Jan Darłowski
26 maja 2011

Polityczny Szczecin z Arłukowiczem w tle

Nowy sojusz Bartosza

Przed trzema miesiącami Donald Tusk powiedział współpracownikom, że trzeba szukać popularnych twarzy, by zaprosić je na listy wyborcze PO. Bartosz Arłukowicz, któremu medialny sukces zapewniła komisja śledcza, świetnie się do tego nadawał. Niestety, był posłem SLD, więc trudno było mu proponować start z list Platformy. I wtedy ze wsparciem Platformie przyszli szczecińscy działacze Sojuszu, ogłaszając, że dla jednego z najpopularniejszych polityków lewicy nie widzą miejsca na swoich okręgowych listach.

– Żartowaliśmy sobie z tej absurdalnej sytuacji, więc często mu powtarzałem: jak cię nie będą chcieli w Sojuszu, to przyjdź do nas – opowiada poseł Stanisław Gawłowski, szef zachodniopomorskiej PO i wiceminister środowiska. Któregoś razu Arłukowicz zapytał: – A gdyby to nie były żarty?

Przeciąganie Arłukowicza trwało prawie trzy miesiące. Zanim, w ubiegłym tygodniu, ogłosił, że przechodzi do Platformy, wielokrotnie, w tajemnicy, spotykał się z Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną, by rozmawiać o przyszłości. Stanęło na tym, że dostanie tekę ministra (pełnomocnika rządu), pierwsze miejsce na liście PO w Szczecinie i zacznie budować jej lewe skrzydło, podcięte po odejściu Janusza Palikota.

Odchodzący Arłukowicz zostawił jeszcze na polu bitwy zranionego lidera Sojuszu, który podczas kampanii wyborczej będzie się musiał zmierzyć na lokalnym gruncie z dawnym klubowym kolegą.

– Jeśli Napieralski wystartuje w Szczecinie, to zapewne przegra z bardzo popularnym tu Arłukowiczem – tłumaczy Radosław Popiela, dawny polityk formacji Lewica i Demokraci (niegdysiejszy alians SLD i środowisk Unii Wolności), który cztery lata temu startował z jednej listy z Napieralskim i Arłukowiczem. – A jeśli nie wystartuje, to pojawią się zarzuty, że zabrakło mu odwagi, by zmierzyć się z konkurentem. Grzegorz Napieralski mógłby wystartować zastępczo w Warszawie pod pretekstem udziału w „pojedynku liderów”, a przegrać z Tuskiem i Kaczyńskim nie taki wstyd jak z Arłukowiczem. Problem w tym, że teraz pretekst ten będzie naciągany, a jedynkę w Warszawie obiecano już podobno Katarzynie Piekarskiej.

Potęga z Krzywopłotów

W latach 90. były trzy osobowe filary szczecińskiej polityki: poseł Unii Demokratycznej i Unii Wolności Włodzimierz Puzyna; przewodniczący Solidarności i wicepremier w rządzie AWS Longin Komołowski oraz poseł SLD, późniejszy minister gospodarki Jacek Piechota. To oni pod koniec XX w. (obok wywodzącego się z Wolina ministra rolnictwa Artura Balazsa) mieli największy wpływ na zmiany zachodzące w Szczecinie. Wszyscy są dziś poza wielką polityką, z wyjątkiem Longina Komołowskiego, który cztery lata temu wśliznął się do parlamentu z poparciem PiS. Zaraz jednak z klubu parlamentarnego tej partii wystąpił. Byłego wicepremiera w rządzie AWS bardziej absorbuje dziś praca w komitecie paraolimpijskim i Wspólnocie Polskiej niż bieżąca polityka.

Zdaniem ministra Gawłowskiego (lat 43), zmiany pokoleniowe w Szczecinie rozpoczęły się przed dziesięcioma laty, gdy w wyborach przepadły AWS i Unia Wolności, a za burtą znaleźli się dotychczasowi liderzy postsolidarnościowych ugrupowań – Komołowski (lat 63) i Puzyna (lat 63). Jedynie Balazs, wyczuwając nadchodzącą koniunkturę, wszedł do Sejmu startując z list PO. Szybko jednak uznał, że projekt nie ma większych szans i odpłynął do założonego przez siebie koła poselskiego Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, otwierając tym samym drzwi do polityki młodym.

Źródłem dzisiejszej potęgi zachodniopomorskiej Platformy jest porozumienie w Krzywopłotach. Tak roboczo nazywa się cykl spotkań, które na niewielkiej stacji benzynowej między Koszalinem a Szczecinem odbywali późniejsi liderzy PO: Stanisław Gawłowski z Koszalina, Sławomir Nitras (rocznik 1973) ze Szczecina i Sebastian Karpiniuk (rocznik 1972) z Kołobrzegu. Tam uzgadniano szczegóły działań i podział strefy wpływów. Minister Gawłowski mówi, że dzięki tej współpracy PO stała się politycznym liderem w województwie.

W wyborach 2007 r. kandydaci PO zdobyli w okręgu szczecińskim 8 na 13 mandatów poselskich, a w koszalińskim 5 na 8. Kandydaci Platformy wzięli też wszystkie cztery mandaty senatorskie w województwie.

Wzorowa współpraca skończyła się przed rokiem, gdy po katastrofie smoleńskiej, w której zginął Sebastian Karpiniuk, Gawłowski pokonał Nitrasa w walce o regionalne przywództwo. Nitras został zesłany do Brukseli, skąd atakował konkurenta, szykując się do politycznego rewanżu.

Kariera agenta

W tym samym czasie na szczecińskiej scenie politycznej rosła w siłę przyszła nadzieja Sojuszu – Grzegorz Napieralski (rocznik 1974). W Szczecinie mówią o nim: polityczny klon Jacka Piechoty. Piechota go odkrył, ulepił, uplastycznił i powierzył w początkach lat dwutysięcznych kierowanie miejskimi strukturami partii.

Napieralski zrobił błyskawiczną karierę. Ledwo skończył trzydziestkę, był już posłem SLD, a rok później Jacek Piechota przeforsował jego kandydaturę na sekretarza generalnego SLD i tak Napieralski stał się de facto drugą osobą w partii. Trzy lata później Napieralski był już szefem Sojuszu, potem kandydatem na prezydenta, a dziś chciałby być co najmniej wicepremierem. W trakcie tej szybkiej kariery skutecznie pozbywał się ze swojej drogi potencjalnych konkurentów. Szczególnie widać to w Szczecinie, gdzie otoczył się młodymi ludźmi, bez pezetpeerowskich korzeni. Większość dzisiejszych działaczy sam odkrył, napompował i powierzał im kolejne stanowiska w regionie. Tak właśnie trafił na Bartosza Arłukowicza (rocznik 1971), szczecińskiego lekarza pediatrę i społecznika.

– Grzesiek wypatrzył Bartka w telewizyjnym programie „Agent” – opowiada Jacek Piechota. – I to Grzesiek zaproponował mu start w wyborach samorządowych i bardzo mocno go wtedy promował.

Choć Arłukowicz po występie w reality show był niezmiernie popularny w Szczecinie, nikt w 2002 r. nie dawał mu większych szans na zrobienie kariery politycznej, bo nie chciał zapisać się do partii. Trzy lata później, kiedy Sojusz szukał kandydatów na posłów, Arłukowicz postawił na złego konia, popierając rozłamowców z SDPL.

Szczecinem, jak żartobliwie mówili miejscowi, rządziła wtedy dyktatura Wydziału Politologii Uniwersytetu Szczecińskiego. Wszyscy lokalni liderzy wywodzili się z tego samego wydziału tego samego uniwersytetu. Oprócz Grzegorza Napieralskiego z SLD i Sławomira Nitrasa z PO absolwentami politologii byli posłowie: Joachim Brudziński (sekretarz generalny PiS i prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego) i Mateusz Piskorski (rzecznik prasowy Samoobrony i bliski współpracownik Andrzeja Leppera). Ale też Radosław Popiela, wiceprzewodniczący Partii Demokratycznej i jeden ze współtwórców LiD.

Po kolejnych wyborach w 2007 r. w wielkiej polityce została z nich trójka: Brudziński, Napieralski i Nitras. – Żaden z nich nie miał na lokalnej scenie poważnego konkurenta, więc mogli nie obawiać się o swoje przywództwo – mówi Popiela.

Teoretycznym zagrożeniem dla Napieralskiego mógł być jedynie poseł Bartosz Arłukowicz, startujący z tej samej listy LiD, ale z niższej pozycji niż Napieralski. Bez wielkiej kampanii, bez wsparcia sztabowców zdobył wówczas tylko 8 tys. głosów mniej od lidera Sojuszu. – Grzesiek czuł, że rośnie mu na lewicy konkurent, więc próbował go marginalizować – opowiada Popiela.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną