Z prof. Zbigniewem Mikołejko rozmowa o wierze i religii
Skradzione listy od Boga
Pana książki pełne są niezwykle subtelnych analiz biblijnych. Skąd w człowieku w gruncie rzeczy niewierzącym bierze się religijna wrażliwość?
Z konieczności. Chcę zrozumieć nie tylko to, ku czemu zmierzam, ale również to, od czego odchodzę. Poza tym Biblia to jeden z najważniejszych przekazów wiedzy o człowieku i kulturze – wiedzy często ukrytej przed nami. Różne księgi Pisma powstają w różnych momentach historii. To się w nas nawarstwia i ciągle w nas przemawia. W naszej historii nie ma zresztą nic, co trwałoby równie długo. My z tego wszyscy korzystamy, nawet gdy o tym nie wiemy, nie myślimy. Z Pismem Świętym jest bowiem trochę tak jak ze skradzionym listem z opowieści Edgara Alana Poego: nie widzimy go, ponieważ leży na wierzchu. Ten rodzaj obecności – nieobecności jest fascynujący. Tam, w Biblii, są bowiem rzeczy, które przeniknęły gruntownie do zbiorowej podświadomości i w niej pokutują. Trzeba je więc stamtąd wywlec, obnażyć. Choćby ten potworny stosunek do kobiet. Wstrząsająca jest na przykład historia żony lewity, wydanej na zbiorowy gwałt, by ocalić skórę męża, zamęczonej na śmierć, pociętej potem przez swego „pana i władcę” na 12 kawałków. Staje się więc ona obszarem męskich igraszek – seksualnych, ale także związanych z przemocą i wojną. To niewielki passus, kilka perykop – ona nie ma tutaj nawet imienia. I znika pamięć o niej, a stało się coś wstrząsającego, odrażającego. Tak jak w przypadku córek Lota, które miał spotkać podobny los, czy córki Jeftego, znowu bezimiennej, złożonej przez ojca w ofierze.
Te, niemal mechaniczne, zapisy okrucieństwa zamazanego przez perspektywę zbawienia poruszają mnie najmocniej. W imię tej obietnicy nie chcemy więc pamiętać o tym, co jest straszne, nieludzkie. Spychamy to w niepamięć, a przecież to jest napisane. I o nic innego mi nie chodzi, tylko żebyśmy czytali to, co jest napisane. Te „skradzione listy” od Boga i jego patriarchalnych wyznawców. Żebyśmy czytali w nich o Bogu, bo człowiek w końcu musi się z nim mocować. Trochę tu idę śladem tradycji żydowskiej, która nie jest pokorna w obliczu Boga. Starotestamentowi Żydzi wykłócają się przecież z Bogiem, a Jakub bije się z nim przez całą noc nad potokiem Jabbok.
Studiowanie Pisma to dla pana zmaganie się z nieistniejącym Bogiem?
Istniejącym. Bo nawet gdyby jego obecność ograniczała się tylko do Pisma, to istnieje on przecież przez to, że dyskurs tam obecny rządzi naszym życiem. Nie wiem oczywiście, czy biję się z Bogiem, czy też jedynie z tym dyskursem. Ale niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, ten dyskurs jest wszechobecny, wszechwładny. Nawet w społeczeństwach rzekomo świeckich, bo to nie jest tak, że zrzucamy z siebie sukienkę tradycji i nakładamy nowe ciuchy. Ta sukienka tradycji jest jak…
Koszula Dejaniry?
Tak. Jest w nas wpisana cieleśnie. W nasze gesty, wybory, myślenie; nawet u radykalnych ateistów. Gdy się przyjrzeć choćby Marksowi, jest on w gruncie rzeczy wierzącym Żydem, który skasował hipotezę zwaną Bogiem, ale nadal pozostaje w wierze. W swoim myśleniu jest mesjanistą, tyle że Mesjasz jest u niego zbiorowy.
To nieodparte brzemię. A skoro nieodparte, to jako nieustający, choć stary już buntownik muszę się z tym borykać. Niekoniecznie chcę je nieść. Nie chcę nieść choćby tego dziedzictwa kultury męskiej, patriarchalnej, stale zresztą obecnej nawet w głębokiej nowoczesności.
We wstępie do ostatniej książki pisze pan, że trochę oddala się od Biblii.
Może już za długo z nią przebywałem i muszę odpocząć od jej dramatyzmu. Najzwyczajniej w świecie się starzeję, czuję w kościach powiew śmierci. Potrzebuję czegoś spokojniejszego, co daje poczucie bezpiecznego żeglowania, które odnajduję w literaturze klasycznej, przede wszystkim XIX-wiecznej powieści. Chociaż całkiem odłożyć Biblii nie potrafię. Szukam w niej innych miejsc. Ostatecznie na plan pierwszy wydobył mi się Kohelet – jako najważniejsza księga Biblii. Kohelet to mój kumpel, bo on nie tworzy złudzeń: wszystko to marność nad marnościami, powiada, wszyscy jednako jesteśmy gnani do Szeolu, tej studni bez dna. I nie będzie żadnej odpłaty po śmierci, nawet żadnej świadomości Boga: umrzemy tak, jak umierają zwierzęta.
Ale jest coś ważnego – rzeczy, które mamy do zrobienia na ziemi, sad na wzgórzu, książka, którą można napisać, ludzie, z którymi się rozmawia. Ważne jest tutaj – mówi Kohelet – byś zagospodarował dobrze ów czas, który został ci dany, bo tam, w studni, nie będzie już nic. Ja nie jestem pewny, czy on tak naprawdę nie był ateuszem.
Swoją postawę określa pan jako agnostycyzm mistyczny. Jak to rozczytać?
Nie jestem w stanie kategorycznie wypowiedzieć się w sprawie nieobecności Boga. Do końca nigdy nie możemy być pewni, że coś „tam” jest, czy czegoś „tam” nie ma. Mistyczny zaś pierwotnie znaczy „tajemniczy”. A ja mam nieustanną pokusę, by wpychać paluch w ranę tajemnicy.
Jest w tym też późniejszy sens słowa mistyczny, który mówi o pozarozumowym roztopieniu się w porządku, który nas przerasta. Mam wrażenie, że on istnieje, ale nie wiem, czym jest. Może to nicość? Mistyczne otwarcie się na przerażającą nicość, która być może wynajduje życie. Mam wrażenie bowiem, że to nie śmierć jest wynalazkiem życia, ale życie wynalazkiem śmierci. Że to śmierć żywi się egzystencją. Nicość jest czymś pierwotnym i ostatecznym, kresem naszego świata, wszechogarniającą obecnością, horyzontem istnienia, w którym chcę się mistycznie roztopić. „Chcę” to może niewłaściwe słowo, bo tam rozum przestaje pracować, zostaje tylko ekstatyczne wpatrywanie się w studnię bez dna.
Nie jest to bliskie archaicznym religiom? Człowiek wtopiony w kosmos.
Nie, bo religie pogańskie mają w swym przesłaniu raczej coś niż nic. A ja mam raczej nic niż coś. Dla nich porządek natury jest pewnością. Natomiast dla mnie fundamentalny nie jest świat, ale jego unicestwiający wciąż horyzont. Wyszliśmy oto z czarnej dziury i w niej przepadniemy. Ja, pani, wszyscy, cały Wszechświat. Mój mistycyzm jest rodzajem przerażenia, grozy. Strasznie więc nie lubię rozważań o podróżach w kosmos, latach świetlnych, odległych superświatach, których nie umiem nazwać. Nie lubię języka fizyki, astronomii, bo one chcą z pełną jasnością spoglądać w ciemność. A ja się strasznie tego boję. Nie chcę używać rozumu wobec ciemności, bo ona jest bezrozumna.
Czym dla agnostycznego mistyka jest Boże Narodzenie? Pięknym mitem o zwycięstwie światła nad ciemnością?
Tak, to mit o walce ze złem i demonią. Lubię je więc ze względu na pokrzepiającą iluzję. W tym święcie mieszka zarazem świadomość, że otacza nas ciemność, demony są wtedy najsilniejsze, świat zmarłych – arcypotężny. Zimowe przesilenie rozpoczyna tym samym cykl dwunastu strasznych dni, kończący się 6 stycznia, w Święto Trzech Króli, gdy najmocniej pracują tryby zmagań światła z ciemnością. No i światło w końcu zwycięża, rozpoczynając nowy, astronomiczny cykl.
To piękna i użyteczna recepta, sięgająca jeszcze w dzieciństwo ludzkości. Boże Narodzenie, jak każde święto, jest przy tym zawieszeniem porządku, wyrwą w czasie, jego otwarciem się na wielki przestwór, w którym żywi i zmarli mieszają się ze sobą. Nie ma tu kosmosu, jest chaos pierwotny i przedustawny. Świat nie jest jeszcze gotowy, rzeczy dopiero się stają. Mamy więc coś ocalającego, odnawiamy siły poprzez zwycięstwo światła. Tu aż kipi od symboli, zresztą także mrocznych i niepokojących. Choćby ów pusty talerz, który stawiamy na stole, przeznaczony jest dla zmarłych. A potrawy, takie jak mak, susz, grzyby, nawiązują do przestrzeni zaświatowej. Zwierzęta natomiast mówią, bo w przywoływanym przy świętach pierwotnym czasie nie odróżniają się jeszcze językiem od ludzi i bogów.
Ale tej symboliki nikt już dzisiaj nie rozumie.
To jest jak z naiwną etymologią słów czy naiwnym wyjaśnianiem alegorii. Za sprawą kultury nowoczesnej zatraciliśmy bowiem zdolność czytania języka mitu, symbolu, rytuału. To wielki cios dla europejskiej tradycji.
Paul Ricoeur mówił o trzech epokach w dziejach ludzkości. Pierwsza to dziecinna naiwność, gdy żyliśmy w przestrzeni religii naturalnej, a mit, rytuał i symbol były sposobami bycia w świecie i jego pojmowania. Potem przyszła nowoczesna nauka, gdzieś w XVII stuleciu, która wszystko odczarowała, uznając, że to odczarowanie jest wspaniałą przygodą. I było, dopóki nie zmieniło się w działania znudzonych specjalistów od czarnych dziur i kwarków, których nie rozumiemy i którzy wzajem siebie nie rozumieją. Rodzi się więc w nas tęsknota za językiem mitów, rytuałów i symbolu, ale już go nie mamy – utraciliśmy go na rzecz języka nauki. Nic już z tego nie pamiętamy. Przypisujemy choćby tradycję choinki Lutrowi, który nienawidził jej jak jasna cholera, bo – całkiem słusznie – miał ją za zupełny poganizm. Z pogańskich wierzeń bierze się przecież to wiecznie zielone drzewo – jako odpowiedź na śmierć. Co więcej: nawet krzyż przestał już być dla wielu symbolem. Stał się tylko znakiem, przekształcił w ideologiczne narzędzie do wynajęcia.
Wskrzeszanie języka mitu to misja religioznawcy?
Chciałbym, żeby tak się stało, żeby dokonało się podobne wskrzeszenie: bo wszyscy mamy w sobie tę tęsknotę – za dzieciństwem, także tym pradawnym dzieciństwem ludzkości.
Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, profesor w Warszawskiej Wyższej Szkole Humanistycznej im. Bolesława Prusa i kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN; ostatnio wydał książkę „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”.


