Jak się dziś robi wiadomości TV?
Kuchnia strachu
Tabloidowa selekcja. Dobór informacji do części konfekcyjnej podporządkowany jest regułom ściśle tabloidowym. „Wiadomości” sięgają czasem do historii, pojawiają się ciekawe filmy archiwalne (nieznane zdjęcia Piłsudskiego 11 listopada), komentarz jest jednak albo w tonie prostej lekcji historii, albo patetyczno-sentymentalny.
Ale generalnie w obu serwisach ma się walić, palić, lać krew. Oto zapowiedzi na początek „Faktów” z 5 listopada, można powiedzieć – klasyka gatunku: Grypa, gorączka, a nawet śmierć w Sejmie; Telefoniczna walka o życie; Cudownie odnaleziony; Ściana strachu. I to – jak się miało okazać – wcale nie były tylko zręczne haczyki na uwagę widza. To było wszystko, o czym widz miał być tego dnia poinformowany. (Doszła tylko wiadomość o targach wokół powoływanej właśnie komisji śledczej – hazardowej).
I właśnie ze słowem „poinformowany” wiąże się duży kłopot. Widz bowiem może odnieść mylne wrażenie – jak niedawno zwierzał się nam pewien inżynier – że komentarze z offu czytane są za szybko albo też treści są za trudne jak na prostą inżynierską percepcję. Ale gdy zanalizować zawartość tych – nazwijmy je – jednostek informacyjnych, to problemy leżą w błędach narracyjnych.
Po pierwsze: otrzymujemy informacje bez zasadniczej informacji. Weźmy „Telefoniczną walkę o życie”: Zrozpaczona matka miesięcznego dziecka, które przestało oddychać, dzwoni na policję i otrzymuje instruktaż („uciskać mostek dwoma palcami 30 razy i dwa dmuchy”). Na ekranie pojawiają się rozliczni eksperci, wychwalający policjanta i utyskujący na ignorancję narodu w zakresie pierwszej pomocy. Jednego tylko nie sposób się dowiedzieć (co byłoby szczególnie istotne dla rodziców noworodków): co się stało temu dziecku i dlaczego ten rodzaj pomocy okazał się skuteczny.
Po drugie: narracja jest zwykle chaotyczna. Namnożenie rozmówców ma sprawiać wrażenie, że reporter wykonał gigantyczne zadanie i uwiarygodnił opowieść. Tyle że z ucinanych w połowie kwestii i zdań, pomieszania wypowiedzi informujących i komentujących, nijak nie sposób ułożyć sobie fabuły. Oto odnaleziono w Ustrzykach człowieka pozbawionego pamięci. Telewizja go pokazała i teraz zgłosił się syn od wielu lat mieszkający za granicą. Kamera z tej okazji przemierzyła Polskę od Ustrzyk po Otwock, gdzie ów człowiek kiedyś mieszkał. Na ekranie pojawiają się sąsiedzi, psycholog, miga schronisko dla bezdomnych w Sanoku. Ale trudno w tej pogoni dostrzec prowizoryczną choćby rekonstrukcję losów bohatera. Czy zagubił się kilka dni, miesięcy, lat temu?
Po trzecie: często informacje są watowane. Oto za przyczyną budowlanego niechlujstwa ściana rozbieranego budynku zawaliła się na jezdnię; cud – świeciło akurat czerwone światło, więc nikt tamtędy nie jechał. Ponieważ jedyny budowlaniec, któremu widocznie nie udało się umknąć przed ekipą reporterską, nie miał nic do powiedzenia, widzowie obejrzeli serię efektownych zawaleń: mostu w dalekim Jamestown, wieżowców w niezidentyfikowanej okolicy oraz kolejnego mostu. Z komentarzem, że „przy wyburzaniu jest zwykle dużo dymu i hałasu”.
Pół biedy, jeśli dla watowania pofatygowano się po materiały z telewizyjnego archiwum, gorzej, gdy polega ono na powtarzaniu tego samego w kółko. Rekord w ostatnich dniach padł w informowaniu o dwukrotnym uroczystym otwarciu 5 km lokalnej drogi przez marszałka województwa mazowieckiego, a następnie jego zastępcę. 9 listopada od godz. 19 do 20 nazwiska Adama Struzika i Stefana Kotlewskiego oraz nazwy Ciółkowo i Goślice padły kilkanaście razy.
Po czwarte: pointa musi być albo dowcipna, albo oskarżycielska. Interesujące, co sprawia więcej kłopotu autorom serwisów: mus bycia finezyjnym mistrzem pointy czy też dociekliwym śledczym? Na zakończenie wspomnianej „Ściany śmierci” reporter próbował dwóch w jednym – połączenia gry słów z adresem do organów ścigania, pytając retorycznie, czy będzie dużo dymu z całej tej historii, którą teraz, oczywiście, bada już prokurator.
Dogmat poszukiwania we wszystkim winowajcy prowadzi niekiedy do strzelenia sobie w kostkę. Oto mamy pijanego kierowcę, który wjechał w grupę wychodzących z kościoła i ciężko ranił kilka dziewcząt. Recydywista, za wypadek po pijanemu już siedział. Kamera nachalnie go ściga, pokazuje ręce w kajdankach, czerwony kaptur, słyszymy pytania: jak pan spojrzy w oczy własnym dzieciom?, jaka kara byłaby dla pana najwłaściwsza? Odpowiedź: „nie chciałbym teraz żyć”. Kiedy potem człowiek popełnia w celi samobójstwo, „Fakty” retorycznie pytają, dlaczego organa nie zareagowały, kiedy ten człowiek „na naszej antenie zapowiadał targnięcie się na życie”?
Wszystkie wymienione dogmaty lub też błędy warsztatowe – chcąc nie chcąc – służą budowaniu napięcia i pobudzaniu emocji. Rzadko chodzi o emocje pozytywne: współczucie, poczucie solidarności czy zwykłe rozbawienie. Najczęściej – o strach, poczucie beznadziei, absurdu, braku kontroli nad wydarzeniami. W obowiązkowych informacjach o służbie zdrowia, które są zwykle łącznikiem między polityką a konfekcją (grypa awansowała na czołówki), miga na chwilę chora z odnowionym guzem, niewidoma, która „straciła czucie w ręce”, dotknięte rzadkimi chorobami dzieci. Dla nich wszystkich „limity się wyczerpały”. Emerytka z kanonicznej kolejki do rejestracji zapowiada: „wielu ludzi musi umrzeć”.
Ostatecznym efektem takiej kanonady jest lęk – uogólniona obawa przed czymś do końca nienazwanym, niezidentyfikowanym, niekonkretnym. Ta emocja uzależnia. Sprawia, że każdego dnia miliony z powrotem siadają przed telewizorami. Jakby w zbiorowym głodzie adrenaliny. Jakby na jakiejś szalonej karuzeli.
CZYTAJ TAKŻE: 5 prawideł, które rządzą newswem w telewizji >>


