Hazardowe kalkulacje premiera Tuska
Wojna hazardowa
Można powiedzieć, że Balcerowicz się zradykalizował i dryfuje w stronę libertarianizmu, a Centrum głosi coraz bardziej egzotyczne poglądy anarchio-kapitalistyczne, których sam Smith – filozof moralista – by nie przełknął. Ale to nie załatwia problemu. Bo odreagowanie peerelowskiej opresji niemal totalnego państwa i lata dominacji liberalnej, a w każdym razie przeciwpaństwowej pedagogiki społecznej sprawiły, że to, co w starych demokracjach powszechnie uznaje się za konieczne ograniczenia albo obowiązki chroniące ważne interesy społeczne, w Polsce równie powszechnie uchodzi za absurdalną opresję. W tym sensie staliśmy się mentalnym dziwolągiem współczesnego świata.
Nie tylko w Europie, ale też w Ameryce trudno by było znaleźć poważnie traktowany think-tank czy uznanych ekonomistów, którzy ograniczenia nakładane na hazard uważaliby za zamach na wolność, a prawo do nieskrępowanego oferowania i uprawiania hazardu za oczywistą część swobody gospodarczej. Przemoc, prostytucja, narkotyki i hazard – podobnie jak nierówność – od niepamiętnych czasów traktowane są w zachodniej cywilizacji jako zło konieczne, nieusuwalne przejawy mrocznej strony popędowej natury człowieka, których wyplenić się nie da, więc trzeba trzymać je chociaż w ryzach.
Ważne spory w tej sprawie dotyczą nie tyle istoty, co minimalizowania skutków. Co jest lepsze: zakaz hazardu czy jego kontrolowanie lub jaka organizacja i kontrola hazardu jest w jakichś konkretnych warunkach najlepsza. Są to spory techniczne. Nie aksjologiczne. Konsens aksjologiczny jest tu w cywilizacji zachodniej powszechny. Bez względu na przynoszone dochody, zło społeczne jest złem, także wówczas, gdy jest nieusuwalne, i także wtedy, gdy zaspokaja jakieś ważne ludzkie potrzeby czy popędy.
Drugą stroną cywilizacyjnego konsensu jest przekonanie, że każdy ma moralny obowiązek, w miarę możliwości, przeciwstawiać się złu. Na państwie – jako mającym największe możliwości – ów obowiązek ciąży w sposób szczególny. W tej sprawie także nie ma w kręgu cywilizacji zachodniej istotnego sporu. Konserwatyści, socjaliści i liberałowie różnią się co do metod, nie co do zasady. Milton Friedman, guru neoliberałów, nie dlatego optował za legalizacją narkotyków, że uważał ich używanie za dobre, ale dlatego, że w legalizacji widział szansę na zmniejszenie przestępczości i przeciwdziałanie szerzeniu się uzależnień.
Groźny sojusz
Sęk w tym, że Polska do tego konsensu nie należy. Sam Donald Tusk – jako jeden z założycieli polskiej odmiany neoliberalizmu – ma udział w tym, że zbudowaliśmy koncepcję wolności i państwa odwołującą się raczej do libertariańskich, skrajnie wolnościowych utopii niż do wyrosłych z doświadczenia realiów Zachodu. Opór społeczny sprawił, że żadnej władzy nie udało się do libertariańskiego modelu zbyt istotnie zbliżyć, ale w głowach dużej części elit wciąż świeci on jak wymarzone białe miasto na wzgórzu.
Polski praktyczny libertarianizm elit sprowadza się w zasadzie do przyjęcia tezy, że niemal wszystko co złe pochodzi od państwa, które najpierw zabiera ludziom wolność (zwłaszcza pieniądze), a potem wszystko marnuje, więc najlepiej, żeby się nie mieszało. Zatem: im mniej państwa, tym lepiej. Donald Tusk był w Polsce jednym z prekursorów takiego myślenia. Takiego Polacy go od 20 lat znają.
Problem w tym, że 20-letnia praktyka i kryzys obnażyły utopię libertariańskiej wiary i postawiły elity w rozkroku między rzeczywistością a przekonaniami. Dobrze już np. widać, że puszczenie na rynkowy żywioł szkolnictwa wyższego spowodowało bezlik patologii, ale trudno pozbyć się wiary, że puszczenie na podobny żywioł służby zdrowia przyniesie poprawę. Podobnie, jak dobrze widać fatalne społeczne skutki rezygnacji z funkcji wychowawczej szkoły, ale trudno jest rozstać się z wiarą, że od wychowywania jest rodzina – nie państwo. Widać, że oszczędzanie na drogach, sądach, nauce, służbie zdrowia stworzyło najsilniejsze bariery rozwojowe, ale trudno przyjąć, że państwo powinno wydawać więcej podatkowych pieniędzy.
Donald Tusk, od kiedy przejął władzę, musi kierować się realiami przeczącymi (dawnej?) wierze. Musi brać pod uwagę nie tylko własne ideologiczne korzenie, ale też oczekiwania, przekonania i nastroje większości społeczeństwa oraz realne skutki decyzji, które podejmuje. W przeciwnym razie musiałby się rozstać nie tylko z marzeniem o prezydenturze, ale na dłuższą metę także z podtrzymaniem poparcia dla Platformy. Los KLD musiał go nauczyć, że władza zideologizowana ma bardzo krótki żywot.
Premier dzielnie sobie z tym radzi, odważnie zaskakując swoich przyjaciół oraz zwolenników. Jego państwo wciąż nie jest od wychowywania, ale jednak buduje Orliki. Dla konserwatysty i socjalisty jest to oczywiste. Ale serce liberała i zwłaszcza libertarianina krwawi. Po co? Jak chcą grać – niech sobie sami zbudują. Chce też obowiązkowo posłać pięciolatki do szkoły. Jakim prawem? Przecież pięciolatek jest własnością rodziców. Wycofuje się z płatnych studiów i współpłacenia w szpitalach, chce towarzystwom emerytalnym odebrać część zysków, utrzymuje podatek Belki, broni pomocy publicznej dla stoczni, rezygnuje z prywatyzacji mediów. Z punktu widzenia współczesnych systemów kapitalistycznych to jest oczywiste. Ale wpływowa część elektoratu premiera może tego nie rozumieć, a on nie tłumaczy. Nie prowadzi nas drogą swojej ewolucji, jak to robią Brown, Obama, Sarkozy czy Merkel. Tłumaczenie zostawia ministrowi Boniemu.
Michał Boni opisuje nam świat XXI w. Wyjaśnia, czym jest kapitał społeczny, pokazuje, że w pojedynkę się dziś nie wygrywa, że rynek wszystkiego nie załatwi, że kluczem są kompetencje społeczne i więzi. Ale Boni to Boni. A liderem jest Tusk. Jest sprawnym politykiem i funkcjonariuszem państwa, ale w rolę przywódcy nie wkracza. W odróżnieniu od swoich zachodnich kolegów nie mówi, dokąd zmierzamy.Premier – podobnie jak prezydent, inni politycy i media – udaje, że nic się nie stało, a świat jest taki jak 10 i 20 lat temu. Nawet robi wrażenie, że sam myśli tak jak 10 czy 20 lat temu. O sprawach poważnych milczy niezwykle uparcie. Od kiedy został premierem, o zmianie klimatu mówił na przykład 42 razy. A Merkel – 217 razy, Zapatero – 178, Brown – 158. Unikanie poważnej rozmowy tworzy polityczny dysonans, sprzyja wrażeniu chaosu i przekonaniu o miałkości polityki.
Gdyby dwa lata kierowania rządem premier wykorzystał na wyjaśnianie ewolucji świata i własnych poglądów, gdyby z nami rozmawiał o tym, czym we współczesnym świecie jest państwo, za co odpowiada, przed czym musi chronić społeczeństwo i w czym powinno je wspierać, polska świadomość byłaby dziś inna.
Dziś Donald Tusk ma kłopot. Bo w wojnie, którą wypowiedział, musi walczyć na dwóch trudnych frontach. Musi stawić czoła facetom z walizkami pełnymi niebezpiecznych dla państwa pieniędzy i sporej części elit, podejrzewającej dziś Tuska o populistyczne piarowskie manewry. Ale Tusk nie musi przegrać tej wojny. Ona może się nawet stać jego drugą szansą. Bo racja bez wątpienia jest po jego stronie. Musi tylko zaoferować przywództwo, czyli zacząć poważnie rozmawiać i przekonywać. Jeśli – oczywiście – sam jest przekonany.

