Janina Paradowska
22 stycznia 2012

Nowe porządki w MSW

Minister wyrywa umywalkę

Ruchy kadrowe, jakich dokonuje nowy minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki, to – jak chcą jedni – wymiatanie ludzi Schetyny albo – jak uważa sam minister – dowód nowego myślenia o tym potężnym ministerstwie.

Jak na polskie obyczaje, zmiany dokonały się elegancko: ulubieniec mediów, określany jako „legenda polskiej policji”, gen. Adam Rapacki odszedł obsypany komplementami, sam też ministra komplementował. Nowi wiceministrowie o znanych nazwiskach – Michał Deskur oraz Roman Dmowski – zostali zarekomendowani na stanowiska jako fachowcy potrzebni akurat na tym etapie zmian i przebudowy resortu. Z wyprzedzeniem zapowiedziano zmianę na stanowisku komendanta głównego policji.

Było kulturalnie, ale minister nie uniknął oczywiście podejrzeń, że jest kolejnym, który dokonuje „deschetynizacji”, bo przecież zarówno Adam Rapacki, jak i komendant policji Andrzej Matejuk byli powoływani przez byłego wicepremiera i szefa MSWiA Grzegorza Schetynę. Cichocki realizowałby zatem plan premiera: upokarzania, a może i dobijania dawnego kolegi i rywala. Taka to już uroda domniemań towarzyszących wszelkim zmianom personalnym.

Ważniejsze jednak jest to, że Jacek Cichocki (rocznik 1971) powraca do koncepcji jeszcze z czasów Tadeusza Mazowieckiego, czyli powierzenia cywilom kontroli nad służbami mundurowymi. Przy całym szacunku dla osiągnięć gen. Rapackiego, był on jednak i jest nadal człowiekiem policji, w niej zrobił zawodową karierę i w sposób naturalny musi się z nią utożsamiać. Tu skóry nie zmienia się łatwo; tymczasem MSW musi zmienić skórę.

Dotychczas stanowisko ministra spraw wewnętrznych – resortu nazywanego siłowym, służyło nie tylko indywidualnym karierom, ale także politycznym rozgrywkom, i między innymi pod wpływem bieżących wydarzeń politycznych reorganizowano je kilka razy i to w sposób wyjątkowo chaotyczny. Na przykład po tzw. sprawie Olina Urząd Ochrony Państwa wyjęto z MSW i podporządkowano premierowi, co szefom rządu miało dać gwarancje, że służby nie będą grały przeciwko nim.

Jak się to sprawdziło w praktyce, mógł się przekonać Donald Tusk, gdy podległe mu CBA próbowało zmienić jego rząd przy okazji tzw. afery hazardowej, a premier, podejrzewany o przeciek, musiał stawać przed komisją śledczą. Gdyby między nim a służbą był bufor w postaci ministra, do takich sytuacji by dojść nie mogło. Potem służbami znów manipulowano, dzieląc Urząd Ochrony Państwa, powołując CBA (kolejna służba podległa szefowi rządu, pomyślana jako polityczne ramię jednej partii) czy bezsensownie rozwiązując WSI, jakoby siedlisko patologii, czego żadne śledztwo nie potwierdziło. Sam nowy minister mówi, że resort spraw wewnętrznych trzeba wymyślić od nowa. I ma rację.

Jacek Cichocki należy do wąskiego grona zaufanych współpracowników premiera. Ta nominacja była wyjątkowo spektakularnym złamaniem zasady, że na czele MSW, wielkiego resortu, któremu podlega 160-tys. armia mundurowych, staje polityk, i to największego kalibru.

Dość przypomnieć poprzedników Cichockiego. Krzysztofa Kozłowskiego, który był wprawdzie dziennikarzem, ale po przełomie 1989 r. trzeba było odwagi i charakteru, a także niebanalnej osobowości, by zacząć cały proces przekształceń aparatu represji dawnego reżimu. A także Andrzeja Milczanowskiego, cieszącego się takim respektem w służbach, jak chyba żaden z jego następców. Dla Leszka Millera praktycznie stworzono w 1996 r. nowe ministerstwo, dorzucając do dawnego MSW administrację, aby jego władztwo było większe, adekwatne do partyjnej pozycji politycznej. Przez ten resort przeszli tak ważni politycy SLD, jak Krzysztof Janik, Zbigniew Siemiątkowski czy Ryszard Kalisz. Także Ludwik Dorn, wówczas „trzeci bliźniak” i najbardziej zaufany współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, nie miał żadnych wątpliwości, że właśnie z pozycji ministra będzie skutecznie budował IV RP. Że wreszcie służby zdekomunizuje i zdeesbekizuje czyniąc je „prawdziwymi” służbami nowej Polski.

