Młodość Karola Wojtyły
Robotnik Wojtyła
W dorosłość młody Karol Wojtyła wchodził bramą nieszczęść. Kiedy wybuchła wojna, miał 19 lat i był studentem polonistyki w Krakowie. Pociągały go literatura i teatr. Chciał być humanistą, filologiem, może aktorem. Teatru zakosztował jeszcze w Wadowicach, gdzie zrobił maturę. Ale życie czasem staje w poprzek naszych marzeń.
„Moje lata dziecięce i chłopięce zostały naznaczone utratą osób najbliższych” (Jan Paweł II w książce „Nie lękajcie się”, 1982 r.).
Maturę zdał na piątki w wadowickim gimnazjum w maju 1938 r. Mieszkał wtedy z ojcem. Matka zmarła przedwcześnie w 1929 r. Zaledwie trzy lata później na Wojtyłów spadł kolejny cios. Starszy brat Karola, Edmund, 26-letni lekarz, świeżo po doktoracie, zaraził się w szpitalu w Bielsku od pacjentki płonicą i po czterech dniach umarł. Nastolatkowi został już tylko ojciec.
Wojtyła senior, były żołnierz, był człowiekiem pobożnym i troskliwym opiekunem syna. Służył w armii austriackiej, a w Polsce odrodzonej – w Wojsku Polskim, lecz ze względu na wiek na biurowym zapleczu. Miał sentyment do monarchii habsburskiej, najbardziej liberalnego z państw zaborczych. Na chrzcie najmłodsze dziecko Wojtyłów otrzymało imiona Karola Józefa, prawdopodobnie na część dwóch ostatnich cesarzy Austro-Węgier, Franciszka Józefa i Karola I. Wojtyła senior przeżył i cesarstwo, i II Rzeczpospolitą.
Latem przedostatniego roku pokoju ojciec i syn przenieśli się z Wadowic do Krakowa. Chodziło o to, by byli razem podczas studiów młodego Karola. Zamieszkali w suterenie w skromnym piętrowym domu w robotniczej dzielnicy Dębniki. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, wilgotno i ciemno. Ale za to z krakowską częścią rodziny i z pięknym widokiem na Wawel. Na zajęcia Karol chodził zwykle pieszo. Po drodze mijał pałac biskupów krakowskich przy Franciszkańskiej, rezydencję ówczesnego metropolity księcia Adama Sapiehy, a wiele lat później własną.
Nosił się skromnie, ale schludnie, krawata zwykle nie zakładał, mody nie śledził. Bywało, że zjawiał się na uczelni w stroju przerobionym przez ojca z odzieży wojskowej. Na studenckie imprezy chodził, ale od tańców wolał rozmowy. Miał kolegów, niektórzy z nich po latach zrobią kariery literackie i partyjne w Polsce Ludowej, lecz uchodził raczej za samotnika. Popularnej wtedy wśród studentów antysanacyjnej nacjonalistycznej prawicy unikał.
Na przeszkoleniu wojskowym dla studentów podczas wakacji 1939 r. Wojtyła ćwiczył musztrę i strzelanie, ale bez entuzjazmu. Wojna wybuchła w piątek. Miasto ogarnęła panika. Nawet kuria biskupia świeciła pustkami. Karol poszedł do katedry wawelskiej do pierwszopiątkowej spowiedzi. Poproszony o pomoc, służył znajomemu księdzu do mszy jako ministrant. Nazajutrz Wojtyłowie decydują się uchodzić z miasta na wschód. Ale trud ucieczki przerasta siły 60-letniego Karola seniora. Pod prąd uciekających wracają do Krakowa. Nad Wawelem widzą flagę III Rzeszy. Oficjalnie nie mieszkają już w Krakowie, lecz mieście Krakau, stolicy Generalnej Guberni zarządzanej przez hitlerowskiego namiestnika Hansa Franka.
Co dalej robić? Karol był po pierwszym roku polonistyki, postanowił studia kontynuować. Władze okupacyjne łudziły, że Uniwersytet Jagielloński wznowi działalność. Ale to był podstęp. Profesorowie, którzy przyszli na rzekomy wykład inauguracyjny 6 listopada, zostali aresztowani i osadzeni w obozie koncentracyjnym na terenie Rzeszy. Uniwersytet pozostał zamknięty do końca wojny. Niemcy nie potrzebowali w podbitej Polsce inteligencji, potrzebowali polskiej siły roboczej. Wprowadzili obowiązek pracy dla mężczyzn od 18 do 60 roku życia. Propagandowe plakaty krzyczały z murów: „Drogą do lepszego jutra jest twardy wysiłek i sumienna praca”. Polskojęzyczne gazety nadzorowane przez nazistów publikowały zdjęcia ze spotkań Franka z robotnikami z polskiej Służby Budowlanej: namiestnik wręcza im dyplomy i papierosy. Kto nie pracował, miał przed sobą perspektywę surowej kary, wywózki na roboty do Niemiec, nędzy i głodu.
Wojna przyniosła drastyczne pogorszenie poziomu życia w miastach. Wprowadzono system kartek na żywność i środki higieny. W końcu 1940 r. ludności polskiej w GG przysługiwało na miesiąc: 4 kg chleba, 4 jajka, 700 g mąki, ćwierć kilo marmolady, 100 g kaszy, 300 g cukru, 200 g mięsa, tyleż makaronu. Głodni ludzie nie mają czasu na nic innego prócz zdobywania żywności – wyrokował Frank.
Młody Wojtyła usiłował znaleźć jakieś zatrudnienie, ale bez trwałego skutku. Teatry zostały zamknięte lub zniemczone. Ojciec chrzestny dał mu posadę gońca w swym sklepie, ale takie zajęcie nie pozwalało na regularne otrzymywanie kartek żywnościowych. Tymczasem młody Karol miał na utrzymaniu schorowanego i pogrążonego w depresji ojca. Pomoc przyszła ze strony Jadwigi Lewaj, do której student Wojtyła przychodził przed wojną na lekcje francuskiego. W jej wspaniałej willi na obrzeżach miasta odbywały się wieczorki literacko-muzyczne. Można było na chwilę zapomnieć o koszmarze okupacji i podnieść się na duchu. Czytano wieszczów, choćby wiersz Słowackiego prorokujący nadejście Słowiańskiego Papieża.
Przez swoje kontakty nauczycielka znalazła Wojtyle stałą pracę robotnika. Była jesień 1940 r. Zaczynał się szczególnie ważny etap jego życia.
„Papież nie boi się ludzi pracy. Zawsze byli mu szczególnie bliscy. Wyszedł spośród nich: z kamieniołomów na Zakrzówku, z solvayowskiej kotłowni w Borku Fałęckim, a potem – z Nowej Huty” (Jan Paweł II, kazanie w Mogile, 1979 r.).
Pracę dostał w kamieniołomach należących do fabryki chemicznej Solvay, noszącej okupacyjną nazwę Wschodnioniemieckich Zakładów Chemicznych. Fabryka przed wybuchem wojny należała do koncernu belgijskiego. W Krakowie szefem zakładów był Niemiec, ale gestapowcom płacił łapówkę, by się firmą zbyt nie interesowali. Dzięki temu Solvay stał się przechowalnią dla grupy studentów takich jak Wojtyła.
Jego praca polegała na ładowaniu kamienia wapiennego do wagoników. Kamień odłupywało się kawałami od ściany kamieniołomu za pomocą dynamitu, a odłupane części rozbijało młotami. Kamień służył do produkcji sody kaustycznej, a soda do produkcji materiałów wybuchowych. Robota była ciężka, zwłaszcza dla nienawykłych do fizycznego mozołu inteligentów, lecz dawała nieco większe poczucie stabilizacji. Ze studenciaków pokpiwano, ale krzywda się im nie działa. Wojtyle pozwalano czasem pojeździć kolejką w charakterze hamulcowego czy posiedzieć dłużej w ciepłej pakamerze.
Od wiosny 1941 r. przydzielono Karola do jednego ze strzałowych. Nie musiał już harować przy załadunku wapnia, choć pomaganie w instalacji dynamitu nie było zajęciem bezpiecznym. Wojtyła był świadkiem wypadku, kiedy odłamek odstrzelonego kamienia ugodził śmiertelnie jednego z robotników. Wspomni o tym w opublikowanym po wojnie, pod literackim pseudonimem Andrzej Jawień, poemacie „Kamieniołom”.
Wojtyła zwracał uwagę towarzyszy pracy pobożnością. Na dźwięk kościelnych dzwonów w południe odstawiał wiadra z wapniem i przyklękał na kilka chwil cichej modlitwy. W przerwach na posiłek czytał książki filozoficzne i religijne. Strzałowy powiedział mu kiedyś półżartem, że
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

