Mariusz Janicki, Paweł Walewski
16 stycznia 2010

Leczenie, ale kogo?

Niezdrowa hipokryzja

Szara strefa decyzji

Ten rodzaj decyzji pozostaje w specyficznej szarej strefie niedomówienia, gdzie ludzkie życie, oczywiście nie wprost, ma (bo musi mieć) swoją określoną wartość. Wprowadzane są ogólne zabezpieczenia, które sprawdzają się niejako statystycznie. Zawsze ktoś może z tego systemu wypaść i to też jest wpisane w system. Ten nasz jest jednak szczególnie nieprzejrzysty, zabałaganiony, pełen wzajemnych animozji i urażonych ambicji już nie tylko pomiędzy grupami interesu (firmami farmaceutycznymi, środowiskami lekarskimi, związkami zawodowymi), ale decydentami odpowiedzialnymi za zdrowie i bezpieczeństwo chorych.

Wiele wskazuje na to, że chaos związany z chemioterapią niestandardową wcale nie został spowodowany błędami interpretacyjnymi – co próbowali wmówić opinii publicznej wiceminister zdrowia Marek Twardowski i szef NFZ Jacek Paszkiewicz – ale również personalną wojną, jaka rozgrywa się od co najmniej roku między tymi instytucjami. Tracą na niej nie tylko pacjenci onkologiczni z rakiem nerki (za którymi wstawiły się media), ale też chorzy z nadciśnieniem płucnym, glejakami mózgu, łuszczycą i niektórymi postaciami zapaleń stawów – którzy od 1 stycznia zostali pozbawieni leczenia farmakoterapią niestandardową, bo zabrakło podstawy prawnej umożliwiającej szpitalom podawania zarejestrowanych w Polsce, choć nierefundowanych leków (są dla NFZ zbyt drogie).

Dlaczego takiej podstawy nie ma? Ponieważ latem 2009 r., wprowadzając tzw. ustawę koszykową, minister Ewa Kopacz odebrała prezesowi NFZ możliwość decydowania, które programy terapeutyczne może finansować – odtąd wszystko jest zapisane w rozporządzeniach koszykowych, a te ustala minister. Prezes Paszkiewicz we wrześniu, gdy koszyk był już podpisany (z terminem obowiązywania od 1 stycznia 2010 r.), postanowił okazać się dobrym wujkiem i nie mając jeszcze związanych rąk nową ustawą, wydłużył listę programów terapeutycznych. Problem w tym, że Ewa Kopacz, nie potrafiąc się dogadać z prezesem NFZ, „swojego” koszyka nie znowelizowała – pacjentów pozostawiono więc w luce prawnej.

I jeszcze jeden, tylko pozornie odległy przykład: sprzęt medyczny. Okazuje się, że szpitale czasami odmawiają jego przyjęcia, nawet jeśli pochodzi ze szlachetnego daru, np. od Jurka Owsiaka. Dużo takiego całe miesiące nieużywanego sprzętu stoi w szpitalach i przychodniach. A potem przychodzą inspektorzy na kontrolę, stwierdzają marnotrawstwo, domagają się ukarania winnych, a media temu przyklaskują.

Same urządzenia, nawet bardzo drogie, mają tylko wartość księgową, jeśli nie są obudowane etatami obsługi, pieniędzmi na eksploatację i konserwację. A to podlega kontraktom z NFZ. Jeśli nie ma na to pieniędzy, sprzęt stoi, a ludzie czekający na diagnozy i leczenie są sfrustrowani, widząc w zasięgu ręki nieużywane instrumenty, które są im tak potrzebne.

Zróbmy referendum

To, że dzisiaj politycy i urzędnicy oficjalnie nie podnoszą jawnie problemu granicy kosztu podtrzymania życia, nie oznacza, że jej nie ma. Ona jest, tyle że rozmywa się w codziennej rzeczywistości szpitalnej, w procedurach, w kolejkach, w ministerialnych zezwoleniach i konsultacjach. Co w tej sytuacji robią urzędnicy? Rozsyłają, jak Aleksander Szczygło, szef prezydenckiego BBN, ankiety do szpitali. Zapewne po to, aby potem wskazać „winnych zaniedbań i braku pieniędzy”, z PO oczywiście.

Z tej hipokryzji jest wyjście. Politycy mogą powiedzieć: tak, będziemy ratować życie każdego Polaka do końca, nawet w przypadkach beznadziejnych, za każdą cenę, także w sensie ekonomicznym. Jeśli tylko istnieje terapia, która wydłuży życie człowieka nawet o kilka tygodni czy dni, zastosujemy ją wobec każdego.

Państwo zapłaci za każdą operację, która poprawi stan zdrowia chorego, umożliwi mu lepsze funkcjonowanie w społeczeństwie, a jeśli nie będzie ona możliwa w Polsce, sfinansuje ją za granicą. Nie będzie już tych smutnych ogłoszeń w prasie z prośbą o wsparcie. Nie będzie też wielomiesięcznych kolejek do specjalistów, wszyscy będą przyjmowani na bieżąco. Zatrudni się nowych lekarzy, a jeśli będzie trzeba – wybuduje nowe przychodnie i szpitale. Każdy lek ratujący i podtrzymujący życie będzie powszechnie dostępny, a wszelkie nowinki sprowadzi się z zagranicy. Nikt nie umrze przed swoim czasem z braku pieniędzy. A potem niech to podsumują i powiedzą, ile to ma kosztować.

Bo jeśli ludzkie życie jest bezcenne, to po co budować stadiony, autostrady, po co finansować kulturę i setki innych celów, bez których można jakoś żyć. A jednak obywatele chyba chcą to mieć, godzą się, iż te dziedziny są finansowane z budżetu, choć te środki mogłyby iść np. na niestandardowe leczenie nowotworów. Czyli pośrednio przyznają, że ludzkie życie ma jednak cenę.

Jeśli politycy nie wiedzą, co zrobić, dla spokoju sumienia powinni zarządzić ogólnonarodowe referendum. Ono zdecyduje, czy należy podnieść i upowszechnić składki na zdrowie, czy np. wprowadzić częściową odpłatność za wizyty w przychodniach, dającą płacącym pewne przywileje, czy objąć obowiązkiem ubezpieczeń rolników i inne grupy zawodowe, zwolnione dziś z tego wymogu. Polacy sami odpowiedzieliby, ile warte jest ich własne i cudze życie.

Jeśli nie zgodzą się na żadne podniesienie swoich obecnych wydatków na zdrowie, pośrednio dadzą zielone światło temu stanowi, który istnieje dzisiaj, może z jakimiś małymi korektami. Hipokryzja pozostanie, przerywana wybuchami moralnego oburzenia.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną