Joanna Cieśla
21 stycznia 2010

Kamiński Mariusz

Walka nigdy się nie kończy

Przed wyborami w 1993 r. rozklejają plakaty PC. Postsolidarnościowe partie przegrywają wybory. Wracają nocne Polaków rozmowy. – Mieliśmy poczucie, że w obliczu zwycięstwa postkomunistów cztery lata po obaleniu systemu trzeba przypominać, jaki to był system, jacy ludzie go tworzyli, i pytać, czy powinni mieć prawo sprawować władzę w III RP – opowiada Grzegorz Wąsowski, prawnik, przyjaciel Kamińskiego. Przy ówczesnym politycznym rozdrobnieniu powoływanie kolejnej partii mijało się z celem. Powstaje stowarzyszenie Liga Republikańska. Kamiński jako jej lider po raz pierwszy zaczyna na własną rękę istnieć w życiu publicznym. I w głównej mierze tym czasom zawdzięcza wizerunek ekstremisty. Ludzie związani z SLD do dziś nie mówią o Lidze inaczej niż „bojówki”.

Bo też LR słynęła z niebanalnych przedsięwzięć. – Wizyta w Sejmie nam się udała – w oku pełnomocnika coś błyska. W apogeum afery Oleksego Liga weszła do Sejmu jako wycieczka „klubu dyskusyjnego Agora”. W trakcie obrad, skandując, działacze rozwiesili transparent „SLD – KGB” i rozrzucili po sali dwa tysiące ulotek.

Ministra edukacji Jerzego Wiatra zaatakowali jajkami, były kontrpochody pierwszomajowe, czasem obelgi pod adresem polityków SLD. Ale i spotkania ze zniczami pod domem gen. Jaruzelskiego 13 grudnia oraz wystawa „Żołnierze wyklęci”, poświęcona antykomunistycznemu podziemiu z lat 40. Wreszcie – pomysł usunięcia grobów komunistycznych przywódców z Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

Iść drogą legendy

Nazwałaby pani kogoś radykalnym antyfaszystą? – pyta retorycznie Grzegorz Wąsowski. I tłumaczy: jeżeli się uważa, że komunizm był najgorszym systemem na tej ziemi, to gdy pojawia się możliwość oczyszczenia z jego pozostałości, należy robić wszystko, żeby do tego doprowadzić.

A jednak wielu towarzyszy broni Mariusza Kamińskiego dawno przekierowało życiowe cele. – Na poziomie emocjonalnym wciąż mamy opory wobec ludzi związanych z PRL – opowiada Anna Smółka, w latach 80. w warszawskim NZS, dziś specjalista PR. – Ale racjonalnie nie boimy się komuny. Mariusz chyba uważa, że ona nie zniknęła, że tworzy siatki, blokuje rozwój kraju. Dostrzega ją tam, gdzie ja widzę inne zagrożenia, znacznie bardziej skomplikowane.

Psychologowie twierdzą, że u osób bardzo inteligentnych zdarza się skłonność do upartego podtrzymywania pewnej wizji rzeczywistości z jasno rozpisanymi rolami. – Najczęściej to podział „dobrzy my – źli oni”– mówi dr Anna Golec de Zavala, psycholog z SWPS. – Dzieje się tak, zwłaszcza gdy jakąś wartość uznało się za bardzo ważną. I kiedy ocenia się siebie w zależności od tego, jak mocno się tej wartości broni. W Kamińskim wyczuwa się jakąś łagodność inkwizytora, który jest tak przekonany do swych idei, że aż pogodny. W 1997 r. przyjmuje propozycję startu w wyborach z listy AWS.

Akcja – legislacja

Zgodnie z oczekiwaniami jego sejmowa działalność to przede wszystkim próba przełożenia happeningów Ligi na język legislacji. Przygotowuje projekt ustawy dekomunizacyjnej, pracuje nad ustawą lustracyjną, o IPN.

I szybko zaczyna kalać swe gniazdo. W wywiadach nie szczędzi AWS gorzkich słów: – Ile razy pojawiał się wobec kogoś zarzut, zwłaszcza o charakterze korupcyjnym, Mariusz Kamiński znajdował się w gronie najsurowszych krytyków – wspomina Stefan Niesiołowski, wówczas w tej samej formacji, dziś w PO. Nie przejmował się, że nie ma wsparcia politycznego. Atakował „spółdzielnię” Tomaszewskiego, mówił o upartyjnianiu spółek Skarbu Państwa, aferze żelatynowej.

Wtedy też po raz pierwszy z Władysławem Stasiakiem, dzisiejszym wiceszefem MSWiA, pisze projekt ustawy o Urzędzie Antykorupcyjnym. W 2000 r., kiedy szefem resortu spraw wewnętrznych zostaje Marek Biernacki, przedstawiają go na konferencji w ministerstwie. Liczą, że nastąpi odnowa moralna. Ale wszystkie najważniejsze pomysły Kamińskiego upadają.

Poseł angażuje się w pracę parlamentarnego zespołu Polska–Czeczenia, wbrew zaleceniom MSZ wypuszcza się do ogarniętej wojną republiki, zaprasza do kraju Asłana Maschadowa. Ale też uczy się poruszać po meandrach polityki.

W marcu 2001 r. Kamiński dołącza do Przymierza Prawicy, zakładanego przez grupę awuesowskich posłów. Gazety piszą, że formację tworzą politycy SKL i ZChN – i on. – Przymierze miało być siłą odnowicielską na gruncie przeżartej korupcją polityczną AWS. Było oczywiste, że Kamiński musi się znaleźć wśród nas – wspomina Artur Zawisza, jeden z założycieli PP.

Po wyborach Przymierze łączy się z PiS braci Kaczyńskich. Kamiński nie jest już sam. Dobre wspomnienia z przeszłości, ale podobno też wspólny sentyment do wczesnej tradycji piłsudczykowskiej, wreszcie zbliżone priorytety, ustawiają go w kręgu najbliższych współpracowników Lecha i Jarosława. Dostaje miejsce w komitecie politycznym PiS, funkcję szefa warszawskich struktur partii. Przyjaciele zapewniają, że nie lubi aparatczykowskich zadań. Polityczni partnerzy – że potrafi wyciszyć bezkompromisowość i nauczył się wymawiać dwa trudne słowa: „Dogadajmy się”.

Gniewny, starotestamentowy

Kamiński za powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego zapłacił rozstaniem z ukochanym dzieckiem – ideą dekomunizacji. – O ile to hasło było żywotne w latach 90., dziś nie ma go na politycznych sztandarach, straciło rację bytu – mówi Artur Zawisza. – Wiedza o III RP pokazuje, że nie trzeba być komunistą, żeby szkodzić krajowi.

– On po prostu nie znosi sytuacji bez jasno określonego wroga – dopowiada znajomy. – Komuniści sami się zdekomunizowali, co widać po ostatnich wyborach, więc musi znaleźć nowy układ, który mógłby rozbijać.

Starotestamentowy gniewny sprawiedliwy – to obraz, który przywołuje kilkoro znajomych, opisując Mariusza Kamińskiego. Gdzie się teraz zatrzyma?

Polityka on Facebook

Opinie Opinie

Ludzie

Zbigniew Chlebowski w Sejmie
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną