Wyszukaj na forum

Forum


Zasady publikowania
komentarzy znajdziecie
Państwo pod tym adresem.

Polityka.pl – strefa wolna od hejtu!

 

Szanowni Czytelnicy, Drodzy Użytkownicy naszego Serwisu Internetowego!

Od wielu lat udostępniamy Państwu nasze Forum internetowe oraz przestrzeń blogową dla Waszych komentarzy – także tych krytycznych. Jesteśmy wdzięczni za wszystkie, które są merytoryczne. Zależy nam bardzo, aby Państwa wpisy nie utonęły w rosnącej fali internetowego hejtu i niechlujstwa.
 

Warto, aby serwis POLITYKA.PL pozostał miejscem wartościowej wymiany poglądów, gdzie toczą się dyskusje, nawet zażarte, ale pozbawione mowy nienawiści. Zależy nam na tym, abyśmy wzajemnie traktowali się z szacunkiem. Chcemy, aby POLITYKA.PL była miejscem wolnym od radykalizmów i anonimowej, bezsensownej brutalności.
 

Słowem: zapraszamy serdecznie do dyskusji na naszych forach internetowych, do wyrażania opinii, polemik, do ocen, ale w formie przyjętej między kulturalnymi ludźmi. Kto chce się wyżyć – zapraszamy na inne portale. Być może to walka z wiatrakami, ale spróbujemy. Mamy dość językowych i emocjonalnych śmieci zasypujących plac wolności, jakim miał być i może być internet.

Wyszukano

(9)
Komentarze użytkownika: Beata Igielska
  • 2017-02-07 14:45 | Beata Igielska

    Recenzja książki: Jerzy Pilch, „Portret młodej wenecjanki”

    Na nową książkę Jerzego Pilcha czekałam z niecierpliwością. Gdy już trafiła w moje ręce, chciałam dozować sobie lekturę, by jak najdłużej móc się nią cieszyć. Nie udało mi się, gdyż pochłonęłam całość jednym tchem. To stary, dobry Pilch, za którego prozą nieco się stęskniłam. „Portret młodej Wenecjanki” trudno jednoznacznie zakwalifikować pod względem gatunkowym. Mamy tu narrację i świat przedstawiony typowy dla epiki, ale jednocześnie pojawiają się fragmenty felietonistyczne, przypominające dziennik czy pamiętnik oraz krytycznoliterackie teksty. Początkowo wydawać się może, że autor skupi się jedynie na postaci kobiety przypominającej Wenecjankę z portretu Durera. Bohater opętany uczuciem do niej wydaje się żyć tylko miłością, namiętnością, zazdrością i kontemplowaniem piękna oraz zdolności urodziwej kochanki. Szybko jednak okazuje się, że ten wątek to pretekst do wielu dygresji na ulubione przez Pilcha tematy – literatury, książek, czytelnictwa, sztuki, sportu i seksu. Z tego też powodu odnajdujemy tu wiele interesujących artystycznych i filozoficznych kontekstów. Nieraz to poważne odniesienia, nieraz autor zdaje się nimi bawić albo prowokować odbiorcę. W ogóle większość treści to gra, jaką Pilch prowadzi z czytelnikiem, jakby chciał sprawdzić granice jego wytrzymałości, tolerancji i wrażliwości. To gra jednostronna, bo jej efektów nie pozna, chyba że z recenzji, korespondencji czy podczas spotkań promujących książkę. Czytelnik też ma ograniczone możliwości, bo nie podyskutuje z autorem podczas lektury, nie skonfrontuje swoich odczuć z jego intencjami i może jedynie zastanawiać się nad tym, co przeczytał. Tylko tyle i aż tyle, bo obok „Portretu młodej Wenecjanki” nie da się przejść obojętnie. Ta książka to na pewno gratka dla miłośników prozy Pilcha. Znajdą w niej typowe dla pisarza elementy autobiograficzne (np. odniesienia do choroby Parkinsona) przemieszane z literacką fikcją; sporo tu autotematyzmu i refleksji na temat przeczytanych książek, sporo o dawnej sztuce, o współczesnym życiu i – oczywiście – o seksie, o którym raz autor pisze niemal lirycznie, innym razem wulgarnie. I jeszcze język – pełen „pilchowszczyny”! Bardzo lubię ten styl, w którym powaga przeplata się z ironią i sarkazmem, kunsztowne, barwne zdania sąsiadują z prostymi frazami i równoważnikami zdania, poetyckość zaskakująco komponuje się z dosadnością i naturalizmem, a całość jest systematycznie wzbogacana przesadniami i gradacjami. Taką prozę chłonie się wszystkimi zmysłami! BEATA IGIELSKA
  • 2017-02-07 14:45 | Beata Igielska

    Portret młodej wenecjanki

    Na nową książkę Jerzego Pilcha czekałam z niecierpliwością. Gdy już trafiła w moje ręce, chciałam dozować sobie lekturę, by jak najdłużej móc się nią cieszyć. Nie udało mi się, gdyż pochłonęłam całość jednym tchem. To stary, dobry Pilch, za którego prozą nieco się stęskniłam. „Portret młodej Wenecjanki” trudno jednoznacznie zakwalifikować pod względem gatunkowym. Mamy tu narrację i świat przedstawiony typowy dla epiki, ale jednocześnie pojawiają się fragmenty felietonistyczne, przypominające dziennik czy pamiętnik oraz krytycznoliterackie teksty. Początkowo wydawać się może, że autor skupi się jedynie na postaci kobiety przypominającej Wenecjankę z portretu Durera. Bohater opętany uczuciem do niej wydaje się żyć tylko miłością, namiętnością, zazdrością i kontemplowaniem piękna oraz zdolności urodziwej kochanki. Szybko jednak okazuje się, że ten wątek to pretekst do wielu dygresji na ulubione przez Pilcha tematy – literatury, książek, czytelnictwa, sztuki, sportu i seksu. Z tego też powodu odnajdujemy tu wiele interesujących artystycznych i filozoficznych kontekstów. Nieraz to poważne odniesienia, nieraz autor zdaje się nimi bawić albo prowokować odbiorcę. W ogóle większość treści to gra, jaką Pilch prowadzi z czytelnikiem, jakby chciał sprawdzić granice jego wytrzymałości, tolerancji i wrażliwości. To gra jednostronna, bo jej efektów nie pozna, chyba że z recenzji, korespondencji czy podczas spotkań promujących książkę. Czytelnik też ma ograniczone możliwości, bo nie podyskutuje z autorem podczas lektury, nie skonfrontuje swoich odczuć z jego intencjami i może jedynie zastanawiać się nad tym, co przeczytał. Tylko tyle i aż tyle, bo obok „Portretu młodej Wenecjanki” nie da się przejść obojętnie. Ta książka to na pewno gratka dla miłośników prozy Pilcha. Znajdą w niej typowe dla pisarza elementy autobiograficzne (np. odniesienia do choroby Parkinsona) przemieszane z literacką fikcją; sporo tu autotematyzmu i refleksji na temat przeczytanych książek, sporo o dawnej sztuce, o współczesnym życiu i – oczywiście – o seksie, o którym raz autor pisze niemal lirycznie, innym razem wulgarnie. I jeszcze język – pełen „pilchowszczyny”! Bardzo lubię ten styl, w którym powaga przeplata się z ironią i sarkazmem, kunsztowne, barwne zdania sąsiadują z prostymi frazami i równoważnikami zdania, poetyckość zaskakująco komponuje się z dosadnością i naturalizmem, a całość jest systematycznie wzbogacana przesadniami i gradacjami. Taką prozę chłonie się wszystkimi zmysłami! BEATA IGIELSKA
  • 2017-04-15 11:54 | Beata Igielska

    Re:Rozmowa z Jerzym Główczewskim, pilotem dywizjonu 308

    „Ostatni pilot myśliwca” to wspomnienia Jerzego Główczewskiego, który podczas drugiej wojny światowej walczył w Dywizjonie 308, a wcześniej zasłużył się jako żołnierz Brygady Strzelców Karpackich w Afryce. Mimo iż książka liczy niemal 800 stron, czyta się ją jednym tchem. Sprzyjają temu gawędziarski styl i barwne życie autora, o którym opowiada on ze swadą, emocjami i poczuciem humoru. Jerzy Główczewski zaczyna swoją opowieść od czasów dzieciństwa i rodzinnych korzeni. Dużo miejsca poświęca historii swojej familii, rodzicom, przyjaciołom z dzieciństwa i młodości, nauczycielom i autorytetom. Pierwszym przełomowym wydarzeniem w jego życiu okazuje się wybuch drugiej wojny światowej, który skazuje nastoletniego Jurka i jego najbliższych na tułaczkę po Polsce i Europie. Walka o codzienne przetrwanie, poczucie wyobcowania na emigracji i tęsknota za rodzinnym domem powodują, że chłopak pragnie walczyć z Niemcami. Gdy trafia na front wraz z Brygadą Strzelców Karpackich musi przedwcześnie wydorośleć i szybko zdaje sobie sprawę z tego, że wojna to nie wielka przygoda, lecz piekło na ziemi. W tym przekonaniu utwierdza go również służba w Polskich Siłach Powietrznych na Zachodzie. Bycie pilotem myśliwca to igranie w losem i codzienna niepewność nie tylko jutra, ale każdej godziny spędzonej w samolocie. Równie interesujące, barwne i dramatyczne okazują się powojenne losy autora, który musiał podjąć trudną decyzję o powrocie do Polski. Mimo iż stał się tu uznanym architektem, nie czuł się wolny i ostatecznie wybrał życie na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Tam przez lata utrzymywał bliskie kontakty z rodakami, wśród których byli znani pisarze, np. Jerzy Kosiński i Leopold Tyrmand, którego Główczewski poznał jeszcze w Warszawie. Połączyła ich wówczas miłość do jazzu, która z czasem przerodziła się w przyjaźń. Przez wspomnienia przewija się wielu mniej i bardziej znanych ludzi. Są wśród nich inteligenci, naukowcy, artyści, żołnierze, politycy… Są ludzie, którzy odnaleźli się w powojennej rzeczywistości i tacy, którym nowy ustrój w Polsce złamał życie. Całość układa się nie tylko w barwną opowieść o losach autora i jego rodziny oraz przyjaciół. To zbiorowy portret Polaków i ich postaw wobec najbardziej dramatycznych zdarzeń XX wieku. Książka Jerzego Główczewskiego opowiada o historii minionego stulecia lepiej niż szkolny podręcznik, gdyż pokazuje Europę i świat przez pryzmat człowieka, który czuje, przeżywa, cierpi, ale potrafi też się cieszyć i realizować swoje marzenia. To ostatnie wydaje się myślą przewodnią wspomnień. Swoim burzliwym życiem autor udowadnia, że warto realizować pragnienia, walczyć o miejsce na ziemi, o bliskich, prawo do wolności i własnych wyborów. Na wielu stronach „Ostatniego pilota myśliwca” odnajdziemy też inne ponadczasowe przesłania. To między innymi przekonanie o sile uniwersalnych wartości, jakimi są: miłość, przyjaźń, uczciwość, honor, prawda i patriotyzm. W ujęciu autora słowa te nie brzmią sztucznie, nie są tylko demagogicznymi wydmuszkami, jakimi posługują się współcześni politycy, którzy bez umiaru rzucają frazesami. Ze stron książki emanuje szczerość i odpowiedzialność za to, co się mówi i pisze. Jerzy Główczewski świetnie łączy w swych wspomnieniach patos, powagę, ironię i poczucie humoru. Dzięki temu trudno oderwać się od lektury, którą pochłania się jednym tchem, niczym przygodowo-sensacyjną powieść. BEATA IGIELSKA
  • 2017-07-11 10:01 | Beata Igielska

    Recenzja książki: Dawid Grosman, „Wchodzi koń do baru”

    Powieść „Wchodzi koń do baru” Dawida Grosmana intryguje od pierwszych stron i trzyma czytelnika w napięciu aż do końca. Zawartymi tu emocjami z powodzeniem można by obdzielić kilkadziesiąt innych książek. Głównym bohaterem jest Dowale Gee, starzejący się komik, który najlepsze lata ma już za sobą. Jego występ w małej prowincjonalnej miejscowości staje się przyczynkiem do dokonania obrachunku z własnym życiem. Świadkiem tego niecodziennego spektaklu jest przyjaciel Dowale’a, który przybył na występ na specjalne zaproszenie. Ma być kimś w rodzaju osobistego i zaufanego jurora, ale mimo woli staje także uczestnikiem niezwykłego popisu komika. Osobną rolę odgrywa w powieści widownia. To ludzie w różnym wieku i z różnymi oczekiwaniami wobec Dowale’a. Większość liczy na lekką rozrywkę, chcąc się zabawić i spędzić wesoły wieczór w miejscowym klubie. Szybko okazuje się jednak, że serwowane publice dowcipy w wielu przypadkach odbiegają od oczekiwań. Widzowie, podobnie jak dawny znajomy komika, są wciąż zaskakiwani zmianami nastrojów, żywiołowością i otwartością występującego oraz jego intrygującymi wyznaniami. Widownia zostaje wciągnięta w rozgrywający się na jej oczach groteskowy spektakl, który po jakimś czasie nie ma już nic wspólnego z niezobowiązującą rozrywką. Czy to kolejny dowcip, czy szokujące zwierzenia? Czy to żart, czy powaga? Czy to obrazoburcza prawda, czy prowokacja? – te i inne pytania rodzą się w umysłach oglądających coraz bardziej intrygujący występ. Emocje sięgają zenitu, gdy niektórzy widzowie dochodzą do głosu, z jedna z kobiet zaczyna toczyć z komikiem zaskakujący dialog. Czytelnik, podobnie jak bohaterowie tej opowieści, wciąż zadaje sobie pytanie: kim tak naprawdę jest Dowale i co chce osiągnąć? Na odpowiedź trzeba zaczekać, ale w trakcie lektury powoli składa się ją z różnych elementów, jakie pojawiają się w monologach komika, który wraca wspomnieniami do dzieciństwa i pierwszej młodości. Niesamowita jest kreacja głównego bohatera, który wzbudza skrajne uczucia – raz wzrusza, innym razem denerwuje, jeszcze kiedy indziej skłania do zastanowienia się nad tym, co mówi i skonfrontowania tego przez czytelnika z własnym życiem. Powieść Grosmana można odczytywać na różnych poziomach. Można ją traktować jako wizerunek współczesnego człowieka, któremu los nie szczędził bólu i dramatycznych doświadczeń, który stawał przed trudnymi wyborami życiowymi i nie zawsze podejmował właściwe decyzje. To także zbiorowy portret Amerykanów, ich lęków, fobii i ograniczeń, przyzwyczajeń i przesadnej wiary we własną wielkość. Te i inne wady bezlitośnie obnaża szalejący na scenie Dowale, ale ważny jest też głos widowni oraz przyjaciela, który pod wpływem widowiska analizuje przeszłość i konfrontuje ją z teraźniejszością. Na pewno jest to również poruszająca i uniwersalna opowieść o miłości, przyjaźni, odpowiedzialności, zdradzie i próbie odkupienia win. Lektura powieści Grosmana na pewno nie jest lekka, łatwa i przyjemna. To książka, obok której nie można przejść obojętnie – wzbudza ona w odbiorcy szeroką gamę uczuć i sprawia, że myśli się o jej treści nawet po odłożeniu na półkę. BEATA IGIELSKA
  • 2017-07-11 10:01 | Beata Igielska

    I śmieszno, i straszno

    Powieść „Wchodzi koń do baru” Dawida Grosmana intryguje od pierwszych stron i trzyma czytelnika w napięciu aż do końca. Zawartymi tu emocjami z powodzeniem można by obdzielić kilkadziesiąt innych książek. Głównym bohaterem jest Dowale Gee, starzejący się komik, który najlepsze lata ma już za sobą. Jego występ w małej prowincjonalnej miejscowości staje się przyczynkiem do dokonania obrachunku z własnym życiem. Świadkiem tego niecodziennego spektaklu jest przyjaciel Dowale’a, który przybył na występ na specjalne zaproszenie. Ma być kimś w rodzaju osobistego i zaufanego jurora, ale mimo woli staje także uczestnikiem niezwykłego popisu komika. Osobną rolę odgrywa w powieści widownia. To ludzie w różnym wieku i z różnymi oczekiwaniami wobec Dowale’a. Większość liczy na lekką rozrywkę, chcąc się zabawić i spędzić wesoły wieczór w miejscowym klubie. Szybko okazuje się jednak, że serwowane publice dowcipy w wielu przypadkach odbiegają od oczekiwań. Widzowie, podobnie jak dawny znajomy komika, są wciąż zaskakiwani zmianami nastrojów, żywiołowością i otwartością występującego oraz jego intrygującymi wyznaniami. Widownia zostaje wciągnięta w rozgrywający się na jej oczach groteskowy spektakl, który po jakimś czasie nie ma już nic wspólnego z niezobowiązującą rozrywką. Czy to kolejny dowcip, czy szokujące zwierzenia? Czy to żart, czy powaga? Czy to obrazoburcza prawda, czy prowokacja? – te i inne pytania rodzą się w umysłach oglądających coraz bardziej intrygujący występ. Emocje sięgają zenitu, gdy niektórzy widzowie dochodzą do głosu, z jedna z kobiet zaczyna toczyć z komikiem zaskakujący dialog. Czytelnik, podobnie jak bohaterowie tej opowieści, wciąż zadaje sobie pytanie: kim tak naprawdę jest Dowale i co chce osiągnąć? Na odpowiedź trzeba zaczekać, ale w trakcie lektury powoli składa się ją z różnych elementów, jakie pojawiają się w monologach komika, który wraca wspomnieniami do dzieciństwa i pierwszej młodości. Niesamowita jest kreacja głównego bohatera, który wzbudza skrajne uczucia – raz wzrusza, innym razem denerwuje, jeszcze kiedy indziej skłania do zastanowienia się nad tym, co mówi i skonfrontowania tego przez czytelnika z własnym życiem. Powieść Grosmana można odczytywać na różnych poziomach. Można ją traktować jako wizerunek współczesnego człowieka, któremu los nie szczędził bólu i dramatycznych doświadczeń, który stawał przed trudnymi wyborami życiowymi i nie zawsze podejmował właściwe decyzje. To także zbiorowy portret Amerykanów, ich lęków, fobii i ograniczeń, przyzwyczajeń i przesadnej wiary we własną wielkość. Te i inne wady bezlitośnie obnaża szalejący na scenie Dowale, ale ważny jest też głos widowni oraz przyjaciela, który pod wpływem widowiska analizuje przeszłość i konfrontuje ją z teraźniejszością. Na pewno jest to również poruszająca i uniwersalna opowieść o miłości, przyjaźni, odpowiedzialności, zdradzie i próbie odkupienia win. Lektura powieści Grosmana na pewno nie jest lekka, łatwa i przyjemna. To książka, obok której nie można przejść obojętnie – wzbudza ona w odbiorcy szeroką gamę uczuć i sprawia, że myśli się o jej treści nawet po odłożeniu na półkę. BEATA IGIELSKA
  • 2017-11-24 22:09 | Beata Igielska

    Recenzja książki: Joseph Conrad, Jacek Dukaj, „Serce ciemności”

    „Serce ciemności” to literacki eksperyment Jacka Dukaja, polegający na spolszczeniu słynnego „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Na pewno prowokacyjny, intrygujący i jedyny w swoim rodzaju. Czy udany? Przyznam, że podeszłam do wersji Dukaja z dużym dystansem. Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak ma wyglądać nowa, uwspółcześniona wersja klasycznego opowiadania. Czy można dostosowywać klasykę do języka, stylu i wyobrażeń przeciętnego czytelnika XXI wieku? Jeśli czytelnik ów nie radzi sobie z pierwowzorem, może nie dorósł do niego i powinien darować sobie lekturę? Czy zabieg zwany spolszczeniem nie okaże się profanacją i nie zaprzepaści lub nie wynaturzy idei utworu? Te i inne podobne pytania towarzyszyły mi podczas lektury pierwszych stron lektury w wydaniu Dukaja. A potem nagle się przełamałam i zaczęłam porównywać zapamiętaną conradowską wersję z tym, co stworzył współczesny polski pisarz. Niemal w tym samym momencie przypomniałam sobie dość już odległe, ale wciąż mile wspominane czasy pracy w liceum ogólnokształcącym, gdy z różnymi efektami próbowałam przekonać swoich uczniów, że „przeszłość do dziś”. Z ręką na sercu przyznaję, że częściej i lepiej udawało mi się zarazić licealistów podziwem i miłością do twórczości Mickiewicza czy Norwida niż przekonać do prozy Conrada. Zarówno „Lorda Jima” jak i „Jadro ciemności” czytali nieliczni, a ci, którzy przebrnęli przez lekturę, najczęściej albo twierdzili, że niewiele do nich dotarło, albo narzekali na ciężki styl i język. A jak by było, gdyby mogli wówczas poznać wersję w wydaniu Dukaja? – spytałam samą siebie. I szczerze musiałam przyznać, że na pewno podeszliby do niej z większym przekonaniem i zrozumieniem. Tak, tak… Już słyszę słowa krytyki z ust zagorzałych miłośników prozy Conrada i ortodoksyjnych obrońców klasyki. Być może, gdybym nie sięgnęła po „Serce ciemności” też znalazłabym się w ich gronie. Jestem niereformowalną przeciwniczką poznawania utworów we fragmentach i skracania ich w iście zbójecki sposób nawet o połowę (i więcej), jak czyni się ostatnio z niektórymi powieściami Charlesa Dickensa. Jacek Dukaj nie ograbił jednak opowiadania Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego z treści i przesłania. To wciąż zapadająca w pamięć opowieść Charlesa Marlowa, który wyruszył w garstką przyjaciół w rejs po Tamizie. Były kapitan niedużego statku wspomina niebezpieczną podroż do afrykańskiej dżungli, jaką odbył rzeką Kongo. Narrator ma wiele wspólnego z autorem, który także wojażował po Czarnym Kontynencie, nabierając coraz bardziej krytycznego stosunku do kolonialnej działalności, w której dominowały bezwzględność wobec tubylców, chciwość, fałszywie pojmowana duma i skrzętnie skrywana korupcja. Kluczową postacią w opowiadaniu okazuje się Kurtz, osławiony handlarz kością słoniową, który w głębi interioru stworzył własne państewko i obwołał się absolutnym władcą. Znamy Kurtza nie tylko z oryginalnej wersji Conrada, gdyż stał się on inspiracją dla wielu późniejszych tekstów kultury, z których najbardziej znany okazał się obsypany nagrodami film Francisa Coppoli „Czas apokalipsy”. To postać uosabiająca wszystkie wynaturzenia człowieka, który dorwał się do władzy, który w wypaczony sposób pojmuje związki z naturą i odcięcie się od cywilizacji. Tak naprawdę bowiem Kurtz stworzył własne imperium, niewiele różniące się od europejskich królestw. Tę ideę i towarzyszące jej refleksje na temat kolonializmu oraz miejsca człowieka w świecie odnajdujemy również w prozie Dukaja. Ma ona, oczywiście, inny charakter. Zamiast rozbudowanych i skomplikowanych opisów odnajdziemy w niej proste relacje, w których przeważają zdania pojedyncze. Jeśli złożone – to na pewno nie wielokrotnie i nie w barokowy, finezyjny, ozdobny sposób. Bohaterowie dukajowskiej wersji nie prowadzą zawiłych dialogów. Ich rozmowy bardziej przypominają krótkie wymiany zdań i mailowe zapiski niż prozatorskie popisy. Nie stronią też od wulgaryzmów i myślowych skrótów. W ujęciu Conrada – nie do pomyślenia! A jednak do współczesnego czytelnika ta nowa wersja przemawia całkiem przekonująco! Cóż, dałam się uwieść uwspółcześnionej, czy – jak kto woli – spolszczonej wersji „Jądra ciemności”. To eksperyment udany, chociaż kontrowersyjny i niebezpieczny. Jacek Dukaj wyszedł z niego obronną ręką i być może zachęci do sięgnięcia po oryginalną wersję, chociażby w ramach porównania i zwykłej czytelniczej ciekawości. Oby! BEATA IGIELSKA
  • 2017-11-24 22:09 | Beata Igielska

    Niebezpieczne gry Jacka Dukaja

    „Serce ciemności” to literacki eksperyment Jacka Dukaja, polegający na spolszczeniu słynnego „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Na pewno prowokacyjny, intrygujący i jedyny w swoim rodzaju. Czy udany? Przyznam, że podeszłam do wersji Dukaja z dużym dystansem. Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak ma wyglądać nowa, uwspółcześniona wersja klasycznego opowiadania. Czy można dostosowywać klasykę do języka, stylu i wyobrażeń przeciętnego czytelnika XXI wieku? Jeśli czytelnik ów nie radzi sobie z pierwowzorem, może nie dorósł do niego i powinien darować sobie lekturę? Czy zabieg zwany spolszczeniem nie okaże się profanacją i nie zaprzepaści lub nie wynaturzy idei utworu? Te i inne podobne pytania towarzyszyły mi podczas lektury pierwszych stron lektury w wydaniu Dukaja. A potem nagle się przełamałam i zaczęłam porównywać zapamiętaną conradowską wersję z tym, co stworzył współczesny polski pisarz. Niemal w tym samym momencie przypomniałam sobie dość już odległe, ale wciąż mile wspominane czasy pracy w liceum ogólnokształcącym, gdy z różnymi efektami próbowałam przekonać swoich uczniów, że „przeszłość do dziś”. Z ręką na sercu przyznaję, że częściej i lepiej udawało mi się zarazić licealistów podziwem i miłością do twórczości Mickiewicza czy Norwida niż przekonać do prozy Conrada. Zarówno „Lorda Jima” jak i „Jadro ciemności” czytali nieliczni, a ci, którzy przebrnęli przez lekturę, najczęściej albo twierdzili, że niewiele do nich dotarło, albo narzekali na ciężki styl i język. A jak by było, gdyby mogli wówczas poznać wersję w wydaniu Dukaja? – spytałam samą siebie. I szczerze musiałam przyznać, że na pewno podeszliby do niej z większym przekonaniem i zrozumieniem. Tak, tak… Już słyszę słowa krytyki z ust zagorzałych miłośników prozy Conrada i ortodoksyjnych obrońców klasyki. Być może, gdybym nie sięgnęła po „Serce ciemności” też znalazłabym się w ich gronie. Jestem niereformowalną przeciwniczką poznawania utworów we fragmentach i skracania ich w iście zbójecki sposób nawet o połowę (i więcej), jak czyni się ostatnio z niektórymi powieściami Charlesa Dickensa. Jacek Dukaj nie ograbił jednak opowiadania Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego z treści i przesłania. To wciąż zapadająca w pamięć opowieść Charlesa Marlowa, który wyruszył w garstką przyjaciół w rejs po Tamizie. Były kapitan niedużego statku wspomina niebezpieczną podroż do afrykańskiej dżungli, jaką odbył rzeką Kongo. Narrator ma wiele wspólnego z autorem, który także wojażował po Czarnym Kontynencie, nabierając coraz bardziej krytycznego stosunku do kolonialnej działalności, w której dominowały bezwzględność wobec tubylców, chciwość, fałszywie pojmowana duma i skrzętnie skrywana korupcja. Kluczową postacią w opowiadaniu okazuje się Kurtz, osławiony handlarz kością słoniową, który w głębi interioru stworzył własne państewko i obwołał się absolutnym władcą. Znamy Kurtza nie tylko z oryginalnej wersji Conrada, gdyż stał się on inspiracją dla wielu późniejszych tekstów kultury, z których najbardziej znany okazał się obsypany nagrodami film Francisa Coppoli „Czas apokalipsy”. To postać uosabiająca wszystkie wynaturzenia człowieka, który dorwał się do władzy, który w wypaczony sposób pojmuje związki z naturą i odcięcie się od cywilizacji. Tak naprawdę bowiem Kurtz stworzył własne imperium, niewiele różniące się od europejskich królestw. Tę ideę i towarzyszące jej refleksje na temat kolonializmu oraz miejsca człowieka w świecie odnajdujemy również w prozie Dukaja. Ma ona, oczywiście, inny charakter. Zamiast rozbudowanych i skomplikowanych opisów odnajdziemy w niej proste relacje, w których przeważają zdania pojedyncze. Jeśli złożone – to na pewno nie wielokrotnie i nie w barokowy, finezyjny, ozdobny sposób. Bohaterowie dukajowskiej wersji nie prowadzą zawiłych dialogów. Ich rozmowy bardziej przypominają krótkie wymiany zdań i mailowe zapiski niż prozatorskie popisy. Nie stronią też od wulgaryzmów i myślowych skrótów. W ujęciu Conrada – nie do pomyślenia! A jednak do współczesnego czytelnika ta nowa wersja przemawia całkiem przekonująco! Cóż, dałam się uwieść uwspółcześnionej, czy – jak kto woli – spolszczonej wersji „Jądra ciemności”. To eksperyment udany, chociaż kontrowersyjny i niebezpieczny. Jacek Dukaj wyszedł z niego obronną ręką i być może zachęci do sięgnięcia po oryginalną wersję, chociażby w ramach porównania i zwykłej czytelniczej ciekawości. Oby! BEATA IGIELSKA
  • 2018-02-20 18:21 | Beata Igielska

    Fragment książki „Hawana. Podzwrotnikowe delirium”

    „Hawana. Podzwrotnikowe delirium” Marka Kurlansky’ego nie jest zwyczajną, tradycyjną historią miasta. To błyskotliwa monografia, pobudzająca wszystkie zmysły czytelnika, gdyż autor wiele miejsca poświęca barwom, zapachom i odgłosom stolicy Kuby. Mark Kurlansky spędził w Hawanie wiele lat. Bywał tam często jako reporter z prawdziwego zdarzenia - taki, który nie ogląda ludzi z daleka, lecz ich poznaje, rozmawia z nimi i wprasza się do ich domów, taki, który musi wszystko sprawdzić, dotknąć, posmakować… Uwielbiam i szanuję takich dziennikarzy-podróżników, gdyż skupiają się oni na opisywanym świecie, a nie na sobie (co w ostatnich latach, niestety, należy do rzadkości). Hawana w ujęciu Marka Kurlansky’ego urasta do rangi kultowej metropolii, która trwale zapisała się w wielu literackich i filmowych dziełach. I nic dziwnego – wszak to miasto wydało wielkiego rodzimego poetę, José Martíego, i jest bardzo związane z takimi światowymi pisarskimi sławami jak: Ernest Hemingway, Anaïs Nin, Alejo Carpentier, Zoé Valdés, a nawet Anthony Trollope. Co ciekawe, noblista Hemingway, mimo iż spędził w tym miejscu niemal dwadzieścia lat, obsadził tu akcję tylko jednej, ale za to głośnej, zekranizowanej w 1944 roku powieści „Mieć i nie mieć”. Wystarczy prześledzić nazwiska artystów odwiedzających Hawanę czy inspirujących się nią, by stwierdzić jednoznacznie, że to miasto wielokulturowe. Na tę właśnie kwestię Kurlansky kładzie szczególny nacisk, skupiając się na obyczajowości, religii, kuchni, architekturze, muzyce, tańcu, literaturze… Autor pokazuje, że Hawana – i na przestrzeni wieków, i dziś – to metropolia, w której przenikają się wpływy europejskie, amerykańskie, afrykańskie. Hawana to również miasto kontrastów. Mimo iż dominuje w niej bieda, co wiąże się ze skutkami rewolucji przeprowadzonej przez Fidela Castro, obok nędzy można dostrzec symbole świetności i bogactwa. Niemal pięćdziesiąt lat rządów Castro doprowadziło cały kraj do gospodarczego upadku, którego skutki odczuła (i długo jeszcze będzie odczuwać) także Hawana. Światełkiem w tunelu wydaje się być turystyka, która przyciąga mieszkańców różnych zakątków świata, nie da się jednak ukryć, że wielu spośród nich wcale nie przyjeżdża do Hawany po to, by zwiedzać zabytkowe klasztory, zamki i muzea. Spora część urlopowiczów szuka w mieście taniej rozrywki, głównie seksualnych usług. A te oferowane są przez wiele ulicznych lokali i pałętających się wokół nich stręczycieli. Prostytucja, przestępczość i brak perspektyw to czarne karty historii i współczesności Hawany. Kurlansky nie ucieka jednak przed tymi niewygodnymi tematami – z reporterskim zacięciem i bolesną szczerością obnaża prawdę o mieście, w którym pokutują duchy niewolnictwa. W stolicy Kuby wciąż żywa jest pamięć o kolonializmie europejskim i o aneksjonistach, którzy chcieli przyłączyć wyspiarski kraj do Stanów Zjednoczonych. Wielość ras zamieszkujących Hawanę tworzy niesamowitą mozaikę kulturową, ale sprzyja też rasistowskim zachowaniom, uprzedzeniom i stereotypom. Książka Kurlansky’ego aż kipi od emocji oraz synestezyjnych opisów, które oddziałują na wszystkie zmysły odbiorcy. Jest tu mnóstwo zapachów (i pięknych aromatów, i – częściej – smrodu wydobywającego się np. z portu i slumsów). Są różne kolory i ich odcienie, które zmieniają się wraz z porami dnia i roku. Są odgłosy wielkiego miasta, w którym jest miejsce i na ciężką pracę, i na odpoczynek. Reporterska relacja jest tak sugestywna, że odbiorca niemal fizycznie odczuwa wszystkie blaski i cienie tętniącej życiem Hawany. Nie zawsze jest to świat piękny i pociągający, czasem wręcz odpycha, ale to właśnie największy plus książki Marka Kurlansky’ego, który pisze barwnie, plastycznie, żywiołowo, ale przede wszystkim prawdziwie. „Hawana” to lektura dla ludzi ciekawych świata, lubiących poznawać nieznane, ceniących reporterską rzetelność i połączenie dziennikarskiego kunsztu z prostotą oraz prawdziwością przekazu. Polecam z czystym sumieniem! BEATA IGIELSKA
  • 2018-02-20 18:21 | Beata Igielska

    Książka dla ludzi ciekawych świata

    „Hawana. Podzwrotnikowe delirium” Marka Kurlansky’ego nie jest zwyczajną, tradycyjną historią miasta. To błyskotliwa monografia, pobudzająca wszystkie zmysły czytelnika, gdyż autor wiele miejsca poświęca barwom, zapachom i odgłosom stolicy Kuby. Mark Kurlansky spędził w Hawanie wiele lat. Bywał tam często jako reporter z prawdziwego zdarzenia - taki, który nie ogląda ludzi z daleka, lecz ich poznaje, rozmawia z nimi i wprasza się do ich domów, taki, który musi wszystko sprawdzić, dotknąć, posmakować… Uwielbiam i szanuję takich dziennikarzy-podróżników, gdyż skupiają się oni na opisywanym świecie, a nie na sobie (co w ostatnich latach, niestety, należy do rzadkości). Hawana w ujęciu Marka Kurlansky’ego urasta do rangi kultowej metropolii, która trwale zapisała się w wielu literackich i filmowych dziełach. I nic dziwnego – wszak to miasto wydało wielkiego rodzimego poetę, José Martíego, i jest bardzo związane z takimi światowymi pisarskimi sławami jak: Ernest Hemingway, Anaïs Nin, Alejo Carpentier, Zoé Valdés, a nawet Anthony Trollope. Co ciekawe, noblista Hemingway, mimo iż spędził w tym miejscu niemal dwadzieścia lat, obsadził tu akcję tylko jednej, ale za to głośnej, zekranizowanej w 1944 roku powieści „Mieć i nie mieć”. Wystarczy prześledzić nazwiska artystów odwiedzających Hawanę czy inspirujących się nią, by stwierdzić jednoznacznie, że to miasto wielokulturowe. Na tę właśnie kwestię Kurlansky kładzie szczególny nacisk, skupiając się na obyczajowości, religii, kuchni, architekturze, muzyce, tańcu, literaturze… Autor pokazuje, że Hawana – i na przestrzeni wieków, i dziś – to metropolia, w której przenikają się wpływy europejskie, amerykańskie, afrykańskie. Hawana to również miasto kontrastów. Mimo iż dominuje w niej bieda, co wiąże się ze skutkami rewolucji przeprowadzonej przez Fidela Castro, obok nędzy można dostrzec symbole świetności i bogactwa. Niemal pięćdziesiąt lat rządów Castro doprowadziło cały kraj do gospodarczego upadku, którego skutki odczuła (i długo jeszcze będzie odczuwać) także Hawana. Światełkiem w tunelu wydaje się być turystyka, która przyciąga mieszkańców różnych zakątków świata, nie da się jednak ukryć, że wielu spośród nich wcale nie przyjeżdża do Hawany po to, by zwiedzać zabytkowe klasztory, zamki i muzea. Spora część urlopowiczów szuka w mieście taniej rozrywki, głównie seksualnych usług. A te oferowane są przez wiele ulicznych lokali i pałętających się wokół nich stręczycieli. Prostytucja, przestępczość i brak perspektyw to czarne karty historii i współczesności Hawany. Kurlansky nie ucieka jednak przed tymi niewygodnymi tematami – z reporterskim zacięciem i bolesną szczerością obnaża prawdę o mieście, w którym pokutują duchy niewolnictwa. W stolicy Kuby wciąż żywa jest pamięć o kolonializmie europejskim i o aneksjonistach, którzy chcieli przyłączyć wyspiarski kraj do Stanów Zjednoczonych. Wielość ras zamieszkujących Hawanę tworzy niesamowitą mozaikę kulturową, ale sprzyja też rasistowskim zachowaniom, uprzedzeniom i stereotypom. Książka Kurlansky’ego aż kipi od emocji oraz synestezyjnych opisów, które oddziałują na wszystkie zmysły odbiorcy. Jest tu mnóstwo zapachów (i pięknych aromatów, i – częściej – smrodu wydobywającego się np. z portu i slumsów). Są różne kolory i ich odcienie, które zmieniają się wraz z porami dnia i roku. Są odgłosy wielkiego miasta, w którym jest miejsce i na ciężką pracę, i na odpoczynek. Reporterska relacja jest tak sugestywna, że odbiorca niemal fizycznie odczuwa wszystkie blaski i cienie tętniącej życiem Hawany. Nie zawsze jest to świat piękny i pociągający, czasem wręcz odpycha, ale to właśnie największy plus książki Marka Kurlansky’ego, który pisze barwnie, plastycznie, żywiołowo, ale przede wszystkim prawdziwie. „Hawana” to lektura dla ludzi ciekawych świata, lubiących poznawać nieznane, ceniących reporterską rzetelność i połączenie dziennikarskiego kunsztu z prostotą oraz prawdziwością przekazu. Polecam z czystym sumieniem! BEATA IGIELSKA