Janina Paradowska
19 stycznia 2011

Kluzik-Rostkowska Joanna

Przed zderzeniem

W 2011 r. rozstrzygnie się jej polityczna przyszłość. Czy stanie się gwiazdą, czy też nią już była?

Joanna Kluzik-Rostkowska wychodząc z PiS, weszła w świat własnych politycznych gier, układów, piarowskich zabiegów. Wciąż jeszcze niesie ją entuzjazm tych pierwszych dni, kiedy to zewsząd otaczała ją sympatia. – Ludzie zatrzymują mnie na ulicy i mówią: dobrze pani zrobiła, nareszcie ktoś pokazał mężczyznom, jak trzeba działać, podejmować decyzje – opowiada i w jej głosie słychać zachwyt. – To jest trochę nastrój festiwalu, coś z klimatu pierwszego Kongresu Kobiet Polskich.

Dokonanie znaczącego wyłomu w partii Jarosława Kaczyńskiego jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, kto odchodził, przepadał albo skruszony powracał. Nawet Ludwik Dorn powraca, podobno na swoich warunkach, ale jednak wraca, aby mieć miejsce na liście w wyborach do Sejmu. Kluzik-Rostkowska ryzyko podjęła. Wraz ze swoim ugrupowaniem, o niezręcznej nazwie Polska Jest Najważniejsza, weszła na drogę bez powrotu do PiS i bez gwarancji dostania się do Sejmu.

Od reportera do wiceministra

Zresztą nie bardzo wiadomo, dlaczego w ogóle w Prawie i Sprawiedliwości się znalazła. Grzegorz Schetyna, kolega, a nawet przyjaciel z działalności w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, do dziś tego nie rozumie. Sama tłumaczy to dość oryginalnie. Nie chciała wykorzystywać znajomości z Donaldem Tuskiem, którego bardzo lubi. Ponadto wierzyła, że i tak będzie POPiS, a więc w gruncie rzeczy przynależność partyjna miała znaczenie drugorzędne.Ze środowiskiem gdańskich liberałów zaprzyjaźniła się jeszcze w początkach lat 90., kiedy była dziennikarką „Tygodnika Solidarność”. Z Tuskiem też. Kiedy Wałęsa, w wyniku konfliktu z Mazowieckim, na redaktora naczelnego namaścił Jarosława Kaczyńskiego, część zespołu oprotestowała tę zmianę i odeszła. Kluzik została. Może dlatego, że wtedy bardziej niż w politykę angażowała się w sprawy społeczne i ludzkie historie. Uchodziła wówczas za specjalistkę od strajków, obsługiwała też posiedzenia Komisji Krajowej „S”. W książce „Ludzie »Tygodnika Solidarność«” Kluzik wspomina ten czas jako okres życia na walizkach: mieszkała w Warszawie, jeździła często do Gdańska, odwiedzała rodzinę w Katowicach i wyjeżdżała na reportaże. „Bywało, że budziłam się rano i zastanawiałam się, gdzie właściwie jestem” – wspominała po latach.

Na początku lat 90. związała się z „Expressem Wieczornym”, którym kierował wówczas Andrzej Urbański z Porozumienia Centrum, partii Jarosława Kaczyńskiego. Awansowała tam na kierownika działu reportażu. Kilka lat później przeszła do „Wprost”, a potem do „Nowego Państwa”. Po kolejnym roku zajęła gabinet zastępcy redaktor naczelnej tygodnika „Przyjaciółka” (2001–04). I tu ma finał jej przygoda z dziennikarstwem. Kluzik, niedoszła matematyczka (studiowała ten kierunek, zanim przeniosła się na dziennikarstwo), skończyła wówczas 40 lat, urodziła trzecie dziecko (jej mąż, kiedyś dziennikarz, Dariusz Rostkowski pracuje jako doradca w NBP, w departamencie edukacji i wydawnictw) i zdecydowała się na radykalne zmiany w życiu.

Kiedy prezydentem Warszawy został Lech Kaczyński, Kluzik-Rostkowska (z polecenia Jarosława) zgłosiła się do niego z propozycją utworzenia portalu miasta. Tam poznała Elżbietę Jakubiak, ówczesną dyrektorkę prezydenckiego biura. W ratuszu wymyśliła dla siebie funkcję pełnomocnika ds. kobiet i rodziny. Po wyborczym zwycięstwie PiS w 2005 r. nie przeniosła się, jak większość kolegów z ratusza, do Pałacu Prezydenckiego. Postawiła na działalność partyjną w PiS. Nie dostała się wówczas do Sejmu, ale premier Kazimierz Marcinkiewicz zaproponował jej stanowisko wiceministra pracy. I tak związała się z tą formacją, wydawało się do niedawna, na trwałe.

Z prezesem i dla prezesa

Trudno nie zauważyć wyjątkowej fascynacji Kluzik-Rostkowskiej Jarosławem Kaczyńskim. Już po prezydenckiej kampanii, kiedy była wyraźnie odtrącona, gdy prezes nie miał przez kilka tygodni czasu na rozmowę z szefową swojego sztabu i współautorką niepełnego, ale jednak sukcesu, nie dopuszczała właściwie myśli, że jest to coś innego niż trauma po śmierci brata. Trauma minie i powróci ten sam Jarosław z kampanii, który chciał zakończenia wojny polsko-polskiej, słał podziękowania przyjaciołom Moskalom i którego strata brata tak bardzo odmieniła, że inaczej spojrzał na sposób uprawiania polityki – tak wtedy myślała.

Było to myślenie bardziej emocjonalno-sentymentalne niż polityczne, gdyż politycznie już wówczas wszystko było jasne. PiS zmieniło retorykę po kampanii, na plan pierwszy wysunęli się ci, którzy w jej trakcie byli w cieniu lub się schowali, a teraz wrócili do gry ze swoimi ambicjami, walką o dostęp do ucha prezesa, z bezwzględnością w traktowaniu wewnątrzpartyjnej konkurencji. Katastrofa smoleńska stała się najważniejszym punktem partyjnego programu i wojna polsko-polska była jak najbardziej potrzebna.

Czy nadal wierzyła w swoje wyjątkowe relacje z Jarosławem Kaczyńskim, które przez lata dawały jej parasol ochronny, chociaż jej poglądy na kwestie aborcji, in vitro, parytetów dla kobiet czy związków partnerskich odbiegały od obowiązujących w PiS? Czy też zabrakło jej politycznego doświadczenia i intuicji? „Znam Jarosława od ponad 20 lat i nigdy się na nim nie zawiodłam” – to był jej argument we wszystkich rozmowach.

To Jarosławowi zawdzięczała nie tylko obecność na listach wyborczych, ale też rządowe funkcje. Mogła sobie pozwolić, by z wicepremierem Andrzejem Lepperem nie zamienić ani słowa (nie akceptowała tej koalicji, ale w rządzie trwała), przeciwstawić się wicepremierowi Romanowi Giertychowi, który wręcz żądał jej dymisji, gdy protestowała przeciwko jego propozycjom zmiany ustawy o oświacie, dyskryminującym tematykę homoseksualną w szkołach. Kluzik-Rostkowska odpłacała zawsze Kaczyńskiemu taką samą bezwzględną lojalnością.

Rogaty aniołek

Te ich wzajemne relacje musiały budzić emocje w partii rządzonej jednoosobowo, w której odległość od prezesa decyduje o tym, kto awansuje, a kto przepada. Oficjalnie o Kluzik-Rostkowskiej mówiono więc wyłącznie dobrze, może aż za dobrze. Że taka odważna, że mówi prosto w oczy to, co myśli, nawet w obecności prezesa, że koleżeńska, zawsze uśmiechnięta, łagodząca konflikty. Nieprzypadkowo – na początku 2009 r. przy okazji kolejnego wizerunkowego liftingu PiS – została jednym z „trzech aniołków” prezesa (obok nieżyjących posłanek Grażyny Gęsickiej i Aleksandry Natalli-Świat). Ale pod pozorami trochę bezradnej kobiety, mocno zaangażowanej w swój dom, to osoba wyjątkowej twardości i charakteru, jak na Ślązaczkę przystało (pochodzi z Katowic).

Mówiono także o jej znakomitym merytorycznym przygotowaniu w sprawach rodziny, a także wdzięku osoby wiecznie zabieganej, wpadającej do Sejmu w kurteczce w kratkę, butach na płaskim obcasie (co miało znaczyć, że do stroju wagi nie przywiązuje), objuczonej papierami, spieszącej się na obrady komisji polityki społecznej, której jest wiceprzewodniczącą.

Ta komisja była zresztą dla niej miejscem wyjątkowym. Już po prezydenckiej kampanii, która przemieniła ją zewnętrznie (zgrabne sukienki i marynarki, często w kolorze czerwonym, wysokie obcasy, soczewki zamiast opadających okularów, włosy dobrze ostrzyżone, a zapewne także wewnętrznie, i dała zupełnie

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną