Anna Dąbrowska
21 stycznia 2011

Dowgielewicz Mikołaj

Architekt prezydencji

Od lipca 2011 r. Polska będzie kierować pracami UE. Jak nam to wyjdzie, zależy m.in. od wiceministra spraw zagranicznych do spraw europejskich.

Mikołaj Dowgielewicz, rocznik 1972, stanu wolnego, uważa, że półroczna prezydencja w Unii to wielki test dla państwa, praca w zupełnie innym tempie i unikatowe przedsięwzięcie, które będzie kosztować 430 mln zł: – Wielka sprawa. Chcemy w czasie prezydencji wysłać w świat sygnały wzmacniające wizerunek. Szykujemy kilka niespodzianek i zapewniam, że otwarcie, które odbędzie się w stolicy, zrobi wrażenie. Jego dobry kolega z liceum Rafał Trzaskowski, europoseł PO, przekonuje, że na krajowym podwórku w sprawach europejskich Dowgielewicz ma najwięcej do powiedzenia. Dlaczego? – Bo się na tym świetnie zna, to jeden z najlepszych ekspertów ds. europejskich – odpowiada.

A zaczęło się od tego, że gdy Dowgielewicz miał siedemnaście lat, bardzo chciał się wyrwać z Polski. Przeszedł do następnej klasy warszawskiego LO im. Reja (jak wspomina, wybranie klasy o profilu klasycznym okazało się pomyłką), załatwił wizę i pierwszy raz wsiadł do samolotu, do Anglii. Przez kilka tygodni był pomocnikiem elektryka. – To był przełomowy moment. Wiedziałem, że muszę tu kiedyś wrócić, najlepiej na studia – opowiada pełen emocji. Po maturze przez kilka miesięcy studiował stosowane nauki społeczne na UW, ale przestał się nimi przejmować i kolejne trzy lata spędził w Wielkiej Brytanii na Uniwersytecie w Hull. Do kraju wrócił z dyplomem prawnika i politologa.

Kobieca siła

Z pełnym przekonaniem mówi, że decyzję o wyjeździe na studia do Anglii zalicza do tych najlepszych i najważniejszych. Zawodowo i chyba jeszcze bardziej prywatnie. Wychowywał się w bardzo kobiecym towarzystwie. – Mam mało kuzynów, ale dużo ciotek – opowiada. Młodemu chłopakowi, jedynakowi, starczyło odwagi, by się z domu wyrwać, ale podkreśla, że ze swoją „rodziną w wieku zbowidowskim”, która pochodzi z Wołynia, do dziś jest bardzo związany. To dzięki matce, która z rocznym dzieckiem przeprowadziła się z Gorzowa Wielkopolskiego do stolicy, i babce, która w 1956 r. wróciła z gułagu w Kazachstanie, potrafi docenić kobiecą siłę.

Jako minister ds. europejskich i polityki ekonomicznej nadzoruje pracę trzech departamentów. W dwóch szefują kobiety. W departamencie koordynującym przygotowania do prezydencji są trzy kierownicze stanowiska – wszystkie stery powierzono paniom: Joannie Skoczek, głównemu dyrektorowi, Weronice Staniec, która jest odpowiedzialna za sprawy budżetowe, oraz Justynie Sołtyk, podobno niezastąpionej w kwestiach logistycznych i bezpieczeństwa. – To trzy wzrostem niepozorne panie, ale o wielkiej mocy charakteru i dużej sile działania – reklamuje je Dowgielewicz.

Jego zespół jest niewielki liczebnie, znacznie mniejszy niż np. ten, który przygotowywał prezydencję u Węgrów, od których Polska przejmie przewodnictwo. – Zaczął się kryzys, mówiło się o oszczędnościach w administracji, nie było mowy, by zatrudniać dodatkowych ludzi – wyjaśnia Dowgielewicz. W 60-osobowej grupie pracują z nim ludzie miedzy 28 a 40 rokiem życia: – Ja jestem w tym zestawie jednym z najstarszych. To niestandardowe w polskiej administracji – opowiada. Teraz wszystkie siły skoncentrowane są na projekcie prezydencja.

Trzy panie S (Skoczek, Staniec, Sołtyk), zazwyczaj raz w tygodniu na 45 minut spotykają się ze swoim szefem w jego gabinecie z widokiem na aleję Szucha. Są po imieniu. Minimum formalności, maksimum działania. – Zawsze ma listę tematów do omówienia. Pyta o zadania, nad którymi pracujemy, czasami proponuje rozstrzygnięcia. Problemy w krótkim czasie przekłada na decyzje. Ostatnie słowo należy do niego, bo to on bierze na siebie największą odpowiedzialność, ale liczy się z nami – mówi Justyna Sołtyk.

Rafał Trzaskowski zauważa, że na sprawach unijnych i nowoczesnym zarządzaniu takimi projektami znają się przede wszystkim młodzi ludzie, którzy skończyli studia zazwyczaj już po przełomie, a pracę w unijnych instytucjach zaczynali, gdy w Polsce dopiero myślało się o akcesji. W Parlamencie Europejskim Polska nie miała jeszcze ani jednego posła, a Dowgielewicz już był doradcą przewodniczącego Pata Coxa, a w 2004 r. rzecznikiem prasowym Komisji Europejskiej ds. Stosunków Instytucjonalnych i Komunikacji Społecznej. Po trzech latach został doradcą w gabinecie politycznym wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej Margot Wallström. W połowie 2008 r. francuski dziennik „Libération” ogłosił go jednym z 36 talentów UE.

Ministerialna załoga mówi, że Dowgielewicz potrafi docenić dobrze wykonaną robotę. Wtedy słyszą: świetnie ci poszło; czasem szef daje premie. Jak opowiada Justyna Sołtyk, motywuje też w inny sposób:Często zaskakuje mnie i zarazem mobilizuje, bo pamięta o drobnych szczegółach mojego projektu.

Męskie wzorce

Dowgielewicz mówi, że ojca właściwie nie zna. Rozstał się z jego matką, gdy była w ciąży z Mikołajem. Męskich wzorców musiał szukać poza sfeminizowanym domem. Geremek, Kuroń. – To ważni ludzie w moim życiu. Mogę powiedzieć, że autorytety – wyznaje. Dlaczego akurat to środowisko? Jego babka przyjaźniła się z Anonim Pajdakiem, jednym z założycieli KOR. Mały Mikołaj często widywał go w domu: – Chyba dlatego środowisko opozycji demokratycznej stało mi się tak bliskie emocjonalnie i intelektualnie.

Był 1994 r., gdy podczas jednego z wyjazdów do Luksemburga poznał Irenę Lipowicz (wtedy posłanka, teraz jest rzecznikiem praw obywatelskich) i dał się namówić do zasilenia szeregów tworzącej się Unii Wolności. Nie zasypiał gruszek w popiele, bo już rok później był sekretarzem ds. zagranicznych młodzieżówki tej partii, by zaraz potem wiceszefować młodzieżówce Europejskiej Partii Ludowej (EPP). W barwach tej frakcji PO zasiada dziś w Parlamencie Europejskim.

Jako 23-latek zaangażował się w kampanię prezydencką Jacka Kuronia. – To był 1995 r. i wielkie przeżycie jeździć z nim po Polsce. Wtedy w sztabie poznałem Bogdana Klicha, Michała Boniego i prof. Bronisława Geremka. O tym ostatnim wyraża się z nieskrywaną emocją. Pisał u niego, na zaawansowanych studiach europejskich w Natolinie, pracę o idei obywatelstwa UE. Dowgielewicz też zrobił na profesorze na tyle mocne wrażenie, że gdy Geremek został ministrem spraw zagranicznych, zaprosił go do składu swojego gabinetu politycznego. Był jego osobistym asystentem. Dziś z dumą spogląda na zdjęcie w swoim gabinecie, upamiętniające podpisanie dokumentów o wstąpieniu Polski do NATO: – Byłem współautorem przemówienia profesora z tej okazji. Nie będę ukrywał, że to napawa mnie dumą.

Polityczne wiraże

Ciężko wspomina porażki. Jak tę w 2001 r., gdy Unia Wolności nie przekroczyła 5-proc. progu wyborczego i straciła 60 mandatów w Sejmie. Dowgielewicz był wtedy sekretarzem rady politycznej UW. – To była moja największa porażka zawodowa. Sam próbowałem wtedy zostać posłem. Moja próba zaistnienia w życiu partyjnym okazała się katastrofą.

Rafał Trzaskowski tak wspomina pierwszą wyborczą porażkę kolegi: – Wygrałem z nim wyścig o fotel przewodniczącego samorządu w liceum, ale dlatego, że ja kładłem nacisk na przemówienia, a Mikołaj nigdy nie pchał

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną