Ewa Winnicka
17 listopada 2009

Jak walczyć z korupcją?

Huba z CBA

Skoro nie wiemy, z czym walczymy, to i sama walka jest tylko grą pozorów? Może jednak jakoś da się z korupcją walczyć?

Oczywiście, że się da. Nawet jak sami nie wiemy, z czym walczymy, mogą to nam powiedzieć inni. Przed wejściem do Unii na przykład Komisja Europejska uważnie badała naszą zdolność akcesyjną. Co roku okazywało się, że jest wiele nieprawidłowości związanych z zagrożeniem korupcją. I, o dziwo, to rząd SLD, wprowadzając nas do Unii, stworzył najwięcej rozwiązań prawnych dotyczących walki z korupcją.

Ale właśnie afery korupcyjne zamordowały SLD.

Tak, ponieważ SLD uległo pokusie używania hasła korupcji w walce politycznej. We wrześniu 2002 r. minister Janik chwalił się strategią antykorupcyjną, a w grudniu tego samego roku afera Rywina ją ośmieszyła. Jest taka prawidłowość, że ugrupowanie, które na swoich sztandarach wypisuje walkę z korupcją, wcześniej czy później jest skazane na klęskę. Bo, wbrew pozorom, to jest bardzo niewdzięczne narzędzie.

Dlaczego?

Dla wyborców dyskusja wokół korupcji jest ekscytująca, ale możliwość wykazania, że z korupcją walczy się skutecznie, jest nikła. PiS doszło do władzy w 2005 r. na fali walki z korupcyjnym układem. Początkowo umiejętnie wykorzystywali ten dyskurs. Powołano CBA, które jak za dotknięciem różdżki miało korupcję zlikwidować. Żeby się wykazać, ustrzelono paru lekarzy. Lekarze przecież od lat figurują w sondażach jako najbardziej skorumpowana grupa społeczna. Ostatecznie jednak okazało się, że tych „złych lekarzy” też jest za mało. Zresztą rozpracowywanie lekarzy kłóciło się z główną misją CBA, które przecież miało walczyć z przypadkami zagrażającymi podstawowym interesom państwa.

Chyba jednak rozwiązanie CBA ludzie oceniliby jednoznacznie: rządzący mają coś do ukrycia.

Dziś pewnie tak. Ale dwa lata temu była szansa, aby uniknąć ośmieszania idei przeciwdziałania korupcji przez CBA. Było co najmniej kilka alternatywnych rozwiązań.

Teraz premier zdecydowanie odstawił podejrzanych o korupcję współpracowników.

Początkowo pomysł lidera PO na walkę z korupcją przypominał mi coś, co robił wcześniej PiS i SLD. Wydawało się, że w wyniku afery hazardowej nastąpi proces czyszczenia partii, który wcześniej czy później by ją rozsadził. Widać jednak, że Tusk uczy się na błędach poprzedników. Jak na razie nie będzie spektakularnej walki z korupcją ani w szeregach PO, ani w ogóle. Tusk zamieni porażkę w sukces. Na sztandarach zawiśnie walka ze wstrętnym hazardem, który deprawuje społeczeństwo. Dla wyborców może się to okazać bardziej atrakcyjne niż przynudne afery korupcyjne.

Właśnie. Czy detonowanie kolejnych afer korupcyjnych, prawdziwych czy dmuchanych, nie sprawi, że Polacy zobojętnieją na antykorupcyjne argumenty?

Postawiłbym problem inaczej. Jeżeli politycy nie przestaną dążyć do wzajemnego wyniszczania za pomocą antykorupcyjnych sloganów, zrujnujemy i tak już nikłe zaufanie społeczeństwa do państwa. Ujawnianie niby-afer nie przysparza już głosów opozycji, ale ogólnie zniechęca ludzi do życia publicznego.

Uprawianie polityki na podstawie haseł walki z korupcją przypomina zażywanie antybiotyków. Są skuteczne, tyle że razem ze złymi bakteriami wykańczają również te dobre. Dlatego, żeby nie nabawić się ciężkiej niestrawności, trzeba łykać je z innymi lekami. Jeśli się nagłaśnia problem korupcji, to trzeba równolegle podejmować intensywne działania w zakresie edukacji obywatelskiej.

Jeśli nawet po tej antykorupcyjnej wojnie atomowej PiS dojdzie do władzy, czy zdoła namówić kogokolwiek nowego do współpracy? Kto się zgodzi zostać ministrem czy doradcą, wiedząc, że w każdej chwili może być przez szefa podsłuchiwany?

Może potrzebna jest po prostu działająca ustawa lobbingowa?

To jest czarowanie prawa. Podobnie jak czarowaniem było powołanie CBA z powodu wiary, że kolejna instytucja rozwiąże problem. Nie przypadkiem tylko kilka krajów na świecie ma ustawę lobbingową. W większości krajów problem lobbingu regulują całościowo przepisy o tworzeniu prawa. Jeśli cała procedura uchwalania prawa jest klarowna, to nie ma problemu lobbingu. Przecież uznajemy, że w demokracji każdy ma możliwość prezentowania swoich interesów i ma prawo przekonywać władzę o swojej słuszności. To nie jest problem lobbingu, lecz rozumienia prawa.

Jak więc powinien postąpić kolejny rząd, żeby nie ulec samozagładzie z powodu walki z korupcją?

Jeśli się nagłaśnia problem korupcji, trzeba równolegle podejmować działania edukacyjne. Problem polega na tym, że ludzie nie mają poczucia dobra wspólnego ani poczucia, że powinni stosować się do zasad. To jest właśnie kłopot Zbigniewa Chlebowskiego. W jego przypadku nie było korupcji w sensie dosłownym – Chlebowski po prostu nie potrafił się oprzeć pokusie prowadzenia tych żenujących rozmów. Nie umiał powstrzymać się przed obiecywaniem czegoś ludziom, którym zapewne coś zawdzięczał. Gdyby miał świadomość, że narusza normy, zapewne znalazłby sposób, żeby przeciąć tamte kontakty. Wiedziałby na przykład, że trzeba z lobbingowych rozmów sporządzać notatki, że są procedury, które mówią, że należy prosić lobbujących o pisemne argumenty na rzecz zmiany regulacji. Było mnóstwo sposobów, żeby wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Ale Chlebowski dał się wciągnąć, więc poległ.

Dr Grzegorz Makowski jest ekspertem Instytutu Spraw Publicznych i autorem książki „Korupcja jako problem społeczny”.

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»