzaminów do danej szkoły. Jeśli więc Niemcy mają być przykładem jak się uczniów "wybiera i zapewnia im lepsze warunki", to akurat my mamy bardzo podobny system, nawet bardziej rozbudowany. Nie rozumiem więc Twoich wcześniejszych zarzutów?
  • 2012-09-23 13:46 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Co innego podział na poziomy dotyczący jednego przedmiotu, co innego podział dotyczący podstawowej edukacji weryfikowany cyklicznym (jak częstym?) egzaminem. W pewnym sensie postulowany przez [b]aj[/b] podział już istnieje - wybór (weryfikacja) dokonywana jest po ukończeniu gimnazjum. Zależnie od wyników dziecko idzie do jednej z czterech typów szkół. Wprowadzenie częstszej weryfikacji, w obrębie tej samej szkoły, stwarza duże ryzyko problemów o których pisałem wyżej.
  • 2012-09-23 14:27 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Dowodów dostarcza psychiatryczna i psychologiczna praktyka"[/i] Czyli? Jakiś konkret, może analiza przypadku? [i]"Grzeszysz naiwnością. Oczywiście, że nagą brutalną siłę fizyczną i opresję farmakologiczno-psychiczną stosuje się jedynie "z konieczności" w szpitalach psychiatrycznych."[/i] Uściślę, bo mam wrażenie, że znowu zachodzi tu nieporozumienie: psychoterapia [b]nie[/b] zajmuje się chorobami psychicznymi. To znowu kolejny, bardzo popularny, mit. [i]"Psychoterapeuta nie zmusza nikogo do uczęszczania na spotkania i takiej a nie innej postawy na nich, bo wcale nie jest mu to potrzebne, aby wypełnił swą systemową funkcję."[/i] A jaka jest ta jego "systemowa funkcja"? [i]"Po trzecie, psychoterapeuta wie, że "klient" (albo potencjalny "klient"), który powie mu wyraźne "nie!", wraca na odpowiednio przygotowany grunt społeczny - grunt, w którym wcześniej przemycono zasadę, iż wykształcenie psychiatrów i psychologów jest wielkim naukowym darem systemu dla cierpiącej jednostki,"[/i] Wiesz, mam wrażenie że ideologizujesz. Przyjmując Twój tok rozumowania należałoby przyjąć, że takim samym "wielkim naukowym darem systemu" jest kształcenie np. chirurgów, pilotów (zmniejszają cierpienia związane z uciążliwością podróży), ba! nawet sprzedawczyni w sklepie nie można być pewnym. W zasadzie całe społeczeństwo to ukryci agenci systemu... [i]"Na takim gruncie wszystko popycha z powrotem w kierunku otwartych i ufnych rąk psychoterapeuty. "[/i] I co dalej? Wciągnęła mnie ta opowieść. [i]"żaden nie jest obiektywnym medium."[/i] Jak każdy człowiek. Rzecz w tym, że klient ma swój rozumek i jeśli terapeuta zaczyna dogmatyzować, może zareagować. Powiedzieć "stop", czy zmienić go na takiego, który tego nie robi. [i]"Podstawą kontaktu jest zawsze uznanie (w praktyce i teorii) dla systemu, który wytworzył cierpienie psychiczne, i uznanie, że likwidacja cierpienia może się dokonać wyłącznie przez pełniejsze dostosowanie się jednostki do wymogów systemu. "[/i] Bzdura. Przeciwnie, w efekcie psychoterapii może okazać się, że pewne zakorzenione w kliencie przekonania, dotyczące potrzeby "dopasowania się" do zewnętrznych kryteriów i norm, legną w gruzach. [i]"Poza tym, nie wiem o jakich przekonaniach z początku dwudziestego wieku piszesz, skoro radykalna krytyka pojawiła się m.in. wśród samych psychiatrów i psychologów w drugiej jego połowie. "[/i] Np. o takich jak to, że rolą psychoterapeuty jest dostosowanie klienta do spełniania zewnętrznych norm "systemowych" (jeszcze pytanie o definicję tych norm). Być może do połowy ubiegłego wieku rzeczywiście psychoterapia wypełniała takie zadania (nie wiem, nie zgłębiałem się w historię psychologii). Wtedy też wizja psychologów/psychiatrów jako swego rodzaju "policjantów" stojących w służbie porządku publicznego była (chyba) dość popularna - jej echo można spotkać np. w opowiadaniach Roberta Sheckleya ("Akademia") czy Hnry'ego Slesara ("Egzamin"). Tyle że od tego czasu upłynęło już sporo wody w Wiśle i nawet jeśli tak istotnie było, to trochę rzeczy się pozmieniało...
  • 2012-09-24 09:37 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Wiem że we Francji ,Anglii i stanach Zjednoczonych są elitarne wyższe uczelnie dla najlepszych"[/i] Ależ u nas również! Może SGH jest mniej elitarne niż Harvard, a Politechnika Warszawska mniej elitarna niż MIT, ale zasada działania tychże uczelni jest taka sama. Co więcej, nasze uczelnie dostępne są, przynajmniej dla części studentów, za darmo, podczas gdy za edukację w Harvardzie czy Oxfordzie trzeba słono płacić. Przy czym obecnie Polak może zdawać również na Oxford czy Harvard, w czym problem? Bo tam nie przyjmuje się przecież jakichś wyselekcjonowanych "wybrańców", jeśli ktoś chce studiować na takiej uczelni przystępuje do egzaminów i podlega podobnej rekrutacji jak w przypadku naszych uczelni. Widzę natomiast subtelną różnicę między [b]dobrowolnym[/b] zdawaniem na określone studia (chcesz iść na Harvard - nie ma problemu, nie chcesz - też nie ma problemu) a [b]przymusową[/b] weryfikacją ucznia prowadzącą do tworzenia podziału na lepszych i gorszych (o ile dobrze zrozumiałem, do tego sprowadza sję postulat [i][b]@aj[/b][/i], bo przecież dobrowolna weryfikacja już istnieje - na etapie szkoły ponadgimnazjalnej, a następnie studiów).
  • 2012-09-24 10:55 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    Przeczytałem sobie streszczenia obu książek, które przywołujesz i nie bardzo widzę ich związek z tezami, które stawiasz: [i]"Lucy Johnstone "Users and Abusers of Psychiatry. a Critical Look at Psychiatric Practice""[/i] No fajnie, tyle że ta książka traktuje nie o psychoterapii a o psychiatrii. I o tym, że niejednokrotnie zbyt szybko pacjentowi proponuje się leczenie, [b]zamiast sięgnąć po psychoterapię[/b] właśnie. Jej zarzuty nie pokrywają się z Twoimi, ("służba systemowi"), ale koncentrują się na krytyce zbyt szablonowego, "typowego" podejścia do pacjentów - bez uwzględnienia roli płci, wychowania czy wreszcie społeczeństwa w którym żyją. Nie widzę tu sprzeczności z moimi argumentami, przeciwnie, zgadzam się z wieloma tezami postawionymi w tej książce. [i]"Iana Parkera "Revolution in Psychology. Alienation to Emancipation"."[/i] A tu jest jeszcze ciekawiej, bo o ile tu więcej jest o tym, o czym mówisz, o tyle tezy Parkera stoją moim zdaniem w sprzeczności z groźbą, którą malujesz. Ty mówisz o "dopasowywaniu się do społeczeństwa/systemu", natomiast Parker zarzuca zbytnie przywiązanie do indywidualizacji, osobistego szczęścia w oderwaniu od społeczeństwa, kultury i moralności w obrębie których porusza się jednostka. Parker zarzuca współczesnej psychologii, że "patologizuje" zachowania "kolektywne" - a przecież to kolektyw jest najbardziej miły różnego rodzaju "systemom" (vide: socjalizm), jest też najwyższą formą zbiorowego przystosowania oraz dopasowania się. Hmmm... [i]"Sprawić, aby cierpiący człowiek, który do niego przychodzi, wyszedł przekonany o tym, że - nawet jeśli to nie on jest odpowiedzialny za swoje cierpienie - tylko do niego należy i tylko od niego zależy likwidacja swojego cierpienia;"[/i] I co złego w tym, że człowiek sam stanie się kowalem swego losu? Przecież właśnie oczekiwanie, że inni rozwiążą moje problemy prowadzi do potrzeby istnienia jakiegoś "systemu", który by te problemy rozwiązywał. Jeśli ktoś mnie bije po głowie, to niestety ale ja muszę zareagować, a nie biernie oczekiwać, że przyjdzie ktoś większy (system?) i bijącego zneutralizuje. Jak to sobie wyobrażasz inaczej? Przy czym mówię tu o relacjach między dorosłymi, bo w przypadku dziecka jest kwestia jego zależności od rodziców/opiekunów. Na marginesie, o tym wspomina Lucy Johnstone, zarzucając psychiatrii, że zbyt szybko kategoryzuje ludzi jako "chorych" zamiast zachęcić ich do samodzielności i osobistego zmierzenia się z własnym problemem (np. przy pomocy psychoterapeuty). Bo osobista odpowiedzialność rodzi poczucie mocy i sprawstwa, tzn. dopiero wtedy człowiek zaczyna prawdziwie wierzyć, że może coś zmienić (w tym również "system") Hmmmm... [i]"I to wystarcza, bo psychoterapeuta/psycholog/psychiatra jest tylko użytecznym lustrem, które wzmacnia "naukowo" społeczne wartości, idee, stereotypy. "[/i] Z tego co pisał Parker, to raczej antyspołeczne, bo wg niego obecnym celem psychoterapii jest zapewnić indywidualne szczęście jednostki, w oderwaniu od kontekstu społeczeństwa. Hmmm... [i]"Agenci i ofiary systemu, każdy w swej drobnej cząstce - jedno wszak nie wyklucza drugiego. "[/i] Tylko czy w postulowanym przez Parkera zbiorowym kolektywie nie będzie to jeszcze silniejsze? [i]" Decydując się na pójście do psychoterapeuty "klient" musi się automatycznie zgodzić na to, że to w nim samym jest coś nie w porządku, co powoduje cierpienie, i że to on sam musi ponieść wszystkie koszty (finansowe i wysiłku dostosowania siebie i swego otoczenia) zmiany tego stanu rzeczy. "[/i] Mylisz odpowiedzialność za problem z odpowiedzialnością za rozwiązanie problemu. Tak jak w podanym wyżej przykładzie bijącego po głowie - to nie ja jestem winny, że ktoś mnie zaatakował, ale to w moim interesie (i mocy) jest ów atak odeprzeć. Jeśli uznam, że tę odpowiedzialność powinien ponieść "system" (czyli: to system powinien ponieść koszt i wysiłek by mnie było dobrze) tym samym będę skazany na jego wieczną opiekę, sam stając się zaś bezwolnym beneficjentem uzależnionym od owego systemu. Innymi słowy, przerzucenie odpowiedzialności na "system" automatycznie stawia jednostkę w roli "ofiary", zaś "system" - zależnie od kontekstu - w roli "ratownika" lub "prześladowcy". Hmmm... [i]"Zastąpi je bardziej subtelne dopasowanie się, które nie będzie odbierane jako złe i przymusowe, lecz całkowicie naturalne - choćby poprzez wolnościowy indywidualizm, który jest podstawą obecnego wzorca ideologicznego. "[/i] Dopasowanie przez indywidualizm, hmmm... brzmi jak suszenie przez moczenie. OK, słuchaj, nie obraź się, ale nie chce mi się kontynuować tej dyskusji - nie bardzo widzę żeby udało się nam ze sobą dogadać. Dzięki za namiary na książki.
  • 2012-09-24 15:03 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    AD 1. Wiesz, skoro Ty stawiasz jakąś tezę, to Ty musisz ją obronić. Ja tego za Ciebie nie zrobię, leniu... :") Bo mnie wychodzą takie np. rzeczy: [i]"Warto również zaznaczyć, że wyniki badań nie pozwalają w jednoznaczny sposób odrzucić hipotezy Pigmaliona (...) Przykładem mogą tu być wyniki metaanalizy Raudenbusha"[/i] Źródło: "Manipulacja. Pedagogiczno-społeczne aspekty" część II, praca pod red. Joanny Aksman, Krakowskie Towarzystwo Edukacyjne, Kraków 2010, strona 87. Kwestiono natomiast wpływ nastawienia nauczyciela na zmianę poziomu IQ ucznia, tyle że IQ to co innego niż wyniki w nauce. AD2. OK, przyznaję się do błędu w sprawie liceum profilowanego. Co nie zmienia sensu wywodu. Nad wiekiem ucznia, w którym dokonuje się wybór profilu szkoły można dyskutować, tyle że co innego kwestionować punkt w którym dokonuje się ów wybór, a co innego utrzymywać że takiego wyboru nie ma w ogóle.
  • 2012-09-24 16:16 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Oxbridge daje stypendia i kredyty spłacane po studiach i osiągnięciu 15 tys. funtów dochodu rocznie. "[/i] Nasze uczelnie również mają stypendia :") Jest też system kredytów studenckich. Ale ja nie pisałem o tym, tylko o czesnym... niezależnie od tego czy rekompensowanym stypendium lub kredytem. [i]"Twoja wiedza o procedurze rekrutacyjnej na uczelnie w cywilizowanym świecie jest porażająca..."[/i] No więc mnie oświeć... leniu ;") Przy czym mówiąc o "podobnej rekrutacji" nie mam na myśli takich samych egzaminów, ale to, że potencjalny student sam musi tam aplikować i wykazać, że jest lepszy od innych. Niezależnie od tego, na jakiej podstawie dokonywana jest selekcja.
  • 2012-09-26 10:10 | kwieto

    Re:DEBATA: Dzieci pod zbyt wielką presją?

    [i]"Otóż ja bym to ostatnie zdanie Johnstone sformułował inaczej: wówczas i tylko wówczas psychoterapia nie stanie się środkiem zastępczym zmiany społecznej, przebraniem dla potrzeby takiej zmiany, jeśli będzie nawoływać do takiej zmiany i jej towarzyszyć. Nie widzę innego sposobu, aby psychoterapeuta rzeczywiście stał "po stronie osoby, raczej niż świata społecznego"."[/i] Nie. Psychoterapia nie może stać się narzędziem politycznej czy ideologicznej walki, a to właśnie postulujesz. Krytykujesz, że psychoterapia służy "systemowi", a jednocześnie sam ją chcesz na taką służbę wciągnąć. Jedyna różnica jest taka, żeby psychoterapeuta wspierał poglądy bliższe Twojemu sercu. Naprawdę nie widzisz, że promujesz to samo, co rzekomo krytykujesz? Moim zdaniem psychoterapeuta powinien być w pracy apolityczny, tak samo jak apolityczny ma być w swej pracy chirurg czy cieśla. [i]"Odrzuć wszystkie zdobycze cywilizacji, idź do lasu i żyj z tego, co uda Ci się własnymi rękoma zdobyć - wówczas przyjdź do mnie i powiedz, że jesteś kowalem swojego losu, a ja Ci uwierzę. W przeciwnym wypadku Twoja samodzielność jest jedynie usankcjonowaną społecznie niesamodzielnością (której mogą być różne odcienie)."[/i] Reductio ad absurdum. Zawsze będą jakieś ograniczenia na które nie mam wpływu, czy to społeczne (np. kulturowe normy zastane w świecie w którym żyję), czy naturalne (np. klimat, dostępność wody, itd.). Ode mnie natomiast zależy jak sobie z tymi ograniczeniami poradzę - jeśli nie podoba mi się na pustyni mogę się np. przenieść do oazy, wykopać studnię itd. Natomiast trudno oczekiwać, że to oaza przeniesie się do mnie. Albo że góry nagle zmienią wysokość, bo ja lepiej czuję się na nizinach. Mylisz wolność wyboru z omnipotencją. BTW, nikt Ci przecież nie zabrania zmieniać "systemu", nie dziw się jednak, że nie wszyscy będą wspierać Twoje zapędy. A już wymaganie tego od psychoterapeutów jest kompletnym nieporozumieniem i niezrozumieniem. [i]Obawiam się, że ci, którzy przeciwstawiają się systemowi, kończą w szpitalach psychiatrycznych (jeśli przeciwstawiają się biernie) lub więzieniach i na cmentarzach (jeśli przeciwstawiają się czynnie)"[/i] Nie obraź się, ale to brzmi jak teoria spiskowa. [i]"Oczywiście, że się nie dogadamy, to było jasne od samego początku. Ale być może ktoś przeczytał moje słowa i zastanowi się w przyszłości, czy akurat poddanie oddziaływaniu psychiatrycznemu i psychologicznemu jest tym, czego rzeczywiście potrzeba co dziesiątemu polskiemu dziecku."[/i] Trzeba było od tego zacząć - tu akurat miałbyś moją pełną zgodę. Aczkolwiek podejrzewam że podyktowaną innymi przesłankami - nie tyle strachem przed "manipulacją", ale tym, że po prostu dla mnie psychoterapia jest sposobem na poradzenie sobie z tym co już się stało, podczas gdy znacznie lepszym rozwiązaniem jest zapobiegać by się w ogóle nie stało.
  • 2012-10-01 09:36 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Przeszedłem podobną drogę ewolucji od wiary do ateizmu"[/i] Ja też, ale na Boga (sic!) to było gdy miałem piętnaście lat. A i wtedy byłem w stanie zauważyć, że są ludzie głęboko wierzący, dla których Bóg wcale nie pełni roli "podpórki". Reszta przemyśleń jest równie płytka: np. temat prawa kobiet do nie posiadania dzieci jest wałkowany od tylu lat, że nie widzę sensu rozpisywania się o nim na prawie 1/4 artykułu. Rozumiem taką rozmowę w periodyku typu "życie na gorąco", natomiast w Polityce oczekuję przynajmniej próby dokonania jakiejś ogólniejszej analizy, głębszej refleksji na dany temat. Sama opowieść o prywatnych decyzjach Marii Peszek niewiele mnie natomiast interesuje, nawet jeśli są to wybory podobne do moich. Nie krytykowałbym tak ostro, gdyby ten wywiad nie był promowany na okładce. Mam wrażenie, że Polityka coraz bardziej się tabloidyzuje.
  • 2012-10-03 09:33 | kwieto

    Re:Nastolatki w głębokiej depresji. Dlaczego?

    [i]"kłopoty młodych ludzi wynikają najczęściej z nudy i samotności" "Młodzież jest generalnie samotna i zagubiona , zdemotywowana do życia obserwacją najbliższego otoczenia szarpiącego się o mniejszy lub większy kawałek chleba"[/i] [i]"Na dzień dobry proponuję każdemu nastolatkowi program indywidualnego rozwoju - "[/i] Czyli czytanie książek i zdrowe jedzenie 5 razy dziennie ma zapobiec poczuciu zagubienia, osamotnienia czy odrzucenia u nastolatka?! Pomoże mu poradzić sobie ze strachem przed rodzicami (jedno z dzieci w artykule próbuje się zabić z powodu stresu, że obniżona mu zostanie ocena ze sprawowania - z wzorowej - co będzie oznaczało wezwanie rodziców do szkoły)? Pomoże mu poradzić sobie ze strachem przed odrzuceniem spowodowanym inną orientacją seksualną (kolejny przykład niedoszłego samobójcy z artykułu)? Nie żartuj. Przypomina to niestety światłe rady z komentarzy na facebookowym profilu "Polityki" - "zabrać komputer i wsadzić na rower" bo "zmęczony człowiek nie ma problemów" czy inne tego typu "mądrości".
  • 2012-10-03 14:19 | kwieto

    Re:Nastolatki w głębokiej depresji. Dlaczego?

    Ależ ja nie mówię, że obecne wzorce są super. Po prostu wątpię, by dało się je zmienić w tak łatwy sposób jak proponujesz. To tak jak z czytaniem książek - nakazanie komuś czytania nie rozbudzi w nim miłości do literatury, po prostu. Moim zdaniem po prostu mylisz skutki z przyczynami - np. to nie narkotyki sprawiają, że ludzie mają ze sobą problemy, ale to ich problemy sprawiają, że sięgają po narkotyki. Itd. [i]"Policz te zmarnowane przez zaniedbanych nastolatków godziny"[/i] No właśnie, sama używasz słowa [b]"zaniedbanych"[/b]. Wpierw więc trzeba o tych nastolatków zadbać, a to wymaga trochę więcej niż pięciu zdrowych posiłków dziennie oraz czytania książek czy nauki języków. Nie widzę natomiast w Twoich argumentach miejsca na sprawy moim zdaniem podstawowe - zwykłą, banalną, rodzicielską troskę i opiekę. Bo depresja to choroba wypływająca ze strefy emocji, nie z niedomagań ciała ani umysłu.
  • 2012-10-03 20:54 | kwieto

    Re:Nastolatki w głębokiej depresji. Dlaczego?

    [i]" Opisywany problem nie jest unikalnie polski, jest wrzechobecny w swiecia zachodniej cywilizacji, a jednoczesnie prawie nie istnieje w rozwinietychkrajachwschodu"[/i]. No nie do końca. Wskaźnik samobójstw w Japonii jest jednym z najwyższych na świecie. Wskaźnik chiński również jest wyższy niż w Polsce (18 na 100 tys. mieszkańców wobec 13 na 100 tys. mieszkańców w Polsce), fakt że to dane dla całej populacji a nie tylko młodzieży.
  • 2012-10-05 17:31 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"czasami mam ochotę wyć,krzyczeć,kopać bo muszę być cacy mamusią i żoną z uprasowanymi koszulami,obiadkiem. "[/i] Naprawdę [b]musisz[/b]? A nie jest to przypadkiem Twój [b]wybór[/b], po prostu?
  • 2012-10-06 10:11 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Moze faceci, ktorych nikt nigdy nie bedzie nagabywal o urodzenie dziecka, nie powinni sie wypowiadac"[/i] To nie jest kwestia macierzyństwa, tylko tego, na ile pozwolimy innym dyktować nam jak mamy się zachowywać i co robić. Presja od otoczenia będzie zawsze, zarówno w kierunku kobiet jak i mężczyzn. Mężczyźni też pddawani są różnego rodzaju "naciskom", w tym również pytaniom o dzieci. Może się to stać punktem wyjścia do głębszych przemyśleń (na ile inni mają prawo ingerować w moją prywatność, gdzie postawić granice i jak ich bronić, jak asertywnie bronić się przed próbą zbytniego wejścia na "mój teren", itp.). Oczywiście łatwiej jest przyjąć pozę "ofiary", "szczutej" pytaniami o dzieci.
  • 2012-10-06 13:06 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Czy przewartościowanie swojego życia w wieku lat 20 lub 30 jest jakoś bardziej nobilitujące, niż w wieku lat 40?"[/i] Nie, choć trochę inaczej to wygląda, gdy do wniosku "święty mikołaj nie istnieje" dochodzi 10-cio latek, a trochę inaczej gdy robi to 80-cio latek (któremu następnie "poważny" tygodnik funduje na tę okoliczność wywiad pod hasłem "szokujące wyznania"). Co do rozwoju - oczywiście, że każdy rozwija się inaczej i w innych kierunkach. Naprawdę fajnie, że Maria Peszek przewartościowała swoje życie, jeśli jest jej z tym lepiej nic mi do tego. Problem w tym, że z tej rozmowy nie płyną tak naprawdę żadne istotne wnioski dla mnie - czytelnika "Polityki". Jej przemyślenia odbieram jako zwyczajnie płytkie i powierzchowne, za to przepełnione ogromną arogancją i butą. Porównaj sobie choćby jej wypowiedź o potrzebie Boga: [i]"Mnie się to wydawało upokarzające, gdybym do poradzenia sobie z samą sobą potrzebowała jakiejś wyższej siły. Świadomość, że daję radę bez tego, była oczyszczająca. Siła z zewnątrz tylko by osłabiła moją desperację, żeby z tym zwyciężyć. Zrozumiałam, że – przepraszam, że to powiem – Bóg tylko człowiekowi przeszkadza, bo stwarza pozory, że czegoś nie musimy sami w tej rzeczywistości ogarniać. Odbiera nam ludzką siłę. Chyba po to został wymyślony, żeby człowiekowi tę naturalną samouzdrawiającą siłę odebrać."[/i] I fragment wywiadu ze Zbigniewem Mikołejką, również z "Polityki", sprzed dwóch lat: [i]"Najchętniej uległbym pokusie wiary, bo nocą, w stanie samotności, lęki dopadają nas najmocniej. Ale z drugiej strony mam świadomość, że to są właśnie lęki i że potrzeba Boga jako punktu oparcia w moim własnym wszechświecie płynie ze strachu. A zatem wszystko mnie wtedy popycha do niewiary. Świadomość bowiem, że wybór wiary motywowany jest psychologicznie, oddala od niej."[/i] To dwa kompletnie różne poziomy refleksji nad potrzebą Boga, choć z pozoru mówią o tym samym. Mikołejko prezentuje dojrzałe wnioski osoby, która zadała sobie osobiste pytanie do czego jest jej potrzebny jest Bóg, by potem tego Boga odrzucić. Peszek jest po prostu "zbuntowaną nastolatką", która chce udowodnić, że da sobie radę bez Boga - głębszej refleksji (choćby tego, że niektórym to właśnie wiara dodaje sił by samodzielnie się zmierzyć z przeciwnościami losu) - brak. Reszta wypowiedzi w podobnym tonie obrażania się na świat i rzeczywistość, również pozbawiona głębszej refleksji. Decyzja o nieposiadaniu dzieci - fajnie, ale chęć posiadania dzieci nie wynika tylko z potrzeby "pozbycia się poczucia smutku i niemocy". Sam kiedyś nie chciałem mieć dzieci, ostatnio zmieniam zdanie, i zaręczam Ci, że ani niemoc, ani smutek, ani nawet chęć nadania sensu własnej egzystencji nie mają w moim przypadku z tą zmianą zbyt wiele wspólnego. I tak jak pisałem wyżej - zignorowałbym temat, gdyby "Polityka" nie starała się go tak intensywnie promować.
  • 2012-10-06 19:45 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"decyzja o braku dzieci, może wynikać z potencjalnej dwubiegunowości artystki."[/i] Może. Tylko co [b]mnie[/b] (czytelnika "Polityki") to obchodzi?! Prywatne sprawy pani Peszek są jej prywatnymi sprawami i wyborami, jak będę chciał powtykać nos w nieswoje sprawy to kupię sobie jakiś tabloidowaty tygodnik.
  • 2012-10-09 10:19 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    Obawiam się, że się trochę nie rozumiemy. Po pierwsze, ja nie krytykuję ani nie oceniam wyborów życiowych Marii Peszek. Jej wybory to jej prywatna sprawa i nic mi do nich. W związku z powyższym uprzejmie proszę, abyś takich ocen (np. tego, iż miałbym rzekomo oceniać jej wybór w kwestii dzieci jako "infantylny") mi nie przypisywał. Po drugie, skoro ktoś mówi publicznie o motywach swoich decyzji, jest jasne, że daje tym samym swoim odbiorcom prawo do komentowania tychże motywów. BTW, to że pewne rzeczy widzę inaczej, nie oznacza, że nie szanuję jej wyborów. Po prostu ja widzę daną sprawę inaczej i podejmuję inną decyzje, tyle. Po trzecie wreszcie, moja krytyka dotyczy nie tyle wyborów Marii Peszek, co tego, jak ta rozmowa została przeprowadzona i wypromowana przez Politykę. Zareklamowano mi produkt (wywiad), który miał mną "wstrząsnąć" i zmusić do głębszej refleksji. Otrzymałem produkt w mojej ocenie nijaki, ot, rozmowę o czyichś prywatnych wyborach i przemyśleniach, które dla mnie osobiście nie są specjalnie odkrywcze ani nowe - i jestem tym wywiadem zwyczajnie rozczarowany. Ty możesz w podobny sposób odbierać wywiad z Mikołejką, Twoje prawo. Dla Ciebie wywiad z Marią Peszek jest autentyczny, dla mnie sztuczny i teatralny. Nie mamy chyba obowiązku zachwycać się wszyscy tym samym, np. Słowackim, "bo wielkim poetą był"?
  • 2012-10-09 15:10 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Tak więc widzisz, mit jest wiecznie żywy w narodzie, że kobieta jest spokojna i nie sprawia problemów jak sobie urodzi dziecko. Nie wmówisz mi niestety, że to jest jakiś margines, który myśli w ten sposób"[/i] Ale ja nie twierdzę, że to margines, nie będę się też licytował na to, czy w stosunku do mężczyzn wysuwane są większe czy mniejsze oczekiwania. Pytanie tylko, czy rozmowa z Marią Peszek, oprócz przypomnienia że są ludzie myślący w sposób podobny do opisywanego przez nią lekarza, cokolwiek do tego tematu wnosi? Świat nie jest idealny i nigdy nie będzie - zawsze się znajdzie ktoś równie impertynencki jak ów wspomniany w wywiadzie lekarz; ktoś komu się nie będzie u mnie podobał brak dzieci, zbyt dużo dzieci, albo po prostu kolor skarpetek. Sama konstatacja tego faktu i podanie przykładów niewiele zmienia. Zastanawiam się natomiast, czy aby na pewno moim problemem jest to, że jakiś Kazik z Koziej Wólki ma bzdurne przekonania na mój temat? Nawet jeśli jest moim lekarzem? Dlatego dla mnie np. problem "prawa do nieposiadania dzieci" jest przede wszystkim problemem stawiania, obrony i respektowania granic, czyli mówiąc w skrócie - asertywności.
  • 2012-10-10 10:10 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"to, ze ktos opowie jak wlasnie potraktowal go/ja Kazik z Koziej Wolki (to byl lekarz, a nie kazdy potrafi odrzucic krzywdzaca opinie czlowieka, ktory podobno jest wysoce wyksztalcony i w zwiazku z tym powinien miec otwarty umysl) jest dobrym poczatkiem do dalszych rozmow, jest ukojeniem."[/i] Wiesz, to nie o to chodzi, że ja jestem "twardy jak głaz", nie mam problemów i nie mirewam czasem ochoty się komuś wyżalić. Chodzi o pytanie, czy aby na pewno łamy Polityki powinny spełniać funkcję przysłowiowej "kozetki", zaś dziennikarz - psychoterapeuty? (bo to jest IMO właściwy adres dla rozmowy takiej, jak ten wywiad) I następne pytanie czy ja - czytelnik "Polityki", mam ochotę fundować jej prywatną terapię u Żakowskiego? Nie wiem, może to ja jestem dziwolągiem, którego nie interesują prywatne decyzje i wybory innych (w tym znanych) osób, chciałby natomiast przeczytać coś, co rzeczywiście skłoniłoby go do jakiejś refleksji. Informacje o "hamaku w Bangkoku", odrzuceniu boga czy nieposiadaniu dzieci do takich refleksji mnie nie skłaniają, podobnie jak żale że jakiś doktor coś powiedział, albo że jacyś ludzie mają inną wizję patriotyzmu niż moja - "Sorry Peszek". O wiele więcej przemyśleń dała mi lektura tego artykułu: http://spoleczenstwo.newsweek.pl/kamien-zwany-depresja,96847,1,1.html
  • 2012-10-10 17:11 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    Wiesz, ja nie neguję autentyczności przeżyć Marii Peszek ani tego, że ów wyjazd był jej potrzebny. Problem w tym, że mnie to po prostu nie interesuje w momencie, gdy nie stoi za tym jakaś głębsza treść - a tu, choć się staram, takiej treści nie widzę. Widzę natomiast pewną zbieżność pomiędzy tym wywiadem a artykułem, który "Polityka" opublikowała dzisiaj, dotyczącym "tabloidowego umysłu" - jest tam napisane, między innymi: [i]"Dostawcy tabloidowego chłamu przekonują, że [b]jak „gwiazda” opowie o swojej chorobie[/b], operacji plastycznej, przemocy w domu czy urodzinach dziecka, to wtedy [b]ludzie będą bardziej świadomi, będą czerpać wzorce, utożsamią się i zmądrzeją[/b]. Bez oświecenia przez gwiazdę pozostają jak dzieci we mgle.(...) Otłuszczony umysł, podobnie jak otyły człowiek, nie potrafi się pochylić, nie może dostrzec niuansów, odcieni szarości. To nie prawda jest ciekawa, bo jest zbyt skomplikowana, leży gdzieś pośrodku, pod stertą danych i analiz."[/i] Tu widzę dokładnie taki sam schemat, i nie jest dla mnie ważne, czy "gwiazda" jest jednorazową celebrytką, czy osobą powszechnie uznaną i szanowaną. Ważne, że poza ściśle prywatnymi zwierzeniami "gwiazdy" i jej przejaskrawionymi, nie próbującymi nawet dostrzec niuansów opiniami, w tej rozmowie nic nie ma. Dziennikarz również nie sili się ani na próbę głębszej analizy tematu ani sprowokowanie "gwiazdy" do analizy owych "szarości". Wręcz zachęca ją do jeszcze jaskrawszych opinii - np. odnośnie oceny życia w Polsce. Zostaje więc tabloidowa sensacja o "hamaku w Bangkoku". Tekst z Newsweeka jest o klasę lepszy - mówi zarówno o problemie depresji, jak i problemie mylenia jej ze zwykłym smutkiem. O tym, że depresja jest groźną chorobą, ale i o tym, że farmakoterapia jest stosowana zbyt łatwo. Jeśli ktoś ma problemy typu depresja czy załamanie nerwowe, tu znajdzie według mnie więcej tematów do przemyśleń - a do jego napisania nie trzeba było angażować "gwiazd".
  • 2012-10-11 10:41 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Czy idac tym tropem nie dochodzimy latwo do wniosku, ze kazda rozmowa z artysta jest glupia, bo za duzo tam prywaty, a za malo analizy?"[/i] Nie, dlaczego? Po prostu uczciwie nazwijmy rzecz po imieniu - "wywiad z artystką promującą swoją najnowszą płytę", zamiast wciskać kit, że jest to "wstrząsająca rozmowa" na tematy bardziej zasadnicze. Nie rozumiem też, czemu ciągle mówisz o "wykresach i procentach", bo przecież ja ich ani nie wymagam, ani nie żądam. Nie projektujesz aby na mnie jakichś własnych uprzedzeń? Dla kontrastu - wywiad z Muńkiem Staszczykiem (kolejne wydanie "Polityki") nie był promowany jako "wstrząsający", odpuszczono w nim sobie tanią sensację i być może dzięki temu czyta się go z przyjemnością. Przy czym paradoksalnie więcej jest w nim mowy o tematach, które rzekomo miała poruszać rozmowa z Marią Peszek. Różnica jest między innymi taka, że Peszek operuje prostą negacją (nie ma tu więc za bardzo o czym dyskutować, żeby odnieść się do Twojej uwagi o tym "po co rozmawia się z ludźmi"); Staszczyk zaś ma nieco głębsze przemyślenia i potrafi dostrzec, że świat nie jest "czarno-biały". Również wspomina o tym, co go "boli", ale dostrzega niuanse - docenia np. działania na rzecz obrony "Pussy Riot", a jednocześnie zadaje pytanie, czy są to aktywności powodowane postawą życiową, czy tylko modą? Nie wiem jak Tobie, mnie daje to więcej wiedzy o "duszy artysty" niż zwierzenia na temat cieknącej śliny. I wiecej punktów do pociągnięcia dalszej, "otwierającej oczy" rozmowy. [i]"Jesli prezentowany mi jest odwazny punkt widzenia, ba, nawet taki, ktory idzie pod prad powszechnie panujacym oczekiwaniom"[/i] A jeśli nie jest? Teraz jest modnie nie wierzyć w Boga, modnie jest krytykować zadęcie martyrologią, modnie jest mówić, że się nie chce mieć dzieci. Czasem wręcz współczuję moim wierzącym znajomym, bo obecnie przyznanie się do wiary stwarza ogromne ryzyko zostania zaszufladkowanym jako "katol". A stykam się z ludźmi dla których wiara ma bardzo niewiele wspólnego ze [i]"stwarzaniem pozorów, że czegoś nie musimy sami w tej rzeczywistości ogarniać"[/i]. Dlatego właśnie mówię "tabloid" - ja widzę tu zwykłą modę i "odkrywanie" na nowo spraw, które poruszane są już od dawna w publicznym dyskursie i dla kogoś, kto ów dyskurs w miarę śledzi, nie są żadnym odkryciem.
  • 2012-10-12 11:45 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Pojecie Boga moze byc bardzo piekne, ale kosciol zawsze sprowadza to do jakichs glupot, wiec jesli ci niewierzacy sa aroganccy i agresywni, to chyba dlatego, ze kosciol sobie zbiera to, co posial."[/i] Niezupełnie, bo każdy sam odpowiada za własną agresję i arogancję - stwierdzenie "bo ten a ten mnie sprowokował" jest tylko wymówką i usprawiedliwianiem się. Tyle że to temat na nieco inną rozmowę, więc nie będę go tutaj rozwijał. Inna rzecz, że w sytuacji gdy mam na okładce hasła iż jest to "rozmowa o Bogu", czy "spowiedź ateistki", spodziewam się czegoś więcej niż stwierdzenia "Bóg nie jest mi do szczęścia potrzebny (kropka)". [i]"Jak sie tutaj dowiedzialam, Boga odrzuca sie jednak gladko pomiedzy pierwsza komunia a bierzmowaniem i po temacie. : ) No, jeszcze fajnie jak rodzina zobaczy biala suknie na weselu, ale potem to juz naprawde Bogu mowimy czesc."[/i] Owszem, bo nasza wiara jest mało refleksyjna a bardziej "na pokaz" (choćby ta biała suknia). Ale o tym też było już sporo treści w ostatnich latach - o tym czym różni się w tej materii katolicyzm od protestantyzmu, albo dlaczego Polakom łatwo jest jednocześnie deklarować wiarę, postępować kompletnie wbrew zasadom tej wiary i nie widzieć tej rozbieżności żadnego dysonansu. Biorąc to pod uwagę, Peszek nie może odrzucić Boga, bo zwyczajnie nie zadała sobie trudu by go poznać (w artykule pada zdanie "Od dawna nie próbowałam" [rozmawiać z Bogiem]). Odrzuca jakieś swoje własne wyobrażenia co do roli Boga, ale nawet nie stara się sprawdzić, czy to co sobie wyobraża rzeczywiście jest jedynym możliwym punktem widzenia - stąd moja ocena wywiadu jako bardzo płytkiego (bo w innych tematach nie jest specjalnie lepiej). Mnie temat Boga tak naprawdę ani ziębi, ani grzeje (mam się za agnostyka, roboczo zakładającego, że Boga nie ma), po prostu widzę tu zbyt rażącą powierzchowność jak na moje standardy. [i]"a ci wszyscy artysci, ktorzy popelnili samobojstwo, chciazby Sylvia Plath – czy myslisz, ze oni wszyscy widzieli niuanse i potrafili sobie wytlumaczyc, ze moze byc fajnie, ze sa odcienie szarosci?"[/i] Ależ ja od nich tego nie oczekuję! Problem w tym, że ja oceniam twórczość artysty w oderwaniu od jego prywatnego życia. Oglądając obraz Van Gogha nie interesuje mnie ani to, że w przypływie szaleństwa odciął sobie ucho, ani to co z tym uchem później zrobił - liczy się to, czy jego obraz do mnie przemawia czy nie. Problem w tym, że wedle zapowiedzi z okładki "Polityki", to nie miała być rozmowa o płycie, tylko o owych niuansach. Nie czepiam się tego, że Maria Peszek traktuje jakieś sprawy zbyt powierzchownie jak na mój gust (to jej prywatna sprawa jak podchodzi do określonych zagadnień), ale tego, że "Polityka" tę powierzchowność promuje jako niewiadomo jaką głębię. "Wierz mi, nie mam uprzedzenia do procentow i wykresow bo w mojej pracy czesto je widze, ale nie wymagam ich od rozmowy z kims, kto ma zaburzenia afektywne." Jak wyżej - ja również tego nie wymagam. Wymagam natomiast rzetelności dziennikarskiej - jeśli robimy wywiad promujący płytę, to nie piszmy, że jest to głęboka rozmowa na tematy zasadnicze. [i]"Czy nie za to kochamy artystow, ze potrafia czasem zadawac dziecinne pytania, na ktore odpowiedz, szczegolnie “starym ciotkom” wydaje sie oczywista?"[/i] To w tym wywiadzie artystka zadała jakieś pytania? Zmusiła do ponownego zastanowienia się nad czymś z pozoru oczywistym? [i]"Nie obraz sie, ale byc moze nigdy nie miales stanow zalamania nerwowego i dlatego nie potrzebujesz tego typu zwierzen, i wszystko."[/i] Pozwól, że nie będę się tu "licytował". Wracam natomiast do pytania - czy łamy ogólnopolskiego tygodnika publicystycznego na pewno są dobrym adresem do takich zwierzeń? Czy taki ekshibicjonizm cokolwiek daje, w czymkolwiek pomaga? Czy przynosi jakikoliwiek rezultat, poza tanią sensacją? Wiesz, jest książka amerykańskiej socjolożki Brene Brown, "The gifts of imperfection", w której autorka pisze m.in. iż w sytuacjach dla nas trudnych potrzebujemy wsparcia innych - ale nie mogą to być "jacykolwiek" inni. Swoją drogą świetna pozycja dla tych, którzy mają poczucie iż powinni spełniać zewnętrzne oczekiwania, czyli właśnie o tym, co wyziera z wypowiedzi Marii Peszek. [i]"ale to chyba kwestia mojej ostroznosci, tego czy dam sie nabrac w konkretnym przypadku, czy slusznie zaufam, bo dojde do wniosku, ze mowi do mnie ktos, kto na serio chce cos z siebie wyrzucic publicznie"[/i] No więc ja Marii Peszek - choćby ze względu na wypomnianą wyżej powierzchowność potraktowania tematu - zwyczajnie nie wierzę. O wiele wiarygodniejszy jest dla mnie wywiad z Muńkiem Staszczykiem. "Ponadto, nie jestem pewna, czy poruszane przez Marie tematy sa tylko w modzie, czy sa po prostu wazne – do tej pory nie mielismy czasu rozmawiac na temat martyrologii" Ależ ten dyskurs istnieje, od co najmniej paru lat. Od paru lat stawiane są pytania, np. dlaczego jako naród wielbimy przegrane powstania, podczas gdy wygrane kampanie (może poza Bitwą Warszawską i bitwą pod Grunwaldem) są spychane w niepamięć. Albo o to dlaczego bardziej cenimy sobie zbrojne (choć skazane na porażkę) akcje, niż powolną ewolucję - np. cenimy Powstanie Listopadowe (jego następstwem była ostrzejsza rusyfikacja), a w niskim poważaniu mamy np. ugodowe działania polityków galicyjskich, bez których zapewne nie doszło by do utworzenia Legionów Piłsudskiego. Dyskusja ta stała się szersza gdy przyszło do oceny działań Polski w Iraku czy Afganistanie - czy rzeczywiście są one w interesie naszego kraju? Czy potrzebujemy angażować się w zbrojne konflikty? itp. O Patriotyzmie cywilnym, obywatelskim (choćby wspomniane przez Marię Peszek kasowanie biletów i branie udziału w wyborach) też mówi się od kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Fajnie, że Maria Peszek ma podobny punkt widzenia, ale fajnie by było zauważyć, że ten "kult śmierci" o którym ona mówi, "wciska" stosunkowo wąska grupa, tyle że dość głośno krzycząca. I że to się od co najmniej kilku lat bardzo mocno zmienia, jest zatem ciut późno na "protest songi". BTW, nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś mnie pytał, czy oddałbym życie za kraj. W podstawówce? [i]"Ale kiedys sprzeciw wobec KK musial sie ujawnic."[/i] W wywiadzie nie ma ani słowa na temat Kościoła, jest mowa o Bogu. Tak, dla mnie również antyklerykalizm jest czym innym niż ateizm, ten temat porusza niedawny artykuł o agnostykach.
  • 2012-10-12 12:40 | kwieto

    Re:Jak dajemy się ogłupiać

    [i]" Wydaje mi się jednak, że umyka mu pewna kwestia - postęp. W naszych czasach wygrywa ten kto poda informację pierwszy. "[/i] No tak, ale to można odnieść do serwisów podających bieżące informacje, ale już nie do periodyków takich jak "Polityka". A również i tu publikowane są treści bez sprawdzania (przykre, że sporą część z nich można zweryfikować dosłownie w parę minut, sięgając do danych GUS czy innych agend). W tej sytuacji trudno nie odnieść wrażenia, że dziennikarzowi się zwyczajnie "nie chciało" i liczył na to, że "nikt nie zauważy".
  • 2012-10-12 12:57 | kwieto

    Re:Jak dajemy się ogłupiać

    Zgadzam się. I szczerze mówiąc coraz częściej odnoszę wrażenie, że klucz nie w "tabloidowym odbiorcy", ale w zwykłej niekompetencji dziennikarzy, liczących na to że im "się uda". Czasem to widać bardzo jaskrawo - np. dziennikarz pisze artykuł na jakiś naukowy temat, po czym dla ilustracji wybiera przykład... kompletnie nie przystający do opisywanego zagadnienia. W innych przypadkach dziennikarz podaje nierzetelne, niesprawdzone dane, albo wyciąga z nich błędne wnioski. Albo dopasowuje dane do tezy. I rzeczywiście, jeśli się sięgnie do mediów zagranicznych, częściej jest widać rzetelną dziennikarską pracę (choć też nie zawsze). Efekt jest taki, że czytając "Politykę" zaczynam "dla sportu" sprawdzać dane, które się w niej pojawiają, zwłaszcza gdy intuicyjnie czuję, że jest inaczej niż pisze dziennikarz. I często okazuje się, że prawda jest inna niż w artykule...
  • 2012-10-13 15:17 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    Pozwól, że zacznę trochę od końca: [i]"Oczywiście kwestią otwartą pozostaje, czy piosenkarka mnie oszukuje, czy mówi mi prawdę."[/i] Tak naprawdę to nie ma znaczenia, przynajmniej dla mnie. Świadomość, czy/że jest to manipulacja nijak nie wpływa na ocenę treści, które się w tym wywiadzie pojawiły. Właśnie dlatego nie tyle mylę [i]"osobiste przeżycia (traumę) z pracą magisterską"[/i] co staram się oddzielić strefę emocjonalną ("biedna, cierpiała") z rozumową ("to co mówi jest bez sensu"). Bo jej opinie nie staną się ważniejsze czy bardziej trafne przez to, że miała załamanie nerwowe. Skok na główkę do płytkiej wody nie staje się przecież bardziej zasadny czy słuszny przez to, że skoczek po złamaniu sobie kręgosłupa wiele wycierpiał. Cierpienie to jedno (należy się nim bezsprzecznie zająć), natomiast wnioski z tego cierpienia to coś kompletnie innego. [i]"OK., ale dla mnie z kolei informacja, że komuś przez rok ciekła ślina i nie był w stanie się ruszyć, i że z tego wyszedł, dodaje w jakiś sposób otuchy, ze względów osobistych. "[/i] OK, tyle że tutaj owo cierpienie zostało sprowadzone do banalności ("miałam kryzys, to se pojechałam do Bangkoku gdzie leżałam na hamaku, ukochany mnie karmił a mnie ciekła ślina"). Naturalną reakcją jest więc "co ona tam wie o prawdziwym cierpieniu". BTW, mnie z jej wypowiedzi wychodzi, że ona zwyczajnie nie "przepracowała" tego kryzysu. A to raczej smutna konstatacja, niż dodająca otuchy (choćby dlatego, że cieknąca ślina może się pojawić ponownie, w dowolnym momencie). [i] "a naprawdę czuję się atakowana przez zbiorowość, którą nazwę tajemniczo „twój lekarz, twój ksiądz i twoja babka”, która narzuca swoje wymagania"[/i] Problem w tym, że moim zdaniem wywiad z Marią Peszek takim ludziom jak Ty szkodzi. A jest to problem całkiem dużej grupy osób - nawet w USA, gdzie jak by się wydawało obowiązuje zwyczaj nie wtrącania się w cudze życie, ludzie czują presję o której piszesz. To jest to, co ukrywa się pod hasłem "perfekcja" we wspomnianej przeze mnie wyżej książce Brene Brown (naprawdę bardzo polecam). Mężczyźni mają tu trochę lepiej niż kobiety, ale i oni wplątani są w spełnianie cudzych oczekiwań, tyle że są to inne oczekiwania (np. nie mają "prawa" do słabości czy - jeszcze gorzej - płaczu). Tyle że negacja (a to oferuje nam Maria Peszek) nie jest tu żadnym rozwiązaniem. To popadanie ze skrajności w skrajność, zamiana jednego bieguna na inny - ani o krok nie zbliżająca do rozwiązania problemu. Wspomniałem wyżej asertywności. Jeśli osadzić ją na skali zachowań, to na jednym końcu tej skali będzie uległość (zaspokajam oczekiwania innych, nie myśląc o swoich potrzebach), a na drugiej agresja oraz właśnie programowa negacja ("mam w dupie co o mnie myślicie, nie będę się was słuchać, bo nie") Problem w tym, że żadne z tych zachowań nie jest dojrzałe. Wyjściem z tej pułapki, z tego napięcia między jednym a drugim biegunem, jest uznanie i uszanowanie dla cudzych oczekiwań, z jednoczesnym zrozumieniem, że spełnianie tych oczekiwań jest kwestią naszej dobrej woli a nie obowiązku. A także uświadomieniem sobie własnych oczekiwań - bo oczekiwanie, że rodzina nie będzie mnie nagabywać: "to kiedy ślub" jest [b]MOIM[/b] oczekiwaniem (którego oni nie mają obowiązku spełniać) a nie na odwrót. Maria Peszek zdaje się tego na przykład nie dostrzegać. Zarówno dlatego, że oczekiwania innych w stosunku do niej wzbudzają u niej takie emocje, jak i dlatego, że zaczyna kombinować jak by tu zmienić społeczeństwo ("macie nie mówić mi co mam robić" - to jest przecież [b]JEJ[/b] oczekiwanie w stosunku do innych). Wszystko zaś jest okraszone stylizowaniem się na "ofiarę" złego otoczenia (co jest ciekawe w kontekście deklaracji "sama sobie poradzę" - tylko bowiem wychodząc z roli "ofiary" jesteśmy w stanie realnie sobie pomóc). Bo tak naprawdę - czy inni rzeczywiście mają nad nami jakąkolwiek realną władzę? Są nam w stanie cokolwiek nakazać? Zmusić? A może głównym problemem są nasze własne lęki przed tym, co się stanie jeśli tych cudzych oczekiwań nie spełnimy - jaka będzie ich reakcja, czy sobie poradzimy z tą reakcją, czy nie załamie nam to naszych własnych mitów na swój temat ("jestem dobry/zły/troskliwy/obojętny/współczujący/itp.") ? Czyli spełniamy cudze oczekiwania bardziej dla samych siebie, choć za nic nie chcemy się do tego przyznać? Asertywność różni ludzie osiągają na różnych etapach w życiu - jedni potrafią to od dziecka, inni nie nauczą się tego nigdy. Tak się jednak składa, że większość podróż z pozycji "uległej" do autonomii i samostanowienia rozpoczyna w wieku kilkunastu lat - istnieje nawet określenie "bunt nastolatka". Wtedy właśnie człowiek zaczyna ferować skrajne opinie, często wbrew społecznym oczekiwaniom - odrzuca Boga czy normy społeczne, "testując" w ten sposób granice ("jaki zakres niezależności i odszczepienia od powszechnych norm będzie zaakceptowany?") Stąd pewnie komentarze, że Boga odrzuca się gdzieś w okresie liceum - przestaje się chodzić do kościoła, przestaje się uczestniczyć w obrzędach religijnych itd. Maria Peszek przechodzi taki proces w wieku lat około 40 - OK, nie mam z tym problemu, nie znaczy to dla mnie że jest "gorsza", czy coś w tym stylu. Problem mam z tym, że zostało to sprzedane jako bóg wie jakie wydarzenie i sensacja. Wracając do odrzucenia Boga, na głębszą refleksję przychodzi czas póżniej i z wiekiem dzieją się różne rzeczy (znam zarówno takich, będąc ateistami nawet nie wychowanymi w obrządku religijnym, zaczęli wierzyć; znam też takich, którzy po okresie chodzenia na pielgrzymki, oazy itp, w życiu dorosłym całkowicie stracili wiarę) - tyle że takiej głębszej refleksji nie widzę w wywiadzie z Marią Peszek. Widzę jedynie agresywne "odrzucam Boga, sama sobie poradzę", kojarzące mi się ze wspomnianym wyżej "buntem nastolatka" a nie z decyzją dojrzałej osoby. BTW, ludzie w kryzysie jeśli zwracają się do Boga to nie zawsze dlatego, że potrzebują "kogoś kto by im pomógł ogarnąć siebie samego". Czasem jest tak, że nagle układają ci się w jeden spójny ciąg pewne z pozoru błahe wydarzenia, które Cię do tego kryzysu doprowadziły (ktoś to ładnie nazwał "łączeniem kropek"). W takim momencie naprawdę trudno jest choć przez chwilę nie zastanowić się, [b]CO[/b] kierowało naszymi ruchami w ten sposób, że nagle te całkowicie odrębne zdarzenia połączyły się ze sobą i uzyskały zupełnie inny, głęboki sens. Brak podobnej refleksji (niezależnie od tego jaką by uzyskała odpowiedź na postawione wyżej pytanie) zwyczajnie mnie dziwi.
  • 2012-10-14 13:16 | kwieto

    Re:Jak dajemy się ogłupiać

    [i]"Wydaje misię, że większość komentatorów nie zrozumiała tekstu:)"[/i] A czy Ty go zrozumiałeś? Moim zdaniem nie tyle o zrozumienie tekstu tu idzie, ile o to, że taki tekst na łamach tygodnika, który ostatnimi czasy sam publikuje coraz bardziej "tabloidowe" treści (nierzetelne informacje, tanie sensacje itp.), może wzbudzić zdziwienie (moje wzbudziło).
  • 2012-10-15 11:03 | kwieto

    Re:Jacek Żakowski z Marią Peszek o byciu na dnie, Polsce i nowej płycie

    [i]"Jednak czy muszę od razu wszystko co proste potępiać jako przykład tabloidu?"[/i] Nie, oczywiście że nie. Czasem rzeczy proste są najcelniejsze - stąd popularność jednozdaniowych aforyzmów czy sentencji. Problem się zaczyna gdy ta "prostota" oznacza "jechanie na emocjach" i nic/niewiele więcej. [i]"zakładam, że pod tym, co w tym wywiadzie zostało nam zaoferowane w pigułce, muszą się kryć głębokie, skomplikowane przemyślenia,"[/i] Być może, tyle że w wywiadzie nie zostały one przedstawione. Jeśli coś nie zostało wypowiedziane, to nie mogę się do tego odnieść, bo zwyczajnie nie wiem czy jakieś moje założenia są prawdziwe czy nie. A propos prostych treści, kiedyś usłyszałem bardzo mądry a prosty tekst: [b]"to co nie wypowiedziane, nie istnieje"[/b] Komentuję więc tylko to co się w artykule pojawiło, bo tylko to istnieje. [i]"tak jak mówię, artyści (showmani czy cokolwiek) mają prawo do ostrych sądów (a ciężki rock i ciężkie słowa?)."[/i] Oczywiście - odbiorca zaś ma prawo poddać te sądy i słowa własnej ocenie. [i]"To chyba nie jest tak, że takie wyznania mi szkodzą"[/i] Nie wiem, bo nie jestem Tobą. Natomiast bazując na swoich doświadczeniach, odbieram wypowiedzi Marii Peszek jako "powierzchowne" i wiodące na manowce - stąd moja ocena jej spostrzeżeń jako "powierzchownych". I nie mam nic przeciwko temu (jak już pisałem wyżej - każdy rozwija się w swoim tempie, pewnie są takie sprawy, które dla niej są oczywiste a z którymi ja się z kolei borykam), natomiast dziwię się "pompowaniu" tychchże spostrzeżeń do rangi "wstrząsających". [i]"Może dlatego, że emocje są jednak dla mnie bardzo ważne (nie twierdzę oczywiście, że emocjonalne widzenie świata jest lepsze od rozumowego; ale nie zapominaj, że wariaci często pchają świat do przodu :))"[/i] Oczywiście, że emocje są ważne, wcale tego nie neguję. Gdyby nie moje emocje, nie wypowiedziałbym się w tej dyskusji. Gorzej, kiedy emocje (opisy cieknącej śliny, czy "złego" społeczeństwa szkalującego "biedną" artystkę) zastępują treść. Cytat z artykułu o "tabloidowym umyśle": [i]"...medioznawca Łukasz Szumiński stwierdził: „(…) Jeśli schodzimy z tego wysokiego poziomu na język emocji, to później widzowie już nie chcą do tego wracać”. Innymi słowy, emocje dostarczane przez tabloidowe przekaźniki są jak narkotyk, chce się ich coraz więcej, a powrót do chłodnego, racjonalnego osądu jest traktowany jak uciążliwa abstynencja."[/i] Czytając wywiad z Marią Peszek czuję się po prostu wpychany w rolę odbiorcy opisywanego powyżej. Mam odłożyć na bok swój racjonalny osąd wypowiedzi artystki, a zamiast tego emocjonalnie się z nią utożsamić (współczuć jej załamania itd.). Nie "kupuję" tego, dla mnie to jest właśnie próba stabloidyzowania mnie. [i]"Ona i Ty macie być może inne temperamenty, co nie znaczy, że któryś sposób widzenia świata jest gorszy, a któryś lepszy."[/i] Tyle że tu nie chodzi o temperament. Co do sposobu widzenia świata - to jeszcze zależy co rozumiesz pod tym pojęciem. Każdy ma prawo do własnych wyborów i własnej oceny rzeczywistości, zgoda. Nawet jeśli te wybory przynoszą mu w konsekwencji cierpienie. Uczciwsze jest natomiast przyznanie, że samemu jest się za to cierpienie odpowiedzialnym (bo to mój sposób widzenia świata sprawia, że cierpię), niż obarczanie nim innych - np. społeczeństwa, kraju, itp. [i]"Bunt licealisty chyba jednak przeceniasz : )"[/i] Nie upieram się. Nie stawiam go też na piedestale, po prostu z takim właśnie buntem skojarzyły mi się wypowiedzi (i treść piosenek, bo niektóre przesłuchałem) artystki. Być może jest to skojarzenie błędne, co nie zmienia tego, że po przeczytaniu wywiadu jest takie a nie inne. Jak pisałem wyżej - [b]to co nie zostało wypowiedziane nie istnieje[/b], więc "gdybać" nie będę. [i]"Może sprawiam wrażenie kogoś głupio-upartego, całkiem możliwe, że ta dyskusja mnie zupełnie przerasta; ale jakoś nie mogę pozwolić na zupełne zdyskredytowanie manifestu, który wydaje mi się ważny"[/i] Wiesz, jeśli jest to dla Ciebie ważne, to przecież OK. Ja mam nieco inne zdanie na ten temat i nie mamy obowiązku się tu ze sobą zgadzać. Mnie wypowiedzi Marii Peszek przypominają klasyczną postawę "ofiary" ze schematu zwanego "trójkątem dramatycznym Krapmana". Problem w tym, że rozwiązania, które przestawia nadal pozostają w obrębie "trójkąta" Tu masz trochę na ten temat, może pomoże Ci to w rozwiązaniu Twoich problemów: http://www.solaris-rozwojosobisty.pl/gra-w-ofiare-jadwiga-borkiet/ Polecam też książkę "Breaking free from the Victim trap" Diane Zimberoff (niestety znowu tylko po angielsku) [i]"jednak mocno oddzieliłabym dyskusję o kondycji mediów od krótkiego krzyku kogoś, kto ma już dość."[/i] A ja nie, bo dla mnie pytanie, czy "poważny" tygodnik powinien brać udział w prywatnej rozgrywce jakiejś znanej osoby jest istotne. Dziwnie się też czuję, gdy "Polityka" z jednej strony krytykuje wynurzenia Katarzyny Figury na temat przemocy w jej małżeństwie, jednocześnie dając miejsce na swoich łamach dla wynurzeń Marii Peszek o załamaniu nerwowym.
  • 2012-12-11 00:06 | kwieto

    Re:Szwecja: rośnie przemoc kobiet wobec mężczyzn

    Według badań OBOP sprzed paru lat w Polsce odpowiedzialność za przemoc domową rozkłada się w przybliżeniu po równo między kobietami a mężczyznami, więc wdać też jesteśmy "smutnym" krajem
  • 2012-12-12 14:02 | kwieto

    Re:Polski Machiavelli: Żakowski polemizuje z Krasowskim

    @Vera: Litości! Każdy jest odpowiedzialny za [b]swoją[/b] część. Tu jest inna relacja, bo wybierając lub nie wybierając sami [b]zapraszamy[/b] do władzy określonych polityków i ugrupowania. Innymi słowy, jeśli wychodząc z domu zostawiam drzwi otwarte na oścież, nie powinno mnie specjalnie zdziwić, jeśli zostanę okradziony. Co oczywiście nie zdejmuje odpowiedzialności ze złodzieja za jego czyn.
  • 2013-02-14 12:57 | kwieto

    Re:Co zostanie z Ruchu Palikota?

    Celne :)
  • 2013-02-14 15:36 | kwieto

    Palikot Palikotem, ale...

    Coraz bardziej mnie drażni odwrócenie proporcji między relacjonowaniem faktów, a dodawaniem własnej opinii, widoczne nie tylko w Polityce, ale też w innych gazetach. Powyższy felieton to niemal wyłącznie osobisty komentarz Pani Paradowskiej, w którym zabrakło miejsca nawet na skrótowy opis tego, co się właściwie stało i dlaczego. Tę wiedzę trzeba wydobyć albo z komentarzy pod felietonem (więcej jest w nich treści i informacji niż w tekście Pani Paradowskiej) albo budować sobie ze strzępków równie pofragmentaryzowanych tekstów innych dziennikarzy. Pani Janino, opinię potrafię sam sobie wyrobić i ocenić, czy Palikot poniósł klęskę czy nie.
  • 2013-02-16 20:05 | kwieto

    Re:Co zostanie z Ruchu Palikota?

    OK, przyznaję, że nie spojrzałem. Co nie zmienia tego, że wiele "informacji", również w Polityce, również jest bardziej "opiniami" niż "informacjami"
  • 2013-03-01 09:21 | kwieto

    Re:Dlaczego Polacy są dla siebie okrutni?

    Nie ma czegoś takiego jak "gen niewolników". Można mówić o pewnych postawach, np. jako naród lubimy wchodzić w postawę "ofiary" (wielbimy postania przegrane a nie te udane, świętujemy rocznice klęsk a nie zwycięstw, itp., itd.). A to implikuje taką "niewolniczą" postawę, bo "ofiara" zwykle nie czuje się zdolna stawiać i bronić własnych granic otwarcie, robi to po kryjomu, na zasadzie "odgrywania się". I tak, "ofiara" zwykle obarcza odpowiedzialnością za swoją sytuację wszystkich tylko nie siebie...
  • 2013-03-04 15:55 | kwieto

    Re:Dlaczego Polacy są dla siebie okrutni?

    [i]"Szok przeżyłem słuchając kilka dni temu wywiadu Moniki Olejnik w Rdiu Zet z prof Płatek, gdzie powiedziała, że jesteśmy dziećmi niewolników ..."[/i] No dobrze, tylko co z tego wynika? Od lat słyszę utyskiwania, że "w czasie wojny Niemcy i Rosjanie nam wyrżnęli inteligencję", od mniej dawna - o "postkolonialnym dziedzictwie". I nawet jeśli to wszystko prawda, to coraz częściej odbieram to jako wygodną wymówkę ("czego można się spodziewać po mieszkańcach kraju, gdzie....") niż wyjaśnienie czegokolwiek. Przecież system feudalny był taki sam u nas jak w innych krajach, dlaczego akurat Polacy mają być pod tym względem szczególnie doświadczeni? Tak samo u nas 80% (wg Pani Płatek) to potomkowie chłopów pańszczyźnianych, jak w Niemczech, Francji, czy gdziekolwiek indziej. W UK resztki systemu feudalnego zachowały się nawet do dzisiaj (świetnie oddaje to scena z filmu "Królowa", w której Tony Blair musi wyjść tyłem z pokoju w którym spotykał się z królową). Mam też niejednokrotnie wrażenie, że przywoływanie tego typu tematu służy jedynie temu, by przywołujący mógł poczuć się lepiej, jako ten jeden z nielicznych prawidłowo oceniających sytuację, stojący "wyżej" od "post-niewolniczego"/"post-chłopskiego tłumu". Podobną strategię stosuje lewica wobec prawicy, pytanie tylko czy aby to, że jest subtelniejsza w stosowaniu wyzwisk oraz unika jawnej agresji na pewno oznacza że jest w niej mniej niechęci oraz pogardy do własnych rodaków?
  • 2013-03-05 10:47 | kwieto

    Re:Dlaczego Polacy są dla siebie okrutni?

    [i]Wyjście tyłem Tonego Blaira, to wynik etykiety dworskiej[/i] A czy etykieta dworska nie odzwierciedlała przypadkiem feudalnych stosunków, regulując ściśle co komu wolno a czego nie w zależności od tego gdzie stoi w hierarcii? Konieczność wyjścia tyłem do monarchy bardzo jasno określa, kto w tej relacji jest panem a kto sługą. Nie przesadzałbym też z tym zapatrzeniem na zachodnie społeczeństwa obywatelskie. Paradoksalnie tam było więcej do nadrobienia - dość wspomnieć, że w Polsce kobiety uzyskały prawa wyborcze w 1918 roku, a w takiej np. Szwajcarii... dopiero w 1971 roku. Polska ma też bardzo bogate tradycje tolerancji (dlatego przed wojną była schronieniem dla wielu mniejszości wyznaniowych wyklinanych na zachodzie), a jedną z przyczyn jej upadku i rozbiorów była właśnie zbyt duża swoboda i siła niższych, podległych stanów (z tego okresu pochodzi powiedzenie: "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie"). Jeśli już więc gdzieś bym upatrywał przyczyn tego o czym piszesz, to akurat w przesadnej swobodzie (i biorącym się z niej pieniactwie szlachty, czego dobrym symbolem jest Targowica), a nie "mentalności niewolniczej". Dla porównania Niemcy do dziś mają sporo mentalności "parobka" i co każe przełożony, to jest robione, obojętnie czy z sensem czy bez sensu. Dlatego też byli tak skuteczni na wojnie, zamiast kwestionować polecenia przełożonych (jak Targowiczanie), po prostu je wykonywali.
  • 2013-03-07 16:51 | kwieto

    Re:Żakowski & Bendyk: Wszyscy jesteśmy gejami

    Poziom artykułów Polityka dostosowała już dawno :")
  • 2013-03-09 13:23 | kwieto

    Re:Żakowski & Bendyk: Wszyscy jesteśmy gejami

    OK, to poważniej - czy masz coś do powiedzenia oprócz dyskredytowania innych?
  • 2013-04-03 20:05 | kwieto

    Re:Jak zmusić internautę do klikania

    "Bezrobotni boją się pracy" "Oskarżone o gwałt na dziecku i skazane. Ale czy winne?" Niby subtelniej, schemat podobny
  • 2013-04-05 13:39 | kwieto

    Re:Polska tonie w tandecie

    Ja też mam z tym artykułem problem - wydaje się, że autorka pomieszała temat "przydasiów" (chomikowania niepotrzebnych rzeczy "na zaś", "bo się kiedyś przydadzą") z tematem długoletniego korzystania ze sprawnych technicznie przedmiotów. I wyszło dziwo, wedle którego kupienie na "przetworach" stołka z dosztukowaną nogą jest przejawem ekologicznego podejścia do świata, ale już samodzielne dosztukowywanie takiej nogi do zużytego mebla katalogowane jest jako "życie na śmieciach".
  • 2013-04-06 10:51 | kwieto

    Re:Polska tonie w tandecie

    Za to wie, że na pewno nie można pochwalić :") Autorka pisze np. : "Freon z lodówek (teraz te 30-letnie wywala się z dacz) i metale ciężkie z luminoforów (płaskoekranowe telewizory dokonują ostatecznej eksterminacji tych lampowych) to chemiczny wkład Polski do cywilizacji rzeczy." Nie zastanawia się nad tym, że w krajach "zachodnich" lodówki miały ten sam freon a telewizory takie same luminofory, jedyną zaś różnicą jest to, że trafiły na wysypisko o ileś lat wcześniej. Za to teraz trafiają tam kolejne generacje lodówek, telewizorów i innych rzeczy, jedynie powiększając już istniejącą stertę. Bo tak się składa, że nowy sprzęt projektowany jest tak, aby był sprawny przez jak najkrótszy okres czasu. To że te śmieci są bardziej ekologiczne nie zmienia podstawowego problemu, czyli faktu, że w ogóle są. Co jest bardziej racjonalne - kupić jedną lodówkę raz na 30 lat (niech będzie, że nawet z freonem), czy trzy "bezfreonówki" w tym samym okresie czasu?
  • 2013-04-13 12:28 | kwieto

    Re:Kim są warszawskie „słoiki”?

    Wiesz, ciężko jest merytorycznie komentować tekst, którego wartość można rozpatrywać jedynie w kategorii tekstu satyrycznego, na poziomie "polish jokes". Czytając go miałem wrażenie, że mieszkam w innej Warszawie niż jego autorka, tak bardzo odstaje on od rzeczywistości, którą widzę wokół siebie. Czytając felieton miałem wrażenie, że cofnąłem się co najmniej do XIX w. - oto chłop w lnianej koszuli i pocerowanych portkach stoi onieśmielony u bram wielkiego miasta (cała wieś się zrzuciła na bilet), dzierżąc w ręce przepasaną paskiem od spodni walizkę. A kiedy wraca na rodzinne łono, opowiada zasłuchanej rodzinie o dziwach jakie tam są (np. budynki bez klamek w oknach, łał!), w tym wielkim dalekim świecie, którego nie będzie im pewnie nigdy dane zobaczyć (malownicza scena rodzinnego obiadu u "C"). Szczytem kariery jest zaś "kasjerskie stanowisko" i pensja 2.5 tys. PLN brutto :") Nie wiem, być może tacy ludzie też są, jednak większość "przyjezdnych" jakich znam to ludzie, którzy przyjechali do Warszawy na studia i potem osiedli. Większość z nich to byli ludzie z ambicjami (których odmawia im autorka artykułu), jeśli coś ich różniło od "rodowitych" to to, że szybciej podejmowali pracę, szybciej się usamodzielniali i uniezależniali od rodziców. Po studiach, kiedy urodzeni w Warszawie mieszkali jeszcze u mamy, "przyjezdni" byli już na etapie kupowania własnego mieszkania. Nie wiem co dzieje się ze wszystkimi, ci z którymi mam kontakt albo prowadzą własną działalność, albo zajmują kierownicze stanowiska (zarabiając, jak sądzę, "ciut" więcej niż 2.5k PLN brutto na miesiąc). Kompletnie nie pasuje to do wizji malowanej w artykule. Jak dla mnie podział jest sztuczny, a wiele tez naciąganych. Dwa miejsca parkingowe zajmują samochody niezależnie od rejestracji (przy czym w powszechnej opinii to kierowcy aut z rejestracjami zaczynającymi się od "W" uchodzą za najbardziej chamskich i agresywnych na drodze). Tak samo na weekend z miasta wyjeżdżają tak "obce" jak i "rodzime" rejestracje, po prostu poza sezonem letnim w mieście, które np. do dziś nie dorobiło się porządnej sali koncertowej (od lat pełni tę funkcję słabo nadająca się do tego Sala Kongresowa w PKiN), które nie ma też fajnej infrastruktury parkowo-rekreacyjnej, w weekendy wieje nudą. Na wylotówkach jest więc pełen egalitaryzm - w korkach stoją zarówno rejestracje zaczynające się od "L" jak i od "W". I tak dalej, i tak dalej... Na marginesie - jak dotąd, artykuły w Polityce (i jeden w Newsweeku) to jedyne miejsce, gdzie spotkałem się z podziałem na "słoiki" oraz "rodowitych", o jakimkolwiek konflikcie nie wspomnając.
  • 2013-04-23 22:51 | kwieto

    Re:Faceci są do niczego?

    Uhmmm, a zadałeś/aś sobie trud zapytania wszystkich "czterdziestek" czy tylko zgadujesz?
  • 2013-04-24 06:57 | kwieto

    Re:Faceci są do niczego?

    Taki fragment książki, którą właśnie czytam: [i]"A tymczasem przeciętne małżeństwo zawierane jest przez Dziecko*, które pod słowem "miłość" rozumie coś,ci się czuje a nie coś,co się robi, i które uważa, że szczęście jest czymś, czego człowiek szuka i za czym podąża, a nie produktem ubocznym działań zmierzających do uszczęśliwienia drugiego człowieka. Szczęśliwi i niestety nieliczni są ci młodzi partnerzy, których Rodzic* ma wyobrażenie o tym, czym jest dobre małżeństwo. Wiele osób nigdy się z nim w rzeczywistości nie zetknęło. Zapożyczają więc oni koncepcję małżeństwa z czytanych przez siebie niezwykle romantycznych opowieści, w których mąż ma wspaniałą pracę zarobkową jako młody samodzielny pracownik w wielkim towarzystwie reklamowym i co dzień wieczorem wraca do domu z bukietem róż, gzie witany jest przez smukłą, promienną żonę, oczekującą go w domu wartym pięć tysięcy dolarów, z podłogami firmy Armstrong, oknami kryształowo czystymi, w którym palą się świece, a muzyka stereofoniczna nastraja do miłości. Gdy iluzja zaczyna się rozpadać, gdy używa się dywanów podniszczonych przez teściów, gdy radio przestaje działać, a mąż traci pracę i przestaje mówić "Kocham cię" (...) cała impreza kończy się, a wszystko rozpada się w gruzy." ~Thomas Harris: "Ja jestem OK, ty jesteś OK.[/i] To wydaje się być osią problemu, o którym mowa. Może i kobiety się wyemancypowały, tylko czy jednocześnie dorosły? Sądząc po komentarzach np. na facebookowym profilu "Polityki", nie bardzo. Szkoda też, że "Polityka" ślizga się po temacie nie wchodząc głębiej. A przecież materiałów nie brak - choćby cytowana wyżej książka, nadal aktualna choć napisana ponad pół wieku temu. * - pojęcia "Dziecko" i "Rodzic" odnoszą się tu nie do wieku, ale tzw. "stanu ego" danej osoby.
  • 2013-05-04 22:11 | kwieto

    Re:Czy faceci są do niczego?

    [i]"Kobietom rzygać się chce na myśl o przepychance zamiast partnerstwa i nie chcą ryzykować."[/i] Wręcz przeciwnie - mimo deklarowanego partnerstwa oczekują od mężczyzny wchodzenia w "tradycyjną" rolę. Zdarzyło mi się parę razy, że to dziewczyna "dryfowała" w kierunku modelu "patriarchalnego" i odwiedzenie jej od tego wymagało pewnej dozy stanowczości. I mówię tu o aktywnych zawodowo i świetnie wykształconych kobietach. Niby kobiety się wyemancypowały, ale dalej oczekują że mężczyzna będzie skrzyżowaniem księcia z bajki, idealnej wesji tatusia, rycerza na białym koniu i bogatego biznesmena. Takie oczekiwania muszą doprowadzić do rozczarowań
  • 2013-05-06 23:43 | kwieto

    Re:Czy faceci są do niczego?

    Fakt faktem, większość aktywnych feministek (czytaj: takich, co angażują się aktywnie w działania ruchów feministycznych) emanowała czymś w rodzaju mniej lub bardziej otwartej niechęci do mężczyzn. Można powiedzieć że częstokroć skupiały się nie tyle na walce o swoje prawa, co na dyskredytowaniu i obwinianiu facetów o całe zło, które spotyka kobiety. Bardzo jednostronnie i całkowicie negując kobiecy wkład w takie a nie inne relacje między płciami. Mogę powiedzieć, że to właśnie feministki najskuteczniej wyleczyły mnie ze wspierania idei feministycznych, których niegdyś byłem gorącym orędownikiem.
  • 2013-05-07 09:20 | kwieto

    Re:Faceci są do niczego?

    [i]jako mezczyzna zyjacy na emigracji obserwuje to cale talatajstwo (dlaczego taki typ mezczyzny-buraka zawladnal przestrzenia publiczna w Polsce?) w kraju. Tandeta, ktora widac (ogolony leb, outfit), slychac (glosne przeklenstwa) i czesto czuc[/i] Hmmm, kiedy ostatni raz byłeś w Polsce?
  • 2013-05-07 09:22 | kwieto

    Re:Czy faceci są do niczego?

    Edycja - powinno być: "większośc aktywnych feministek z jakimi się zetknąłem".
  • 2013-05-07 09:38 | kwieto

    Re:Czy faceci są do niczego?

    Pod tym mogę się podpisać obiema rękami. A zwłaszcza pod tym fragmentem: [i]"Kazdy, kto mowi, ze druga plec jest do niczego to ten, ktory sam jest "do niczego". "[/i] Bo tak to jakoś jest, że trafiamy na takich partnerów, na jakich sami jesteśmy gotowi, więc chcąc mieć partnera "do czegoś" wpierw trzeba popracować nad samym sobą. Świetny komentarz amerykańskiego seksuologa Davida Schnarcha na temat relacji niejednokrotnie panujących w związkach i tych wszystkich narzekań na "beznadziejnych" (niezależnie od płci): [i]"Zrób wszystkim przysługę: Uświadom sobie, że żyjesz z emocjonalnym terrorystą. Z kimś, kto od czasu do czasu (albo częściej) robi coś wiedząc, że będzie bolało kogoś innego, czując się z tego powodu bardziej usprawiedliwionym niż winym. Z kimś, kto potrafi być mściwy, karzący i powstrzymujący. Dopiero kiedy zdasz sobie sprawę, że musisz dzień po dniu radzić sobie z tego rodzaju osobą, możesz zwrócić uwagę również na wady swojego partnera."[/i] [i]Źródło: http://www.psychologytoday.com/blog/intimacy-and-desire/201205/normal-marital-sadism[/i]
  • 2013-05-08 07:04 | kwieto

    Re:Czy faceci są do niczego?

    To (lęk przed bliskością) akurat nie jest dziwne, jeśli popatrzy się na temat nieco szerzej niż autorka artykułu. Współczesność promuje narcyzm, gdzie nie ma miejsca na niedoskonałości codzienności. A te najbardziej widać w bliskich relacjach - to tu najtrudniej utrzymać maskę bycia świetnym. Wygórowane wymagania wobec partnera (po obu stronach) mogą być świetnym zabezpieczeniem przed ryzykiem "demaskacji" i koniecznością zmierzenia się z własnymi niedoskonałościami. Zawsze można sobie tłumaczyć, że to nie ze mną jest coś nie tak, ale to inni "nie spełniają wymagań".
  • 2013-05-08 08:39 | kwieto

    Re:Faceci są do niczego?

    Nie wiem, po prostu bezskutecznie usiłuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem na ulicy dresiarzy. Może zmień środowisko, w którym się obracasz? ;")
  • 2013-05-10 22:27 | kwieto

    Re:Czym się różnimy od innych narodów

    Ja tak robię - przynajmniej mam rzetelne informacje, anie ideologiczną papkę
  • 2013-05-11 11:01 | kwieto

    Re:Czym się różnimy od innych narodów

    Moment. Badania to jedno, a ich interpretacje w wydaniu red. Żakowskiego to drugie. Niskiego czytelnictwa gazet nie będę kwestionował, natomiast z oceną przyczyn tego stanu (brak zainteresowania światem) już się nie zgadzam. Sam od dawna nie czytam gazet, bo po prostu nie ma w nich treści, które by mnie interesowały. Na portal Polityki również od jakiegoś czasu zaglądam głównie po to, aby się pośmiać, bo z rzetelnie napisanych artykułów przypominam sobie bodaj tylko te na temat GMO. Niedawno miałem okazję poczytać co dwa największe dzienniki piszą na temat dymisji min. Gowina. To, że obie gazety opisywały tę postać tak, jakby mowa była o dwóch różnych osobach, pomijam. Bardziej znaminenne było to, że żadna z gazet nie skupiała się na tym co jest (co Gowin zrobił, jakie są argumenty za dymisją lub pozostawieniem na stanowisku, itd.), ale na swobodnej twórczości interpretacyjnej redaktorów, z udzielaniem dobrych rad Premierowi Tuskowi włącznie. A mnie nie interesuje opinia takiego czy innego redaktora, tylko fakty. Opinię wyrobię sobie sam. Podobnie jest tutaj - minimalna garść faktów ("Polacy nie czytają") plus własne interpretacje red. Żakowskiego - sęk w tym, że więcej mówiące o jego własnym punkcie widzenia, niż o tym, co rzeczywiście pokazały badania. A to mnie zwyczajnie nie interesuje.
  • 2013-05-12 11:40 | kwieto

    Re:Czym się różnimy od innych narodów

    Byc moze cos jest w teorii "syndromu postkolonialnego". Pamietam z dziecinstwa, ze powszechne bylo "czolobitne" nastawienie do swiata zachodu (zwlaszcza do USA) - tam mialo byc wszystko lepiej, madrzej, uczciwiej. Pamietam, ze jeszcze na poczatku studiow bylem przesiakniety taka ideologia i przekonany, ze wszystko cojest "zachodnie" jest lepsze. Jednak pare wyjazdow za granice (zarowno turystycznych jak i sluzbowych), oraz wlasnie ciekawosc swiata (i chec porownania jak wypadamy pod pewnymi wzgledami na tle innych krajow) szybko zweryfikowaly te mity. Od dego czasu obserwuje jednak ze zdziwieniem osobliwa mode naszego narodu polegajaca na krytykowaniu i wyszydzaniu wszystkiego co polskie, polaczona z przekonaniem, ze jesli pod jakimis wzgledami roznimy sie od innych narodow, to na pewno problem jest u nas i to my mamy doszlusowac do reszty, a nie np. na odwrot. Artykul J. Zakowskiego wpisuje sie w ten trend - nasza odmiennosc od razu jest oceniona jako "gorszosc", przy czym "analiza" jest czysta spekulacja, tezy autora nie wynikaja wprost z przywolywanych przez niego statystyk.
  • 2013-05-13 07:54 | kwieto

    Re:Czym się różnimy od innych narodów

    Raczej to drugie. Podzczas wyborów do PE dopiero z mediów zagranicznych można się było dowiedzieć czegoś konkretnego na temat przebiegu wyborów w innych krajach. Moja szefowa mówiła wtedy o naszym (medialnym) zaścianku. Ja mam problem z mediami taki, że albo nie ma w nich informacji, które mnie interesują, albo są one podane tak niechlujnie (przeinaczenia czy wręcz niezrozumienie tematu przez piszącego), że lepiej je po prostu skreślić jako źródło wiedzy. Ewentualnie można sprawdzić nagłówki by potem samodzielnie drążyć dany temat.
  • 2013-05-13 09:44 | kwieto

    Re:Czym się różnimy od innych narodów

    [i]Prawdziwy problem tkwi w wyalienowaniu naszego społeczeństwa. Politycy, dziennikarze i ci wszyscy uważający się za elity nawet nie udają jak bardzo gardzą motłochem. I naród się odwdzięcza powszechną negacją.[/i] Wcześniej przeoczyłem ten wpis, choć mam spostrzeżenia bardzo podobne. Ale to nie dotyczy wyłącznie elit - przekonanie że rodacy to "motłoch", połączone z przekonaniem o swojej własnej wyjątkowości na tle tegoż "motłochu" jest dosyć powszechne. Nie spotkałem się chyba z żadnym narodem, który tak bardzo nie lubiłby swoich rodaków, jak ma to miejsce w przypadku Polaków - zdarzało mi się np. słyszeć jak ktoś z satysfakcją mówił o tym, jak to na zagranicznych wakacjach nie przyznawał się do tego, że jest Polakiem i odcinał od wszelkich kontaktów z rodakami.
  • 2013-07-30 16:59 | kwieto

    Re:Oszukani dwudziestolatkowie

    Być może od czasu gdy kończyłem studia coś się zmieniło. Jednak moja opnia jest taka, że studia są bardzo dobre, ale nie dla każdego. We wszelkich tego typu dyskusjach z uporem maniaka powtarzam, że studia (w moim przypadku - ekonomiczne) nie są czymś w rodzaju "wyższej szkoły zawodowej", po której ukończeniu zdobywa się gwarancję zatrudnienia. Ja osobiście uważam, że studia dały mi bardzo dużo, choć stosunkowo niewiele tych umiejętności mogę wprost przełożyć na konkretne umiejętności praktyczne. Co nie zmienia tego, że do dzisiaj czerpię z nich w swojej pracy.
  • 2013-08-01 09:47 | kwieto

    Re:Oszukani dwudziestolatkowie

    [i]"naprawdę nie jesteście w stanie wznieść się ponad Waszą słuszność i Prawdę i ujrzeć je tym, czym są - niskiej próby moralizatorstwem"[/i] W pełni się zgadzam. Owszem, każdy jest kowalem swego losu. Owszem, każdy jest odpowiedzialny za siebie. Tyle że kilkunastolatek rzadko kiedy podejmuje w pełni świadome i samodzielne (co więcej - trafne!) wybory, choć później sam za nie musi płacić. Obwinianie go o to jest tym samym co obwinianie kogoś za to, że został okradziony - "trzeba było przewidzieć i się zabezpieczyć", nieprawdaż? A presja z zewnątrz jest duża, widać ją również tutaj, w postaci komentarzy z gatunku "wy możecie wszystko", "ja nie miałem/am takich szans jak wy" i tak dalej. A potem ci sami ludzie nagle dziwią się, że młodzi, karmieni od dziecka perspektywą nieograniczonych możliwości, mają wygórowane oczekiwania, że nie obniżają tych - wpompowanych w nich - aspiracji.