Opozycja w PiS. Antykaczyńska
Pełzający bunt
Do zastanowienia się nad losami PiS wezwał prezesa eurodeputowany Marek Migalski, którego trudno podejrzewać o brak uwielbienia dla Jarosława Kaczyńskiego. „Stańmy wszyscy przy królu” – pisał.
Teraz jednak w liście otwartym europoseł mówi prezesowi: jest pan naszym kapitałem i największym obciążeniem, bez pana nie przetrwamy, z panem nie wygramy. Migalskiemu marzy się Kaczyński sprzed 4 lipca, bo taki może wygrywać wybory, natomiast ten, który pojawił się prawie natychmiast po przegranej, oddany tylko sprawie katastrofy smoleńskiej, wygrywać nie może.
Eurodeputowany Migalski jest tylko „poputczikiem”, a nie członkiem partii, a więc nawet wyrzucić go nie można, a co najwyżej skarcić. Ale prezes jest na urlopie i sprawy nie komentuje, choć jeszcze niedawno toczył zacięty spór z redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”, co oznacza, że reaguje na objawy buntu.
Nie zrywać mostów
Tym razem jednak nie zdusił krytyki w zarodku, Migalski nie został natychmiast przywołany do porządku, a odsunięci sztabowcy, zwani liberałami, mieli czas na uzgodnienie wspólnej linii postępowania. Ta linia zawiera się w stwierdzeniach, skąpo zresztą dawkowanych, że Migalski ma sporo racji, dobrze, że dyskusję zaczął, ale wewnętrznej sytuacji w partii nie należy zaostrzać, po wakacjach powinna odbyć się debata na temat strategii partii. Nikt nie zrywa mostów, nie domaga się rozliczeń, natychmiastowej zmiany kursu.
Joanna Kluzik-Rostkowska mówi miękko, że ona lepiej czuła się w tamtej łagodnej strategii, która dodatkowo była trudniejsza dla Platformy Obywatelskiej. Podobnie rzecz nazywają Paweł Poncyljusz czy Elżbieta Jakubiak. Mimo odtrącenia w mocy pozostaje ich sposób myślenia: Jarosław Kaczyński po katastrofie wszedł natychmiast w kampanię wyborczą, teraz musi odreagować, to jest wreszcie czas jego prawdziwej żałoby, miną wakacje i zapewne prezes znów się nieco odmieni i przywróci równowagę w partii.
Fakt, że tak zwani liberałowie są w PiS w mniejszości, jest od dawna znany. Że prezes może ich to odrzucać, to przywoływać – też. Wiadomo również, że w gruncie rzeczy nie są groźni, nie ma w ich gronie lidera, nawet jeśli kilka miesięcy temu w Kluzik-Rostkowskiej upatrywano wręcz następczyni prezesa. Ta frakcja nigdy się nie policzyła, może mieć natomiast poczucie żalu i beznadziei. Napracowali się, sprawili, że wielkie publiczne oszustwo, jakim była przemiana prezesa, prawie się powiodło, a mimo to znaleźli się na marginesie. W dodatku ich realny dorobek, a więc wypracowanie dla Kaczyńskiego zaufania społecznego, idzie na marne. Ocieplające wizerunek PiS kapelusze Migalskiego i Poncyljusza są już niepotrzebne, bo obecne oblicze partii to coraz bardziej zacięta twarz Antoniego Macierewicza.
Nie zmienia to jednak faktu, że PiS nadal pozostaje największym ugrupowaniem opozycyjnym, że jego notowania wprawdzie spadają, ale nie poniżej tych poprzedzających katastrofę lotniczą pod Smoleńskiem. Biorąc pod uwagę, że wybory prezydenckie zawsze na moment dają kandydatowi, a przy okazji całemu ugrupowaniu, nadwyżkę głosów, która dość szybko znika, nic się jeszcze dramatycznego nie stało. Zwłaszcza że rozhuśtane społeczne emocje mogą w krótkim okresie sprawić jeszcze niejedną niespodziankę.
Usypianie lojalnością
Tak zwani liberałowie (jacy są naprawdę, nie bardzo wiadomo, tuż przed kampanią publiczne wypowiedzi na przykład Poncyljusza znakomicie mieściły się w kanonie obowiązującym w PiS) mogą więc dziś liczyć głównie na to, że na dłuższą metę notowania partii będą spadać i dystans między Platformą i PiS będzie się znów powiększać. A wtedy znów okażą się potrzebni. Nie mają jednak – jak się wydaje – partyjnego żaru i woli walki o władzę, by przejść do jakiegoś kontrataku.
Być może dlatego pierwszym, który przerwał milczenie, jest Migalski, mający publicystyczny temperament, zdecydowanie większe polityczne ambicje i spokojny mandat europosła jeszcze przez lata. Do gry natychmiast przystąpili inni, głównie Zbigniew Ziobro. To on postanowił przy tej okazji rozprawić się do końca z liberałami, wskazując, że przegrali kampanię prezydencką, którą można było spokojnie wygrać, pod warunkiem, że wykorzystałoby się katastrofę smoleńską i powódź.
Wystąpienie Ziobry w wywiadzie, jakiego udzielił „Rzeczpospolitej”, nie jest niczym nowym ani specjalnie odkrywczym. Istnienie frakcji jego zwolenników, podobnie jak owych liberałów czy najwierniejszej gwardii, zwanej zakonem PiS, znane jest od dawna. Siła tej frakcji jest jednak ograniczona, choć niewątpliwie Ziobro swoje wpływy poszerza, choćby z racji osobistej popularności. Nawet ci, którzy krytycznie patrzą na jego dotychczasowe dokonania, widzą w nim następcę prawie naturalnego (co jest o tyle osobliwe, że Ziobro ma jeszcze mniej szans na pozyskanie centrowego elektoratu niż Kaczyński).
Migalski swoim listem wyciągnął więc tylko na powierzchnię nastroje, jakie w PiS istniały od pewnego czasu. Już wcześniej, po katastrofie, podczas posiedzeń sejmowych widać było wyraźnie, że lider słabnie, co zawsze walkę o sukcesję czy przynajmniej zmianę partyjnego frontu ożywia.
Czy PiS w ogóle stać na nowy program, inny typ opozycyjności, czy tylko na eksploatację projektów zwietrzałych, jałowych? Wykorzystywanie katastrofy i krzyża z Krakowskiego Przedmieścia jest oczywiście dla Jarosława Kaczyńskiego „moralnym obowiązkiem”, jak sam powiada. Z punktu widzenia uczuć prywatnych, rodzinnych są to zabiegi nawet zrozumiałe. Brata trzeba postawić na piedestale. Z punktu widzenia lidera partyjnego rzecz już nie jest tak oczywista. Taki mit założycielski nie będzie trwały. Napięcie emocji można utrzymywać dłużej, ale głównie w gronie wyznawców, a oni nie dadzą wygranej w wyborach, nie podniosą zdolności koalicyjnej ugrupowania, a więc tej największej wartości, jaką przyniosła kampania prezydencka i którą dziś roztrwoniono.
Co bowiem poróżniło liberałów z tymi, którzy trzymają z Ziobrą, co odróżnia zwolenników byłego ministra sprawiedliwości od tych z zakonu PC? Mówiono: strategia partii, ale co to była za strategia? Polegająca głównie na innej retoryce. W gruncie rzeczy spierano się o opowieść podobną, ale przedstawioną innymi słowami; nie uderzamy pałką, ale próbujemy ująć łagodnością. Ale z jakim programem, wyjąwszy hasło zakończenia wojny polsko-polskiej, będące kalką „zgody, która buduje” Komorowskiego? (Bo obu partiom to samo podpowiedziały badania opinii społecznej).
Katastrofa z 10 kwietnia zakamuflowała istniejące realnie w PiS podziały, a także programową pustkę i jałowość. Partia brnęła w ślepą uliczkę totalnej opozycyjności, bez widoku na zdobycie władzy czy przynajmniej na znaczący w niej udział. Rozpadł się program budowy IV RP i nie pojawiło się nic innego. Wszystkie siły skierowano na praktycznie niemożliwą reelekcję Lecha Kaczyńskiego, czyli utrzymanie przyczółka władzy i posad dla wybranych.
Tę programową pustkę potwierdziła kampania wyborcza,
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]


