Joanna Solska
9 lutego 2012

Ubezpieczenia szpitali - kolejna tykająca bomba w służbie zdrowia

Kto umrze, kto zarobi

Nowa, obowiązująca od stycznia, ustawa o prawach pacjenta to kolejna tykająca bomba w służbie zdrowia. Jej skutki mogą być bardziej katastrofalne niż niedawne boje o refundacje leków. I dla szpitali, i... dla samych pacjentów.

Od stycznia prawa pacjenta mamy już takie jak obywatele starej Unii. Ale polska służba zdrowia pozostała siermiężna. Zanim więc szpitale zaczną nas leczyć, będziemy musieli podpisać oświadczenie, że jesteśmy świadomi wszelkich możliwych powikłań. Żeby nam się z tych praw odechciało korzystać.

Przyszłe zyski liczą już wszelkiej maści kancelarie odszkodowawcze. Zyskują nowy rynek wart co najmniej miliard, a może nawet kilka miliardów złotych. To się wkrótce okaże, sporo zależy od ich operatywności. Jedno jest pewne – sumy, jakiekolwiek się okażą, pochodzić będą z puli przeznaczonej na nasze leczenie. Broń, którą pacjenci mieli straszyć niedbałe szpitale, została przyłożona do ich własnej skroni.

Politycy lubią nam robić dobrze. Użalić się nad pacjentami, którzy stali się ofiarami błędów lub zaniedbań lekarskich. I którzy do tej pory sprawiedliwości i odszkodowań musieli latami dochodzić w sądach. Nie każdy miał na to czas i pieniądze. Teraz wszystko się zmieni. Nie brak nawet głosów, że te nowe przepisy dają poszkodowanym przez służbę zdrowia pacjentom broń potężniejszą niż w innych państwach Unii, podobną do tej, jaką z upodobaniem stosują Amerykanie. W USA można już skarżyć służbę zdrowia o wszystko, u nas będzie teraz podobnie.

Jeśli uznamy, że doznaliśmy w szpitalu uszczerbku na zdrowiu z powodu niedbalstwa lekarza lub placówki, na odszkodowanie nie trzeba już będzie czekać latami. Najwyżej trzy, cztery miesiące. Wystarczy zgłosić się do stosownej komisji (od nowego roku powołują je wojewodowie), złożyć skargę i wnieść opłatę w wysokości 200 zł. To komisja, a nie sąd zdecyduje o przyznaniu ewentualnego odszkodowania. Nie będzie nawet orzekać o winie służby zdrowia, ważne będzie to, czy pacjent poniósł uszczerbek.

W komisjach orzekających przewagę liczebną będą mieli przedstawiciele organizacji działających na rzecz praw pacjenta. Mocno reprezentowane mają być też samorządy lekarzy, pielęgniarek i położnych, a także prawnicy. Skład uzupełni przedstawiciel ubezpieczyciela oraz szpitala, w którym zdarzenie miało miejsce. W każdym województwie do komisji powołanych zostanie 16 osób, ale żeby orzekać, wystarczy skład czteroosobowy.

Już z tego wynika, że poszkodowani pacjenci mogą raczej liczyć na przychylność. Zwłaszcza że komisja ma orzekać tylko czy doznaliśmy uszczerbku „w wyniku zdarzenia medycznego, czyli niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną diagnozy, leczenia lub zastosowania leku”. Winy nikomu udowadniać nie musi. Wystarczy, że będzie kierować się współczuciem, bo przepisy są bardzo nieprecyzyjne i nie odpowiadają wyraźnie na pytanie, kiedy można uznać pacjenta za poszkodowanego.

– Jeśli starszy człowiek trafi do szpitala na wycięcie wyrostka robaczkowego i przyplącze mu się zapalenie płuc, w wyniku którego umrze, to rodzina ma czy nie ma prawa do odszkodowania? – pyta dyrektor szpitala. Albo: pacjent został zarażony wirusem HIV, nie wiadomo jednak, w jakich okolicznościach. Mogło się to stać w szpitalu, u dentysty, ale równie dobrze przy seksie z chorą osobą. Dla komisji ważny jest „uszczerbek na zdrowiu”, odszkodowanie więc się chyba należy. Podobnych pytań zadać można o wiele więcej. Nie odpowiada na nie prawo, a komisje będą musiały. Wtedy dopiero okaże się, jak duży jest rynek roszczeń. I najważniejsze: kto za to zapłaci?

Zachęta dla pieniaczy

Na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego przyszli prawnicy od kilku miesięcy nicują nową ustawę o prawach pacjenta jako przykład prawnego bubla. Za prawniczy absurd podaje się tam to, że w przypadku śmierci pacjenta spowodowanej błędem lekarskim lub zaniedbaniem szpitala spadkobiercy będą mogli otrzymać odszkodowanie nawet w wysokości 300 tys. zł. Gdyby natomiast pacjent doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu, liczyć może zaledwie na 100 tys. zł. To rozwiązanie nieznane innym krajom, a praktyka sądowa zwykle idzie w przeciwnym kierunku. Na większe pieniądze liczyć może poszkodowany pacjent, którego jakość dalszego życia ulega wyraźnemu pogorszeniu. Na przykład w wyniku zakażenia nieuleczalną chorobą. Mniejsze zaś prawo przewiduje dla bliskich, gdy ofiara błędu lekarskiego umiera.

Na takim kształcie ustawy, jak się przypuszcza, zaważył tzw. standard smoleński. Dziś każdy, kto kogoś stracił, uważa, że jego ból jest nie mniej wart niż cierpienie rodzin ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, które wycenione zostało na 250 tys. zł. Konsekwencje takiego postawienia sprawy mogą okazać się dramatyczne. – Ustawa o prawach pacjenta zachęca do pieniactwa – uważa dr Teresa Grzeszak z UW, która na zajęciach ze studentami przerabia różne warianty możliwych zachowań ludzkich.

– Kłóci się też nieco z Kodeksem cywilnym, w którym obowiązuje zasada, że aby liczyć na zadośćuczynienie za ból po śmierci osoby bliskiej, trzeba najpierw tej bliskości dowieść. W prawodawstwie innych krajów, na przykład niemieckim, trzeba nawet ten ból uprawdopodobnić – dodaje Andrzej Maciążek, wiceprezes Polskiej Izby Ubezpieczeń. Czyli na przykład udowodnić, że pretendent do odszkodowania na skutek bólu po stracie bliskiego popadł w depresję. Jest to łatwiejsze w przypadku najbliższej rodziny, która ze sobą zamieszkiwała.

Ustawa, w przeciwieństwie do Kodeksu cywilnego, nie ogranicza kręgu uprawnionych do ewentualnego odszkodowania tylko do bliskich, ale rozszerza go w ogóle na spadkobierców. Łatwo więc wyobrazić sobie sytuację, że przy okazji każdej śmierci w szpitalu po odszkodowanie do komisji zgłoszą się nawet ci, którzy śmiercią babci czy dziadka nie bardzo się przejęli, są jednak spadkobiercami. W przypadku śmierci osoby samotnej, niemającej żadnych spadkobierców, jej majątek dziedziczy gmina. Z ustawy o prawach pacjenta wynika, że ona też może zgłosić się po odszkodowanie! 300 tys. zł pobudza wyobraźnię, a w kryzysie nikomu się nie przelewa.

Jednym z celów ustawy była chęć odciążenia sądów, do których w ostatnich latach napływało coraz więcej pozwów o odszkodowanie. Sprawy wprawdzie ciągnęły się latami, ale ostatnio wyroki opiewały na coraz wyższe sumy. Niektóre przekraczały 1 mln zł. Dr Teresa Grzeszak obawia się, że ten cel może nie zostać osiągnięty. Pacjent lub jego rodzina najpierw bowiem udadzą się do komisji. Jeśli ona uzna, że odszkodowanie się nie należy, albo też ubezpieczyciel przyzna zbyt małą zdaniem zainteresowanych sumę, zawsze można orzeczenia nie zaakceptować i udać się po sprawiedliwość do sądu. Spraw raczej będzie przybywać, niż ubywać.

Musicie się ubezpieczyć

Łatwość dochodzenia roszczeń miała pomóc pacjentom. Nowe przepisy miały też pomóc państwu. Do tej pory w szpitalu publicznym błędy popełniali lekarze i szpitale, ale płacili za nie podatnicy. Odszkodowania

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną