Marek Henzler
20 lipca 2011

Po zamachu majowym

Porachunki majowe

Marszałek Piłsudski chciał jak najszybciej rozliczyć skutki przewrotu majowego i zadośćuczynić jego ofiarom. Niecałkiem się to powiodło.

Od pewnego czasu prawie co roku ukazują się nowe opracowania i wybory źródeł z czasów zamachu. Zmienia się też spojrzenie historyków na jego genezę, przebieg i konsekwencje. My przyjrzyjmy się niezbyt często omawianej kwestii – likwidacji skutków zamachu: ustaleniom liczby ofiar, ich pochówkom, stratom materialnym, odszkodowaniom, a także poszukiwaniu i rozliczaniu winnych. Spory o to toczą się do dziś.

Piłsudski już 15 maja 1926 r. wydał rozkaz o powołaniu Komisji Likwidacyjnej z gen. broni Lucjanem Żeligowskim na czele, której celem było „zlikwidowanie wypadków majowych”. Miała ona zakończyć prowadzone jeszcze operacje wojskowe, odesłać w stałe miejsca pobytu zaangażowane w przewrót pułki, rozformować i rozbroić oddziały cywili, ustalić i uregulować straty w wyposażeniu wojska, jak i u osób cywilnych, zorganizować pomoc poszkodowanym, ustalić obsadę personalną wyższych dowództw po wydarzeniach majowych, a także zebrać od oficerów uczestniczących w walkach szczegółowe raporty i na ich podstawie sporządzić przydatne armii sprawozdania.

Ostatnia posługa

Komisja pracę zaczęła 17 maja, akurat w dniu pogrzebu ofiar na Powązkach. Pierwotnie, z powodu szybkiego rozkładu ciał, pierwszych 50 poległych zamierzano pochować już 15 maja, ale w tym dniu sytuacja w Warszawie nie była jeszcze stabilna, a ponadto były trudności z identyfikacją ofiar. Oprawą pogrzebu na koszt państwa zajął się specjalny komitet, a za organizację odpowiadał lekarz płk Łubieński. W końcowym meldunku raportował, że w chwili otrzymania rozkazu o pogrzebie w kostnicach i prosektoriach zastał 302 ciała, w tym 97 nierozpoznanych lub rozpoznanych błędnie. Wykazy poległych żołnierzy ustalano na podstawie nazwisk wypisanych chemicznym ołówkiem na podszewce mundurów. Mundury te często były wyprane. „Na skutek dorywczej pomocy samarytańskiej publiczności odwożono zwłoki do kostnic bez ustalenia tożsamości” – pisał Łubieński.

Dochodziło też do kradzieży dokumentów osobistych ofiar przez „męty społeczne”. By zidentyfikować ofiary, wykonano fotografie nierozpoznanych zwłok i wystawiono je na widok publiczny. W trzy dni po pogrzebie ekshumowano i ponownie sfotografowano 42 nierozpoznane wcześniej ciała. Ekshumowano też i pochowano na katolickim cmentarzu ciało por. Bartłomieja Balbierza, omyłkowo wydane towarzystwu Ostatnia Posługa w celu pochowania z innymi 20 ofiarami wyznania mojżeszowego na cmentarzu żydowskim. „Na koszta pogrzebu preliminowałem sumę 14 450 zł (…). Z uwagi na wielką ilość potrzebnych trumien żołnierskich uzyskano prawo rekwizycji przez Komisariat Rządu trumien w poszczególnych zakładach (…). Na każdym z grobów postawiony jest krzyż dębowy – groby umyślnie pokrywane są darniną i tworzyć będą całość, jako kwatera poległych w dniach od 12–15 maja” – meldował przełożonym płk Łubieński.

Łubieński zakupił 214 trumien, ale wiele dostarczyły też rodziny cywilnych ofiar bądź swych bliskich pochowały całkowicie na swój koszt. Większość historyków podając liczbę ofiar Maja 26 kieruje się danymi z wykazu sporządzonego przez komisję gen. Żeligowskiego. Nosi on tytuł: „Zestawienie statystyczne strat w ludziach w czasie od dnia 12 do 15 maja 1926 r.”. Po stronie marszałka doliczono się 366 poszkodowanych wojskowych (107 poległo), a po stronie rządowej – 354 poszkodowanych (98 poległo). Nie rozpoznano ciał 10 wojskowych, ponadto zginęły 164 osoby cywilne i 314 odniosło rany.

Urzędowo potwierdzono zatem zgon 379 ofiar zamachu. Tyle że to zestawienie nosi datę 1 czerwca, a z lektury ogłoszeń i nekrologów z ówczesnej prasy wiadomo, że ranne osoby umierały jeszcze przez wiele tygodni. Wykaz gen. Żeligowskiego zapewne nie uwzględnił też samobójstwa dowódcy pułku z Chełma, śmiertelnych ofiar zamieszek, do których doszło w Łodzi i Radzyminie, czy śmierci od niewybuchu majstra fabryki żelazobetonu w ogrodzie przy ul. Filtrowej 30.

Palące ordery

Komisja szybko odesłała z Warszawy oddziały walczące po stronie rządowej. Mimo porażki, żołnierzy z pułków poznańskich miejscowe społeczeństwo i władze witały jak bohaterów podczas defilady z orkiestrami i sztandarami.

Przez wiele dni warszawska prasa drukowała komunikaty wzywające cywili do zdawania wydanej im lub przejętej broni (nawet bez konieczności ujawniania swej tożsamości). Komisja gen. Żeligowskiego wysoko oceniła udział w walkach oddziałów Strzelca, a negatywnie wypowiedziała się o możliwościach mobilizacyjnych Sokoła. Na honorowe dyplomy zasłużyli: harcerze, Czerwony Krzyż, warszawskie szpitale i stacje pogotowia oraz obywatelskie komitety pomocy poszkodowanym.

W 1926 r. Warszawa liczyła 1,01 mln mieszkańców. Walki w zasadzie toczyły się w centrum, od placu Zamkowego na północy po Belweder i Pole Mokotowskie z lotniskiem – na południu, gdzie skupione były rządowe i wojskowe gmachy, szkoły oficerskie i podchorążych oraz centrale telefoniczne. Obie strony w walkach używały broni ręcznej, cekaemów, samochodów pancernych, a rządowa także samolotów. Dochodziło do bratobójczych starć na bagnety. Duże straty przyniósł ostrzał walczących na ulicach żołnierzy, najczęściej przez cywili, z frontowych okien budynków. Komenda Miasta wydała nawet zakaz ich otwierania. Ogłoszono, że pojmane w oknach osoby z bronią będą sprowadzane na dół i natychmiast rozstrzeliwane.

Liczbę prawie 500 poszkodowanych cywili tłumaczy się tym, że ludność Warszawy w większości opowiedziała się za Piłsudskim i wręcz kibicowała jego oddziałom. Wielu robotników i studentów walczyło z bronią, powiększając liczbę cywilnych ofiar, z których większość śmierć poniosła wskutek własnej nierozwagi, przez – mocno akcentowane przez prasę – gapiostwo.

Spore straty poniosło też miasto. Jego władze bezpośrednie szkody (w miejskim taborze, uszkodzonych budynkach, jezdniach, chodnikach, zerwanej sieci elektrycznej) wyceniły na ponad 150 tys. zł. Na zapomogi na rzecz poszkodowanych osób (m.in. dla wdów i sierot) wyasygnowano 400 tys.  zł. Za śmierć żywiciela rodzina otrzymywała 500 zł, za śmierć innych bliskich – 100 zł. Cywile mieli problemy z rekompensatami za szkody materialne. Władze obawiały się, że wiele osób na koszt rządu będzie odnawiać potrzaskane pociskami fasady domów, od dawna już wymagające remontu.

Nie zwracano kosztów wybitych szyb, ale nowy komisarz rządu gen. Felicjan Sławoj Składkowski ustalił maksymalne stawki dla szklarzy, za szyby i kit używany przy ich wprawianiu. Osobiście też pilnował, by sklepikarze nie podnieśli cen. Wykorzystując swe uprawnienie, skazał Mordkę Kochana za paskarstwo w sklepie na grzywnę 100 zł i 10 dni aresztu, o czym donosiły gazety, którym z kolei zaostrzono cenzorskie rygory. Często dochodziło do konfiskat całego nakładu bądź też ukazywały się one z białymi plamami po zdjętych fragmentach artykułów. Ingerencje dotknęły nawet relacji z pogrzebu ofiar.

Usuwano informację, że 17 maja podczas mszy żałobnej w katedrze polowej ksiądz legionista Józef Panaś zerwał z piersi swe ordery, w tym Order Virtuti Militari, i rzucił je pod nogi gen. Dreszera, jednego z przywódców zamachu, z okrzykiem: „Zrzucam je, bo palą me piersi!”. Raczej nie ingerowano w treść nekrologów, w których znajdziemy sporo słów o śmierci

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną