Polska wyborami podzielona. Dlaczego?
Na żółto i na niebiesko
Na stwierdzenia, że zachód kraju, głosujący w przewadze na Komorowskiego, jest nowocześniejszy, bardziej otwarty, wykształcony i mobilny, padały kontrtezy (jak Piotra Gontarczyka w „Rzeczpospolitej”), że to właśnie Polska B wspiera kandydata Platformy – napływowa, wykorzeniona, ukształtowana i zlepiona przez PRL z tzw. Ziem Odzyskanych.
A na Kaczyńskiego głosuje prawdziwa Polska A, dawna Kongresówka, ziemie, „które przed wojną wchodziły w skład niepodległego państwa polskiego”. Jak pisze Gontarczyk: „tu wydarzenia z lat 1939–1989 w najmniejszym stopniu dokonały ingerencji w wielowiekową tkankę społeczną”, oraz dalej, że „obszar, na którym wygrał Kaczyński, idealnie pokrywa się z mapą najbardziej intensywnych walk powojennego podziemia”. Przesiedleni Polacy z dawnych Kresów na zachód doznali zaś „amputacji przeszłości”, zawsze popierali postkomunistów, a teraz ten sam elektorat przejął Komorowski.
Kilka lat temu, także w kontekście wyborczym, ideolog PiS prof. Zdzisław Krasnodębski pisał o tym, że na ziemiach zachodnich nie zakończył się jeszcze proces narodowotwórczy. A Arkadiusz Bazak z konserwatywnej „Teologii Politycznej” po ostatnich wyborach dodawał, iż pokazały one, że naprawdę istnieją dwie Polski. I nie chodzi tu tylko o podział geograficzny, ale cywilizacyjny. Mieszkańcy tych dwóch Polsk mówią innym językiem, odwołują się do innych wartości i to jest podział bardzo wyraźny, idący w poprzek utartych schematów: miasto – wieś, młodzi – starzy, wykształceni – niewykształceni. 4 lipca, zdaniem autora, wygrała „Polska grillująca, Polska świętego spokoju”. Podczas gdy „Polska prawdziwa” pielęgnuje patriotyczne wartości i nigdy nie zazna spokoju, gdy będą one zagrożone.
Ponieważ na Komorowskiego rzeczywiście głosowały powiaty, gdzie duży odsetek ludności stanowią mniejszości narodowe, już stało się to powodem sugestii, że Komorowski to taki kandydat grup niepolskich albo, co prawda, polskich, ale gorszych, niezakorzenionych, podobnie jak pierwszy prezydent II RP Gabriel Narutowicz – „ich, a nie nasz prezydent”. Trwa więc ustawianie wektorów, gdzie ci „promodernizacyjni”, „wykorzenieni” są mniejszymi Polakami, a ci „zapóźnieni” i „zasiedziali” są superpolscy. Przesiedleni z ziem zachodnich kontra osiadli ze wschodu.
Jarosław Kaczyński ten podział podkreślał i wzmacniał; nikt tyle razy nie mówił o Polsce A i B, nie obwiniał przeciwników, iż ci chcą taki podział podtrzymać i utrwalać obszary biedy. Komunikat do rzekomej Polski B wydaje się taki: jesteście lepsi, ale uważają was za gorszych.
Wędrówki Polaków
Prawdą jest, że powtarzalność mapy wyborczej kraju po kolejnych wyborach jest uderzająca. Jeżeli walczą prawica z lewicą, to prawica bierze wschód, lewica zachód, jeśli ścierają się prawica twardsza z lżejszą, to lżejsza ląduje na zachodzie, a twardsza na wschodzie. Granice przewagi w poparciu dla obu opcji niemal co do gminy pokrywają się z granicami rozbiorów. Na Pomorzu tradycyjnie inaczej głosuje ta jego część, która przed wojną była w państwie polskim (za „umownym” Kaczyńskim), a inaczej te powiaty, które wówczas były poza jego granicami. To samo widać na Śląsku.
Ten fenomen wciąż budzi zdziwienie, a nawet niedowierzanie, że po tylu latach, dziejowych i ustrojowych zawieruchach, dawne granice wciąż trwają jak pradawne formy życia odciśnięte w kamieniu. Na tę mapę można rzucać rozmaite sprawy i problematy: akces do Unii Europejskiej, in vitro, religię i etykę w szkołach, parytety, katastrofę smoleńską i można być niemal pewnym, że zawsze te puzzle ułożą się w ten sam wzór.
II Rzeczpospolita była geograficznie przesunięta w porównaniu z późniejszą PRL na wschód i była państwem wielonarodowościowym. Przez cały czas swojego istnienia prowadziła dzieło unifikacji trzech części pozaborowych, ale granice w obszarze mentalności, historycznego doświadczenia, nawyków i postaw trzymały się bardzo mocno; pozostały do dzisiaj – jak widać – jako bardzo trwałe i dziedziczne. Mimo że potem nastąpiła wojna, ludobójstwo, masowe przemieszczanie ludności, wreszcie nowe granice, poza którymi pozostały Kresy Wschodnie.
Dzisiejsza Polska złożyła się zatem przede wszystkim z Wielkopolski, Kongresówki i Galicji – mocno okrojonych, oraz z poniemieckich Ziem Odzyskanych, w tym poszerzonego Śląska. Na tym obszarze rozpoczął się po 1945 r. wielki ruch ludności, ludności polskiej, bo nowe państwo stało się – skutkiem wojny, Holocaustu i przesunięcia granic – właściwie jednonarodowe. Zniknął wróg wewnętrzny, którym karmił się politycznie polski nacjonalizm, choć ten fakt nie wszyscy przyjęli do wiadomości.
Jak zatem przebiegały wtedy migracje, wędrówki Polaków, które doprowadziły do dzisiejszego stanu polskiej mentalności i psychologii, co się zdarzyło z kulturowym wzorcem, ideowym wartościowaniem? Przecież blisko 6 mln Polaków, którzy zasiedlili w latach 1944–1950 nowe ziemie zachodnie kraju, oraz ich potomkowie to ludzie o korzeniach takich jak ci, którzy dzisiaj zawsze głosują za najbardziej radykalną prawicą, jaka akurat jest na politycznym rynku. To byli mieszkańcy dawnych Kresów, robotnicy przymusowi z Niemiec, emigranci, w tym żołnierze z Zachodu oraz przybysze z przeludnionych terenów Polski Centralnej. Ale można powiedzieć, że ludzie ci przenieśli się w zupełnie obcą, poniemiecką rzeczywistość, inny krajobraz miejski i wiejski, że zadziałał genius loci, wchodzenie w buty innej kultury. Zresztą pewne ślady kresowego pochodzenia części mieszkańców pozostały, zwłaszcza na Dolnym Śląsku, gdzie można dostrzec nieco już wyblakłe, jeśli chodzi o intensywność poparcia, plamki wpływów Kaczyńskiego i jego opcji. (Ale też jest prawdopodobne, że chodzi tu przede wszystkim o wpływy księstwa miedziowego KGHM, które politycznie i związkowo ciąży ku PiS). Pojedyncze kropki Kaczyńskiego zdarzają się też na Pomorzu, ale to już chyba znikające punkty.
Jak jednak w takim razie wytłumaczyć inny przypadek, bieszczadzkich krańców Podkarpacia, które to województwo gremialnie poparło Kaczyńskiego? W powiecie ustrzyckim (patrz mapka), w małej żółtej plamce na niebieskim morzu PiS, wygrał Komorowski (choć z niewielką przewagą). I znowu, niewykluczone, że zadziałał syndrom przesiedlenia. W 1951 r. odbyło się tzw. wyrównywanie granic: ZSRR zażyczył sobie okolic Bełza, a sam oddał część Bieszczadów. Przeprowadzka nie była daleka, kontekst kulturowy ten sam, tereny o podobnej specyfice, ale w głosowaniu po 60 latach jakoś odbija się echo tamtego „wyrównywania”. Co prawda potem w Bieszczady zjeżdżali się ludzie z całego kraju; tak czy inaczej, znowu to samo: przyjezdni, nowi, nieżyjący w jednym miejscu od pokoleń, widzą sprawy państwa, religii, ideologii, głównych wartości inaczej od tych zasiedziałych, swojskich, tutejszych. Mimo że przecież po latach też się robią w dużym stopniu zasiedziali, ale jednak inaczej.
A różnice w stopniu zasiedzenia są znaczne: w Małopolsce, na Podkarpaciu, na Lubelszczyźnie, Podlasiu i w Świętokrzyskiem są regiony, gdzie blisko 80 proc. ludności mieszka w jednym miejscu od urodzenia do
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]


