Jacek Żakowski
25 sierpnia 2010

Nadszedł czas polskiej reformacji

Czas reformacji

Gnoza górą

Jak to często bywa, nie strony transakcji najwięcej zyskały na zlaniu się władzy z Kościołem, lecz ci, którzy – jak Rydzyk, Marek Jurek, a ostatnio Jarosław Kaczyński stale żądają więcej, odrzucając kompromisy. Kościół instytucjonalny w końcu poparł przystąpienie do Unii; radio Maryja – nigdy. Biskupi zaakceptowali kompromis aborcyjny; Marek Jurek – nigdy. Kościół zgodził się, że krzyż przed pałacem to jednak przesada; Kaczyński nigdy tego nie uzna. Co im nie przeszkadza korzystać z tarczy katolicyzmu.

Siła tej sekty bierze się z odrzucenia złożoności świata i – co zauważył prof. Zbigniew Mikołejko – z powabu kultywowanej w Polsce (oraz w Ameryce) herezji gnostyckiej, która świat postrzega jako pole nieustannej bitwy między szatanem a Bogiem, Chrystusem a Antychrystem, Światłem a Ciemnością. Kościół wieki temu odrzucił gnozę i manicheizm, ale polski katolicyzm ludowy nigdy się z nimi nie zmierzył. Bo nigdy nie przywiązywał wagi do teologicznych miazmatów. W kraju, który faktycznie nie przeszedł reformacji, katolicyzm wynikał z plemiennej przynależności, więc nie było powodu specjalnie się zastanawiać, co on właściwie oznacza dla naszej tożsamości. De facto nie mając wśród siebie protestantów, nie musieliśmy się zastanawiać, co z naszego katolicyzmu wynika.

Zrośnięcie się polskości z katolicyzmem, a potem państwa z Kościołem sprzyjało manichejskim i gnostyckim wizjom. Bo my byliśmy oczywiście dobrzy, a okupant był zły. Nie tylko politycznie, lecz także sakralnie. Polska jako Chrystus Narodów stawała do walki z Antychrystem – caratem, cesarstwem. Rzeszą, komuną, Sowietami, Peerelem. Polski katolicyzm sakralizujący tę walkę musiał popadać w herezję.

Manichejska teologia polityczna przeniosła się do III RP i skolonizowała nasze życie publiczne. W dominujących narracjach polskiej polityki nie ma lepszych i gorszych – są tylko źli i dobrzy. Podobnie jest w debatach intelektualnych. Dla jednych Balcerowicz jest Bogiem, dla drugich Antychrystem. Jedni wyznają Michnika, a drudzy Rydzyka. Jedni Miłosza (Herberta, Gombrowicza) wielbią, a drudzy nim pogardzają. Kukliński musi być bohaterem lub zdrajcą. Podobnie Jaruzelski. Wałęsa to agent albo wybawiciel. Z największą mocą wybuchło to w IV RP, która podzieliła Polaków na agentów i resztę. To – wbrew pozorom – trwa. Kto chwali Tuska, ten Kaczyńskiego musi mieć za idiotę. Kto Kaczyńskiego poważa, ten pluje na Tuska. Nie da się powiedzieć, że jakąś część racji ma ten, a jakąś tamten. Kto tego próbuje, staje się wyrzutkiem.

Ku reformacji

Kościół musiał przed wiekami odrzucić wywodzący się z przedchrześcijańskiej tradycji manicheizm i gnozę, bo nie da się ich połączyć z miłością bliźniego. Posłańcy Antychrysta nie zasługują na miłość ani miłosierdzie. Gnoza musi nieść okrucieństwo i autorytaryzm, bo Światłość nie może przyznać, że Ciemność ma trochę racji. Dobro musi unicestwić zło.

Z tym dziedzictwem katolicyzm i demokracja mają podobny kłopot. Demokratycznemu państwu sakralizacja szkodzi, podobnie jak absolutyzowanie wartości społecznych, instytucji i ludzi, bo jego największą siłą jest poddanie wszystkiego krytyce, kompromisom i zmianom. Kościół nieodmiennie na sakralizacji traci, bo sakralizując jedno odpycha od siebie drugie, naraża się na podziały, skazuje się na wolty, traci autorytet i wiernych. Po 20 latach takiej polityki Kościół i państwo stały się równie słabe. Na horyzoncie pojawiło się coś na kształt reformacji.

Najpierw zaczął pękać Kościół. Radio Maryja, a potem różne grupy świeckich faktycznie wymówiły hierarchii posłuszeństwo. W krótkim czasie spontaniczne ruchy związane z integrystami i tradycjonalistami, którzy zawsze nieufnie patrzyli na kompromisy z państwem i światem, zmusiły do ustąpienia dwóch arcybiskupów (Warszawy i Poznania), a potem całą hierarchię wzięły w kleszcze lustracji, która boleśnie naruszyła autorytet skostniałej instytucji. Kiedy zaś po tragedii smoleńskiej Kościół usankcjonował kult Lecha Kaczyńskiego ofiarowując mu miejsce na Wawelu, nagle z niespodziewaną siłą ujawnili się ci, którzy od dawna mieli do państwa pretensję o nadmierne kompromisy z Kościołem.

Spod masek poprawności wyskoczyły długo skrywane napięcia i różnice. Okazało się, że nie tylko nie wszyscy jesteśmy katolikami i że katolicyzm ma coraz więcej znaczeń, ale też, że dla nieoczekiwanie dużej, milczącej dotąd części społeczeństwa nie do przyjęcia stała się demoralizująca obie instytucje rutyna sojuszu ołtarza i tronu. Już nie tylko wolnomyśliciele, zawodowi ateiści i antyklerykałowie, feministki, radykalna lewica, ale ludzie identyfikowani z centrum zaczęli otwarcie poddawać ten sojusz krytyce.

Można się tym niepokoić, przewidując nową, mniej czy bardziej zimną wojnę religijną. Ale myślę, że lepiej w rozwiązaniu języków zobaczyć szansę, jaką zachodniej demokracji dała reformacja, czyli otwarcie drogi do zbudowania nowoczesnego państwa i Kościoła, któremu doczesność nie przesłania wieczności. Może 20 lat temu Kościół przez chwilę był w Polsce kluczem do władzy. Dziś nim nie jest, o czym ostatnio przekonał się Jarosław Kaczyński. Może 15 lat temu Kościół istotnie był kluczem do bolesnych reform transformacji. Dziś nim nie jest, nie tylko dlatego, że one są za nami, ale też dlatego, że sam jest w opałach. Może 10 lat temu można było ze względu na peerelowską przeszłość sentymentalnie wierzyć, że Kościół dostarcza nam ład etyczny, bez którego sobie nie poradzimy. Dziś mgła czasu opadła i widać, że ten ład jest zakodowany w kulturze, w cywilizacji chrześcijańskiej, w europejskiej tradycji i tożsamości, ale z całą pewnością nie w Kościele jako instytucji tworzonej przez ludzi słabych, grzesznych i błądzących jak inni.

To otwiera nam drogę do modernizacji – cywilizacyjnej, gospodarczej, społecznej, politycznej – których warunkiem jest świadoma, umocowana w prawie i obyczaju demokratycznym, autonomia religii i państwa, Kościoła i społeczeństwa, sacrum i profanum.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»