­­Grzegorz Rzeczkowski dla POLITYKA.PL
26 stycznia 2012

WYWIAD: Co państwo może o nas wiedzieć

Rzeczpospolita wszechwiedząca

Czyli słuszne było wyciągnięcie konsekwencji służbowych wobec prokuratorów wojskowych, którzy zażądali treści smsów.

Myślę, że tak. Symptomatyczne jest, że prawo zostało naruszone przez tych, którzy powinni je chronić, czyli przez prokuratorów. Ci zaś, którzy powinni prawa jedynie przestrzegać, a więc operatorzy komórkowi, stanęli w jego obronie. To bardzo chwalebna postawa.

Jak można wytłumaczyć fakt, że prawnik z takim doświadczeniem jak pułkownik Przybył dopuścił do takiej sytuacji? Że przynajmniej w porę się nie zreflektował, iż domaganie się treści smsów to już o wiele za dużo.    

Myślę, że to wynika z pewnej arogancji władzy. Jeśli jakieś instytucje są poza kontrolą, jeśli mają poczucie akceptacji dla swych działań, to zaczynają działać wbrew prawu. Do tego może dochodzić nieznajomość prawa. W tym przypadku doszła jeszcze bezwzględna chęć wykrycia źródła przecieku, znalezienia haka na prokuratora, którego podejrzewano o przeciek. Fakt, że ktoś jest dobrym prawnikiem nie znaczy, że działa etycznie. Wiedza prawnicza może być różnie wykorzystywana. Niestety, w Polsce instytucje, które powinny stać na straży prawa, nie przestrzegają go.

Osobiście mam bardzo złe doświadczenia związane z prokuraturą. Gdy pełniłam funkcję Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, 95 procent składanych przez nas zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa bezprawnego ujawnienia danych albo było przez prokuraturę umarzanych, albo postępowania w ogóle nie były wszczynane.

Poza tym - poważnym problemem jest w Polsce wyraźnie dostrzegalny brak fundamentalnego szacunku dla państwa i prawa. Co gorsza, wykazują go nasi najwyżsi dostojnicy państwowi, którzy nie są z wykształcenia prawnikami, ale historykami czy socjologami. Brakuje im kultury prawnej. I potem okazuje się, że ustawę można zmienić w ciągu jednej nocy. Stąd może biorą się złe postawy innych, niższych rangą urzędników i funkcjonariuszy, często odczuwalne na co dzień.

W Polsce nie istnieje system kontroli nad tym, co władza zbiera na nasz temat. I tu chyba tkwi zasadniczy problem.

U nas nie ma żadnej kontroli. Dopiero od niedawna parlament ma prawo żądać od służb informacji, ile założyły w danym roku podsłuchów.

Ta sytuacja wynika z przyjętej zasady, że służby są poza kontrolą. Tych służb jest dużo, a instytucji, które mają dostęp do danych wrażliwych, jest jeszcze więcej. Natomiast obywatel nie ma skutecznych instrumentów, by się dowiedzieć, kto i jakie informacje o nim zbiera.

Polska nie wdrożyła rozporządzania Rady Europy z 1987 r. Sprawia to, że jeśli jesteśmy podsłuchiwani, a nawet jeśli wystąpimy z pytaniem do służb, czy nasz telefon był na podsłuchu, to nie otrzymamy na ten temat żadnej odpowiedzi. Nigdzie nie zagwarantowano obywatelowi takiego prawa. Jeśli chodzi o kontrolę instytucjonalną, to także brakuje gwarancji. Nawet GIODO nie ma dostępu do danych operacyjnych służb. Inspektor nigdy nie został dopuszczony nie tylko do kontrolowania tych danych, ale również do informacji, kto i kiedy je zbiera. Gdy w 1997 roku powstawała ustawa o ochronie danych osobowych argumentowano w Sejmie, że nie można dopuszczać kolejnych instytucji do tajemnic państwowych, bo to grozi ich ujawnieniem. Pod tym względem jesteśmy w Europie jednym z niechlubnych wyjątków. W krajach UE zasadą jest, że nad działaniem służb istnieje rzeczywista kontrola.

*Ewa Kulesza – doktor prawa, specjalista w sprawach ochrony danych osobowych. Wykłada na Uniwersytecie Łódzkim.  W latach 1998 – 2006 pełniła funkcję Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.  

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną