Umowa (nie)wierności
Rozmowa dr Alicją Długołęcką o tym, czy zdrada musi boleć i rujnować związek.
Jeśli pozna się prawdę o sobie i nie wypiera się jej, ale na nią otwiera, to można ją oswoić i poddać większej kontroli.
Leszek Zych/Polityka

Jeśli pozna się prawdę o sobie i nie wypiera się jej, ale na nią otwiera, to można ją oswoić i poddać większej kontroli.

Marta Sapała: – Czy ze zdrady może wyniknąć coś dobrego?

Dr Alicja Długołęcka: – Może. Po pierwsze wtedy, kiedy związek dwojga ludzi już się całkowicie wypalił. Jeden z partnerów szuka pretekstu, który pozwoli mu odejść. Oczywiście nie jest to uczciwe stawianie sprawy, ale pojawia się „pozytywny efekt” – ulga.

Po drugie, dzieje się tak wówczas, kiedy osoba, która zdradza, angażuje się w to w pełni – zarówno zmysłowo, jak i emocjonalnie. Celują w tym zwłaszcza kobiety, dla których romans bywa polem do odkrywania własnej seksualności, ale też wiąże się z uczuciem bliskości i przyjaźnią. Bardzo wiele kobiet wchodzi w relacje – jak im się wydaje – na całe życie, mając ledwie 20 lat; spotykają równolatków, którzy są wówczas wystarczająco „mili i zakochani”, ale na kolejnych etapach życia nie da się z nimi wejść na wyższy poziom relacji. Wiele lat później może pojawić się nowa znajomość, namiętność o takiej sile, której nie sposób zignorować. Kobieta odkrywa samą siebie. Czy to jest zdrada? Zależy od umowy zawartej ze stałym partnerem.

Zawierając związek jedna osoba składa drugiej obietnicę. Francuski pisarz i filozof François de La Rochefoucauld powiedział: „Przyrzekamy wedle swych nadziei, a dotrzymujemy wedle swych obaw”.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj