Błędy językowe naszych polityków
Jak oni grzeszom
Komisja hazardowa pokazuje język
Wypowiedzi świadków wzywanych przed komisję są pasjonujące, ale nie tak bardzo, jak sam język posłów śledczych. Zamiast „stenogramów” – słyszymy więc „scenogramy”, zamiast „protokołu” – błędne „protokółu” (a to przecież prosta analogia do odmiany „stół”/„stołu”). Problemy, i to całkiem spore, mają też posłowie z „kulisami”. Nie znają bowiem niestety zwykle „kulisów” (błąd!), a nie „kulis” sprawy.
Ucho boli też, gdy wspomniany już wcześniej poseł Wassermann „włancza” coś do śledztwa. Czy, per analogiam, przyszłoby mu do głowy to „włanczyć”? Całkiem podobnie rzecz się ma z przymiotnikiem „przekonywujący” (domena reszty posłów). Przecież bezokolicznik w formie „przekonywuć” nie istnieje, więc jedynymi dopuszczalnymi formami są „przekonujący” lub „przekonywający”.
Na uwagę zasługuje jeszcze poseł Wassermann, gdy próbuje „oglądnąć” jakieś dokumenty. Po tej wariacji na temat „obejrzeć” można (nie wiedząc wcześniej nic o pośle z PiS) z dużym prawdopodobieństwem określić, że pochodzi on z okolic Krakowa. „Oglądnąć” jest bowiem charakterystycznym dla tamtych stron regionalizmem. Za poważny błąd w mowie potocznej uznać go co prawda nie można, ale dokumenty lepiej jest „obejrzeć”.
Należałoby też przypomnieć, że stopniowanie przymiotników w języku polskim jest już na tyle trudne, by nie musieć go dodatkowo komplikować. Dlatego wszelkie jego apele o „bardziej zrozumialsze” wypowiedzi świadka nie spowodują, że staną się one dzięki temu błędowi „bardziej zrozumiałe” (jedyna poprawna forma tego stopnia wyższego).
Posiedzenia wszystkich komisji śledczych pokazują, jak bardzo słowa posłów z wykształceniem prawniczym toną w gąszczu „branżowej” mowy-trawy. Na przykład występujące często w pismach procesowych „w związku z powyższym”, które sprawdza się raczej w druku, a nie w mowie, bowiem „powyżej” posła (najczęściej Wassermanna) jest zwykle tylko sufit. Często (głównie za „sprawstwem” posłanki Beaty Kempy z PiS) usłyszeć można, że coś „miało miejsce”. To niepotrzebnie nadużywany przez prawników rusycyzm, który ma swoje polskie odpowiedniki – coś „wydarzyło się” czy też „odbyło”. Podobnie jest z "ma wiedzę" (niech "wie"!).
Bawić też może nadużywanie (żeby to jeszcze poprawne!) sformułowań łacińskich. Mało który z sejmowych jurystów wykorzystał „ad hoc” do właściwego językowo celu. „Ad hoc” bowiem znaczy tyle, co „doraźnie” i „tymczasowo”, a nie „nagle” czy „naprędce”. Często mylą też dwa inne wyrażenia - „sensu stricte” (poprawne brzmienie: „sensu stricto”) ze „stricte” (błędne: „stricto”).
Inny zabawny zgrzyt przydarzył się posłowi Urbaniakowi z komisji hazardowej, który do jednego ze świadków wypalił: „Jest pan subtelny jak nurek delficki”. Poseł Urbaniak – z wykształcenia co prawda matematyk – pomylił poprawnego „nurka delijskiego” (znanego m.in. z Sokratesa) z wyrocznią delficką.
Zepsuty datownik
Absolutnie wszyscy politycy mają językowe problemy z czasem. Mówią, że coś się wydarzyło w roku np. „dwutysięcznym dziesiątym”. Ciekawe, czy któremukolwiek z nich przyszłoby do głowy ponad dekadę wcześniej mówić o roku „tysięcznym dzięwięćsetnym dziewięćdziesiątym”? Raczej nie. Mamy rok „dwa tysiące dziesiąty” (wie o tym, jako jeden z nielicznych, poseł Bartosz Arłukowicz z Lewicy).
Bywa, że posłom czas myli się z miejscem. Gdy mówią, że coś się wydarzyło „w okolicach 22 lipca”, chciałoby się zapytać, czy chodzi im o jakąś nazwę ulicy? Bo „w okolicach” dotyczy wyłącznie przestrzeni (i to nie czasowej).
Niefortunne jest również łączenie „półtorej” z rzeczownikami rodzaju męskiego. Powstają w ten sposób językowe dziwolągi w postaci „półtorej dnia” czy „półtorej roku”. Tymczasem forma „półtorej” odnosi się tylko i wyłącznie do rodzaju żeńskiego, np. półtorej godziny. Osobną kwestią pozostaje nagminne mylenie „ilości” z „liczbą”, np. w wyrażeniach „ilość godzin” czy „ilość dni”. Przypomnijmy: „ilość” wiąże się tylko z niepoliczalnością, a godziny czy dni są jak najbardziej do zliczenia, stąd właściwa będzie tylko „liczba”.
O dziwo, bezbłędnie
Czy zastanawialiście się Państwo kiedyś, jak człowiek bardzo wykształcony może mówić „inteligientny” zamiast „inteligentny” (zgodnie z pisownią)? To przykład prof. Jadwigi Staniszkis. Jeśli tak, to spieszę donieść, iż błąd to żaden, a jedynie przestarzała forma wymowy.
Co ciekawe, nie powinno też boleć ucho od formy „tatowi” Zbigniewa Derdziuka (były minister, członek Rady Ministrów w rządzie Donalda Tuska, obecny szef ZUS). Obśmiały ją media, a wcześniej kpił z niej Kazik Staszewski, ówczesny kolega Derdziuka z wydziału socjologii UW (w jednej z piosenek: „No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi? Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”). Zupełnie niesłusznie, bowiem „tatowi” jest regionalizmem, i dopuszcza się go w mowie potocznej (jako oboczność do „tacie”).
Nie można się też już przyczepić do preferowanego przez większość posłów zaimka wskazującego „tą”. Jeszcze do niedawna - tak w mowie, jak i w piśmie - dopuszczalna była jedynie forma „tę” (np. tę ustawę, tę klauzulę). Według zaleceń liberalnie nastawionej Rady Języka Polskiego można jednak od kilku lat uprawiać już zarówno „tę”, jak i „tą” politykę.
Poprawność językowa parlamentarzystów wydaje się być poniżej średniej krajowej. Są jednak przypadki warte pochwalenia, na przykład szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak i hiperpoprawny, zwłaszcza dykcyjnie, minister Sprawiedliwości, Krzysztof Kwiatkowski. Do tego ostatniego przyczepić się można chyba tylko za połykanie literki „w” w nazwiskach zakończonych na „-ski” (nieustannie ostatnio w kontekście sprawy gen. Papały powtarzany „Zirajeski”).
Czy jednak za te językowe błędy należy się politykom wszechobecne w ich wypowiedziach „ukamieniowanie” (poprawnie: „ukamienowanie”)? Wszak my dziennikarze sami też nie jesteśmy bez winy. W pośpiechu niejeden błąd w artykule i na stronie internetowej nam się trafił. Warto jednak znać swe błędy, aby nad nimi pracować. Mylić się jest rzeczą ludzkom. ;)


