Janina Paradowska
20 stycznia 2010

Tusk nie będzie kandydował?

Raczej nie

Jeśli nie Tusk, to Komorowski?

Dlaczego Tusk powinien kandydować? Powinien, gdyż jest symbolem walki z resztówkami państwa PiS, a jego zasadniczym celem jest skuteczne odsunięcie od władzy prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ten argument ma solidne podstawy. Trzeba skończyć z przejmowaniem, czy wręcz zawłaszczaniem przez urząd prezydencki kompetencji władzy wykonawczej, tak w sferze polityki zagranicznej jak i wewnętrznej. To ustawianie się prezydenta i jego urzędników w roli dawnych sekretarzy partii (co jest bardzo dobrze widoczne w zgłoszonym właśnie przez PiS projekcie konstytucji), wprowadza w państwie ciągły niepokój, niepewność, rywalizację, uniemożliwia skuteczne rządzenie. Prezydencka wygrana Tuska obok wymiaru symbolicznego, czyli zamknięcia dziwacznego rozdziału pod nazwą IV RP, miałaby więc też wymiar praktyczny.

Jeżeli premier nie kandyduje, to ów symboliczny wymiar, utrwalony przez lata w opinii publicznej, oczekującej na ostateczne rozstrzygnięcie – Tusk czy Kaczyński? – znika, a przynajmniej staje się mniej ważny. Jeżeli Tuska może zastąpić praktycznie każdy polityk PO, to właściwie stawka nie jest aż tak wysoka. Zmiana kandydata może też podbudować pozycję Lecha Kaczyńskiego. Obecnemu prezydentowi potrzeba każdego łyku tlenu, bo po serii katastrofalnych sondaży trudno już nawet robić dobrą minę do złej gry.

Pozycja Bronisława Komorowskiego, który jako jedyny kandydat wchodziłby w grę (Buzek odpada, bo byłaby to kompromitacja europejska), nie jest już tak mocna, a w miarę upływu kampanii wyborczej może nawet słabnąć. Jest ciągle grono tych, którzy będą przypominać jego kierownicze funkcje w wojsku, zapewne do gry wrócą jakieś strzępy raportów z likwidacji WSI, pojawi się seria „Misji specjalnych” i różnych innych misji, których jedynym celem będzie niszczenie tej kandydatury. Jeżeli komuś wydaje się, że w konkurencji z Lechem Kaczyńskim (i jego zapleczem) droga po prezydenturę jest spacerkiem, to się myli.

Niewygodny, tylny fotel

Racjonalnych argumentów przeciwko kandydowaniu jest wiele. Pozostanie Tuska na stanowisku premiera i szefa partii daje gwarancję, że proces modernizacji kraju będzie kontynuowany, a przyjaźniejszy prezydent stwarza szansę odblokowania głównych projektów Platformy. Rezygnacja z prezydentury daje też gwarancję stabilizacji w partii i okiełznania ambicji konkurentów do ewentualnej sukcesji.

Trzeba też przypominać o wymiarze międzynarodowym. Tusk z grona debiutantów wszedł do rodziny europejskich „seniorów”, do grona tych, z których głosem trzeba się liczyć. Na taką pozycję premier Komorowski musiałby dopiero zacząć pracować. Oczywiście duet: prezydent Tusk, premier Komorowski miałby swoją siłę, ale jednak prezydent musiałby bardziej sekretnie kierować sprawami polityki zagranicznej, skoro tak walczył o ustalenie granic współpracy z prezydentem obecnie urzędującym. Takie kierowanie z tylnego fotela prędzej czy później przestaje się opłacać, gdyż mnoży konflikty nawet w najlepiej ułożonej ze sobą rodzinie.

Zapewne do części opinii publicznej trafią racjonalne argumenty na rzecz ewentualnej rezygnacji Tuska z kandydowania, ale nie od racjonalnych inteligentów zależeć będzie wynik wyborów, ale od ludzi, do których wyobraźni przemówi jedno stwierdzenie: Tusk stchórzył.

Donald Tusk w przeszłości wykazywał się sporą intuicją, gdy idzie o podejmowanie strategicznych decyzji. Nie zawiązał koalicji PO-PiS, która mogła stać się nieszczęściem nie tylko dla jego partii; nie dał się namówić na żadne, nawet pozorne koalicje z Samoobroną i LPR; i poszedł na wybory parlamentarne, które wygrał też dzięki politycznej intuicji, podpowiadającej kiedy i do jakiej debaty stanąć. Czy teraz ten instynkt go zawodzi? Decyzja o kandydowaniu lub nie nie musi być ogłaszana już za kilka tygodni. Platforma i premier nie mają powodu, aby wcześnie otwierać kampanię i długo ją ciągnąć. To jest naturalny interes grupy pościgowej.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»