Komisja jak "Taniec z Gwiazdami"
Pędząc za króliczkiem
O tym, że premier jest tu głównym celem, upewnił kolejny publiczny występ Mariusza Kamińskiego, który też był do przesłuchania świetnie przygotowany, zwłaszcza od strony polityczno-publicystycznej. Policzono (są tacy maniacy), że określenia „afera hazardowa” użył ponad 150 razy, o facetach od jednorękich „bandytów” mówił bez przerwy, o „miliardowych” stratach budżetu państwa też (w sumie grozą wieje i tę grozę trzeba dobrze utrwalić w społecznej świadomości), a zwłaszcza o „przecieku”, którego mogły dokonać dwie osoby – premier albo sekretarz kolegium ds. służb specjalnych Jacek Cichocki.
Wedle Kamińskiego, nie ma wątpliwości, że zrobił to premier, gdyż Cichocki nie jest przecież przyjacielem ani Drzewieckiego, ani Chlebowskiego, ani Schetyny. Tak więc, by użyć określenia samego Kamińskiego, przetestował on premiera z przywództwa i ten test dla Donalda Tuska wypadł niepomyślnie. Premier okazał się przywódcą partyjnych kolegów, a nie państwa, co sprawiło, że szef CBA musiał wziąć sprawy w swoje ręce i rozesłał zawiadomienie o zagrożeniu interesów ekonomicznych państwa na sumę co najmniej 500 mln zł do wszystkich najważniejszych osób w tymże państwie. Pochodzenie sumy, rachunki, na jakich oparto szacunek, są dotychczas nieznane. Być może nie było czasu na dokładniejsze wyliczenia, gdyż nawet do prokuratury posłano (gdy już wreszcie posłano) materiały wyjątkowo niekompletne i zupełnie nieprzygotowane. Prokuratura, by rozpocząć postępowanie, musiała prosić o ich uzupełnienie.
To zdanie o testowaniu premiera z przywództwa jest być może kluczem do wyjaśnienia całej tzw. afery hazardowej. Gdy idzie o ustawę, wiemy bowiem tyle, że jej wówczas nie było, że zmiany, o których zawiadomił premiera Kamiński (rezygnacja z dopłat), nigdy nie nastąpiły, że proces prac nad ustawą był w gruncie rzeczy dość przejrzysty, przynajmniej jak na polskie standardy i kłębiące się wokół interesy.
Prawda mocno partyjna
Nie ma na razie w stosunku do żadnej z osób znajdujących się w tzw. kręgu podejrzeń zarzutów czy nawet sugestii korupcji, czy wywierania nielegalnego wpływu na proces legislacyjny. Jest niewątpliwie afera polityczno-obyczajowa (poseł Bartosz Arłukowicz nazywa ją aferą stylu), kiedy to ważni politycy nie potrafią zerwać więzi z biznesmenami od hazardu lub przynajmniej utrzymywać ich na należyty dystans. Za taką „niefrasobliwość” – by użyć określenia, którym chętnie posługiwał się Zbigniew Chlebowski – czy postępowanie moralnie naganne – jak to określa Mariusz Kamiński – ponosi się odpowiedzialność polityczną. I taką ponieśli.
Zeznając przed komisją śledczą Jacek Cichocki (jako spokojny urzędnik państwowy relacjonujący wydarzenia mało zainteresował media, a szkoda, bo było to jedno z najciekawszych i najbardziej wiarygodnych wystąpień) opisywał nastrój wrześniowego spotkania premiera z szefem CBA, ową chłodną, wręcz zmrożoną atmosferę, oburzenie Kamińskiego i rzucone Tuskowi w twarz oskarżenie, że prokuratorskie zarzuty dla szefa CBA, to zemsta za ujawnienie powiązań partyjnych kolegów.
Można sobie wyobrazić, że Kamińskiemu świat się zawalił. Napisał dla siebie ustawę (czy to aby nie podpada pod naganny moralnie lobbing?), stworzył sobie biuro, zatrudniając rzeszę kolegów, którzy szmat drogi z nim politycznie i zawodowo przeszli (głównie przez stołeczny Ratusz za rządów Lecha Kaczyńskiego) i teraz miałby to stracić?
Być może prokuratura prowadząca śledztwo w tej sprawie dojdzie do bardziej konkretnych ustaleń i dopiero wówczas będziemy mieli pewność, że jakaś afera hazardowa rzeczywiście była. Może komuś zostaną postawione zarzuty; o tym dziś ostatecznie przesądzać nie można. Prace komisji śledczej są bowiem przede wszystkim widowiskiem politycznym, bez względu na to, z jaką częstotliwością posłowie będą się zaklinać, że ich jedynym celem jest wydobycie prawdy. Żadna komisja śledcza prawdy innej niż polityczna nie wydobyła i dlatego wszystkie wydobywały zwykle kilka prawd. Bardzo partyjnych.

