Adam Kożuchowski
27 października 2011

Przed powstaniem styczniowym

Kres swawoli

Ogłoszenie o zaprowadzeniu stanu wojennego rozlepiano na rogach ulic w miastach Królestwa Polskiego od świtu 14 października 1861 r. Dekret wręczano też zaspanym właścicielom domów za pokwitowaniem.

Podjęte wcześniej próby wymuszenia politycznych reform drogą biernego oporu dobiegły w ten sposób końca. Namiestnik Królestwa hrabia Karol Karłowicz Lambert podjął tę decyzję z ciężkim sercem. Niemal miesiąc wcześniej telegrafował do cara, prosząc o odwleczenie decyzji. „Agitatorzy – pisał – właśnie chcieliby nas wyprowadzić z cierpliwości”. W odpowiedzi monarcha przestrzegał swego namiestnika przed jej nadużywaniem, wyrażając obawę, że Polacy odczytają nadmiar wyrozumiałości jako „słabość i brak zdecydowania”.

Zamordowany 20 lat później Aleksander II uchodzi za największego liberała spośród carów, który nieomal przeobraził autokratyczne imperium w nowoczesne państwo i nawet obdarzył swych poddanych pewnym samorządem. W stosunku do Polaków cesarz liberałem nigdy jednak być nie zamierzał. Już w czasie pierwszej wizyty w Warszawie w 1856 r. wypowiedział słynne: „Żadnych marzeń, panowie”, i dalej postępował w sposób konsekwentny: reformy wprowadzane w Rosji omijały ziemie polskie.

Jednak w latach 1860–61 aspiracje Polaków gwałtownie wzrosły i miejscowe władze donosiły do Petersburga, że jakieś koncesje mogą się okazać niezbędne. Patriotyczne demonstracje odbywały się niemal codziennie, pośród tłumu powiewały flagi z polskim orłem i litewską pogonią, żandarmów witały wyzwiska i gwizdy. Przygotowywano petycje w sprawie powołania narodowej reprezentacji (czegoś na kształt Sejmu) i połączenia Królestwa z „Ziemiami Zabranymi” – czyli Litwą i Rusią.

Z punktu widzenia Petersburga były to oczekiwania niedopuszczalne. Hrabia Lambert znalazł się więc między młotem a kowadłem: między podejrzeniem o „brak zdecydowania” ze strony swego monarchy a społeczeństwem, które podnosiło głowę po 30 latach rosyjskiej okupacji. Zaledwie cztery dni wcześniej, 10 października, planował jako katolik wziąć udział w uroczystym pogrzebie arcybiskupa Fijałkowskiego. Gdy mu jednak doniesiono, że wielotysięczny tłum nie tylko śpiewa „zakazane hymny”, ale też niesie polskie chorągwie, a nawet korony polską i litewską, hrabia zdjął mundur i z okien Zamku Królewskiego przypatrywał się bezradnie orszakowi pogrzebowemu zmierzającemu do Katedry na Starym Mieście. Kiedy zaś ktoś z polskiej straży porządkowej oświadczył, iż wydano zarządzenie, że okna na trasie konduktu mają być zamknięte, hrabia podobno wstał i pośród „grobowego milczenia” rosyjskich oficerów zamknął okno.

Festiwal narodowych uroczystości rozpoczął się w Warszawie w czerwcu 1860 r. pogrzebem wdowy po generale Sowińskim, legendarnym obrońcy miasta z 1831 r. Następnie rozlał się na Królestwo i poza jego granice: do Galicji, Poznańskiego i „Ziem Zabranych”. Manifestanci wykorzystywali osłonę, jaką dawał autorytet Kościoła: polskie flagi pojawiały się w tłumie idącym w procesji religijnej lub kondukcie pogrzebowym, krzyczano „Jeszcze Polska nie zginęła!” lub intonowano patriotyczne pieśni, przede wszystkim „Boże, coś Polskę” wraz z nowo dopisaną, wywrotową zwrotką „Ojczyznę wolną, racz nam zwrócić Panie”.

W okrągłą rocznicę ostatniego powstania, 29 listopada 1860 r., śpiewała i modliła się w intencji ojczyzny już cała Polska. Pojawiły się ulotki i odezwy, kolportowane przez, rozproszone na razie, opozycyjne kółka patriotycznych młodzieńców. Wojsko i żandarmeria właściwie nie interweniowały aż do 25 lutego następnego roku. Tego dnia po wielkopostnym nabożeństwie pod kościół na ul. Freta w Warszawie zajechał wóz ze śmieciami, w których ukryte były chorągwie z Orłem i Pogonią.

Do tłumu dołączyło kilkudziesięciu młodzieńców z pochodniami, po czym wszysycy udali się w stronę Rynku, śpiewając „Święty Boże”. „Otwierały się okna, ukazywały damy i rzucały na idących wieńce, kwiaty itp.”. Grupa młodzieży stojąca przy handlu win Fukiera wznosiła okrzyki: „Garibaldi! Trzeci Maj! Precz z Moskalami!”. Na Rynku zajechał tłumowi drogę naczelnik żandarmów Trepow i spotkał się z gwizdami i wyzwiskami, a nawet, jak śpiewano następnego dnia, „przy wodotrysku dostał po pysku”. Wkrótce pojawili się jednak konni żandarmi i siłą rozproszyli manifestantów, aresztując koło 30 osób.

Dwa dni później podobny pochód-procesję, z krzyżem, chorągwiami i obrazem Matki Boskiej, zatrzymała na placu Zamkowym rota piechoty, na którą posypały się kamienie i grudy zmarzniętego śniegu. Kiedy komenderujący Rosjanami gen. Zabłocki dostał czymś takim w plecy, dał rozkaz strzelać. Padła jedna salwa i pięciu zabitych. Władze, kiedy tylko zorientowały się, jak wielkie było oburzenie społeczeństwa, wpadły w panikę. Namiestnik, wówczas jeszcze hrabia Gorczakow, przyjął petycję z żądaniem reform, podpisaną przez 142 przedstawicieli szlachty, kleru i zamożnego mieszczaństwa. Po kilku godzinach otrzymał depeszę od wściekłego cara, żeby nie ważył się przekazywać mu żadnych petycji ani obiecywać czegokolwiek Polakom. Przerażony namiestnik wycofał żandarmów i wojsko z ulic, jednocześnie depeszując po posiłki i strasząc rychłym wybuchem powstania.

Nastały tzw. polskie czasy. W pogrzebie pięciu zabitych udział wzięło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w tym pastorzy, rabini i grupa Słowaków w strojach ludowych, których Polacy uznali za delegację braci Węgrów – z którymi walczyli przeciw Rosjanom w 1849 r. Zapanowała moda narodowa: damy przypięły broszki i spinki z Orłem i Pogonią, mężczyźni nosili rogatywki, czamary oraz spodnie wpuszczone w buty (będące oznaką polskości), a okazjonalnie również kontusze oraz amarantowe krawaty. Urzędnikom znanym z lojalności wobec Rosjan urządzano pod oknami tzw. kocią muzykę, po czym w okno leciały kamienie. Podczas mszy kwestowano olbrzymie sumy „na ojczyznę”, a uzyskane sumy pożytkowano między innymi, na świętowanie (zaczęło się też potajemne skupywanie broni).

W święta polskie (np. rocznice wszelkich polskich triumfów i klęsk) nakazywano zamykać sklepy i przywdziewać narodowe stroje lub też narodową żałobę (handlarze otrzymywali rekompensatę za straty, a oporni musieli liczyć się z kosztami wstawienia nowych szyb). W święta rosyjskie (np. imieniny członków rodziny carskiej) wymagano, żeby sklepów nie zamykać, choć takie były rozporządzenia władz. Car powołał margrabiego Wielopolskiego – jedynego arystokratę polskiego skłonnego podjąć się takiej misji – na dyrektora Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Rozpoczęła się polonizacja szkolnictwa i administracji. Strategia biernego oporu wydawała się skuteczna, determinacja polskiego społeczeństwa wyraźnie robiła na Rosjanach wrażenie. Niestety, oczekiwania polskiego społeczeństwa – nie tylko radykalnych „czerwonych”, ale też umiarkowanych „białych” – wykraczały daleko poza to, co car uważał za absolutne maksimum ustępstw. W Petersburgu rozumiano to chyba lepiej niż w Warszawie, która mimo wielu gorzkich lekcji żyła „marzeniami” o (co najmniej) przywróceniu konstytucji i połączeniu Królestwa z ziemiami na wschód od Bugu.

Koniec „weneckiego karnawału” w stolicy nastąpił 8 kwietnia: wówczas znów strzelano do demonstracji, która przez ponad półtorej godziny nie chciała się rozejść z placu Zamkowego. Manifestanci nie rozpierzchli się jednak, tylko wśród okrzyków „Gińmy za ojczyznę!” klękali i dalej śpiewali. Rosjanie oddali kilkadziesiąt salw, zabijając około dwustu ludzi. Warszawa zareagowała żałobą, prowincja – wzmożonymi rozruchami.

W Kaliszu Jedliński, naczelnik powiatu, musiał uciekać z miasta w obawie przed linczem; gdzie indziej znienawidzonym

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną