Polscy lobbyści
Zadżumieni
Wywieranie wpływu na posłów jest trudne, ponieważ stosują oni tzw. zasadę ominięcia przeszkody – czyli nagłe zejście z drogi, wycofanie się w boczny korytarz, a w ostateczności zawrócenie. Gdy przeszkody nie można ominąć, trzeba jej odpowiedzieć: nie mam czasu, albo: jestem zajęty. Tomasz Zapalski z firmy Multi Communications wykonuje wówczas telefon ratunkowy do biura poselskiego. – Gdy poseł się dowiaduje, że rozmawia z lobbystą, rzuca słuchawkę. Albo prosi, żebym zadzwonił za chwilę, i wtedy już w ogóle nie odbiera telefonu – mówi Zapalski, który kilka miesięcy temu poprosił jedną z posłanek PiS, by poinformowała go, jakie stanowisko jej klub zajmie w sprawie ustawy. – Wściekła się na mnie i zapytała, jak śmiem ją o to pytać – opowiada Zapalski, jeden z 16 zarejestrowanych w Sejmie lobbystów.
Posłanka nie wiedziała, że lobbyści są po to, by w sposób jawny prowadzić działania na rzecz swoich klientów, wzburzona weszła na trybunę sejmową i powiedziała: „Proszę sobie wyobrazić, że lobbyści dzwonią do mnie i pytają, co się dzieje z ustawą”.
Po aferach: Rywina, Grabka, Skórki i hazardowej, słowo lobbysta jest najgorszą inwektywą, jaką można obrazić posła. Równie obraźliwe jest „bycie na usługach lobby” oraz „sprzyjanie lobby”. Od dłuższego czasu parlamentarzyści wolą się trzymać od lobbystów z daleka. Z roku na rok wzmacnia się przekonanie, że lobbysta jest człowiekiem podejrzanym, więc nie należy się z nim spotykać, bo może się to odbić na reputacji posła.
„Lobbing określam jako układ sitw (kolesiów) lub koligacji rodzinnych, których celem jest nieuczciwe osiąganie korzyści majątkowych i zaspokajanie własnych żądz, które z kolei prowadzą nieuchronnie do zakamuflowanej korupcji, a w konsekwencji do strat ekonomicznych i moralnych oraz przestępstw” – napisał jeden z posłów w ankiecie przeprowadzonej przez Fundację Batorego. Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją, powiedziała kiedyś, że w cztery oczy nie spotkałaby się nawet z legalnie działającym lobbystą.
Pod dyktando
Do ostatecznej rozprawy z lobbystami w ciągu minionej dekady wzywało wielu polityków. Jednym z ważniejszych był szef ABW Andrzej Barcikowski, który na zamkniętym posiedzeniu Sejmu w 2003 r. ogłosił, że sprawy w polskim państwie toczą się pod lobbystyczne dyktando, a zagraniczne koncerny poprzez wynajętych lobbystów wykorzystują dziennikarzy do promowania swoich rozwiązań. W ten sam sposób obce wywiady miały wpływać na media, by te przekazywały negatywne informacje o działaniach polityków SLD.
Wystąpienie Barcikowskiego zbiegło się w czasie z ujawnieniem informacji, że szef klubu SLD Jerzy Jaskiernia miał wziąć 10 mln zł łapówki za przeprowadzenie korzystnych zmian w ustawie o jednorękich bandytach (sprawę po latach prokuratura umorzyła, nie dopatrując się znamion przestępstwa). Ale przy okazji wyszło na jaw, że społecznym asystentem Jaskierni jest Maciej Skórka, właściciel firmy hazardowej, który w SLD zabiegał o ustawę niezwykle korzystną dla swojej branży.
Barcikowski powtarzał, że jeśli państwo nie ureguluje szybko sprawy lobbingu, będzie nadal słabe i wykorzystywane. „Brak przepisów sprzyja lobbystom, którzy we własnym interesie próbują posługiwać się dezinformacją, spreparowanymi półprawdami, by podważać decyzje dobrze służące interesowi publicznemu” – tłumaczył dziennikarzom. Po aresztowaniu w 2004 r. Marka Dochnala, którego prasa okrzyknęła królem lobbystów, i posła SLD Andrzeja Pęczaka, którego Dochnal korumpował, w świadomości społecznej pojawił się znak równości między lobbingiem a korupcją.
– Słowo lobby zostało wtedy zadżumione – mówi Marek Matraszek z firmy CEC Government Relations, najdłużej działający lobbysta na polskim rynku. – Na wizerunek naszego zawodu miały wpływ wielkie afery biznesowo-polityczne.
Na fali rozprawy z lobbystami Sejm powołał nadzwyczajną komisję, by zajęła się ustawą, która sprawi, że proces stanowienia prawa będzie przejrzysty, a działania lobbystów kontrolowane na każdym kroku.
Ustawę posłowie przyjęli pięć lat temu. Odtąd każdy profesjonalny lobbysta musiał się zarejestrować w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, a potem w parlamencie. Regulamin Sejmu określa, że lobbysta powinien mieć przy sobie kartę wstępu o wymiarach 85 na 55 mm wywieszoną na ubraniu w widocznym miejscu. Karta taka jest ważna tylko 3 miesiące. Na mocy ustawy każdy krok lobbysty jest śledzony i każda jego wizyta w ministerstwie, komisji, spotkanie z posłem czy urzędnikiem powinno być odnotowane. Po spotkaniu z lobbystą ministerialny urzędnik ma obowiązek sporządzenia notatki i wywieszenia informacji w sieci. Dlatego urzędnicy jak ognia unikają takich spotkań.
– Fikcja tej ustawy polega na tym, że nie podlegają jej firmy, które lobbują we własnym imieniu – mówi Marek Matraszek. – Kontroli podlegają jedynie lobbyści działający na rzecz innych firm. Dlatego w polskim parlamencie zarejestrowanych jest tylko 16 lobbystów. – Wepchnięto lobbing do szarej strefy i przeniósł się on pod ziemię – mówi były lobbysta Andrzej Długosz z firmy Cross Media. Jego zdaniem lobbysta od załatwiacza różni się tym, że ten pierwszy nie bierze zaliczek, podpisuje umowę z klientem, wystawia rachunki i nigdy nie obiecuje załatwienia sprawy na sto procent.
Gdy rok temu branża hazardowa zwróciła się o pomoc do Długosza, ten odpowiedział, że jedyne, co może zrobić, to prowadzić legalne działania w ministerstwie i Sejmie. Zniechęcili się i powiedzieli: „Ty nie potrafisz nam tego załatwić”. – Próbowali zrobić to, co każdy polski przedsiębiorca chce zrobić w oparciu o swoje życiowe doświadczenie, czyli załatwić sprawę. Specjaliści, prawnicy i lobbyści są potrzebni, o ile potrafią dotrzeć do urzędników decydujących o danej sprawie – tłumaczy Długosz.
Paradoks ustawy polega również na tym, że Ryszard Sobiesiak postępował zgodnie z jej literą. Oskarżanie go o nielegalny lobbing jest nieporozumieniem, ponieważ działał on we własnym interesie i nie korzystał z pośrednictwa wynajętych firm lobbingowych.
Skąd się wzięli lobbyści
Pierwsze firmy lobbingowe pojawiły się w Polsce na początku lat 90. Wcześniej nie było takiej potrzeby. – W systemach totalitarnych wystarczy dogadać się z władzą – mówi Długosz, który na początku lat 90. zaczynał karierę u światowego potentata – w amerykańskiej firmie Burson-Marsteller, otwierającej wtedy biura w Polsce. Nowojorska agencja znana była wówczas na całym świecie z działalności lobbingowej, a także z ocieplania wizerunków takich polityków jak Nicolae Ceauşescu i Augusto Pinochet.
W 1992 r. Długosz uczestniczył w swoim pierwszym wielkim projekcie lobbingowym, do dziś opisywanym w magazynach PR. Był to czas, gdy papierosy leżały na łóżkach polowych wystawianych na chodnikach wielkich miast. Palili wszyscy i wszędzie. Sejm przyjął ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, wprowadzając zakaz reklamy alkoholu i papierosów. – A my dostajemy od firm
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]


