Fatalizm falliczny
Czy martwisz się – jak połowa mężczyzn – rozmiarami swego członka i czy na pewno masz ku temu powody?
Aubrey Beardsley, litografia; ilustracja do „Lizystraty” Arystofanesa, 1896 r.
BEW

Aubrey Beardsley, litografia; ilustracja do „Lizystraty” Arystofanesa, 1896 r.

Znany wschodnioeuropejski teoretyk filmu i badacz kultury masowej Leszek Kumor mawiał: „Zanim pogonisz pegaza w obłoki, postaraj się, aby wpierw załatwił się na ziemi”.

Godne to i sprawiedliwe, moim zdaniem. Dlatego też, na samym wstępie uprzedzam: wrzucamy luz, pozbywamy się ograniczeń narzuconych nam przez tak zwane zasady moralności, bazujące w pewnej mierze na zwykłym sztywniactwie i zabobonach.

A więc penis – prącie, członek męski, fallus, przyrodzenie. Organ, który od tysiącleci wzbudza podziw i stanowi najważniejszy atrybut samczości, płodności, władzy, tradycji i świadectwa prawdy. Tak, tak – prawdy. Stare łacińskie powiedzenie bowiem głosi: Testis unus, testisnullus. Czyli: „Jeden świadek to żaden świadek”. Słowo „świadek”, czyli testis, jest niczym innym tylko synonimem męskiego jądra, które uznawane było przez starożytnych za świadectwo męskości. Dlatego przysięgając prawdę, Rzymianie zawsze kładli prawą rękę na listku figowym. Od łacińskiego testis pochodzą również takie słowa, jak: testament, test, testosteron czy atest. Niestety, obecnie penis i jądra kojarzą się prawie wyłącznie z aktem płciowym.

Kultowy przez wieki wieków

Związek aktu płciowego z ojcostwem prawdopodobnie dotarł do świadomości samca w czasach rewolucji neolitycznej, czyli mniej więcej 8–9 tys.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj