Adam Krzemiński
14 marca 2010

Sarmatyzm, czyli co?

Skrzydła i kołtun

Ku pokrzepieniu serc

Mit sarmacki wybuchał zwykle ku pokrzepieniu serc w okresach narodowej opresji. Klechdami „Trylogii” i sienkiewiczowskimi pseudonimami w czasie hitlerowskiej okupacji. A zarazem przed kolejnymi przesileniami wywoływał gwałtowny opór i pełne furii kampanie – Stanisława Brzozowskiego na fali rewolucji 1905 r., Witolda Gombrowicza w przededniu II wojny światowej, a w czasach stanu wojennego – Czesława Miłosza. Rodzima krytyka sarmackiej mentalności nie miała jednak lekko, ponieważ również zaborcy przyczyn upadku Rzeczpospolitej nie widzieli we własnej agresji i destrukcji, lecz w szlacheckiej anarchii. Ten schemat powtarzał się aż po czasy stalinowskie, gdy August Bęcwalski był symbolem reakcji, a krytyka sarmackiej szlachetczyzny należała do kanonu materializmu historycznego.

Po Październiku 1956 r. stalinowski wzorzec uległ szybkiej erozji. A kultura szlachecka zaczęła być przedmiotem solidnych badań. Bestsellerami stawały się nie tylko wznowienia klasycznych książek Bystronia czy Łozińskiego, ale świetne analizy Janusza Tazbira. Filmowa wersja „Trylogii” – choć jeszcze bez niewygodnego „Ogniem i mieczem” – stała się obiektem rodzinnego kultu. Gdy Daniel Olbrychski za obronionego karnego w meczu z Anglią podarował Janowi Tomaszewskiemu swą filmową szablę Kmicica, okazało się, że odruchy sarmackiego patosu są nie do zdarcia.

Jest nadzieja, że krakowska wystawa wygasi spór, który dziś jest anachroniczny. Z jednej strony kontrofensywa naszych narodowców w ciągu ostatniego dziesięciolecia przydusiła nieco do ziemi prześmiewców i kosmopolitycznych liberałów. Z drugiej jednak strony „neosarmacka” III Rzeczpospolita – antyeuropejski sojusz braci Kaczyńskich z Giertychem i Lepperem – tak zdyskredytowała zapyziałą swojskość, że wyborcy w 2007 r. w cuglach wynieśli do władzy „cudzoziemskiego” Tuska. A wielu Unię Europejską uważa za tarczę przed neosarmacką polityczną samowolą, partyjniactwem i wykluczaniem przeciwników politycznych kwitami IPN z narodu politycznego, tak jak w wieku XVII pomówieniami o zdradę wykluczono arian i braci czeskich.

Wschód i Zachód

Wprawdzie w naszym ogrodzie politycznych idei jest dziś również neosarmatyzm, ale jego program jest muzealny. Jego adherentom chodzi o to, by uznać, że sarmatyzm integrował szlachtę Rzeczpospolitej, był szkołą patriotyzmu, poszanowania suwerenności, samorządności, że ugruntował poczucie wielkości narodu i dumę z polskości. Niektórzy dodają, że winowajcą dziejów Polski był Stanisław August, bo nie był Sarmatą ani też sarmatyzmu nie rozumiał. Ich zdaniem po rozbiorach pozostała już tylko jedna droga. Nie droga reform, ale właśnie droga sarmacka; zbrojna, odważna, brawurowa. W istocie nasi neosarmaci nie mają pomysłu na Polskę XXI w., a jedynie – jak można usłyszeć – na przywrócenie dumy z narodowej przeszłości, również tej sarmackiej, której skutecznie pozbawiło nas wielowiekowe demaskowanie mitów narodowych.

Tymczasem oprócz dumy przydałoby się trochę zadumy – nad barokową kulturą szlachecką XVII w., nad połączeniem Orientu i Okcydentu w szlacheckich strojach i obyczajach. Nad utraconą szansą stworzenia w Europie Środkowo-Wschodniej republiki zdolnej do rozwoju, mądrej zbiorowym rozsądkiem, silnej nie tyle furkotem husarskich pióropuszy, ale także jasnością i otwartością umysłów, nauką, techniką, handlem. Republiki, która wciąga do współrządzenia nie tylko 10 proc. tych swych herbowych mieszkańców, ale także pozostałe stany.

Zwiedzający mogą zobaczyć 170 dzieł sztuki pochodzących ze zbiorów krakowskiego Muzeum Narodowego, lecz także z Narodowego w Warszawie oraz z muzeów w Kielcach i Tarnowie, jak również eksponaty będące własnością Fundacji Książąt Czartoryskich i rezydencji arcybiskupa poznańskiego. Na szczególną uwagę zasługują portrety sarmackie pochodzące z czasów od XVI do XIX w., przedstawiające członków znanych wówczas polskich rodów. Oprócz tego podziwiać można broń, biżuterię, grafiki oraz tkaniny. Nie zabraknie sławnych kontuszy, w których – to jedna z atrakcji wystawy – zwiedzający będą mogli się sfotografować.

Oglądając krakowską wystawę można się wzruszyć i podumać nad tym, jak mogły się potoczyć losy Rzeczpospolitej i Europy, gdyby w XVII w. naszych Sarmatów nie ciągnęło znów ku wschodnim stepom, lecz na zachodnie uniwersytety.

Sarmacka Rzeczpospolita, niemająca ani silnej władzy, ani strategii, ani gospodarki, za mocarstwo już się nie zmieściła wśród mocarstw rozgrywających. Nie poprawiła jej realnego statusu także szarża wiedeńska, bo unii polsko-litewskiej już brakowało tej soft power, która coraz bardziej zaczynała się liczyć w Europie – wykształconych, otwartych elit i zdyscyplinowanego narodu politycznego. Natomiast z pewnością warto dzisiaj przypomnieć Europie, czym była kultura sarmacka. Prawdą jest bowiem, że nasza narodowa tromtadracja nie odbiega zbytnio od innych tamtego czasu, na przykład od rosyjskiego mitu Trzeciego Rzymu czy niemieckiej idei Rzeszy. Sarmatyzm – warto powtarzać Europie – nie był jakimś dziwolągiem „Irokezów Europy” – jak polską szlachtę złośliwie nazywał Fryderyk II, szydząc z orientalnych kontuszów, podgolonych łbów ze skołtunionym czubem, chełpliwych i pozbawionych oświeceniowej ogłady i samodyscypliny. Europie trzeba zwracać uwagę, że sarmatyzm był oryginalnym połączeniem Wschodu i Zachodu, ideologią polsko-litewskiego Commonwealthu, który nie wykorzystał swej szansy, ale wypróbował – w dobrym i złym – wiele doświadczeń mogących się przydać w kształtowaniu Unii Europejskiej. W końcu EU ma ledwo pół wieku, podczas gdy unia polsko-litewska trwała lat czterysta. Warto więc znać jej wady i zalety, by uniknąć tych pierwszych, podchwycić te drugie.

Wadą była zbytnia ufność szlachty we własne cnoty obywatelskie i zazdrosne ograniczanie narodu politycznego do własnego stanu. Tak jak wadą UE jest pielęgnowanie narodowego egoizmu i słabe poczucie oddolnego współuczestnictwa narodów Europy w unijnym projekcie.

Zaletą Rzeczpospolitej było obywatelskie poczucie przynależności szlachty do politycznej wspólnoty. Od końca XV w. do szwedzkiego potopu 1656 r. i pierwszego zerwania sejmu przez liberum veto to poczucie obywatelskie zdawało egzamin. Potem – przy coraz gorszej koniunkturze politycznej i gospodarczej w Europie – wypaczyło się i skarlało. Z dziejów sarmackiej Rzeczpospolitej może wypływać też nauka dla UE, które też jest dzieckiem korzystnej koniunktury międzynarodowej. Najpierw tryumfu Europy Zachodniej nad Hitlerem, a potem ruchów opozycyjnych i reformatorskich nad realnym komunizmem.

Sarmacka Rzeczpospolita padła w końcu ofiarą własnej słabości wewnętrznej i agresji sąsiadów. Ale – to także warto powtarzać Europie – w wieku XVII przetrzymała burze, których Europa Zachodnia, mimo straszliwych zniszczeń spowodowanych przez wojnę trzydziestoletnią, nie znała. Rzeczpospolita miała w wieku polskiej „dymitriady”, szwedzkiego potopu, powstania Chmielnickiego tylko 32 lata pokoju, podczas gdy Rzesza – 39, Francja – 47, Szwecja – 48, Rosja – 49, Anglia – 59, a Brandenburgia aż 69. A mimo to nie rozpadła się od wewnątrz.

Jest to chyba nie najgorsza lekcja dla Unii Europejskiej, której raczej w XXI w. wojny nie grożą, ale długotrwałe kryzysy i owszem. Może więc, w oparciu o naszą sarmacko-reformistyczną przeszłość, mamy w ręku nie najgorszy kamień filozoficzny dla Unii Europejskiej na trudne czasy?

 

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną