Janina Paradowska
2 lutego 2010

Nie kandyduje i co dalej?

Mus Tuska

Siła charakteru

Nowa sytuacja polskiej polityki polega między innymi na tym, że bardzo urosła funkcja premiera nawet ponad konstytucyjne uprawnienia. Ranga urzędu nie zależy bowiem wyłącznie od przepisów zawartych w ustawach, zależy także od osobowości i cech charakteru tego, kto urząd sprawuje. Aleksander Kwaśniewski nie dlatego do dziś uważany jest za wzór prezydenta, że miał szczególne uprawnienia, ale dlatego, że jego cechy, zdolność do kompromisu, niechęć do wchodzenia w niepotrzebne spory zjednywały mu przychylność opinii publicznej. Lech Kaczyński postrzegany jest przez większość jako źle pełniący swój urząd nie dlatego, że odmawia mu się patriotyzmu czy trwałych przekonań, ale dlatego, że cechami głównymi jego prezydentury stały się kłótliwość, małostkowość, nieporadność, a przede wszystkim nadmierna usłużność wobec partii brata. To obniżyło rangę urzędu.

Podobnie jest z premierami. Leszek Miller nazywany był kanclerzem dlatego, że przez pierwsze miesiące sprawowania rządu rzeczywiście nim był. Nie bał się dużych cięć budżetowych, zaaplikowanych przez Marka Belkę, co nie miało nic wspólnego z lewicową wrażliwością; przyspieszył stojące w martwym punkcie rokowania z Unią Europejską, w czym zresztą miał wsparcie prezydenta. Zaczął tracić nie tylko na aferalnym klimacie, w którym pogrążała się partia, ale także dlatego, że za wyzwaniami stawianymi przez rząd, właśnie zupełnie nielewicowymi, nie nadążała partia, dla której lewicowa postawa zawierała się w spełnianiu roszczeń. Przy liberalnej polityce Millera ta partia musiała się rozsypać, a klimat aferalny jedynie rozpad przyspieszał.

Donald Tusk też ma dziś władzę prawie kanclerską, którą sobie wywalczył, między innymi werdyktem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie prowadzenia polityki zagranicznej. Ten werdykt wyraźnie podciął skrzydła Lechowi Kaczyńskiemu i uspokoił harce w polityce zagranicznej, a przejście prezydenta na pole krajowe kończy się jakimiś ankietami BBN do dyrektorów szpitali, by opisali stan finansów, co w sytuacji, gdy zawetowało się zasadnicze zmiany, wygląda zgoła bezwstydnie.

Wywalczył sobie Tusk również niezwykle silną pozycją we własnej partii. To prawda, że decyzję o niekandydowaniu wielu, do czasu ogłoszenia, kontestowało. Rzecz jednak charakterystyczna, że bardziej na szczytach partii niż w terenie. Dla działaczy terenowych ważniejsze są wybory samorządowe i parlamentarne niż prezydenckie, na których korzysta głównie najbliższe otoczenie prezydenta, zapewniając sobie w miarę wygodne życie na kilka lat.

Siła rządu Tuska i jego własna silna pozycja jako premiera-kanclerza wynika w dużej mierze także z tego, że obecny rząd nie jest zbiorowiskiem partyjnych działaczy. To jest rząd autorski i każda nominacja, także ostatnia – ministra środowiska świadczy o tym, że Tusk partii nie ulega. Przeciwnie, on ją prowadzi i ona poza nim nie ma innego lidera. Paraliż mogłaby wywołać dyskusja o sukcesji, a tej nie będzie. Przynajmniej przez najbliższe kilkanaście miesięcy. I to jest też jeden z ważnych elementów planu Tuska. A ponieważ jego hasłem jest wykorzystanie najbliższych miesięcy na „położenie trwałych fundamentów pod modernizację kraju”, stawia też w trudniejszej sytuacji prezydenta, opozycję i koalicjanta wreszcie. To już nie są zabawy w komisję hazardową, to jest powiedzenie: sprawdzam.

Premier zużywa się szybciej

Nie ma wątpliwości, że premier podjął decyzję w sytuacji trudniejszej niż kilka miesięcy temu. Pomijając już opozycję i kampanię prezydencką (która rząd będzie obijać, gdyż kandydaci z krytyki gabinetu nie zrezygnują), nie są tajemnicą koalicyjne nieporozumienia. Konflikt między minister pracy Jolantą Fedak, popieraną przez Waldemara Pawlaka, a Michałem Bonim, szefem Komitetu Stałego Rady Ministrów, wszedł już w fazę publicznego sporu, i to są spory merytoryczne, a nie ambicjonalne.

Przedstawiony plan konsolidacji finansów publicznych nie jest dokumentem rządowym ani koalicyjnym, a w wielu miejscach narusza interesy PSL. Twarde postawienie premiera na prywatyzację, której zaawansowanie ma być co tydzień sprawdzane podczas posiedzeń Rady Ministrów, w czasie gdy nic nie słychać o prywatyzacji pracowniczej, preferowanej przez PSL, jest też dla ludowców wyzwaniem. Plan jest propozycją PO, na którą trzeba uzyskać najpierw zgodę PSL, a potem być może SLD, gdy trzeba będzie wziąć pod uwagę prezydenckie weto. Nie jest też przesądzone, kogo ludowcy wystawią ostatecznie w wyborach prezydenckich. Dotychczas obowiązywała umowa, że jeżeli Tusk startuje, to Waldemar Pawlak nie. Teraz, w wyraźnie rozgoryczonym PSL, plany mogą ulec zmianie i pojawi się nacisk na Pawlaka, aby jednak stanął do walki. Tym samym kampania wkroczyłaby jednak bezpośrednio do rządu.

Zagrożeń jest wiele, w tym i to, że funkcja premiera zużywa każdego polityka, a partia nadmiernie silna automatycznie ulega stopniowej demoralizacji. Dotychczas Donald Tusk pokazywał, że ma polityczny instynkt, że władza i kłopoty z nią związane go hartują, że uczą odporności, a nawet bezwzględności. Od kilku miesięcy poznajemy nowego Donalda Tuska, który coraz mniej przystaje do dawnego wizerunku młodego liberała, opowiadającego, że politycy to klasa próżniacza. Teraz złamał kolejny schemat w dość powszechnym myśleniu o nim jako polityku; zaryzykował jeszcze bardziej.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»