Nowe porządki w Kancelarii Prezydenta
Prezydent się urządza
Budżet ten sam
Wśród pracowników Kancelarii rysują się dwie postawy: jedni planują odejście, ale nie chcą ułatwiać zadania nowemu lokatorowi i czekają, aż sam ich zwolni, inni liczą, że będą pracować tu nadal, wszystko jedno przy której ulicy. Na przykład sekretarki. Wiele z nich pracowało jeszcze w Radzie Państwa. Przetrwały trzęsienie w 1990 r. – Uważamy się za urzędników państwowych pracujących dla głowy państwa, bez względu na to, jakie nosi nazwisko – mówi jedna z sekretarek, która razem z pierwszym prezydentem III RP, przed 17 laty, przeprowadziła się do Pałacu.
Ale tu też nie ma reguł: również szeregowych urzędników nie omijają wyborcze emocje i podziały. Jedną z takich osób jest Zofia Kruszyńska-Gust, szefowa sekretariatu Lecha Kaczyńskiego, która w ostatniej chwili zrezygnowała z feralnego lotu Tupolewem. Pierwsze urzędnicze kroki stawiała u prezydenta Lecha Wałęsy. Gdy bracia Kaczyńscy weszli z nim w konflikt, odeszła razem z nimi, by wrócić do Pałacu w 2005 r. Podobno prezydent elekt zaproponuje jej inne stanowisko, bo do Pałacu zabiera swoje marszałkowskie sekretarki.
Z nasłuchów z Alei Ujazdowskich wynika, że Komorowski nie walczy o większy budżet dla swojej Kancelarii. Co może oznaczać, że nie planuje wielkich zwolnień, bo nie potrzebuje dodatkowych pieniędzy na odprawy. Biorąc pod uwagę doświadczenia poprzednika, lepiej ostrożnie dobierać współpracowników. Lech Kaczyński przez niespełna cztery lata prezydentury nawet szefom swojej Kancelarii nie dawał okrzepnąć w swojej roli. Wymieniał ich aż czterokrotnie. Liczba statutowych komórek organizacyjnych urosła z 14 do 16, a wraz z nowo powstałymi przychodzili nowi szefowie i ich ludzie. – Za prezydenta Kaczyńskiego ruchów kadrowych było najwięcej – mówi sekretarka pamiętająca czasy Wałęsy. Stabilności nie sprzyjały liczne zmiany na ministerialnych stanowiskach, będące wynikiem konfliktów, dworskich intryg i wpadek.
Andrzej Duda, gdy w 2007 r. nie dostał się z list PiS do Sejmu, ulokował się w biurze prawnym i ustroju. Był szefem 50 urzędników, zatrudnił czterech nowych. Mówi, że nie patrzył, kto za jakiego prezydenta przyszedł: – Bywało, że ci zastani tu nie zgadzali się z moim punktem widzenia, ale to było dla mnie bardzo cenne, bo dostarczali mi argumentów, które mogłem usłyszeć później od strony przeciwnej w parlamencie czy przed Trybunałem. Dodaje, że w Kancelarii raczej się nie zwalniało, tylko przesuwało na inne pozycje. Do archiwum został na przykład odesłany Andrzej Dorsz. Kancelaryjne korytarze huczały, że to przez jego ręce, jako wiceszefa biura prawnego, przeszła lista z kandydatami do odznaczeń, wśród których znalazł się gen. Jaruzelski. Minister Michałowski, psycholog z wykształcenia, nie wierzy plotkom i traktuje dziś Dorsza jako kopalnię wiedzy o prezydenckim zapleczu. Jednak prezydenckie biuro prawne przypadnie Aleksandrowi Proksie, byłemu szefowi Rządowego Centrum Legislacji i wieloletniemu sekretarzowi Rady Ministrów. Z pewnością będzie lepszym źródłem informacji prawnej dla Komorowskiego niż, jak bywało ostatnio, internetowa Wikipedia.
BBN czeka na wypowiedzenia
Do archiwum Lech Kaczyński wysłał też szefową biura prasowego Aleksandra Kwaśniewskiego Teresę Grabczyńską. Ktoś, kto odpowiada za politykę medialną, zazwyczaj identyfikuje się z poglądami swojego szefa, dlatego Anna Kasprzyszak, która zajęła miejsce Grabczyńskiej, teraz będzie musiała raczej pożegnać się z biurem prasowym.
Ważą się losy Janusza Strużyny, szefa zespołu obsługi organizacyjnej. Pracował jeszcze dla Jaruzelskiego. – Pani prezydentowa Kaczyńska miała do niego zaufanie. W sprawach organizacyjno-protokolarnych był niezawodny – mówi o nim Lena Dąbkowska-Cichocka, która też zaliczyła krótki ministerialny epizod u prezydenta. Strużyna należał do ulubieńców Marka Ungiera, wieloletniego szefa gabinetu Aleksandra Kwaśniewskiego. Dyrektor znalazł się w doborowym gronie biznesmenów, polityków i urzędników, którzy ufundowali prezydentowi Kwaśniewskiemu na imieniny obraz Wojciecha Kossaka. Odpowiadał m.in. za programy wizyt głowy państwa. Organizacja wizyty w Smoleńsku pozostawiała wiele do życzenia, więc przyszłość Strużyny w Pałacu stoi dziś pod znakiem zapytania.
Atmosfera oczekiwania panuje też w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, które formalnie powinno być analitycznym zapleczem głowy państwa. Przez ostatnie kilka miesięcy prezydentury Lecha Kaczyńskiego nowoczesny biurowiec na tyłach Pałacu stał się bastionem walki o jego reelekcję, niemal ministerstwem wojny. Nikt poza zastępcami nowo mianowanego szefa Stanisława Kozieja nie złożył wypowiedzenia. Czekają na ruch z drugiej strony.
Walizek nie muszą szykować dbający o bardzo praktyczny wymiar prezydentury. Szef prezydenckiej kuchni, który zapewnia, że potrafi przyrządzić dziczyznę, panie od kompozycji kwiatowych, sprzątaczki – dwie na każde piętro, konserwatorzy i dwuosobowa ekipa wideo dokumentująca prezydenturę. Jeszcze nie wiadomo, kto pobłogosławi tę prezydenturę i będzie odprawiał msze w prezydenckiej kaplicy.


