Polskie specsłużby po aferze hazardowej
Służby na długiej smyczy
Fotografia wroga prezydenta
Podobnie jak w SKW i SWW, szkolono ludzi zwerbowanych do pracy w CBA, kolejnej nowej służby, stworzonej według wyobrażeń twórców IV RP. – Profesjonalistów z policji, CBŚ i ABW wymieszano z, jak ich nazywaliśmy, harcerzykami Kamińskiego – opowiada były policjant, który kilka miesięcy pracował w CBA. – Powiedzieć o nich amatorzy, to byłby komplement. Ignoranci, a do tego z poczuciem misji.
Kierownictwo nowej służby dobrał z własnego klucza Kamiński. Koledzy, działacze PiS, dawni członkowie Ligi Republikańskiej. – Dostali uprawnienia, o jakich ludzie służb mogą tylko zamarzyć. Kiedyś zastępca Kamińskiego Maciej Wąsik, dawniej burmistrz Wawra, opowiadał, jak w knajpie gość przy sąsiednim stoliku źle się wyrażał o prezydencie Kaczyńskim. Wąsik wyjął telefon komórkowy i zrobił facetowi zdjęcie – kontynuuje były pracownik CBA. – Nie wiem, jak to się skończyło, ale na ile tych ludzi poznałem, pewnie faceta do dzisiaj rozpracowują.
CBA, powołane do zwalczania korupcji głównie wśród urzędników państwowych, zaangażowało się przede wszystkim w poszukiwanie układów, w które mogli być zamieszani polityczni wrogowie PiS. Jedynym dorobkiem jest tzw. afera hazardowa, gdzie na razie (mimo kompromitacji kilku polityków PO) nie padły zarzuty korupcji. W sprawie prywatyzacji stoczni w Szczecinie i Gdyni CBA, ABW i AW miały stanowić zabezpieczenie kontrwywiadowcze, dostarczać informacji o oferentach deklarujących zakup majątku. Minister Jacek Cichocki z Kancelarii Premiera ujawnił, że od marca do października 2009 r. ABW przekazała premierowi jedenaście informacji kontrwywiadowczych, AW trzy informacje ze swojej dziedziny, a CBA ani jednej. Poza, rzecz jasna, październikowym strzałem w ministra Aleksandra Grada i szefa Agencji Rozwoju Przemysłu Wojciecha Dąbrowskiego. Było to już po dobrze znanym fiasku transakcji i trudno znaleźć tu inne motywacje działań CBA niż czysto polityczne. A już tzw. afery rafinerii Trzebinia czy warszawskiej giełdy okazały się humbugiem. Marny dorobek jak na lata pracy setek funkcjonariuszy Mariusza Kamińskiego.
Serwis dla premierów
Szefowie rządów po 1989 r., każdy na swój sposób, próbowali zapanować nad służbami. Tylko Tadeusz Mazowiecki ani nie ingerował w działania UOP, ani nie zamierzał przejmować nad nimi kontroli. Zdaniem Krzysztofa Kozłowskiego, premier z raportów UOP dowiadywał się o najważniejszych zagrożeniach dla państwa. Tą drogą poinformowano go np., że 26 radzieckich dywizji zmotoryzowanych stacjonujących w NRD zamierza wrócić do ZSRR przez Polskę oraz, że w wyniku rozpadu ZSRR może dojść do krwawych walk i uciekinierzy spróbują trafić do Polski.
Gdy premierem został Jan Krzysztof Bielecki, walkę o kontrolowanie spec-służb rozpoczął prezydent Lech Wałęsa. Bielecki nie miał o nich chyba najlepszego zdania, bo do dziś opowiada współpracownikom, jak dowiedział się o pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Siedział wtedy w swoim gabinecie i oglądał w CNN bezpośrednią transmisję z wybuchu wojny. Po godzinie zadzwonił telefon i jakiś pułkownik przekazał premierowi informację tajną specjalnego znaczenia: – Uzyskaliśmy wiedzę, że prawdopodobnie wybuchła wojna w Zatoce Perskiej – poinformował Bieleckiego.
– Otrzymywałem w biuletynach UOP samą sieczkę – opowiada Józef Oleksy, premier w latach 1995/96. – Jakieś ogólne informacje. To, co dostawałem, szczególnie od wywiadu, nie było mi do niczego potrzebne i nie uzasadniało utrzymywania tak wielkiego aparatu.
Józef Oleksy nie miał przekonania, że panuje nad służbami. Wszystkie resorty siłowe podporządkował sobie Lech Wałęsa. – Szef UOP Gromosław Czempiński i minister Andrzej Milczanowski latali ciągle do Wałęsy, ledwie tolerując władzę rządową – mówi były premier, który kiedyś zapytał wprost gen. Czempińskiego, czy UOP go rozpracowuje. Generał odpowiedział, że minister Milczanowski nie pozwala mu udzielać takich informacji. Wkrótce potem UOP oskarżył Józefa Oleksego o szpiegostwo i stracił on stanowisko premiera.
Premier Leszek Miller mówi, że nie cierpiał na brak informacji, ale z powodu ich nadmiaru. Wiele opracowań trafiających do niego nosiło klauzulę „tajne specjalnego znaczenia”. – Takiej korespondencji nigdzie poza biurkiem premiera nie można otworzyć, więc nikomu nie można zlecić analizy tych dokumentów – mówi Leszek Miller. Dlatego Miller wolał raz w tygodniu spotkać się z podlegającymi mu szefami wywiadu i ABW, których mógł wprost zapytać, co się dzieje. W czasie wojny w Iraku zapraszał też szefa WSI – podległego MON.
– Czasem sam prosiłem o informacje – wspomina. – Na przykład, gdy przygotowywałem się do rozstrzygnięć ważnych problemów międzynarodowych. Zamawiałem więc materiały na temat zaopatrzenia w ropę, gaz, zagrożeń terrorystycznych i wpływu wojny w Iraku na sytuację Polski. Kazimierz Marcinkiewicz, który przez dziewięć miesięcy był premierem RP, uważa, że największym zagrożeniem jest brak kontroli nad służbami, który powoduje ich wyobcowanie.
– Uważałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie profesjonalizacja sejmowej komisji. Chciałem jej wzmocnienia, obudowania ekspertami i analitykami, tak, by posłowie mieli większe możliwości kontrolne – mówi Marcinkiewicz, przyznając, że nie udało mu się osiągnąć celu.
Służby kontra służby
W Polsce zapatrzono się na amerykański model służb specjalnych, gdzie roi się od tajnych formacji, które rywalizują, ścigają się, przeszkadzają sobie nawzajem. Ale w Ameryce ten pozorny bałagan ma ustalony porządek, którego pilnuje specjalna komisja Kongresu.
W Polsce podział kompetencji między poszczególnymi służbami jest niejasny. CBA zajmuje się zwalczaniem korupcji, to samo zadanie wypełnia policja i ABW. CBŚ walczy z przestępczością zorganizowaną, to samo czyni ABW. CBA ma chronić interesy ekonomiczne kraju i znów zderza się z takim samym zakresem działań ABW i CBŚ. Wywiad cywilny i wojskowy ma podobne cele. ABW dodatkowo walczy z terroryzmem i specjalizuje się w ochronie kontrwywiadowczej, ale w razie potrzeby CBŚ także ma swoich antyterrorystów.
Nie wiadomo, gdzie kończy się poletko jednej formacji, a zaczyna drugiej. Tym bardziej że jedne służby głośno reklamują swoje prawdziwe lub wykreowane sukcesy (np. CBA i CBŚ), inne działają w ciszy (SWW, SKW, AW). ABW swoje realizacje (tak w języku służb określa się udane operacje) ujawnia na stronie internetowej Agencji, ale nie zwołuje już spektakularnych konferencji prasowych. To zapewne odreagowanie po wpadkach Agencji za czasów PiS (sprawa Barbary Blidy, zbieranie haków na polityków opozycji czy informowanie zaprzyjaźnionych mediów o szykowanych zatrzymaniach osób o głośnych nazwiskach).
Z witryny ABW można więc dowiedzieć się o kilkunastu akcjach przeciwko grupom przestępczym wprowadzającym do obrotu nielegalne paliwa, o zatrzymanych przemytnikach narkotyków (13 osób, narkotyki o wartości ponad 23 mln zł) i udaremnieniu wwozu na teren Polski ponad 8 tys. sztuk pistoletów bojowych Astra.
Według Piotra Niemczyka, byłego dyrektora Biura Analiz UOP i obecnego doradcy Komisji ds. Służb Specjalnych, jeśli wszystko działa prawidłowo, do normalnego nadzoru wystarczyłaby kontrola budżetu specsłużb, zatwierdzenie kierunków działania i rozliczanie z ich realizacji. Problem pojawia się wówczas, gdy nikt nie przetwarza informacji zbieranych przez agencje i nie wyznacza im sensownych zadań. – Wtedy służby zaczynają zajmować się same sobą – twierdzi Niemczyk i dodaje, że im dalej od Warszawy, tym mniej polityki, a działania te są lepsze i efektywniejsze. – To dlatego, że poza stolicą łatwiej spokojnie rozpracować np. grupę przestępczą, nie myśląc o tym, że następnego dnia będzie o tym w telewizji.

