Krzysztof Burnetko
12 grudnia 2010

Wojciech Jaruzelski, czyli problem z generałem

Zdjęcie generała

Wolna Polska ma z generałem Wojciechem Jaruzelskim nieustanny problem. Nierozwiązywalny.

Wystarczy, że urzędujący prezydent zaprosi swojego, było nie było, poprzednika na doradcze posiedzenie, a już cała klasa polityczna i media zaczynają się tym ekscytować. Zresztą podobny epizod rozegrał się już u samych początków wolnej Polski. 19 lipca 1989 r., a więc formalnie jeszcze za PRL, Zgromadzenie Narodowe „jednogłośnie” – jak zaraz zaczynają żartować rodacy – wybiera Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta. Dowcip oparty jest na grze słów: o tej nominacji zdecydował faktycznie jeden głos.

Solidarnościowa opozycja w tzw. kontraktowym parlamencie, wybranym w wolnych wprawdzie, lecz nie do końca demokratycznych wyborach, przeprowadziła bowiem skomplikowany proceduralny manewr. Chodziło o to, by w imię koncepcji „wasz prezydent, nasz premier” Jaruzelski stanął na czele państwa jako gwarant jego stabilności w oczach wciąż silnego przecież imperium sowieckiego. Lecz równocześnie miał zostać wysłany tyleż symboliczny, co polityczny sygnał, że ster władzy w państwie przejmuje nowa ekipa, wywodząca się z antykomunistycznej, demokratycznej opozycji.

Już ten zabieg okazuje się dla niektórych kontrowersyjny. I już wtedy wobec elit skupionych w tzw. Komitecie Obywatelskim pojawiają się oskarżenia o tchórzostwo.

Na nic argumenty, że prócz Polski w żadnym kraju bloku nie widać oznak zmian, Układ Warszawski wciąż istnieje, a na polskim terytorium stacjonują oddziały sowieckie. Z czasem, wraz z zacieraniem się pamięci o realiach i atmosferze lata 1989 r., przybywać będzie zwolenników tezy, że komuniści już wtedy niewiele znaczyli, a system był na skraju upadku – a więc manewr z Jaruzelskim był niepotrzebnym ustępstwem czy wręcz zdradą.

Nieszkodliwy prezydent

1 stycznia 1990 r. Wojciech Jaruzelski zostaje prezydentem Rzeczpospolitej. I, jak się okazuje, przyzwoicie się w tej roli spełnia. Wszyscy bez wyjątku członkowie pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego przyznają, że komunistyczny prezydent nie blokował reform. Ani gospodarczych, firmowanych przez Leszka Balcerowicza – radykalnych przecież (pakiet 10 ustaw, będących podstawą planu Balcerowicza Jaruzelski podpisuje 30 grudnia 1989 r. – nazajutrz po przegłosowaniu ich przez parlament). Ani też polityczno-ustrojowych, w tym dotykających drażliwych resortów siłowych.

Dość powiedzieć, że prezydent Jaruzelski podczas swojego urzędowania praktycznie nie korzystał z przysługującego głowie państwa prawa weta. Jeden z nielicznych przykładów to sprzeciw wobec ustawy zezwalającej na sprzedaż państwowych gruntów cudzoziemcom w październiku 1990 r.

Co równie ważne: już wczesną jesienią 1990 r. Jaruzelski występuje do Sejmu o skrócenie własnej kadencji prezydenckiej. To reakcja na dynamikę zmian politycznych – i nastrojów społecznych – w kraju, ale także na rozpad całego bloku wschodniego po upadku muru berlińskiego, aksamitnej rewolucji w Pradze, zmianie władzy na Węgrzech.

Tym samym 22 grudnia 1990 r. – prawie dokładnie przed 20 laty – kończy się polityczna obecność w życiu Polski Wojciecha Jaruzelskiego. Odchodzący prezydent nie zostaje zaproszony na uroczystość zaprzysiężenia swojego następcy. Jednak następnego dnia Lech Wałęsa przyjmuje swojego poprzednika na audiencji w Belwederze. To niemal symbol tego, jakie problemy z Jaruzelskim ma demokratyczne państwo: nie da się go zignorować, ale też trudno go honorować.

W 1994 r. dochodzi do może najbardziej dramatycznego wydarzenia: Jaruzelski zostaje zraniony cegłą przez niejakiego Stanisława Helskiego w odwecie za – jak mówił sprawca – doprowadzenie jego gospodarstwa rolnego do ruiny i wtrącenie go do więzienia. Helski znalazł wówczas wielu ideowych obrońców. Dostał wyrok w zawieszeniu.

Czy karać katów

Na początku 1999 r. paryska „Kultura” opublikowała, głośną potem, rozmowę o znamiennym tytule „Kwestia kata”. Leopold Unger, wybitny komentator polityczny miesięcznika Jerzego Giedroycia, starł się w niej z Adamem Michnikiem. Pretekstem był spór, jaki wybuchł w starych demokracjach Zachodu po decyzji brytyjskiej Izby Lordów, że przebywający w areszcie domowym w Londynie chilijski dyktator gen. Augusto Pinochet nie może z racji swych byłych obowiązków głowy państwa korzystać z immunitetu – a więc i bezkarności.

Oczywiście, szybko pojawiała się analogia tycząca rodzimego podwórka – gen. Jaruzelskiego (skądinąd w niezależnej publicystyce i satyrze czasów stanu wojennego często utożsamianego z Pinochetem).

Michnik nie musiał tłumaczyć, że nie jest sympatykiem satrapów. Zwracał jednak uwagę, że o ile dotąd reżimy padały tylko pod presją siły, często za cenę krwi, to pod koniec XX w. pojawił się nowy typ dyktatorów, czy też – jak zgodził się dociśnięty przez Ungera – katów. Otóż kilku z nich na mocy wynegocjowanych ze społeczeństwem warunków pomogło w przekazaniu władzy w ręce obywateli. Znaczenie tego rodzaju aksamitnych transformacji polega nie tylko na tym, że mogą być przykładem skłaniającym dzierżących jeszcze władzę tyranów do pokojowego jej oddania w zamian za łaskę bezkarności. Co ważniejsze, mogą być one fundamentem „współistnienia społeczeństwa wczoraj jeszcze podzielonego w kraju, którego obywatele stali po dwu stronach barykady”. Znamienne choćby, że w Polsce wciąż niemal połowa rodaków uważa wprowadzenie stanu wojennego za usprawiedliwione, a Jaruzelskiego ma w efekcie za patriotę w trudnych czasach.

O tym więc, co począć z odpowiedzialnymi za dyktaturę, czy ich sądzić, czy pozostawić w spokoju, po tym jak zrezygnowali z terroru, mogą decydować tylko same społeczeństwa – wykładał swoje racje Michnik.

Równocześnie zastrzegał, że tego rodzaju polityczna (czy nawet prawnokarna) amnestia nie oznacza historycznej amnezji – wszak „w demokracji można o wszystkim pamiętać, o wszystkim wspominać”, a „kat zostaje katem, tortura torturą”.

Unger kontrował: to, że Jaruzelski odszedł bezkrwawo, uchroniło go przed wieczną hańbą, nie daje jednak listu żelaznego. Także to, że nadal popiera go wielu rodaków, nie znaczy, że nie należy go sądzić za rolę w Grudniu 1970 r. Nikt, prócz samych ofiar i ich rodzin, nie ma prawa wybaczać tyranom. A nawet wówczas niezależny prokurator winien czynić swą powinność, bo sprawiedliwość nie może być zawisła od politycznych układów.

W Polsce Jaruzelski bynajmniej nie został objęty ani amnestią, ani amnezją.

Jeszcze kiedy był prezydentem, prokuratura Marynarki Wojennej w Gdyni na polecenie Prokuratury Generalnej wszczęła śledztwo w sprawie wydarzeń grudniowych 1970 r. Jest jasne, że jego nazwisko musiało się w niej pojawić – w 1970 r. był ministrem obrony narodowej, a wojsko uczestniczyło w tłumieniu robotniczych protestów. Pięć lat później sporządzono przeciwko niemu akt oskarżenia o „sprawstwo kierownicze prowadzące do zbrodni zabójstwa 44 osób”. Proces ruszył w 2001 r.

Z kolei w grudniu 1991 r. pojawia się wniosek o postawienie Jaruzelskiego – oraz innych osób odpowiedzialnych za wprowadzenie stanu wojennego – przed Trybunałem Stanu. Postępowanie toczy się przed sejmową komisją odpowiedzialności konstytucyjnej i po pięciu latach zostaje umorzone. Na tym nie koniec. W 2006 r.,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną