Zaskoczenia nie było. Prezydent Lech Kaczyński wybrał sędziego Andrzeja Seremeta na stanowisko prokuratora generalnego, pierwszego od dwudziestu lat niezależnego, oddzielonego od funkcji ministra sprawiedliwości.
Taka decyzja była nie tylko spodziewana, ale nawet pewna. Z kilku powodów. Po pierwsze panowało oczekiwanie, że pierwszym nowym prokuratorem będzie sędzia - wyraźnie mówiono o tym uchwalając zmiany w ustawie o prokuraturze. Po serii kompromitacji i skrajnego upolitycznienia prokuratury, zwłaszcza w okresie rządów ministra Ziobry (choć i jego poprzednicy sporo grzechów na swych kontach zapisali), uznano, że tylko sędzia, mający niejako zakodowany gen niezawisłości, będzie umiał oddalić prokuraturę od polityki.
Po drugie, kontrkandydat, obecny prokurator krajowy Edward Zalewski musiał być postrzegany przez prezydenta jako bliski obozowi rządzącemu. W tym utwierdzali go zresztą działacze PiS oraz część mediów, szukających na siłę politycznych konotacji. Zapewne sprawą przesadzającą stało się postawienie zarzutów byłemu szefowi CBA Mariuszowi Kamińskiemu, a więc prawie męczennikowi prezydencko – pisowskiego obozu. Zalewskiego próbowano wiązać bezpośrednio z tą sprawą, upowszechniając informacje o jakichś wyjątkowych naradach prokuratorów z Rzeszowa, o naciskach, aby jednak te zarzuty postawić.
Po trzecie wreszcie prezydent miał uchwały popierające sędziego Seremeta, wśród nich Rady Prokuratorów oraz stowarzyszenia „Ad Vocem” grupującego głównie prokuratorów najaktywniejszych w okresie rządów ministra Ziobry. Fakt, że prokuratorzy, którzy jeszcze niedawno gwałtownie protestowali przeciwko temu, aby to sędzia był pierwszym generalnym, a potem wyrazili swoiste votum nieufności Zalewskiemu, jest jednym z najciekawszych zdarzeń w całym procesie wyboru.