Grzegorz Schetyna, gdy zostawał szefem MSWiA, był drugą osobą w partii i najbliższym współpracownikiem premiera. To był resort na miarę jego politycznych ambicji i dość głośno było o tym, że swą nominację sam ogłosił, zanim premier podjął ostateczną decyzję.Nawet poprzednik Cichockiego, Jerzy Miller, niemający politycznego zacięcia, miał jednak bardzo duże doświadczenie w pracy w administracji; to jemu powierzono szefowanie komisji badającej katastrofę smoleńską.

Cichocki w polityce ogólnokrajowej, a raczej na jej zapleczu, gdyż funkcja sekretarza kolegium ds. służb specjalnych do pierwszoplanowych nie należy, pojawił się prawie cztery lata temu, kiedy Paweł Graś zrezygnował z nadzoru nad służbami. Wcześniej był szefem Ośrodka Studiów Wschodnich, o którym często się mówi, że to udane dziecko dawnego Urzędu Ochrony Państwa, trudno więc uznać, że ze służbami specjalnymi nie miał wcześniej nic wspólnego. Pojawił się podobno z poręki Bartłomieja Sienkiewicza (pierwszy zaciąg do nowego MSW po 1989 r.), ale obaj panowie na ten temat dyskretnie milczą. Znakomite opinie wystawiali mu wszyscy politycy od prawa do lewa: błyskotliwy i rzetelny analityk, niezwykle rozważny, niepoddający się emocjom, do bólu dyskretny, lojalny, unikający medialnego rozgłosu. Dziś dodaje się także: pierwszy, który nie uległ owej magii, jaką potrafią roztoczyć służby specjalne, owijając sobie wokół palca wielu polityków, łasych na szeptane „wyjątkowe” informacje, i unikając w ten sposób porządnego rozliczenia z wykonywanych zadań.

Faktem jest, że w czasie, kiedy Cichocki w imieniu premiera nadzorował służby specjalne, ustały przecieki, nie było afer, odbywały się kampanie wyborcze, w których służby nie brały czynnego udziału, co wcześniej było prawie regułą. Jeszcze tylko Mariusz Kamiński jako szef CBA z pisowskiego zaciągu próbował politycznych gier, ale po jego odejściu służby specjalne przestały zajmować sobą opinię publiczną.

Teraz Cichocki dostał zadanie o wiele poważniejsze, a właściwie dwa: zorganizowanie nowego resortu spraw wewnętrznych, co nie oznacza prostego odtworzenia dawnego MSW, oraz nadzór nad wszystkimi służbami specjalnymi i przesądzenie o ich przyszłym usytuowaniu i zadaniach.

„Car wszystkich służb”, „Najpotężniejszy minister”, „Od 20 lat nikt nie miał takich kompetencji” – takie tytuły pojawiły się w mediach po ukazaniu się rozporządzania premiera z 24 listopada, noszącego znamienny tytuł „W sprawie szczegółowego zakresu działania Jacka Cichockiego – ministra spraw wewnętrznych w zakresie koordynacji służb specjalnych”. Zwrócono uwagę na to, że w rozporządzeniu pojawiło się nazwisko ministra, a więc „uhonorowany” został przez premiera w sposób szczególny, co bardzo wzmacnia jego pozycję, czyniąc go właściwie podwójnym ministrem – od spraw wewnętrznych i wszystkich służb specjalnych, w tym także wojskowych. Zauważono też, że w rozporządzeniu ustalono bardzo szerokie kompetencje ministra, łącznie z dostępem do praktycznie wszystkich informacji.

Sam Cichocki o swej pozycji mówi krótko: nie mam żadnych powiązań politycznych, żaden polityk nie ma na mnie wpływu, moja siła wynika z zaufania premiera. Zresztą wszyscy obecni wiceministrowie są wyjątkowo mało polityczni. Sekretarz stanu i pierwszy zastępca ministra Piotr Stachańczyk należy do najlepszych i najbardziej doświadczonych urzędników państwowych, z MSW związany jest

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną