Marcin Zaremba
18 lutego 2010

Najdłuższa wojna Polski Ludowej

Szaberplace

Źródła spekulacji wynikały również z trudności transportowych, braku hurtowni i sklepów. W pierwszych powojennych miesiącach, a nawet latach handlarze naręczni byli zwyczajnie potrzebni, dostarczali towary, które w żaden inny sposób nie mogły trafić na rynek. Od przysłowiowej baby z cielęciną (wówczas raczej ze słoniną) zależała konsumpcja tysięcy rodzin, zaopatrzenie całych miast.

Każde miasto czy miasteczko miało co najmniej jeden bazar, zwany też szaberplacem. Na Ziemiach Odzyskanych największy funkcjonował na placu Grunwaldzkim we Wrocławiu. Zbiegały się na nim szlaki szabrowników z całej dzisiejszej południowo-zachodniej Polski. „Jest tu na co popatrzeć! – zapisała w swoim dzienniku Joanna Konopińska. – Ludzie rozkładają na ziemi towar na wymianę: porcelanę, bieliznę, odzież, buty, sztućce, obrazy, dywany, zabawki, tysiące najprzeróżniejszych przedmiotów. Handlują głównie Niemki, ale nie tylko. Wieczorem plac pustoszeje, pozostają na nim sterty śmieci, których nikt nie sprząta. Następnego dnia zbierają się inni kupcy i handluje się dalej. Króluje handel wymienny. Pieniądze wartości nie mają. Wśród przewalającego się tłumu nie widać milicji, ludzie przepychają się, krzyczą, kradną, często dochodzi do bójek. Sąsiednie ulice są puste i martwe, tylko na szaberplacu kwitnie bujnie życie”.

W Szczecinie bazar znajdował się na placu Grunwaldzkim oraz przyległych doń ulicach. Handlowano również na ul. Cegielskiego. Lublin miał targowiska przy ul. Lubartowskiej i Świętoduskiej. Na Śląsku, jak wynika z partyjnego raportu plagą miast są tak zwane «wolne targi», gdzie można wszystko kupić. Tam schodzą się wszelkiego rodzaju oszuści, nieroby, kombinatorzy, złodzieje. Nierzadko towary tam przynoszone pochodzą z kradzieży i rabunku. Tam też urzęduje czarna giełda. Nie ma dnia, by tam nie okradziono kilkanaście osób. Tam można zobaczyć młodych i zdrowych mężczyzn, włóczących się od rana do wieczora”. W Krakowie tandeta rozlała się po wielu placach i rynkach. Prym jednak wiódł pasaż handlowy, jaki rozciągał się od ul. Siennej przez Sukiennice aż do ul. Szewskiej.

O Warszawie latem 1945 r. pisał reporter „Dziennika Bałtyckiego”: „Na razie wielu ludzi żyje z handlu ulicznego. Odcinek Marszałkowskiej od Dworca do Wspólnej zamieniony w wielki bazar. Bazar ten doprawdy kompromituje Warszawę. Drewniany stolik, na nim wytworne platery, stołowe srebra, eleganckie drobiazgi, a tuż obok na ziemi wala się połamane żelastwo, brudne strzępy papierów, resztki słomy, szkła, słowem śmietnik, rażąco kontrastujący z przedmiotami, umieszczonymi na prowizorycznej ladzie. Przez odcinek Poznańskiej przy Nowogrodzkiej trudno się przecisnąć; stoją tu budki z artykułami spożywczymi, wózki z jarzynami, przechodnie raczą się gorącą zupą lotnych restauracyj. Na rozłożone pieczywo, kiełbasy, owoce, wiatr prószy rdzawym pyłem z gruzów, zmuszając przekupniów do wycierania od czasu do czasu artykułów żywnościowych podejrzanej czystości gałgankiem”.

Obrazy powojennych bazarów układają się w metaforę kondycji społeczeństwa polskiego, a raczej tego, co z niego pozostało po wielkim kataklizmie. Każda bieda deprawuje. Kilka lat wojny przyczyniło się do regresu cywilizacyjnego widocznego nie tylko w handlu. Ludzie zaczęli mniej od życia wymagać. Gdy nie ma szyb w oknach, nikt nie myśli o firankach. Gdy odczuwa się głód, drugorzędne stają się kwestie higieny. W gruzach legły systemy wartości, również te kupieckie. Powstał konglomerat – jak pisał Kazimierz Wyka – gospodarki wyłączonej moralnie. Handlarze i krążący po kraju szmuglerzy stanowili ważny kanał komunikacji społecznej. Spełniał dwie funkcje: informacyjną, a także psychologiczną – podtrzymywania nadziei.

Handlarze i szoferzy

Nowe władze uznały za jeden z celów priorytetowych wytępienie spekulantów. Tym z kolei pomogły strategie wypracowane w czasie wojny, m.in. korumpowanie milicji. Oficerowie MO przyznawali, że „nie mogą ręczyć za uczciwość swych ludzi, ponieważ ciężkie położenie zmusza ich przy walce z nielegalnym handlem lub szoferami do pobierania łapówek”. Nic dziwnego, że kolejne kampanie nie przynosiły oczekiwanych zwycięstw.

Z czasem władze zamiast siły argumentów zaczęły używać argumentów siły: konfiskować towar, przepędzać, organizować łapanki na dworcach, zamykać w obozach pracy. Dekretem z 16 listopada 1945 r. została powołana Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Historyk i publicysta Piotr Osęka porównał ją do inkwizycji, gdyż jednocześnie tropiła, oskarżała, orzekała o winie i nadzorowała wykonanie kary. Już wiosną 1946 r. doszło do pierwszych procesów pokazowych, które, jak możemy się domyślać, miały rozładować bardzo złe nastroje na przednówku.

Do likwidacji czarnej giełdy w Poznaniu przystąpiono już w sierpniu 1945 r. – w Wielkopolsce mogło pójść łatwiej dzięki mniejszej liczbie „ludzi zbędnych”. Warszawa nie poddała się bez walki. W czerwcu 1946 r. doszło do kilku poważnych starć ulicznych handlarzy z milicją. „Ci, którzy występują przeciw MO, to nielegalni handlarze i spekulanci, z którymi prowadzona jest zacięta walka, dalej studenci i wojsko, które w zajściach staje przeciwko Milicji i podburza tłum. Pocieszającym zjawiskiem jest to, że w tłumie nie znajdują się robotnicy i inteligencja pracująca” – czytamy w milicyjnym sprawozdaniu. Ostateczną likwidację handlu ulicznego zapowiedziano na sierpień 1946 r., ale w formie szczątkowej, poza bazarami, utrzymywał się on jeszcze długo.

W Szczecinie handel uliczny miał zostać zlikwidowany 18 marca 1946 r. Tak zarządziły władze miejskie. „Od poniedziałku dziki handel na ulicy Cegielskiego, placu Grunwaldzkim i przyległych ulicach z całą bezwzględnością będzie tępiony przez władze bezpieczeństwa. Ostrzega się zatem wszystkich poszukiwaczy okazji »taniego kupna« przed przebywaniem na tym terenie, gdyż będą narażeni na kłopotliwe i przykre konsekwencje”. Nic z tych zapowiedzi nie wyszło. „Jak za dawnych czasów – donosił w czerwcu 1946 r. „Kurier Szczeciński” – po ulicach »bazaru« włóczą się najróżniejsze typy, sprzedające garderobę, zegarki, papierosy itp.”.

Wojny ze spekulacją nie odtrąbiono w 1946 r. Nowy jej etap wyznaczyła bitwa o handel, która rozpoczęła się wiosną roku następnego. Za spekulantów uznani zostali już nie tylko luźni handlarze, pod paragraf zaczęli podpadać wszyscy prywatni właściciele: sklepikarze, hurtownicy, przedsiębiorcy organizujący transport. Regularnie przeprowadzano obławy na targach i bazarach. Od czerwca do grudnia 1947 r. 77 tys. urzędników skontrolowało ponad 200 tys. sklepów i bazarów, a 20 tys. osób wymierzono łącznie 5,5 mln zł grzywny. W 1950 r. upaństwowiony został warszawski bazar Różyckiego, jednak prywatnego handlu nie zlikwidowano.

Zdjęcia z lat sześćdziesiątych z różnych małomiasteczkowych targów pokazują, że te, które przetrwały, niewiele się zmieniły. Na zasadzie długiego trwania pozostali także drobni spekulanci. Babcie sprzedające ptasie mleczko czy kobiety przywożące wczesnym rankiem do miast cielęcinę jeszcze w latach osiemdziesiątych stanowią dowód, że Polska Ludowa okazała się swojego rodzaju zamrażarką dla pewnych zachowań i nawyków wytworzonych jeszcze w czasie wojny.

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną